Posted on

Jak to z ogniem było

Ogień istniał od czasu istnienia boga Heliosa, który przemieszczał się po niebie boskim rydwanem. Gdy jeden z tytanów, Prometeusz, z gliny i swoich łez ulepił człowieka, tchnął w niego życie, używając jednej z boskich iskier krzesanych przez koła pojazdu. Człowiek był mniejszy od boga, słaby, o kruchych kościach. Prometeusz postanowił dać mu siłę i obdarował go ogniem. Wiedział, że nie spodoba się to Zeusowi, ojcu bogów, i przekazał ogień w kawałku drewna, z zewnątrz wilgotnym, w środku suchym.

Skały Kaukazu
Skały Kaukazu


Z nieba na ziemię

Od tego czasu ludzie zaczęli gotować, przetapiać metale, kuć zbroje, uprawiać rolę, budować, czytać i pisać, a także pozornie panować nad siłami przyrody. Zeus postanowił jednak ukarać Prometeusza i rozkazał przywiązać go do skały Kaukazu. Każdego dnia o wschodzie słońca wielki sęp, a może orzeł, przylatywał i wydziobywał wątrobę Prometeusza. Kiedy zapadał zmierzch, wątroba odrastała, a każdego następnego ranka męka tytana rozpoczynała się na nowo. Miało to trwać całą wieczność, jednak gdy na ziemi nastała era herosów, pojawił się Herkules, który strzałą zabił ogromnego ptaka i zakończył mękę Prometeusza.

 

W hellenistycznej Grecji z Heliosem lub Apollem utożsamiano Mitrę, bóstwo solarne opisywane w mitologii indoirańskiej. W Rzymie, gdzie jego kult był bardzo rozpowszechniony, Mitra bywał także nazywany Deus Sol Invictus Mithra. Ślady dawnej religii i wierzeń w boga Mitrę można dzisiaj badać w podziemiach rzymskiej bazyliki San Clemente zbudowanej w IV wieku dla uczczenia męczeńskiej śmierci św. Klemensa.
W hellenistycznej Grecji z Heliosem lub Apollem utożsamiano Mitrę, bóstwo solarne opisywane w mitologii indoirańskiej. W Rzymie, gdzie jego kult był bardzo rozpowszechniony, Mitra bywał także nazywany Deus Sol Invictus Mithra. Ślady dawnej religii i wierzeń w boga Mitrę można dzisiaj badać w podziemiach rzymskiej bazyliki San Clemente zbudowanej w IV wieku dla uczczenia męczeńskiej śmierci św. Klemensa. Zdjęcie wejścia do kościoła: debs-eye / Flickr, CC BY 2.0


Z Rzymu do świata

Kult ognia nierozerwalnie wiąże się więc z kultem słońca. Iskra, która stała się duszą człowieka, pochodzi od boga Heliosa, w Rzymie znanego jako Sol. Wiemy, że igrzyska na cześć Sol organizowano w Rzymie co cztery lata (ludi solis) – ich termin według dzisiejszego kalendarza można określić na 19–22 października. I choć przed rokie 354 brak solidnych źródeł o świętowaniu narodzin Słońca, to istnieją wzmianki o tym, że Sol Invictus, czyli Niezwyciężone Słońce, czczono wraz z Luną (Księżycem) – najprawdopodobniej czyniło to już starożytne plemię Sabinów zamieszkujących Apeniny i okolice środkowej Italii. Kult słońca rozpowszechnił się bardzo, gdy panował Heliogabal (203–222 r. n.e.), a za oficjalny uznał go Aurelian, którego obwołano cesarzem w 270 roku. Łącząc kult Słońca Niezwyciężonego z kultem imperatora, a więc samego siebie, Aurelian wzniósł świątynię na cześć Sol Invictus, ustanowił igrzyska i kolegium kapłańskie. Dawny Helios, teraz Sol, stał się najwyższym reprezentantem tego, co boskie, władcze i stwórcze. Jego narodzenie celebrowano podczas zimowego przesilenia – według kalendarza juliańskiego następowało ono 25 grudnia. Chrześcijańskie święta ustanowiono w dniu pod koniec III lub na początku IV wieku n.e.

 

 

Posted on

Do góry nogami

W starożytnym Rzymie w drugiej połowie grudnia celebrowano Saturnalia – święto obfitości i dostatku, czas życzliwości i radości. Miasta przemierzały radosne orszaki, obdarowywano się wzajemnie prezentami, a domostwa przystrajano wiecznie zielonymi roślinami. Najbardziej charakterystyczną cechą Saturnaliów była jednak chwilowa społeczna rewolucja, ograniczona czasowo do dni trwania święta. W nawiązaniu do legend o złotym wieku, kiedy nad światem panował Saturn, a wszyscy ludzie byli sobie równi, dokonywano zamiany ról panów i niewolników. Rzym wraz z prowincjami stawał na głowie.

To, co wydarzyło się pewnej chłodnej nocy w dalekiej Judei, pięknie wpisuje się w kontekst Saturnaliów. Król narodził się w warunkach najskromniejszych z możliwych, rozpoczynając swą ziemską wędrówkę wśród nas. Przyszedł, by wprowadzić nową jakość, walczyć z wykluczeniem, przywrócić podmiotowość i wolność. Wprowadzić ferment, zburzyć skostniałą hierarchię. Zredefiniować wszystko, a najbardziej nas samych, w naszych własnych oczach.

Wielki poeta Katullus nazywał Saturnalia “najlepszymi z dni”. Przypominano sobie wówczas, że nie ma stałości bez rewolucji, nie ma ciągłości bez zmiany. Jezus, w tym samym czasie, przypomina nam o tym jeszcze dobitniej, najdobitniej. Nigdy więcej już o tym nie zapominajmy.

 

Wesołych, zdrowych i wypełnionych miłością najlepszych z dni życzy
wraz z zespołem Lente – magazyn śródziemnomorski i Lente – modern mediterranean
Posted on

La ‘Ndocciata

Tradycyjny przemarsz z pochodniami rozpoczyna się w Wigilię o zmroku. Na głos dzwonu zgromadzeni w północnej części Agnone mieszkańcy miasteczka i okolic zapalają ndòcce i ruszają w kierunku kościoła św. Antoniego. Zwykle niesionych jest około tysiąca pochodni, z których pod koniec uroczystości rozpalane jest wielkie „ognisko braterstwa” (falò della fratellanza). Dzisiaj la ‘Ndocciata jest już nie tylko obrzędem religijnym, lecz także wielkim widowiskiem, w którym biorą udział grupy w strojach ludowych, zespoły folklorystyczne, a na wozach prezentowane są sceny z życia wsi. Na zakończenie przedstawiane są jasełka.

Pradawny kult ognia

La ‘Ndocciata jest od wieków nierozerwalnie związana z Bożym Narodzeniem jako element radosnego świętowania przyjścia na świat Dzieciątka, które jest Światłem i Dobrem. Dla rolników i pasterzy z Molise wigilijne pochodnie były jasnym znakiem – zapalano je, by uczcić nowo narodzonego Jezusa, przynosząc mu ciepło i światło rozpraszające mrok długiej zimowej nocy. Nie ma jednak wątpliwości co do tego, że korzenie tego fascynującego zwyczaju mają związek z praktykowanymi niegdyś w całej Europie świętami ognia.

Od niepamiętnych czasów – pisał James George Frazer w Złotej gałęzi – chłopi europejscy zwykli byli w pewne dni roku rozpalać ogniska, tańczyć wokół nich i przez nie skakać (tłum. H. Krzeczkowski, Warszawa 1996). Ogniska palono najczęściej na wiosnę i w połowie lata, a w niektórych rejonach również jesienią i w zimie. Bardzo rozpowszechnione na całym kontynencie były ognie św. Jana, palone podczas letniego przesilenia, ale również przesilenie zimowe było momentem, w którym chciano zakląć i przywołać dobroczynne światło.

Jedną z form kultu ognia były procesje z pochodniami wokół pól, gospodarstw czy zagród dla zwierząt. Wierzono, że ogień oczyszcza, zapewnia urodzaj, a przede wszystkim chroni ludzi, zwierzęta i plony przed chorobami oraz wszelkimi złymi mocami i czarami. Zacytujmy znów Frazera, klasyka antropologii kulturowej: Ogień w każdej postaci, jako ognisko płonące w ustalonym miejscu lub jako pochodnie, z którymi się chodzi od domu do domu, jako żarzące się węgielki lub popioły pobrane z tlącego się ogniska, wywiera zawsze dobroczynny wpływ na plony i ludzi. Jest to albo moc pozytywna dodająca sił życiowych, albo negatywna chroniąca przed takimi niebezpieczeństwami i klęskami, jak pioruny, błyskawice, pożary, więdnięcie roślin, pleśń, robactwo, bezpłodność, epidemie i bynajmniej niepoślednie miejsce w tym spisie zajmujące czary. W chrystianizujących się społecznościach pogańskie obrzędy związane z ogniem jako środkiem przeciw złu i czarom były tak silnie zakorzenione, że Kościół nawet nie usiłował ich wyplenić. Zachował je, nadając im nowe znaczenie i włączając do obrzędowości chrześcijańskiej. Dzięki temu święta ognia, jak wiele innych dawnych pogańskich rytuałów, w dużej mierze przetrwały aż do dziś, choć utraciły już pierwotne, magiczno-rytualne znaczenie.

Górzyste, pastersko-rolnicze Molise, położone w środkowo-południowych Włoszech, jest jednym z tych regionów, w których dawne zwyczaje są jeszcze kultywowane. Przywiązanie do tradycji przodków, a może również pradawna wiara w dobroczynny wpływ ognia, są tu tak silne, że w przeddzień Świąt Bożego Narodzenia w wielu miasteczkach, wioskach i gospodarstwach wiejskich nadal zapala się przed domami ogniska czy pochodnie. La ‘Ndocciata w Agnone jest niewątpliwie najbardziej znanym i spektakularnym zwyczajem tego typu w Molise.

 


Ndòcce

Nazwa uroczystości pochodzi od dialektalnego słowa ndòccia, znaczącego tyle, co torcia – pochodnia. Pod koniec XIX wieku wyraz ten brzmiał jeszcze prawdopodobnie ntorcia, o czym świadczy taka właśnie forma podana w wydanym w 1893 roku słowniku dialektu używanego w Agnone, Vocabolario del dialetto agnonese, którego autorem był lokalny badacz Giuseppe Cremonese. Tak nazywa się tutaj pochodnie – wyjaśnia autor – wykonywane z wiązek gałęzi jodłowych, które mieszkańcy okolicznych wsi zapalają w wieczór Wigilii Bożego Narodzenia i niosą wszyscy razem do miasta. (…) Jest to tutejsze wiejskie święto, które obchodzi się także w Pietrabbondante i innych pobliskich miejscowościach. Ndòcce nie są jednak zwyczajnymi pochodniami. Wyróżnia je wielkość i znaczny ciężar. Dzisiaj pojedyncza pochodnia ma 2-3 metry wysokości i waży 6-8 kilogramów. Jest to wiązka długich kawałków drewna jodłowego i gałązek żarnowca, powiązanych szpagatem. Najbardziej charakterystyczne i typowe dla Agnone są ogromne „wachlarze” z kilku lub kilkunastu połączonych ze sobą pochodni, których liczba zawsze musi być parzysta. Zgodnie ze zwyczajem ndòcce są niesione wyłącznie przez mężczyzn. Występują oni w tradycyjnych ciemnych wełnianych płaszczach-pelerynach, zwanych cappe, i kapeluszach lub kapturach.

Ocalona tradycja

To, że wigilijnego święta ognia w Agnone przetrwało do naszych czasów, nie jest dziełem przypadku, lecz wynikiem świadomego działania mieszkańców tego regionu. Niebagatelną rolę w zachowaniu zwyczaju odegrała miejscowa prasa, ostoja lokalnego patriotyzmu, w której od XIX wieku nie tylko każdego roku opisywano przebieg uroczystości, lecz także wyrażano zaniepokojenie oznakami słabnięcia czy zaniedbywania tradycji. W 1929 roku do jej podtrzymania przyczyniła się inicjatywa podjęta przez czasopismo „L’Eco del Sannio”, wydawane w latach 1894–1938 (przypomnijmy, że Sannio to po włosku Samnium – tak nazywał się w starożytności obszar, którego część zajmuje dzisiejsze Molise). Ustanowiono wówczas trzy nagrody pieniężne: dla niosącego najpiękniejszą i najlepiej wykonaną pochodnię, dla najliczniejszej grupy z pochodniami i dla najbardziej ozdobionego ogniami gospodarstwa wiejskiego. Pomysł „zawodów” został urzeczywistniony w 1932 roku, między innymi dzięki pomocy finansowej rodaka z Ameryki. Przemarsz z pochodniami miał się stać od tej pory dla miasteczka niejako oficjalnym świętem pod patronatem lokalnych władz. Mimo to w kolejnych latach organizacja wydarzenia nieco szwankowała, niosących pochodnie ubywało, a wśród okolicznych rolników przeważył zwyczaj zapalania ogni we własnych obejściach.

W 1945 roku, po długim okresie II wojny światowej, kiedy święto było zawieszone ze względu na konieczność zaciemnienia, okolice Agnone znowu rozświetliły się setkami pochodni zapalonych przed domami i gospodarstwami. Wydawało się, że zwyczaj ten będzie nadal wypierał tradycję niesienia pochodni do miasteczka i że pochód z pochodniami zaniknie.

Ponownie jednak do akcji wkroczyła lokalna prasa, która postulowała wówczas utworzenie stowarzyszenia Pro Agnone, działającego na rzecz zachowania miejscowych zwyczajów i promowania kultury regionu. Powstanie stowarzyszenia w 1956 roku rozpoczyna pomyślny okres dla corocznego święta pochodni, którego organizowanie staje się jednym z głównych zadań Pro Agnone. Historia wysiłków miejscowych pasjonatów i ich zmagań z brakiem chęci czy niewiarą innych mieszkańców jest przykładem wytrwałości, która prowadzi do sukcesu i przynosi wielką radość.

W 1964 roku po raz pierwszy wprowadzono zwyczaj przedstawiania Presepe Vivente (jasełek) po zakończeniu pochodu, później zaś dodano różne elementy folklorystyczne. W 1983 roku la ‘Ndocciata zyskuje status imprezy turystycznej o charakterze regionalnym. Dzięki coraz lepszej organizacji liczba biorących udział w wydarzeniu grup reprezentujących dzielnice i okoliczne miejscowości, a także liczba niesionych pochodni, zaczęła szybko wzrastać. W roku 1990 zapalono 500 pochodni, pięć lat później – 800, a obecnie zapala się ich około tysiąca.

Fot. CC BY 2.0
Fot.Viaggio Routard / Flickr, CC BY 2.0


Niech pochodnie nie gasną

19 marca 1995 roku ma miejsce pierwsze przełomowe dla Agnone wydarzenie – wizyta Jana Pawła II, który kieruje do mieszkańców niezwykle ciepłe i serdeczne przesłanie. Następnego roku, 8 grudnia, podczas obchodów 50. rocznicy kapłaństwa papieża, Agnonesi przynoszą światło setek pochodni na Plac Świętego Piotra. „Rzeka ognia” z Molise płynie wzdłuż Via della Conciliazione, a potem wokół Placu Świętego Piotra. Pozdrawiam także was, pasterze i rolnicy – mówił papież – protagoniści tak wspaniałej manifestacji wiary i kultury, która poprzedza radosną wieść o narodzeniu Pana. Wasi ojcowie, nawracając się na wiarę chrześcijańską, zmienili prastary pogański rytuał ognia związany z zimowym przesileniem słonecznym w radosne świętowanie narodzin Jezusa, światłości świata. Dla mieszkańców Agnone i całego regionu było to wielkie, niezapomniane przeżycie, a także kolejny silny impuls stymulujący ich wysiłki na rzecz utrzymania dawnego zwyczaju. La ‘Ndocciata w Rzymie wzbudziła entuzjazm obecnych na uroczystości wiernych, była transmitowana przez radio i telewizję, opisywana w prasie.

W 1996 roku grupy niosące pochodnie zrezygnowały z rywalizacji i walki o nagrody – odtąd przechodzą razem uliczkami miasteczka w jednym wspólnym pochodzie. Od 2000 roku uroczystość w Agnone organizowana jest zwykle dwa razy: 8 grudnia, na pamiątkę wydarzenia w Rzymie, i w Wigilię.

Mimo że la ‘Ndocciata przerodziła się w dużej mierze w „imprezę folklorystyczną”, jej znaczenie dla społeczności Agnone pozostaje ogromne. Przywiązanie do dawnych tradycji i ich kultywowanie jest bowiem częścią tożsamości człowieka, tożsamości danej wspólnoty, a jednocześnie – formą obrony przed narzucanymi nam „nowoczesnymi” i unifikującymi modelami życia.

 

Korzystałam m.in. z tekstów na temat świąt ognia w Molise, których autorem jest Domenico Meo, autor książki Riti e feste del fuoco. Falò e torce cerimoniali in Molise, Volturnia 2008.
Posted on

Refettorio Ambrosiano. Dzieląc się ciepłem

Wnętrze Refettorio Ambrosiano zaprojektowali i urządzili uznani włoscy artyści, architekci i designerzy. W ciągu dnia można w ciszy i spokoju obejrzeć rzeźby, obrazy, meble, witraże, przyjrzeć się ich formom i pomyśleć nad znaczeniem. Wieczorem sala wypełnia się setką gości, którzy przychodzą tu na swój jedyny ciepły posiłek – nie jest to bowiem ani galeria, ani muzeum, ale jadłodajnia dla potrzebujących. Znajduje się w oddalonej od centrum Mediolanu dzielnicy greckiej; stworzona została przez wiele osób i instytucji, wyposażona w najlepsze sprzęty i meble z eleganckich salonów. Wszystkie prace wykonano za darmo; meble i dzieła sztuki ofiarowano, aby stworzyć wnętrze funkcjonalne i piękne. Ten wielowarstwowy projekt powstał, by wypełnić misję pomocy drugiemu człowiekowi w najbardziej podstawowy sposób: karmiąc. Jednak pomoc ta ma wiele znaczeń. Przywraca godność, buduje solidarność społeczną, odwołuje się do wielu wydarzeń, uczuć, wskazuje kierunek, sprawia, że musimy się zastanowić. Czy potrzebującymi są ci głodni i bez dachu nad głową, czy może my, bez zastanowienia trwoniący jedzenie i bezrefleksyjne goniący za kolejnymi materialnymi zdobyczami?

 

Kuchnia, która jest sercem jadłodajni, znajduje się na dawnej scenie. Kosztowała fortunę – informuje mnie mój przewodnik Carlo.
Kuchnia, która jest sercem jadłodajni, znajduje się na dawnej scenie. Kosztowała fortunę – informuje mnie mój przewodnik Carlo

 

Początki

 

Przy okazji wystawy światowej Expo 2015, której hasłem przewodnim było “Żywienie planety, energia dla życia”, znany włoski szef kuchni z Modeny, Massimo Bottura, postanowił wykorzystać żywność, której nie zużyto podczas targów. Pozyskawszy kilka ton (!) produktów, na ich bazie przygotował setki dań dla bezdomnych i ubogich. Symbolicznym składnikiem był oczywiście czerstwy chleb, z którego w kuchni włoskiej można przyrządzić wiele wyśmienitych i pożywnych dań.  Przez pierwsze 6 miesięcy działalności Refettorio Ambrosiano, dla gości jadłodajni gotowali także inni znani szefowie kuchni z całego świata, zapraszani przez Botturę. Odważnie podejmowali wyzwanie gotowania z resztek, z produktów, które miały trafić na wysypisko. Jak wykorzystać przywiędłą marchewkę? Czy podpieczona skórka z ziemniaka może smakować, a wyschnięty kawałek parmezanu nadać potrawie smaku?

 

– Trzeba przyjrzeć się tym z pozoru niezdatnym do spożycia produktom z innej strony, znaleźć sposób na przekształcenie ich w złoto – mówi Alain Ducasse, słynny francuski szef kuchni, który gotował w Refettorio. – Być dobrym kucharzem to znaczy być hojnym. Przyjeżdżamy tu, żeby przygotować dobre jedzenie ze skromnych produktów i walczyć przeciwko marnowaniu żywności. Nie zmienimy życia tych ludzi, ale możemy próbować ofiarować im odrobinę szczęścia.

 

Refettorio dzisiaj

 

Trzy lata po Expo jadłodajnia działa dalej – dziś zarządza nią mediolańska Caritas Ambrosiana. W Refettorio zatrudnione są na stałe trzy osoby. Każdego ranka zaopatrzeniowiec odbiera produkty ze sklepów, supermarketów i restauracji; z przywiezionego towaru dwie kucharki przygotowują około stu ciepłych posiłków dla potrzebujących z całego miasta, rekrutowanych przez ośrodki Caritasu. Menu ustalane jest codziennie na bazie dostarczonych artykułów. W pracę i obsługę całego przedsięwzięcia zaangażowanych jest kilkudziesięciu wolontariuszy w różnym wieku – kelnerują, sprzątają, pomagają w kuchni. Bez ich wsparcia jadłodajnia nie mogłaby funkcjonować.

Pełne symboliki wejście do Refettorio
Pełne symboliki wejście do Refettorio

 

Kto przychodzi na kolację do tej wyjątkowej restauracji? W rozmowie z jednym z wolontariuszy dowieduję się, że większość to imigranci i uchodźcy, osoby spoza Unii Europejskiej; jednak, jak twierdzi Carlo, mój przewodnik, Refettorio gości także wielu Włochów. – Jesteśmy drugą Lampedusą. – mówi. Bliźniaczą ceramiczną bramę włoski rzeźbiarz Mimmo Paladino postawił wszak na tej malutkiej wyspie, będącej pierwszym przystankiem dla zmierzających do Europy. – Przyjmujemy i karmimy wszystkich potrzebujących. Oferujemy im ciepłą strawę, ale także poczucie bycia we wspólnocie. W rodzinie. Nasze kucharki gotują z produktów, które mogłyby trafić na wysypisko śmieci, zmarnować się. U nas wykorzystywane są w dwójnasób.

 

Dzieląc się ciepłem

Odwiedzam Refettorio w piątek. Jest to dzień spotkań dla samotnych starszych kobiet z dzielnicy; właśnie kończy się obiad, który raz w tygodniu spożywają z wolontariuszami. Kobiety czekają na te spotkania; nierzadko zastępują im one czas dotychczas spędzany z rodziną. – Od śmierci męża czuję się bardzo samotna, ale wiem, że piątek jest wyjątkowym dniem. Przygotowuję się na nasze spotkania, cieszę się, że wspólnie spędzimy czas. Mam po co wyjść z domu – mówi mi Chiara, jedna z uczestniczek posiłku.

Na budynku dawnego teatru artysta Maurizio Nannucci umieścił niebieski neon NO MORE EXCUSES. Oto przykazanie dla każdego. Nie ma wymówek, nie ma usprawiedliwienia – ani dla marnowania żywności, ani dla obojętności wobec potrzebujących pomocy.
Na budynku dawnego teatru artysta Maurizio Nannucci umieścił niebieski neon NO MORE EXCUSES. Oto przykazanie dla każdego. Nie ma wymówek, nie ma usprawiedliwienia – ani dla marnowania żywności, ani dla obojętności wobec potrzebujących pomocy

– Wykorzystywanie produktów z nadwyżek nie jest poniżające, nie ujmuje kucharzowi – mówi o przedsięwzięciu Bottura. – Nasza kultura gastronomiczna powstała z potrzeby znalezienia sposobu na przetrwanie: jeszcze w latach pięćdziesiątych we Włoszech ludzie umierali z głodu, a odzyskiwanie i umiejętność przetwarzania żywności towarzyszyły człowiekowi od zawsze. Dopiero 40 lat konsumpcjonizmu nadało tym czynnościom pejoratywne znaczenie. Łacińskie słowo recuperare (odzyskiwać) jest jednak analogiczne do reconquistare (zdobywać). Marnować, wyrzucać to znaczy poddać się, nie być w zgodzie ze  światem, nie mówić własnym językiem.

Do Refettorio Ambrosiano nie jest trudno dojechać – ot, kilka przystanków tramwajem spod Duomo, później chwila autobusem. Wycieczkę tę potraktować można jako ciekawostkę turystyczną, przeżycie artystyczne albo krótką przerwę od mediolańskiego przepychu. Wolontariusze w kuchennych fartuszkach zamienią z nami parę słów, odpowiedzą na pytania, wytłumaczą niejasności. Ich zaangażowanie i wzruszenie, z jakim opowiadają o Refettorio Ambrosiano, pozostają na długo w pamięci. Wieczorem zobaczymy długą kolejkę oczekujących gości, a nad ich głowami jasno świecący niebieski neon.

Nie szukajmy wymówek.

 

Wszystkie zdjęcia: materiały prasowe Caritas Ambrosiana
Posted on

Tajemnica tunezyjskiego piekarza

Lubiłem patrzeć na to igranie z żywiołem. Zanurzanie dłoni w rozpalonej czeluści pieca. Szybkie sprawne ruchy, ogień liżący skórę, powietrze drgające od wysokiej temperatury. Czasem wstawałem i podchodziłem, by zajrzeć do środka. Piekarze się wtedy uśmiechali, sądząc, że nie mogę doczekać się, aż chleb będzie gotowy, co było po części prawdą. Do tej gorącej, lizanej płomieniami jamy przyciągał mnie jednak przede wszystkim zachwyt sposobem, w jaki panowano nad żywiołem. Ogień był tu wszystkim, pozwalano mu się narodzić, by później trzymać go w ryzach glinianych bądź ceglanych ścian. Patrzyłem na to z przyjemnością, podobnie, jak patrzy się w serce ogniska czy kominka. Widok ognia budzi równocześnie fascynację i lęk, obecny w naszych głowach od kilkudziesięciu tysięcy lat.

W tunezyjskiej Soussie lubiłem więc zachodzić do piekarenek ukrytych w wąskich ulicach, nie oznaczonych w żaden sposób. Obywających się z powodzeniem bez modnych wnętrz, wystawnych witryn, szyldów. Jeżeli nie urodziłeś się w tunezyjskim mieście i nie znałeś tu każdego kąta, musiałeś liczyć na łut szczęścia, by trafić w te miejsca. Trzeba było być czujnym. Szukać smug zapachu snujących się po chodniku lub widoku nitek dymu uciekających z osmolonych kominów. Wchodzić śmiało do ciasnych pomieszczeń.


W tych króliczych norach centralne miejsce zajmował zawsze jeden lub dwa piece, zbudowane z cegieł lub ulepione z grubej gliny. Zadziwiające dzbany o szerokim wylocie u góry, do których zagląda się niczym do głębokiej studni. Wcześniejsza wersja pieców chlebowych popularnych dziś na południu Europy. Często trafiałem też na te typowe kopułowe, z otworem w bocznej ściance. Na ich dnie rano rozpalano ogień. Im starszy piec, tym czarniejsze od sadzy były jego wewnętrzne ściany. W ich pobliżu uwijało się zwykle dwóch-trzech mężczyzn, czasami kobieta. Nachylali się nad białymi grudami ciasta i mocnymi dłońmi formowali płaskie placki. Później trzeba było nachylić się nad piecem i, wkładając dłoń prosto w jego wnętrze, przylepiać je bezpośrednio do ścianki. By się nie poparzyć, piekarze zanurzali dłoń w zimnej wodzie. Upieczony chleb wyjmowali, odczepiając go od ścianek pieca lub pozwalając mu odpaść i trafić prosto w żar. Wtedy wyciągali go długimi żelaznymi szczypcami i rzucali, parujący i poznaczony smugami popiołu, prosto do koszyków. Miękkie placki parzące koniuszki palców. Zmysłowa rozkosz, gluten torujący sobie drogę przez żyły.

Sprzedaż chleba w Tunezji, fot. Sarah Murray / Wikimedia, CC BY-SA 2.0
Sprzedaż chleba w Tunezji, fot. Sarah Murray / Wikimedia, CC BY-SA 2.0

Zachodziłem więc do tunezyjskich piekarni, szukając takiej, w której stała choć jedna ława lub krzesło. Mogłem wtedy przysiąść i patrzeć na tę piekarniczą alchemię, czasem o coś podpytując. Po drugiej wizycie wszyscy mnie już znali i nikt się nie dziwił, że spędzam dni, gapiąc się w rozpalone ogniem chlebowe piece. Prostota ich konstrukcji mnie fascynowała. Berberowie używali tego typu pieców w czasach, gdy w północnej Afryce dopiero rodziły się większe miasta. Potrafili ulepić małe gliniane piecyki w każdym miejscu, w którym zatrzymywali się na dłużej niż jeden dzień, balansując w ten sposób na granicy między nomadycznym a osiadłym trybem życia. Pękaty dzban – przez Berberów nazywany tabouną – nie jest jednak ich wynalazkiem. To przedmiot przynależny całej ludzkości. Dowód na to, że pewnego dnia nauczyliśmy się obchodzić z ogniem i pchnęliśmy naszą historię na nowe tory.

 

Drewno to nie wszystko

 

Siadałem w tych malutkich piekarniach, a wchodzący klienci krzyczeli do mnie jeden przez drugiego bonjour, bonjour. Byłem niespodziewanym gościem i wszyscy próbowali sprawić, bym poczuł się dobrze. Gdy z pieca wydobywano chleby, następował spektakl wyboru placka dla mnie. Tłum dyrygowany przez piekarza nachylał się nad koszykami. Dziesiątki dłoni zanurzały się w chlebowy ocean. Palce łapały każdy placek, ściskały go ze znawstwem, opukiwały spieczoną powierzchnię. Przekładały dziesiątki chlebów z prawa na lewo i z powrotem. Podsuwały mi pod nos wybrane pieczywo, by zaraz je zabrać, bo ktoś znalazł coś lepszego. Małe pomieszczenie wibrowało od dyskusji i sporów. Podejmowano decyzje, by zaraz je anulować. Poszukiwano ideału. Starałem się pozbyć uczucia skrępowania. Zwykle kończyłem z pięcioma plackami wciśniętymi w dłonie i szpalerem ciemnych wpatrzonych we mnie życzliwych oczu. Odwdzięczałem się wyrazami zachwytu. Unosiłem wysoko ręce i cmokałem z emfazą. Rozrywałem łapczywie cienkie kawałki ciasta i żułem z radością. Nie musiałem niczego udawać. Berberyjski chleb kradnie serce w kilka sekund.

– To ogień tworzy smak – mówił mi ciemnowłosy piekarz z eleganckim wąsikiem. – Chleb pieczony w elektrycznym piekarniku zawsze będzie inny. Nie każde ciepło jest równie cenne.

Pukał palcem w piec. Zbierał myśli. Dorzucał trochę drewna.

– Ale piec opalany drewnem nie wystarczy – dodawał w końcu. – Ważne jest, z czego jest zbudowany. Spójrz, u nas to zawsze cegła lub glina. Nie ma nic lepszego. W takich piecach ciepło dobrze się  kumuluje.

Kopulasty kształt pieca i gliniane ściany równomiernie akumulują ciepło. Tu: piekarz na Cyprze
Kopulasty kształt pieca i gliniane ściany równomiernie akumulują ciepło – wiedziano o tym już w Egipcie, Grecji i Rzymie. Tu: piekarz na Cyprze

To samo mówił mi kiedyś mistrz pizzy w Neapolu. Przestrzegał, bym nie wierzył miejscom dumnym z tego, że mają piec opalany drewnem. Drewno odpowiada jedynie za połowę sukcesu. – Zawsze idź obejrzeć piec – mówił kiwając w powietrzu groźnie palcem. Ocierał pot z czoła. – Owszem, ma być opalanym drewnem, ale przede wszystkim musi być zrobiony z cegły. Te nowoczesne, ze stali, rozgrzewają się w zły sposób. Pizza jest niedobra. Nie możesz tam jeść.

Oszczędziłem mu wtedy wiedzy o małych budkach w naszym kraju, w których trójkąty pizzy podgrzewane są w mikrofali lub mikropiecykach na prąd. Milczałem, bojąc się o jego serce.

Nasi przodkowie dawno temu odkryli to, co naukowcy potwierdzają dziś badaniami. Kopulasty kształt pieca i gliniane ściany równomiernie akumulują ciepło. Dzięki temu promienie podczerwone działają przez długi czas, nagrzewając każdy fragment ciasta i przenikając do jego wnętrza. Wiedziano o tym już w starożytnym Egipcie, udoskonalono później w Grecji i Rzymie. W Pompejach zachowały się do dziś piece nie różniące się od tych, w których pieczone są dziś neapolitańskie margherity.

Tunezyjski piekarz wrócił do wyrabiania ciasta. Patrzyłem jak w metodyczny, spokojny sposób konfiguruje codzienność. Mąka, woda, sól, odrobina drożdży. Trochę oliwy i kaszki kukurydzianej. Silne ruchy dłoni. Ogień.

Posted on

Różane ciasto z polenty z pistacjami i kardamonem

Przepis inspirowany jest perskim ciastem miłości (Persian Love Cake) z The Saffton Tales Yasmin Khan, brytyjsko-irańskiej autorki książek kucharskich. Yasmin wymyśliła nazwę sama, ale takie połączenie składników stanowi kwintesencję irańskiej kultury kulinarnej. W Persji zaczęto pozyskiwać wodę różaną przeszło 2000 lat temu. Róże wykorzystuje się w kulinariach i medycynie, wzmianek o tych kwiatach nie brakuje także w irańskiej poezji. Kardamon i pistacje znajdziemy w większości irańskich deserów. I choć Iran nie leży nad Morzem Śródziemnym, to w różanym cieście znajdziemy wiele składników bliskich także śródziemnomorskiej tradycji kulinarnej: od wspomnianej wody różanej, kardamonu i pistacji, po polentę, oliwę z oliwek i migdały.

Połączenie polenty i mielonych migdałów zamiast zwykłej mąki nadaje ciastu przyjemną, nieco ziarnistą i chrupiącą konsystencję. Ciasto jest wilgotne i bardzo aromatyczne. Idealnie pasuje do filiżanki mocnej herbaty w chłodne zimowe wieczory – niekoniecznie trzeba czekać z nim aż do świąt!

Przepis: Różane ciasto z polenty z pistacjami i kardamonem

100 g polenty
100 g mielonych migdałów
100 g pistacji, drobno posiekanych
100 g cukru muscovado
200 ml oliwy
3 jajka
2 łyżki wody różanej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka mielonego kardamonu
sok i skórka z jednej cytryny

Do nasączenia

sok z 1 cytryny
50 ml miodu
2 łyżki wody różanej

Lukier cytrynowo-różany

1/2 szklanki cukru pudru
sok z 1 cytryny
1 łyżeczka wody różanej

do podania: posiekane pistacje i płatki róży

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
Okrągłą formę do ciasta smarujemy lekko oliwą i wykładamy papierem do pieczenia.

W dużej misce mieszamy polentę, mielone migdały, pistacje, cukier, proszek do pieczenia, skórkę z cytryny i kardamon. W drugiej misce mieszamy oliwę, roztrzepane jajka, wodę różaną i sok z cytryny.

Łączymy suche i mokre składniki, dokładnie mieszamy.
Wlewamy ciasto do formy.
Pieczemy przez około 30 minut, do suchego patyczka (czyli aż wykałaczka wbita środek ciasta będzie po wyciągnięciu sucha, nieoblepiona ciastem).

Kiedy ciasto jest prawie gotowe do wyjęcia z piekarnika, mieszamy sok z cytryny z miodem i wodą różaną. Mieszanką polewamy gorące ciasto, studzimy w formie.

Składniki lukru dokładnie mieszamy za pomocą trzepaczki.
Polewamy wystudzone ciasto lukrem.
Dekorujemy posiekanymi pistacjami i płatkami róży.

Posted on

Khaled Hosseini, Modlitwa do morza

Aylan Kurdi miał zaledwie 3 lata, gdy wraz z matką i bratem utonął w Morzu Śródziemnym. Zdjęcia dziecka obiegły światowe media; dedykowano mu piosenki i wiersze, a w grudniu 2015 roku w jednym z madryckich kościołów odsłonięto szopkę, w której  Dzieciątko Jezus miało rysy tragicznie zmarłego dziecka-uchodźcy.

Hosseini, amerykański pisarz afgańskiego pochodzenia, w swoich świetnie przyjmowanych przez publiczność powieściach (wspomnijmy chociaż Chłopca z latawcem) niejednokrotnie poruszał tematykę kryzysu migracyjnego. Dotychczas decydował się jednak na rozbudowaną fabułę. W najnowszej książce takowej nie znajdziemy – jest to bowiem króciutka historyjka, monolog ojca chłopca, pięknie zilustrowana przez londyńskiego artystę Dana Williamsa. Można potraktować ją jako uświadamiającą lekturę dla dzieci, można uczynić z niej punkt wyjścia do refleksji nad tragedią, która wciąż trwa i obciąża sumienia nas wszystkich.

 

Modlitwa do morza to, jak napisał sam autor, hołd złożony milionom rodzin, które przez wojnę  zmuszone zostały do opuszczenia swoich domów. Pokłon wobec uciekających przed prześladowaniami i ogniem, który w zgliszcza obraca wszystko poza pamięcią. Sięgając po tę lekturę, czynimy drobny gest, który przyczyni się być może do tego, by jej płomień pozostał jak najdłużej jasny i silny.

 

POMÓŻ I TY!
Kupując książkę, wspierasz edukację dzieci uchodźców! Całkowity zysk ze sprzedaży książki polski wydawca – WYDAWNICTWO ALBATROS – i dystrybutor – FIRMA KSIEGARSKA OLESIEJUK – przekażą Stowarzyszeniu „Za Rzeką Krzną”, prowadzącemu szkołę podstawową w Berezówce.

W szkole uczą się dzieci polskie oraz dzieci, które przebywające w ośrodkach dla osób ubiegających się o status uchodźcy. W roku szkolnym 2018/2019 podejmie naukę 35 cudzoziemców i 26 polskich dzieci*. Od roku 2009 w szkole w klasach I-VI i oddziale przedszkolnym uczyło się 300 cudzoziemców.

Projekt realizowany jest we współpracy z Agencją ONZ ds. Uchodźców (UNHCR).

 

Khaled Hosseini, Modlitwa do morza, tłumaczyła Marzena Wasilewska, Wydawnictwo Albatros 2018
Posted on

W rytm uderzeń młota. Rzecz o starożytnym kowalstwie i metaloplastyce

Mroczne pomieszczenie o ścianach przesiąkniętych zapachem palonego drewna i gorącego metalu. Do uszu nie dociera nic poza miarowymi uderzeniami i syczeniem wody kipiącej przy zetknięciu z rozgrzanym ostrzem miecza. Tak najczęściej przedstawia się kuźnię. W jej wnętrzu spotkamy rosłego i ogorzałego kowala, zwykle brodatego i mrukliwego samotnika, nie bardzo różniącego się od mitologicznego Hefajstosa, kowala Olimpu. Boga tego Grecy darzyli sympatią ze względu na jego pracowitość i fakt, że wtajemniczył ludzkość w arkana kowalstwa. Boscy pobratymcy nierzadko mieli go zaś w poważaniu, choć cenili jego wyroby.

Wedle mitologii greckiej Hefajstos był synem Hery, która zrzuciła go z boskiej góry za jego brzydotę, przyczyniając się tym samym do kalectwa syna. Kiedy indziej winą za jego okulawienie obarcza się Zeusa. Zraniony bóg miał wybuchową naturę – jego rzymskim imieniem (Wulkan) zaczęto określać wszystkie ogniste góry. Mawiano także, że gdy nad jedną z nich unosi się dym, to znak, że Hefajstos rozpoczyna swą pracę. Jego kuźnię umiejscawiano zwykle we wnętrzu sycylijskiej Etny i na greckiej wyspie Lemnos, gdzie istniał najstarszy ośrodek kultu boga.

Wulkan
Wulkan – rycina autorstwa E. Jeaurata, 1716 r. Hefajstos był panem żywiołu ognia, patronem kowali, złotników i opiekunem rzemiosła związanego z metalurgią. W mitach nieraz wspomina się o jego dziełach: od misternej biżuterii, przez tron olimpijski i wóz Heliosa, po groty strzał Erosa czy tuzin złotych dziewic, które wykuł do pomocy w kuźni. Scheda starożytnych rzemieślników pracujących w metalu bogata jest jak dorobek Hefajstosa. Fot.: Wellcome Images, CC BY 4.0

 

Nim narodziło się kowalstwo, prehistoryczni i starożytni rzemieślnicy wypracowali sporo metod obróbki metali, które dało się wtedy pozyskać, czyli złota, srebra i miedzi. Wszystkie te substancje są dość ciągliwe, plastyczne i miękkie. Właśnie z miedzi wykonany był toporek, który w latach 90’ XX w. odnaleziono przy szczątkach Ötziego, zwanego człowiekiem lodu i zmarłego ponad 5 tysięcy lat temuPo dziś dzień możemy także podziwiać misterne wyroby ze złota tak cienkiego, że aż trudno uwierzyć, że przetrwały do naszych czasów; przykładem niech będą tu mykeńskie plakietki i diademy oraz, wykonana z grubszej złotej blachy, słynna Maska Agamemnona, datowana na 1500 r. p.n.e.

Tzw. Maska Agamemnona, 1500 r. p.n.e. Mykeny, Muzeum Archeologiczne w Atenach
Tzw. Maska Agamemnona, 1500 r. p.n.e., Muzeum Archeologiczne w Atenach, fot.: Marta Norenberg

 

Dziedzinę zajmującą się wytwarzaniem przedmiotów takich jak powyższe nazywamy metaloplastyką. Jest to praca z metalami na zimno. W epoce brązu (3500 – 1200 r. p.n.e.)* mieszkańcy Bliskiego Wschodu nauczyli się, jak wytapiać, nitować i kuć brąz, będący stopem miedzi i cyny. W porównaniu z miedzią charakteryzuje się on większą twardością, odpornością na korozję i niższą temperaturą topnienia. Starożytny kowal nie mógł pracować z brązem jak z później stosowanym żelazem, czyli kując rozżarzony do czerwoności metal – był on wtedy zbyt płynny. Dlatego też po rozgrzaniu brązu studzono go i klepano, znów rozgrzewano i sukcesywnie młotkowano, aż do uzyskania pożądanego kształtu. Tak utwardzony metal można było szlifować w celu wyostrzenia krawędzi. Brąz można także odlewać – jednym z lepszych przykładów starożytnej sztuki odlewniczej jest Woźnica z Delf z V w. p.n.e. W świecie śródziemnomorskim nie brakowało głównego składnika brązu, gdyż spore złoża miedzi znajdowały się na Cyprze, od którego wzięła się łacińska nazwa cuprum. Gorzej było ze zdobyciem cyny, którą sprowadzano drogą morską z dzisiejszej Turcji, a także z Wielkiej Brytanii. Co ciekawe, brąz jest na tyle odporny na warunki atmosferyczne, że do naszych czasów przetrwało dużo więcej przykładów metalurgii z epoki brązu niż przykładów artefaktów z młodszej przecież epoki żelaza. Przedmioty wykonane z żelaza i narażone na zmiany pogody mogą całkowicie zniknąć w ciągu mniej więcej 100 lat, natomiast wytwory brązownictwa przetrwały tysiąclecia.

Plakietki i diademy tłoczone w złocie, Mykeny, Muzeum Archeologiczne w Atenach | moje zdjęcie
Mykeńskie plakietki i diademy tłoczone w złocie, Muzeum Archeologiczne w Atenach, fot. Marta Norenberg

Metaloplastykę krzyżowano nieraz ze sztukami pokrewnymi, w tym ze złotnictwem, emalierstwem czy grawerstwem. Niezwykle kunsztowne zabytki pozostawiła po sobie kultura egipska. Lustra z polerowanej miedzi, brązu lub srebra były codziennymi dobrami zamożnych, podobnie jak miedziane dzbany i miednice. Niezwykłym przykładem jest tu maska Tutenchamona z ok. 1327 r. p.n.e., wykonana ze złota, szkła, ozdobnych kamieni i fajansu. W tym samym czasie na ziemiach obecnej Turcji opracowywano tajniki pracy z żelazem, utrzymywane przez mieszkańców Anatolii w tajemnicy. Pozostali mieszkańcy Śródziemnomorza pozostawali przy tworzeniu przedmiotów codziennego użytku z brązu.

Tutanchamon CC BY-SA 3.0
Maska Tutanchamona, ok. 1327 r. p.n.e., Muzeum w Kairze, fot.: Jerzy Strzelecki / Wikimedia,  CC BY-SA 3.0

Starożytni Grecy sporo o metalach nauczyli się od Egipcjan oraz Persów. Kładli nacisk bardziej na estetykę niż funkcjonalność wyrobu, a szczyt swoich możliwości osiągnęli pod koniec okresu klasycznego (ok. 320 r. p.n.e.). Metaloplastyka grecka słynie m.in. z brązowych rzeźb i monet, a także z dzieł powstających w wyniku łączenia technik. Starożytna chryzelefantyna, bo o niej mowa przede wszystkim, była rodzajem rzeźby wykorzystującej różne materiały. Za najznakomitsze przykłady prac stworzonych tą metodą uważa się nieistniejące już posągi Ateny Partenos i Zeusa Olimpijskiego dłuta Fidiasza. Rzeźby te wykonano w drewnie; odsłonięte części ciał bogów pokrywały płytki z kości słoniowej, a płatki złota zdobiły okrycie i włosy. Elementy, które w rzeczywistości tworzono z metalu, również tutaj powstawały z jego wykorzystaniem.

Wyobrażenie posągu Zeusa w Olimpii
Wyobrażenie posągu Zeusa w Olimpii

Oddzielna uwaga należy się pracy w żelazie, czyli właściwemu kowalstwu, które przejęło i zaadaptowało techniki wcześniej wykorzystywane właśnie do obróbki szlachetnych metali oraz miedzi i brązu. Podstawową metodę wytwarzania zbroi i naczyń przez długi czas stanowiło młotkowanie. Ciekawostką jest, że w czasach starożytnych pożądany był połysk i jasna powierzchnia metalu – podziw dla patyny pojawił się dopiero w naszej erze, podobnie jak kontemplacja bieli marmuru starożytnych rzeźb i budowli greckich, które pierwotnie były przecież wielobarwne.

Skierujmy jednak swe myśli ku epoce żelaza (od 1200 r. p.n.e.)*, kiedy to rzemieślnicy zaczęli rozumieć właściwości tego metalu, stosowanego we wcześniejszym okresie jedynie sporadycznie. Żelazo różni się od większości innych materiałów, ponieważ pod wpływem podgrzewania nie przechodzi bezpośrednio ze stanu stałego w ciekły. W pewnym zakresie temperaturowym staje się mocno ciągliwe i plastyczne oraz podatne na kucie. Kucie oraz hartowanie żelaza odkryli i udoskonalili najprawdopodobniej Hetyci z Anatolii (dzisiejsza Turcja) – stało się to ok. 1500 r. p.n.e., jednak stanowiło sekret przez kolejne kilkaset lat. Na 1350 r. p.n.e. datuje się najstarszy odnaleziony obiekt żelazny, czyli sztylet z grobowca faraona Tutenchamona, prawdopodobnie o hetyckiej proweniencji. Wykonano go z wyjątkowej mieszanki żelaza z niklem, otrzymanej z meteorytu. Pozyskanie tego surowca było na tyle trudne, że wyroby z meteorytowego żelaza służyły jedynie do celów artystycznych, ozdobnych, rytualnych, podarunkowych i ceremonialnych, a sam metal uznawano za bardziej wartościowy niż złoto. Po rozpadzie imperium Hetytów około 1200 r. p.n.e. wiedza dotycząca pracy w żelazie rozprzestrzeniła się na cały basen Morza Śródziemnego, w szczególności na dzisiejszą Grecję i Bałkany.

 

Fragment miecza z brązu z ozdobną rękojeścią, Muzeum Archeologiczne w Atenach
Fragment miecza z brązu z ozdobną rękojeścią, Muzeum Archeologiczne w Atenach, fot.: Marta Norenberg

 

Niestety zabytków z tego czasu zachowało się bardzo niewiele, zarówno ze względu na szybką korozję żelaza, jak i na fakt przetapiania go na nowe narzędzia. Nie ma też pewności co do momentu, gdy broń żelazna zastąpiła tę wykonaną z brązu. Wiemy, że narzędzia żelazne początkowo nie były wcale dużo lepsze od brązowych – czyste żelazo, bez domieszki np. niklu, było zbyt miękkie i nie posiadało ostrych krawędzi. Zachowały się rzymskie przekazy z walk z Celtami w dolinie rzeki Pad, opisujące żelazne miecze barbarzyńców wykonane z bardzo słabego kruszcu – podczas bitwy, po kilku machnięciach mieczami, trzeba było po nich chodzić, aby się wyprostowały. Mimo trudności w uzyskaniu dobrej jakości żelaza, metal ten był bardziej dostępny niż składniki brązu, zaś gdy w wyniku rafinacji udało się uzyskać małe ilości stali, broń z tego stopu wyparła inne metale, zyskując zresztą miano magicznej.

Dość szybko w zakres działań starożytnych kowali weszło wytwarzanie przedmiotów codziennego użytku: naczyń, sztućców, ceremonialnych i osobistych ozdób oraz rzeźb. Kowalstwo i metaloplastyka, jak wszystkie dziedziny rzemiosła, przeżywały wzloty i upadki: od czasów, gdy czczono boga-kowala, przez wieki, kiedy w każdej wiosce znajdowała się kuźnia, a kowal był szanowanym obywatelem, aż do chwili, gdy masowa produkcja niemal wyparła umiejętność tworzenia w metalu. Dziś obserwujemy odrodzenie kowalstwa i uważamy je za ważną dziedzinę sztuki.

 

* Daty epok są umowne – dokładne cezury zależą od sfer geograficznych oraz rozwoju danej kultury i nie zawsze się ze sobą pokrywają.

 

Zdjęcie główne: Hefajstejon czyli świątynia poświęcona Hefajstosowi i Atenie, patronom rzemiosła, w dzielnicy Keramejkos w Atenach

 

Posted on

Zhoug i sabich

Pikantny zielony sos jest jednym z ulubionych dodatków do potraw sprzedawanych na ulicznych straganach w Izrealu. Pojawił się tam na początku lat 50-tych wraz z jemeńskimi Żydami, ewakuowanymi z powodu prześladowań w ramach wojskowej operacji “Magic Carpet” (“Latający dywan”). Z dodatkiem zhougu świetnie smakuje np. sabich – sprzedawana na ulicy pita wypełniona smażonymi plastrami bakłażana i jajka na twardo, drobno posiekaną sałatką izraelską i sosem z tahiny. Sabich pojawił się w Izraelu mniej więcej w tym samym czasie, co zhoug, przywieziony przez imigrantów z Iraku. Irakijscy Żydzi jedli podobny posiłek w dzień szabatu, kiedy gotowanie jest zabronione – na śniadanie podawali usmażone wcześniej plastry bakłażana i ugotowane jajka. Według niektórych nazwa “sabich” pochodzi od arabskiego słowa oznaczającego poranek (صباح). W Izrealu składniki te włożono do pity i zaczęto serwować jako street food.

 

Do czego jeszcze może posłużyć nam zhoug? To świetny dodatek do szakszuki, hummusu, tostów pieczonych warzyw oraz grillowanych mięs i ryb – szczególnie dobrze współgra z jagnięciną. Możemy też wymieszać go z jogurtem lub octem winnym i podać jako dressing do sałatki.

 

Przepis: Sabich i pikantny zhoug

porcja dla 2 osób

 

2 pełnoziarniste pity

1 nieduży bakłażan

2 jajka ugotowane na twardo i pokrojone w plastry

łyżka oliwy

ząbek czosnku

1/2 łyżeczki soli

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.

Blachę wykładamy papierem do pieczenia.

Bakłażana kroimy w plastry o grubości ok. 1 cm.

Nacieramy plastry czosnkiem i układamy na blasze.

Smarujemy oliwą i posypujemy solą.

Pieczemy przez około 15 minut, przewracamy plastry w połowie pieczenia.

Bakłażan powinien lekko zbrązowieć.

Cytrynowy sos z tahiną

3 łyżki tahiny

4 łyżki ciepłej wody

sok z 1/2 cytryny

szczypta soli

Do szklanki wlewamy tahinę, dodajemy sok z cytryny i sól.

Stopniowo dodajemy ciepłą wodę, mieszając, aż do uzyskania lejącej się konsystencji.

Sałatka izraelska

2 pomidory, pokrojone w kostkę

1 nieduży ogórek, pokrojony w kostkę

1 nieduża cebula, pokrojona w kostkę

2 łyżki posiekanej pietruszki

2 łyżki soku z cytryny

łyżka oliwy

sól i pieprz, do smaku

Wszystkie składniki sałatki mieszamy w misce.

Zhoug

1 pęczek kolendry

2 zielone papryczki chilli

2 ząbki czosnku

1/2 łyżeczki mielonego kuminu

1/2 łyżeczki mielonego kardamonu

3 łyżki oliwy

3 łyżki wody

szczypta soli

szczypta cukru

Wszystkie składniki sosu blendujemy na pastę.

Sos można przechowywać w lodówce w zamkniętym słoiku około tygodnia.

Żeby zrobić sabich, podgrzewamy pity.

Polewamy połową sosu z tahiny.

Na górze układamy plastry bakłażana, jajka oraz sałatkę.

Polewamy resztą sosu i doprawiamy zhougiem według uznania – uwaga, jest naprawdę ostry!

Posted on

Płomień świecy

Choć, pragmatycznie rzecz biorąc, świeca staje się dziś niezbędna tylko w rzadkich przypadkach, gdy na krótką chwilę zostaniemy pozbawieni elektryczności, to mimo wszystko pozostaje nadal naszą wierną towarzyszką zarówno na co dzień, jak i przy wyjątkowych okazjach. Dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie można sprowadzić do dwóch najważniejszych, z których jedna odnosi się do natury, druga zaś do kultury. Im dalej odchodzimy od osiągnięć cywilizacyjnych, tym bardziej zbliżamy się do naszych wspólnych korzeni; do tego, z czego wyrastamy i z czego od wieków czerpiemy – do natury. Dzięki świeczkom intuicyjnie powracamy do czasów naszych przodków, którzy doskonale wiedzieli, że świece stanowią harmonijne połączenie czterech żywiołów: ognia w płomieniu, wody w płynnym wosku, powietrza jako dymu i ziemi jako knota. Z drugiej strony, symbolika świecy jest też stałym elementem naszej tradycji i kultury, odnosząc się do tego, co wszystkim nam jest wspólne, niezależnie od szerokości geograficznej czy statusu materialnego – daje światło i ciepło, zaś jej płomień niesie nadzieję i dodaje sił w dążeniu do obranego celu.

Od ogniska do parafiny

Jak długo człowiek istnieje, tak długo niestrudzenie ucieka od ciemności, poszukując źródeł światła. Przed tysiącami lat tajemniczy mrok paraliżował, obezwładniał i narażał kruche poczucie bezpieczeństwa pierwotnych ludzi. W ciemnościach czaiły się dzikie zwierzęta i wrogie plemiona. Dlatego od kiedy człowiek odkrył prometejski dar ognia, chroniący dodatkowo przed zimnem i pozwalający uzyskać ciepłą strawę, świat stracił odrobinę ze swojej grozy, a ludzie zapragnęli zatrzymać światło na dłużej. Dzięki ich pierwszym staraniom powstało łuczywo, po ulepszeniach przekształcone w pochodnię – grubą gałąź, której koniec owijano lnianą lub bawełnianą tkaniną, nasączoną tłuszczem. Równolegle narodził się pomysł, aby ogień ujarzmić i ustabilizować, znajdując dla naturalnych substancji palnych swego rodzaju schronienie w postaci muszli czy skorupy, ze skręconym w rulonik liściem stabilizującym całość i stanowiącym prototyp knota. Tak oto narodził się kaganek – do dziś symbol nauki, wiedzy i oświecenia.

Nieco zaskakujące może się wydawać, że pierwsze kaganki wytwarzano już pięć tysięcy lat temu w tej części świata, gdzie można najdłużej cieszyć się naturalnym światłem promieni słonecznych. Jeśli jednak zważymy, że druga nazwa kaganka to lampka oliwna, nikogo już nie zdziwi, że chodzi o kraje położone nad Morzem Śródziemnym. Egipskie, etruskie, greckie i rzymskie kaganki miały formę odkrytej miseczki, którą z czasem zamknięto pokrywką z otworem wlewowym i wycięciem na knot. Co ciekawe, lampki znacznie się różniły w tworzywie, ozdobach i kształcie. W Egipcie i na Krecie wyrabiano je z kamienia, gliny, miedzi i brązu, a następnie napełniano tłuszczem zwierzęcym. W Rzymie kaganki, w większości gliniane, wypełniano wyłącznie oliwą z oliwek i dekorowano malunkami przedstawiającymi bogów i ludzi. Z kolei w Grecji kaganki w kształcie czarek z zawiniętymi brzegami, tworzącymi na końcu palnik z unieruchomionym knotem, pokrywano czarną lśniącą polewą i bogato zdobiono czerwonym malarstwem figuratywnym. Zarówno w Grecji, jak i w Rzymie lampki oliwne, którym często nadawano stylizowane na zwierzęta formy, zaopatrzone były w wygodny uchwyt oraz charakterystyczny dziobek, przez który wyprowadzano knot. Kreatywność starożytnych nie znała granic: oprócz stojących, powstawały również lampy wiszące, podwieszane na łańcuchach oraz wysokie uliczne latarnie z osłoniętym płomieniem.

Równolegle do lampek oliwnych doskonalono konstrukcję pochodni, które stały się inspiracją dla twórców świecy – Etrusków – trzy tysiące lat przed naszą erą. Gotowe pochodnie postanowiono magazynować, aby były zawsze gotowe do użycia – przede wszystkim dla wojska w celach obronnych. Ich głownie oplatano włóknem lnianym, nasycano olejem, a następnie smarowano grubą warstwą wosku pszczelego, który po pierwsze chronił przed wyschnięciem, a po drugie przyspieszał podpalanie. Od powstania świecy dzielił półpochodnie tylko mały kroczek – wystarczyło wyjąć ich trzonek i oblepić splecione włókna woskiem. To starożytni wynaleźli również używany przez kilka następnych stuleci zegar oliwny, w którym upływ czasu odmierzano ilością wypalonej w zbiorniku oliwy, oraz zegar ogniowy, czyli świecę ze specjalnie spreparowanym knotem.

Osiągnięcia starożytnych w dziedzinie oświetlenia były na tyle efektywne w działaniu i ekonomiczne w użyciu, że przez wiele następnych stuleci nie nastąpił w tym zakresie żaden większy postęp. Przez prawie całe średniowiecze świece woskowe, dla których nie znaleziono tańszego zamiennika, pozostawały towarem luksusowym, używanym na co dzień jedynie przez najzamożniejszych notabli oraz w kościołach w trakcie ważnych obrzędów religijnych. Pod strzechy trafiły one w X wieku, kiedy to wosk pszczeli zastąpiono łatwiej dostępnym tłuszczem zwierzęcym, zapoczątkowując erę świec łojowych. Proces wytwarzania świec stearynowych, które były o wiele twardsze, paliły się znacznie dłużej, a ich blask był jaśniejszy, opracował dopiero w pierwszej połowie XIX wieku francuski chemik Michel-Eugène Chevreul. Pod koniec XIX stulecia wytworzono pierwsze świece parafinowe, które jako najbardziej ekonomiczne, choć nie do końca ekologiczne (powstają przy wykorzystaniu ropy naftowej i mogą emitować substancje toksyczne), pozostały najpopularniejsze do dziś. Dbając zarówno o środowisko naturalne, jak i o własne zdrowie, warto sięgnąć po świece wykonane z naturalnych składników, takich jak wosk sojowy lub pszczeli, często występujący w kombinacji z nierafinowanym olejem kokosowym pochodzącym z Maroka.


Ku niebu

Światło od najdawniejszych czasów stanowiło symbol dobra, życia i prawdy. Już ludzie pierwotni tańczyli rytualnie wokół ognisk, utożsamiając trudny do okiełznania żywioł z boskością, w starożytności zaś wielbiono bogów, zapalając na ich cześć pochodnie. Gest ten stanowił katalizator w kontakcie z bóstwem, ponieważ, obserwując wznoszący się ku niebu płomień, łatwiej było sobie wyobrazić istoty wyższe.

Upowszechnienie świec i nadanie im symboliki religijnej nastąpiło za sprawą dwóch wielkich śródziemnomorskich religii, które znacząco wpłynęły na naszą obyczajowość i kulturę: chrześcijaństwa i judaizmu. W chrześcijaństwie świeca symbolizuje Chrystusa, który nazywał się „światłością świata”. I choć przez kilka wieków hierarchowie Kościoła potępiali pogańskie praktyki palenia lampek ku czci bogów, to jednak ostatecznie ulegli konsekwentnej postawie wiernych, stawiających świeczki na grobach bliskich – Kościół przejął pogańską tradycję, a symbolika świecy zajęła zaszczytne miejsce w obrzędowości chrześcijańskiej. W kościołach katolickich używa się jedynie świec wykonanych z naturalnych składników – oliwy i wosku wytwarzanego przez dziewicze pszczoły, uważane za posłańców bożych. Z kolei w cerkwiach prawosławnych istnieje piękny zwyczaj zapalania świec przez wiernych przy ikonie świętego patrona; podczas nabożeństw pali się natomiast tzw. ofirki, których płomień symbolizuje modlitwy wznoszone do Boga.

W judaizmie świece pełnią szczególną funkcję. W każdy piątkowy wieczór, tuż przed zachodem słońca, zapala się dwie świece, których samemu nie wolno ani przenosić, ani gasić – najczęściej białe i koniecznie na tyle długie, aby paliły się przez całą wieczerzę szabatową. Do dziś znanym na całym świecie oficjalnym symbolem Izraela jest menora – siedmioramienny świecznik symbolizujący gorejący krzew ujrzany przez Mojżesza na górze Synaj. Pierwowzorem kształtu tego kandelabru były prawdopodobnie pustynne rośliny: szałwia judejska albo dziewanna synajska. Z kolei podczas najbardziej świetlistego ze wszystkich religijnych świąt, żydowskiej Chanuki, czyli Święta Świateł, przez osiem kolejnych nocy zapala się lampkę oliwną lub po jednej świecy w specjalnej menorze chanukowej zwanej chanukiją. Gest ten symbolizować ma ogień wiary, której nie da się ugasić, bo umacnia się ona każdego dnia. Chanuka upamiętnia cudowne odzyskanie Świątyni Salomona w Jerozolimie podczas powstania żydowskiego przeciw Grekom w 165 p.n.e. Jednak głębsze znaczenie tego święta dotyczy przełomowego momentu w historii świata zachodniego: ocalenia pierwszej i wówczas jedynej religii monoteistycznej, opartej na podstawach etycznych.

 


Choinka, igrzyska i urodziny

Bez względu na światopogląd, wielu z nas używa dziś świec dla podkreślenia uroczystej atmosfery przy rozmaitych okazjach, nie zaprzątając sobie najczęściej głowy pytaniem, skąd zaczerpnęliśmy ów obyczaj. Okazuje się, że, jak to często bywa, także w tym wypadku korzeni naszych zwyczajów należy szukać w starożytnej Grecji i Rzymie. W tych dwóch dawnych kręgach cywilizacyjnych ogień łączono z jednej strony z kultem Słońca, podtrzymującego życie na Ziemi, z drugiej zaś – z instytucją ogniska domowego. Przypomnijmy, że głębokim szacunkiem darzono w Rzymie westalki – kapłanki pilnujące świętego ognia bogini ogniska domowego i państwowego.

Obie gałęzie kultu, a także dzień narodzin Niezwyciężonego Słońca – Dies Natalis Solis Invicti – stoją u źródeł dzisiejszych celebracji święta Bożego Narodzenia. Zapalane na choince kolorowe światełka, które w dzisiejszych czasach zastąpiły dawniej używane świeczki, również wywodzą się z pradawnego kultu ognia, choć przecież w symbolice chrześcijańskiej wskazują na Chrystusa, który ma być światłem dla pogan. Podobne związki znajdziemy także w wielu innych sferach – wspomnieć wystarczy symbol idei fair play, jakim jest znicz olimpijski, którego koncepcja wywodzi się z rytualnych wyścigów z pochodniami do ołtarza. Jednak najbardziej zaskakująca i urzekająca w swojej prostocie jest historia powstania tradycji zapalania świeczek na urodzinowym torcie. Związana jest ona z kultem greckiej bogini księżyca Artemidy, której urodziny świętowano raz w miesiącu, wypiekając ciasta okrągłe jak księżyc w pełni i zapalając na nich świece mające przywołać księżycowy blask.

 Magia płomienia i koloru

Wpatrywanie się w płomień świecy, w topiący się powoli wosk, ma bez wątpienia działanie hipnotyzujące. Na niektórych działa kojąco i uspokajająco, u innych wywołuje trudny do określenia niepokój. To różnorodne oddziaływanie na naszą psychikę wykorzystują z powodzeniem dwie pozornie odległe dziedziny: psychologia i magia. Zwolennicy tej ostatniej skłonni są wierzyć, że świece mają własny język, a ruch ich płomienia, zwany tańcem, jest niczym kod, który można odszyfrować poprzez obserwacje kierunku, natężenia i odcienia, a także podmuchu dymu czy zachowania się wosku. Ogień symbolizuje tu oczyszczenie, wypalenie złych emocji i sprzyja rozpoczęciu nowego etapu w życiu.

Zarówno psychologia, jak i magia wykorzystują działanie barw, zasadzając się na przekonaniu, że wybór kolorystyki świec potrafi wpłynąć na nasz nastrój, pomóc w rozwikłaniu problemów, rozbudzić namiętność lub zmobilizować do aktywnego działania. Nawet jeśli pozostajemy nieco sceptyczni, warto skorzystać z palety kolorów, którą oferują nam współczesne świeczki – a nuż połączenie ulubionej barwy z magnetyczną mocą płomienia zadziała? I tak na przykład, różne odcienie fioletu, występujące często w połączeniu z bielą, pomagają odzyskać zaburzoną równowagę i spokój wewnętrzny, koją nerwy i wyciszają. Podobny wpływ wykazują świece niebieskie i zielone, dodatkowo wspomagając koncentrację, proces uczenia się i podejmowanie właściwych decyzji. Świece żółte i pomarańczowe to kolory słońca, dobrego samopoczucia, kreatywności, zdrowia i sukcesu – dodają pewności siebie, wyostrzają intelekt, polepszają nastrój i pobudzają wyobraźnię. Czerwień przynosi jeszcze więcej odwagi i wiary we własne możliwości, a razem z różowym dodaje skrzydeł miłości.

 

 

Podróż przez aromat

Pamiętacie Proustowskie magdalenki? Spróbowanie rozpływającego się rozkosznie w ustach francuskiego ciasteczka wywołało u pisarza lawinę wspomnień z młodości i falę wzruszenia. Na podobnej zasadzie działać mogą świece zapachowe, przywołując aromaty miejsc odległych w czasie i przestrzeni. Dzięki nim przeniesiemy się do krainy dzieciństwa, potargujemy się w myślach na tureckim targu albo przespacerujemy po prowansalskim lawendowym polu. Wdychając świeżą woń olejku z marokańskiej róży odwiedzimy przedmieścia Casablanki, a prawdziwie wyspiarskie klimaty wyczujemy w zapachu sycylijskiego figowca z nutą bergamotki. Wiele pięknie pachnących świec produkowanych na południu Francji znajdziecie w sklepie Lente. Co powiecie na aromat oliwnego gaju, świątecznego piernika, płatków róży czy śródziemnomorskich ziół?

Ciepło domowego ogniska

Współczesne świece mają niewiele wspólnego z podobnymi do gromnic wyrobami z minionej epoki, używanymi najczęściej wtedy, gdy walczyliśmy z brakiem prądu. Obecnie możemy do woli przebierać w ich kształtach, kolorach i rozmiarach, a wiele z nich, powstających we współpracy z perfumiarzami i projektantami mody, zasługuje na miano designerskich dzieł sztuki. Często wykonywane są z dodatkiem dekoracyjnych kamyków, zatopionych w wosku bursztynów, egzotycznych kwiatów i ziół. Potrafią uwypuklić atmosferę wnętrza albo nadać mu zupełnie nowy charakter – surowe i nowoczesne ocieplić, a pełne przepychu uszlachetnić. Umieszczone na ścianach w specjalnych uchwytach przypominają swoje przodkinie pochodnie; postawione na stołach w zabytkowych świecznikach podkreślają uroczysty charakter święta; zanurzone w wodzie dają wrażenie lekkości i łagodności. Zabawa nimi pozwala na zmienianie niewielkim wysiłkiem własnego otoczenia. Nie bez powodu mówi się przecież o cieple domowego ogniska: powracają tu echa dawnych spotkań wokół ognia, gdzie grzano się, biesiadowano i opowiadano historie, a także kult, jakim otoczona była Hestia, grecka bogini domowego ogniska. W dzisiejszych czasach to właśnie ciut staromodna świeca, a nie najbardziej nawet nowoczesna żarówka pozwala zatrzymać się w pędzącej rzeczywistości. Jej płomień jednoczy, daje poczucie zakorzenienia i bezpieczeństwa, a ze zwykłego wnętrza czyni nasz dom.

Artykuł ukazał się drukiem w Lente#04.
Posted on

O ogniu

Sięgam po Słownik symboli Juana Eduarda Cirlota, uważany za jedną z najlepszych publikacji tego rodzaju, jakie kiedykolwiek ujrzały światło dzienne. Ciekawa jestem bardzo, co hiszpański poeta, badacz i muzyk powie mi o ogniu – symbolu niejednoznacznym, wieloaspektowym i jakże w swej polisemii dla człowieka ważnym.

Hiszpan wspomina o solarnym sensie płomienia w w hieroglifice egipskiej – już dla starożytnych mieszkańców krainy nad Nilem związany był z ideą życia i zdrowia, a także wyższości i zwierzchnictwa. Wiele pierwotnych ludów wywodziło ogień od słońca, łącząc go z piorunem zsyłanym z niebios i ze złotem, które gromadzą wodzowie. Grecy widzieli w ogniu sprawcę przemian, pośrednika między formą ginącą i powstającą. Heraklit z Efezu – ten sam, który głosił, że zmiana jest jedyną pewną rzeczą na tym świecie – uważał go za prasubstancję, żywioł, z którego wszystko się rodzi i do którego wszystko powraca. Dalej pisze Cirlot o znaczeniu ognia w alchemii, gdzie proces spalania prowadzi przecież do transmutacji substancji tworzących nową jakość. Uświadamia, jak wiele naszych działań – od fajerwerków po świąteczne iluminacje – nosi znamiona magii naśladowczej, mającej zapewnić zapas światła i ciepła, a jednocześnie oczyszczenie i pokonanie zła.

Co ciekawe, autor słownika nie przywołuje zupełnie postaci Prometeusza. Nie mam tu zresztą na myśli mitu o ogniu przemyconym wbrew woli Zeusa ani o tym, jak tytan nauczył ludzi kuć zbroję czy gotować jedzenie. Zaskakuje mnie jednak niezwrócenie uwagi na myśl – dla mnie jedną z piękniejszych w całej grecko-rzymskiej tradycji – że z ognia powstała ludzka dusza. Człowiek ulepiony został wszak z ziemi i wody – gliny pomieszanej ze łzami – którą tytan ożywił iskrą skradzioną z rydwanu Heliosa. Odrobiną światła, ułamkiem boskości.

Oczywiście ogień, zgodnie ze swą archetypową naturą, to nie tylko prometejskie dobrodziejstwo – to także źródło destrukcji, atrybut istot piekielnych, kara i bolesna ofiara. Jest kwintesencją terminu coincidentia oppositorum; równocześnie dzieją się w nim zdarzenia przeciwne. W grudniu niech będzie dla nas jednak tylko symbolem przemiany i odrodzenia, nowego początku, zapału i inspiracji. Niech w naszym prywatnym słowniku jego jak najbliżej mu do semantyki światła. Żaden dualizm, tylko czysty, jasny płomień.

 

Posted on

Dalí w Materze. Roztopienie w czasie

Wystawa nosi tytuł Salvador Dalí – trwanie przeciwieństw (Salvador Dalí – La persistenza degli Opposti). W ramach ekspozycji pokazywane są trzy duże rzeźby: Taniec czasu (ulica Madonna delle Virtù), Przestrzenny słoń (między placem Vittorio Veneto i ulicą San Biagio) oraz Surrealistyczny fortepian (plac San Francesco d’Assisi). Oficjalne otwarcie wystawy wyznaczono na 2 grudnia. W Materze będzie można podziwiać też 200 mniejszych praca Katalończyka.

 


Matera – czas zastygły

Materę, dawną stolicę regionu Bazylikata, zwanego także Lukanią, uważa się za jedno z najstarszych miast świata. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w wykutych tutaj skalnych grotach mieszkali ubodzy ludzie. Drzwi były z powodu gorąca pootwierane. Przechodząc, zaglądałem do wnętrz, które nie miały żadnych okien, tylko drzwi dostarczające powietrza i światła. Czasem nie było nawet drzwi. Wchodziło się z góry po schodkach i zasuwało otwór. W owych ciemnych dziurach o ścianach z ziemi widziałem łóżka, nędzne graty i łachmany. Na podłodze leżały psy, barany, kozy i świnie. Każda rodzina ma do rozporządzania jedną taką jamę i sypiają tu wszyscy razem: mężczyźni, kobiety, dzieci i zwierzęta. W ten sposób żyje dwadzieścia tysięcy ludzi  – tak opisywał swoje spotkanie z mieszkańcami grot w Sassi Carlo Levi, zesłany tam za działalność antyfaszystowską (Chrystus zatrzymał się w Eboli, tłum. A. Gontyna).

Surrealistyczna sztuka Dalego świetnie pasuje do uliczek starej części Matery, równie surrealistycznych w swojej nieoczywistości. Sassi di Matera to przecież pnący się po skalistych zboczach labirynt i groty wykute w miękkiej wapiennej skale. W sezonie turyści w palącym słońcu idą stromymi uliczkami, przeciskają się przez ciasne przesmyki, by dotrzeć do panoramicznych tarasów i spojrzeć na miasto, które powstało wzdłuż wąwozu rzeki Graviny. Potem szukają ochłody w grotach, w których kiedyś mieściły się kościoły, a w których dziś z dawną sztuką współgrają mech i wilgoć, dorysowując swoje motywy na freskach sprzed setek lat.
Surrealistyczna sztuka Dalego świetnie pasuje do uliczek starej części Matery, równie surrealistycznych w swojej nieoczywistości. Sassi di Matera to przecież pnący się po skalistych zboczach labirynt i groty wykute w miękkiej wapiennej skale. W sezonie turyści w palącym słońcu idą stromymi uliczkami, przeciskają się przez ciasne przesmyki, by dotrzeć do panoramicznych tarasów i spojrzeć na miasto, które powstało wzdłuż wąwozu rzeki Graviny. Potem szukają ochłody w grotach, w których kiedyś mieściły się kościoły, a w których dziś z dawną sztuką współgrają mech i wilgoć, dorysowując swoje motywy na freskach sprzed setek lat.

Dziś Matera to jedna z największych atrakcji turystycznych Bazylikaty. Nie jest już „hańbą Włoch”; zniknęła kłująca w oczy bieda. W kamieniach Matery zatrzymał się jednak miniony czas: rozpuścił się pod gorącym słońcem włoskiego Południa i wniknął w porowatą strukturę wapienia. Jest względny, miękki i hipnotyzujący. Salvador Dalí, książę surrealistów, byłby zachwycony, że jego prace pokazywane są w takiej scenerii. Jego życie było jednym wielkim happeningiem, podobnie, jak wystawa w Materze.


Arcydzieło i camembert

Przed obrazem Dalego zatytułowanym Uporczywość pamięci w londyńskim Museum of Modern Art tłoczą się zwiedzający. Większość jest zaskoczona rozmiarem malowidła, podobnie jak w wypadku dzieł sztuki takich jak np. Opłakiwanie zmarłego Chrystusa Andrei Mantengi czy Mleczarki Vermeera. Gdzieś w głębi duszy zdajemy się nosić przekonanie, że słynne arcydzieła powinny być słusznych rozmiarów. Tymczasem Uporczywość pamięci to prostokąt o bokach 24,1 na 33 centymetrów. Znają go wszyscy, także ci, którzy o Dalim raczej nie słyszeli. Namalowane na nim miękko rozpływające się zegary to jeden z motywów najchętniej wykorzystywanych w sztuce użytkowej – powstały nawet zegarki na rękę, które wyglądają tak, jakby wyjęto je z obrazów Dalego.

Surrealizm rozwinął się w latach dwudziestych we Francji – w 1924 r. André Breton napisał Manifest surrealizmu. Malarze znajdujący się pod jego wpływem tworzyli obrazy przedstawiające rzeczywistość wyjętą ze snu, gdzie logika ustępuje miejsca fantazji, halucynacji. Dla surrealistów realny świat nie jest wart wiary, którą w nim pokładamy; przedkładają nad niego czas snu, gdy pole do popisu ma rozum nieracjonalny, nieokiełznany i ekstremalnie twórczy. Salvador Dalí doskonale odnalazł się w surrealistycznej estetyce i filozofii. Ba, stał się „papieżem surrealizmu”.
Obraz Uporczywość pamięci (La persistencia de la memoria) to arcydzieło surrealizmu. Kierunek ten rozwinął się w latach dwudziestych we Francji – w 1924 r. André Breton napisał Manifest surrealizmu. Malarze znajdujący się pod jego wpływem tworzyli obrazy przedstawiające rzeczywistość wyjętą ze snu, gdzie logika ustępuje miejsca fantazji, halucynacji. Dla surrealistów realny świat nie jest wart wiary, którą w nim pokładamy; przedkładają nad niego czas snu, gdy pole do popisu ma rozum nieracjonalny, nieokiełznany i ekstremalnie twórczy. Salvador Dalí doskonale odnalazł się w surrealistycznej estetyce i filozofii.

Obraz powstał pewnego wieczora w 1931 w Paryżu, gdy z powodu zmęczenia i migreny Dalí nie poszedł do kina z ukochaną żoną Galą i przyjaciółmi. Na zakończenie kolacji zjedliśmy doskonały camembert i kiedy już zostałem sam, przez chwilę siedziałem z łokciami opartymi o stół, rozważając problemy, jakie stawia »supermiękkość« tego rozpływającego się sera. Wstałem i poszedłem do pracowni, by zgodnie ze swoim zwyczajem raz jeszcze rzucić okiem na moją pracę. Malowałem wówczas obraz przedstawiający krajobraz z okolic Port Lligat, którego skały zdawały się oświetlone światłem kończącego się dnia. Na pierwszym planie naszkicowałem drzewo oliwne przycięte i bez liści –  pisał potem Dalí w Moim sekretnym życiu (tłum. Krzysztof Jarosz). Artysta miał zgasić światło i, zgodnie z obietnicą daną żonie, położyć się spać, gdy nagle uświadomił sobie, co jeszcze znaleźć się na obrazie. Gdy Gala wróciła do domu, na sztalugach stało już gotowe malowidło. Kupił je potem marszand Julien Levy za sumę 250 dolarów. Tłumaczył Dalemu, że uważa jego twórczość za doskonałą, ale też „antypubliczną i niesprzedawalną”. Czyżby zawiodła go intuicja?

Do miękkich zegarów Dali powracał w swojej twórczości wielokrotnie. Obok płonącej żyrafy stały się jego artystyczną wizytówką. Nie mogę zrozumieć, że człowiek jest tak niezdolny do fantazji, że kierowców autobusów nie ogarnia od czasu do czasu ochota, by wjechać przez wystawę do sklepu i po drodze złapać kilka prezentów dla rodziny – pisał malarz.
Do miękkich zegarów Dali powracał w swojej twórczości wielokrotnie. Obok płonącej żyrafy stały się jego artystyczną wizytówką. Nie mogę zrozumieć, że człowiek jest tak niezdolny do fantazji, że kierowców autobusów nie ogarnia od czasu do czasu ochota, by wjechać przez wystawę do sklepu i po drodze złapać kilka prezentów dla rodziny – pisał malarz.


Hiszpański pejzaż

Uporczywość pamięci to modelowy przykład malarstwa surrealistycznego; krytycy prześcigają się w interpretacjach tego obrazu już od prawie 90 lat. Widzimy na nim pejzaż z rodzinnych stron Dalego, miejsce, gdzie spędzał wakacje. Właśnie zachodzi słońce. Klif i skały przedstawione są nieomal realistycznie. Morze ma jednak nienaturalnie gładką taflę, a sucha oliwka, o której pisał malarz, wyrasta z czegoś, co wydaje się blatem ogromnego stołu umieszczonego na plaży. Uwagę zwracają miękkie zegary – jeden zwisa z gałęzi oliwki, drugi spływa z blatu, trzeci leży na czymś, co może być widzianą z profilu twarzą z długimi rzęsami. Dalí zaprasza widza do sennego marzenia, w którym czas przestaje się liczyć, rozpływa się. Widać tu jego fascynacje teorią względności Alberta Einsteina i intuicyjną koncepcją czasu Henriego Bergsona. Wieloznaczność przedmiotów umieszczonych w rzeczywistości wyjętej z ram czwartego wymiaru jest tu jak najbardziej na miejscu. Gdy dodamy jeszcze, że artysta był gorącym zwolennikiem psychoanalizy Zygmunta Freuda i badaczem znaczenia snów, bestiarium Dalego znajduje swoje pełne uzasadnienie.

Zalety miękkości

Camembert nie bez kozery pojawił się w artystycznej eksplikacji Dalego. Wśród licznych obsesji artysty poczesne miejsce zajmowało jedzenie. Mawiał nawet: Wiem, co jem; nie wiem, co robię. Na jego obrazach pojawiały się liczne produkty spożywcze, m.in. sadzone jajka, chleb (antropomorficzny oczywiście), gotowana fasola czy homary. W Moim sekretnym życiu pisał zaś: Żuchwa jest naszym najlepszym narzędziem filozoficznego poznania (…). Uwielbiam camembert, który  – jeżeli jest wystarczająco dojrzały – zaczyna się rozpływać i niezależnie od swojej woli przybiera formę moich słynnych miękkich zegarków. W pracy artystycznej często koncentrował się na opozycji miękkość-twardość. Ta pierwsza wychodziła poza stechnicyzowany świat; była wspomnieniem życia prenatalnego, gościnności i bezpieczeństwa matczynej macicy. Mechanizmy miały stać się moimi najgorszymi wrogami, nawet zegarki miały być miękkie albo przestać istnieć – pisał.


Dalí-człowiek to już dla nas czas przeszły. Jego twórczość nadal trwa, jest artystyczną teraźniejszością, otwartą na interpretacje. Pozostały też jego dzienniki, pisma, wywiady, w których kreował siebie. Bo Dalemu wierzyć do końca nie można. Mówił przecież: Wokół Dalego wszystko jest prawdziwe z wyjątkiem mnie. Co jest prawdziwe w wystawie we włoskiej Materze? Warto pojechać sprawdzić.

 

Obszerny materiał na temat Dalego znajdziecie w antologii śródziemnomorskiej Metamorfozy.

 

Posted on

Yuval Noah Harari, Homo deus. Krótka historia jutra

Harari (ur. 1976) jest profesorem na wydziale historii Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie; doktoryzował się w Oksfordzie w Wielkiej Brytanii. Szerszej publiczności dał się poznać w roku 2014, kiedy w języku angielskim ukazała się jego książka Sapiens. Od zwierząt do bogów, wydana 3 lata wcześniej po hebrajsku i ciesząca się w Izraelu niezwykłym powodzeniem. Zaraz później dokonano przekładów tekstu na kolejnych kilkadziesiąt języków, a Harari, poza zdobyciem uznania środowiska akademickiego, wzbudzał także coraz większe emocje wśród internautów, publikując klipy wideo, prowadząc kurs online poświęcony historii ludzkości i zachwycając milionową publiczność wykładów TED.

Dziś na polskim rynku, dzięki Wydawnictwu Literackiemu, dostępne są wszystkie trzy publikacje popularnonaukowe, które wyszły dotąd spod pióra izraelskiego myśliciela. Poza bestsellerowym Sapiens ukazał się także najnowszy tytuł: 21 lekcji na XXI wiek oraz Homo deus. Krótka historia jutra, okrzyknięta przez magazyn “Time” jedną z najlepszych książek non-fiction ubiegłego roku. Recenzje pełne superlatyw nie dziwią zupełnie – mamy tu bowiem do czynienia z książką, w której dyskurs popularnonaukowy doprowadzono do perfekcji. W sposób porywający i niezwykle inteligentny, ale bez nadmiernej ilości specjalistycznego żargonu, autor analizuje najnowsze osiągnięcia nauki i technologii, raz po raz nawiązując do swoich wcześniejszych analiz historii ludzkości. Wnikliwie przygląda się zarówno przeszłości, chwili obecnej, jak i kierunkowi, w którym zmierzamy. W ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci, twierdzi Harari, udało nam się poskromić, a przynajmniej dość mocno okiełznać trzy zmory ludzkości: głód, zarazę i wojnę. Skoro tak wiele już osiągnęliśmy – pisze – to teraz prawdopodobnie zechcemy sięgnąć po szczęście, boskość i nieśmiertelność. Nawet, jeśli miałoby to oznaczać faktyczny koniec naszego gatunku. Dzieląc się swymi refleksjami na temat tego, jak miałoby to nastąpić, izraelski autor prowadzi bogatą, wielowątkową narrację, obejmującą zagadnienia od sensu życia po kwestie ekonomiczne, od ekologii i losu zwierząt hodowlanych po elektryczność, genetykę i radykalny islam (tytuł jednego z podrozdziałów). Materiał do przemyśleń, jaki tym samym nam serwuje, wystarczy na długie tygodnie rozważań i dyskusji; otwiera oczy na sprawy, o których istnieniu nie mieliśmy wcześniej bladego pojęcia, choć dzieją się tuż obok nas. Dla mnie Homo deus jest przy tym publikacją, która, pod wieloma względami, stanowi doskonały wyraz izraelskiego sposobu pojmowania świata: laickiego, a wręcz antyreligijnego; postępowego, nowoczesnego, racjonalnego i pragmatycznego, a jednocześnie potrafiącego zachwycić nagłymi zwrotami ku emocjom, intuicji i wszystkiemu temu, czego nawet homo deus wytłumaczyć nie zdoła. Także z tego powodu musicie ją przeczytać.

Yuval Noah Harari, Homo deus. Krótka historia jutra, tłumaczył Michał Romanek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018


UWAGA!

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego, mam dla Was komplet książek Harariego opublikowanych w języku polskim. Aby dać sobie szansę na zostanie jego posiadaczem, weź udział w konkursie, umieszczając pod niniejszą recenzją rozwinięcie myśli: Człowiek to dla mnie… Książki powędrują do autora najciekawszej wypowiedzi. Szczegółowy regulamin zabawy dostępny jest tutaj: Regulamin konkursu Homo deus

 

Posted on

Ocalić od zapomnienia. Historia polskiego El Greca

Jest rok 1964. Parafia w Kosowie Lackim nie wyróżnia się niczym szczególnym: XVIII-wieczne obrazy ołtarzowe, późnobarokowe rzeźby, chrzcielnica i konfesjonały, jakich wiele w tej okolicy. Izabella Galicka i Hanna Sygietyńska, młode badaczki z zespołu Katalogu Zabytków Sztuki zajmującego się inwentaryzacją obiektów artystycznych na terenie Polski, dokonują jej prawie z zamkniętymi oczami. Po skończonej pracy, żegnając się z proboszczem parafii Władysławem Stępniem, spostrzegają przez niedomknięte drzwi duży obraz. Jest pociemniały, zabrudzony i dziurawy, jednakże sposób ukazania świętego Franciszka z Asyżu, średniowiecznego mistyka i patrona ludzi ubogich, sugeruje, że mają do czynienia z wyjątkowym dziełem sztuki, niemal wywołującym ciarki na plecach. Co ciekawe, osoby, które dotychczas miały z nim styczność, nie dostrzegły w malowidle niczego nadzwyczajnego. Kilka lat wcześniej był nawet przeznaczony do spalenia. Poprzedni proboszcz miał go wyciągnąć ze sterty rupieci i litościwie powiesić nad kanapą, bo “przecież to święty Franciszek, a świętego nie wypada palić”.

Na szczęście obraz jest własnością parafii, dzięki czemu inwentaryzatorki mogą włączyć go do rejestru zabytków (prywatnej własności duchownych katalogi nie obejmują), puszczając mimo uszu propozycję wymiany obrazu na… blachę miedzianą, niezbędną do reperacji przeciekającego dachu. Od pierwszych chwil wiedzą, że autor pochodzi z Półwyspu Iberyjskiego, nieśmiałe sugestie co do konkretnego nazwiska pewnie potwierdza profesor Michał Walicki, znany z ogromnej erudycji i intuicji badawczej wicedyrektor Instytutu Sztuki, wypowiadając dwa magiczne słowa: “El Greco”. Zachęca dziewczęta do zbadania obiektu i ogłoszenia swojego odkrycia na łamach “Biuletynu Historii Sztuki”, najważniejszego czasopisma naukowego poświęconego zagadnieniom z tej dziedziny. Artykuł trafia do numeru 3-4, mającego ukazać się trzy lata po wielkim odkryciu. Inwentaryzatorki, po raz pierwszy wypowiadając oficjalnie zdanie “to dzieło El Greca”, spodziewają się burzy i dyskusji w środowisku. Mają nadzieję, że publikacja odmieni los dzieła, które zostanie przekazane do konserwacji, a następnie wyeksponowane w odpowiednim, godnym miejscu. Nic bardziej mylnego.

 

Kościół w Kosowie Lackim
Kościół w Kosowie Lackim


1967. Na pewno nie El Greco

Artykuł ukazuje się na łamach periodyku w marcu 1967 roku i… nic się nie dzieje. Zero odzewu ze strony środowiska naukowego. Spektakularne odkrycie przechodzi bez echa. Dopiero po roku łódzki dziennikarz Roman Janisławski, szukając interesującego tematu, dociera do informacji o niezwykłym odkryciu w Kosowie Lackim. W następnych dniach obraz jest na ustach wielu redaktorów, m.in. “Trybuny Ludu”, “Słowa Powszechnego” i “Dziennika Bałtyckiego”. Część branży nie wierzy jednak w historię cudownego obrazu. Informacja o nim trafiła do obiegu w dniu 1 kwietnia, potraktowano ją więc jak primaaprilisowy żart. Podobne reakcje pojawiają się w środowisku naukowym. Niedługo po pierwszych publikacjach prasowych wizytę na kosowskiej plebanii składają najwięksi specjaliści zajmujący się sztuką nowożytną: dyrektor warszawskiego Muzeum Narodowego Stanisław Lorentz, profesor Jan Białostocki, Janina Michałkowa, Marek Rostworowski i Anna Dobrzycka. Nastawieni są sceptycznie – nie podoba im się pożółkła kolorystyka dzieła, bezkształtne dłonie świętego, “niegodny mistrza” sposób namalowania czaszki czy w końcu brak pasji znanej z innych dzieł artysty. Po krótkiej wizycie z ust profesora Białostockiego pada krótkie zdanie: “El Greco? Na pewno nie!”. W kuluarach pojawiają się niewybredne żarty i kpiny z “dwóch młodziutkich panien”, które uroiły sobie na Podlasiu arcydzieło wielkiego mistrza. Temat szybko podchwytują satyrycy, z Ludwikiem Jerzym Kernem na czele. Po publikacji jego wiersza cała Polska śmieje się z odkrycia, a badaczki zostają okrzyknięte “Elgreczynkami”. Oprócz autorstwa dyskusje wywołuje pochodzenie obrazu. W instytucie urywają się telefony. Ktoś twierdzi, że obraz widział nad kanapą u dziadka, inny przechowywał go w czasie wojny, według innych źródeł przywiózł go pod pachą żołnierz napoleoński; kolejne opowieści mówią o dziedzicu, który sprowadził go z Włoch. Po miesiącu sytuacja wraca do normy, emocje opadają. Wydaje się, że już tylko panie Galicka i Sygietyńska pamiętają o obrazie. Na wewnętrznej stronie drzwi szafy w gabinecie Instytutu Sztuki PAN wieszają powiększone zdjęcie obrazu. Każdego poranka całują świętego w dłoń i zaklinają go słowami: “Święty Franciszku, no powiedz im wszystkim, że naprawdę namalował cię El Greco”. Nie wiedzą, że 1 czerwca 1967 roku do Kosowa Lackiego udadzą się trzy osoby: konserwatorzy profesor Bohdan Marconi i Maria Orthwein oraz chemik Piotr Rudnicki. Chcą raz na zawsze położyć kres plotkom dotyczącym oryginalności dzieła. Podczas badania pigmentów okazuje się, że zaprawa na obrazie jest gipsowa, wskazująca na proweniencję południowoeuropejską, a nie kredowa, jak dotychczas sądzono. Oznacza to, że obraz nie jest XIX-wieczną kopią (w XIX wieku kopiści nie powtarzali technologicznych cech dzieła, a jedynie używali dostępnych materiałów malarskich). Jest to pozytywny sygnał, podkreślający konieczność przeprowadzenia dokładniejszych badań. Na nie przyjdzie jednak czekać kolejnych siedem la

 

Portret szlachcica z ręką złożoną na piersi lub Przysięga szlachcica lub Szlachcic z dłonią na piersi
Portret szlachcica z ręką złożoną na piersi El Greca. Wielu badaczy uważa obraz za autoportret malarza. Muzeum Prado w Madrycie


1974. D jak Domenikos

Opóźnienia wynikają głównie z niewiary w doniosłość odkrycia; duży wpływ mają także brak funduszy i odpowiednich regulacji prawnych.  Dopiero wydane w 1973 roku Normy postępowania w sprawach sztuki kościelnej uzmysławiają, jak ważna jest dbałość o dziedzictwo kulturowe. W następnym roku zawinięty w koc i trzymany w ścisłej tajemnicy El Greco jedzie do Warszawy, do Pracowni Konserwacji Zabytków, gdzie zostaje poddany analizom chemicznym. Zdjęcia rentgenowskie w podczerwieni i ultrafiolecie wykazują liczne retusze i grubą warstwę zestarzałych werniksów. Najbardziej zniszczona wydaje się dolna krawędź, która w przyszłości okaże się najważniejszym fragmentem obrazu. Na razie jednak konserwatorki Zofia Marconi-Blizińska i Maria Orthwein usuwają stare retusze, zdejmują karykaturalne przemalowania lewej ręki oraz nieudolne reperacje. Niebo wraca do pierwotnej barwy, postać świętego otacza teraz „intensywny w kolorze i rozbielony błękit nieba”. Usunięcie ostatniej warstwy przemalowań ujawnia mistrzowskie fragmenty obrazu: wypukłą powiekę, sterczące włoski na brodzie i miękko malowane kontury habitu. Uproszczenie szorstkiej faktury malowidła i wydobycie charakterystycznego pociągnięcia pędzla pozwoliły na stwierdzenie, że obraz może być oryginalnym dziełem El Greca. W trakcie usuwania ciemnej farby z dolnej części malowidła uwidaczniają się litery wykonane jasną, czerwonobrązową farbą. A. van Duck – błędnie zapisane nazwisko innego popularyzatora wizerunków św. Franciszka, Antona van Dycka. Głębiej ukazuje się oryginalny werniks i inny napis, rozpoczynający się od delty, czyli greckiej litery D. Kolejne godziny prac wydobywają cały podpis: Domenikos Theotokopulos.

Wieści o niesamowitym odkryciu szybko się rozchodzą. Wkrótce główny konserwator zabytków zwołuje konferencję prasową, na której ogłasza radosną nowinę. Następnego dnia na pierwszej stronie najważniejszych krajowych dzienników pojawia się sensacyjna informacja: jednak El Greco! Kraj ogarnia zbiorowa euforia, gratulacjom i telefonom nie ma końca. Dziennikarze zaliczają obraz do sześciu najcenniejszych dzieł sztuki w polskich zbiorach, próbując ocenić jego wartość. Plotkuje się o kwocie sięgającej nawet 1.5 miliona dolarów.

 

Ekstaza św. Franciszka El Greca
Od wielkiej inauguracji sprzed 14 lat obraz mistrza z Toledo obejrzało niemal 100 tysięcy osób. Dodatkowe zainteresowanie wywołała wydana w 2007 roku  książka o Panu Samochodziku, barwnie opisująca fikcyjne porwanie obrazu. Obraz odbył już pierwsze podróże: w 2014 roku do Zamku Królewskiego, w lutym 2015 roku do Ośrodka Kultury Europejskiej EUROPEUM w Krakowie. Zbiera pierwsze pozytywne recenzje wśród zagranicznych ekspertów. Niestety pojawiają się również głosy krytyczne, podważające autentyczność dzieła sztuki. Ich głosicielem jest doktor Mieczysław Morka, historyk sztuki i wieloletni pracownik Instytutu Sztuki PAN. Kilka lat temu zapowiedział pracę nad książką, w której jeden rozdział ma być poświęcony fałszerstwu El Greca. W oczekiwaniu na premierę możemy zaznajomić się z tezami doktora Morka na stronie Wikipedii pod hasłem Ekstaza św. Franciszka (obraz El Greca z 1575).


Ten obraz to był taki cudowny gość z daleka, wielkie dzieło sztuki – w kraju tak strasznie okradzionym. I to wszystko w środku szarego i brudnego miasta zmordowanych ludzi, którzy ustawiali się w kolejkach po mięso i marzyli o tym, by do sklepu rzucono cytryny 
– opinia dziennikarki Małgorzaty Szejnert wydrukowana w tygodniku “Literatura” nie jest przypadkiem odosobnionym. Oto nareszcie po dziesięciu latach od odkrycia dzieła na plebanii w Kosowie Lackim, gdy jedna z najbardziej intrygujących zagadek w dziedzinie sztuki zostaje rozwikłana, splendor i międzynarodowa sława wydają się być kwestią czasu. I tym razem wielkie nadzieje okażą się płonne.

1974–2004. W ukryciu

Po konserwacji obraz wraca do Siedlec i przepada na dekady. Nie wiadomo, gdzie się znajduje, w jakich warunkach jest przechowywany. Wszelkie propozycje ekspozycji zostają odrzucone. Jedyną szansą zobaczenia dzieła jest… kupno znaczka pocztowego. W 1984 roku Poczta Polska przygotowuje maleńką reprodukcję obrazu na Światową Wystawę Filatelistyczną w Madrycie. Po tym wydarzeniu temat na nowo zostaje zamknięty.

Miejsca przechowywania malowidła pilnie strzeże Kościół z uwagi na sytuację polityczną. Duchowni obawiają się, że płótno zostanie zarekwirowane przez władze komunistyczne. Dziś wiadomo, że ich niepokój nie był bezpodstawny, bowiem państwo rzeczywiście planowało umieścić obraz w publicznej placówce, ignorując tym samym jego prawowitych właścicieli. Owe zamiary sugerowały między innymi oficjalne wizyty funkcjonariuszy czy “odwiedziny” prywatnych kolekcjonerów sztuki, występujących z propozycjami zakupu dzieła. W latach osiemdziesiątych dochodzi też do dwóch nieudanych włamań do siedleckiego pałacu biskupiego. Oba zostają udaremnione przez dzielnego biskupa Mazura, który, oddając kilka strzałów z pistoletu hukowego, skutecznie wystrasza złodziei, zmuszając ich do szybkiej ucieczki.

O obrazie nie zapominają także dziennikarze, którzy z uporem zadają pytania, gdzie jest El Greco. Czasem podpuszczają księży, publikując niepotwierdzone informacje, tym samym zmuszając duchownych do tłumaczenia, co się stało z obrazem. Wbrew naprzemiennie krążącym plotkom o zniszczeniu i sprzedaży, obraz jest jednak bezpiecznie przechowywany. Początkowo stoi w sypialni biskupa siedleckiego, później zostaje włożony do szarego pokrowca i przeniesiony do… czarnej szafy z pelerynami i sutannami. Mijają dni, miesiące, lata. Spokój zostaje chwilowo zburzony kilka miesięcy po pielgrzymce Jana Pawła II do Polski, kiedy to 15 marca 2000 roku następuje długo oczekiwane otwarcie Muzeum Diecezjalnego. Zwiedzającym udostępnionych zostaje piętnaście sal, lecz w żadnej z nich nie ma obrazu El Greca. Tłumaczy się to nieprzystosowaniem obiektu do pokazywania dzieła tak wielkiej klasy: brakuje klimatyzowanej gabloty i odrębnego systemu alarmowego, których koszt wyceniono na ponad 50 tysięcy złotych. Gdy pojawiają się sponsorzy, Mostostal i Totalizator Sportowy, udostępnienie obrazu staje się wreszcie tylko kwestią czasu.


15.10.2004. Ten wielki dzień

Do Siedlec zjeżdżają samochody z całego województwa. Zainteresowanie przekracza najśmielsze oczekiwania. Oprócz 150 zaproszonych osób, na odsłonięcie obrazu czeka liczne grono dziennikarzy z całej Polski. Nie sposób wyobrazić sobie, jak wszyscy ci ludzie zmieszczą się w małej salce przeznaczonej na ekspozycję dzieła. Bohater, umieszczony za kuloodporną szybą i zabezpieczony elektronicznymi czujnikami przed kradzieżą, ma ochronę lepszą niż obrazy w niejednym wielkim muzeum. Ubezpieczony na dwa miliony dolarów, stanowi nie lada wyzwanie dla firmy transportowej odpowiedzialnej za przewóz muzealnych obiektów. Ostatecznie dociera prywatnym samochodem księdza i zostaje wniesiony na teren wystawy tylnym wejściem; dla kamer i aparatów fotograficznych przewidziane jest przedstawienie z uroczystym wniesieniem pustego futerału. Kolejne minuty jedynie wzmagają apetyty, zwłaszcza u mieszkańców miasta. Pomimo braku zaproszeń tłumnie ustawiają się przed placówką. Ranga obrazu wywołuje u niektórych przyspieszone bicie serca, problemy ze złapaniem tchu,  krótkotrwałe omdlenia. Wielkiego wzruszenia doznają również panie Galicka i Sygietyńska – oto bowiem, po czterdziestu latach, spełniło się ich marzenie. Wreszcie Ekstaza św. Franciszka El Greca jest dostępna dla publiczności.

 

Dziś. Na wyciągnięcie ręki?

Rok 2018, jeden z pierwszych listopadowych dni. Krople deszczu rytmicznie odbijają się od wielkich płyt chodnikowych, potęgując wszechogarniający nastrój smutku i przygnębienia. Obezwładniająca szarość wytrwale walczy z krzyczącymi kolorowymi reklamami. Wokół ani żywej duszy, jedynie w oddali majaczą pojedyncze sylwetki mieszkańców miasta. W siedleckim Muzeum Diecezjalnym odbywa się wystawa “Ars Sacra El Greca” prezentująca aż 7 prac z warsztatu mistrza, w tym “naszego” świętego Franciszka. Ekspozycję zaaranżowano na niewielkiej przestrzeni, a nieodpowiednie oświetlenie nie buduje właściwej atmosfery, jednak w zderzeniu z samym obrazem kwestie te wydają się nic nieznaczącym elementem rzeczywistości. Na pierwszy plan wysuwa się oryginalny warsztat, niezwykła kolorystyka dzieła oraz emocjonująca charakterystyka postaci, deklasujące inne wypożyczone płótna. Mistrz ceremonii jest jeden. I tylko w głowie kołacze się myśl: czy dziś możliwe byłoby znalezienie na strychu kościoła lub w starej dzwonnicy obrazu pokroju El Greca?

Posted on

Chronologia u Homera

Gdy myśli się o bohaterach Iliady, nieuchronnie przychodzą do głowy aktorzy z filmu Troja (2004 r.) w reżyserii Wolfganga Petersena. To zaś, co uderza w filmie, to zróżnicowany wiek postaci. Achilles grany przez Brada Pitta jest piękny i młody, mniej więcej trzydziestoletni, może nawet młodszy, podobnie jak Hektor, w którego postać wciela się Eric Bana. Odyseusz, którego postać odtwarza Sean Bean, jest w filmie mężczyzną raczej w średnim wieku, natomiast królowie Argos i Sparty, czyli Agamemnon i Menelaos, ukazani są niemal jako starcy. Rzecz jasna, nikt nie kwestionuje starości Priama oraz jego żony Hekabe, a także młodzieńczego uroku Parysa (Orlando Bloom) i Heleny (Diane Kruger). Film w znacznej mierze odbiega od homerowego eposu, jako że akcja ulega w nim sporemu skróceniu. To, co u Homera dzieje się przez lat dziesięć, w filmie zajmuje góra miesiąc. Żaden z bohaterów nie zdąży się w tym czasie drastycznie zestarzeć, nigdzie nie ma też mowy o wieloletnich zmaganiach pod spiżowymi murami Troi. A przecież to, co na ekranie wydaje się kilkudniową potyczką, w eposie trwa dekadę, a w dziełach późniejszych, o czym niebawem się przekonamy, jeszcze dłużej.

 

Jako najstarszy i zarazem bardzo obszerny grecki dokument pisany, Iliada jest jednym z najważniejszych źródeł dla historii okresu przedarchaicznego i wczesnego okresu archaicznego w dziejach starożytnej Grecji, a także okresów wcześniejszych. Zawarte w niej mity zawierają reminiscencje wydarzeń historycznych, a przedstawione przez nią szczegółowe opisy życia Achajów i Trojańczyków stanowią materiał do rekonstrukcji życia w Grecji homerowej i przedhomerowej.
Jako najstarszy i zarazem bardzo obszerny grecki dokument pisany, Iliada jest jednym z najważniejszych źródeł dla historii okresu przedarchaicznego i wczesnego okresu archaicznego w dziejach starożytnej Grecji, a także okresów wcześniejszych. Zawarte w niej mity zawierają reminiscencje wydarzeń historycznych, a przedstawione przez nią szczegółowe opisy życia Achajów i Trojańczyków stanowią materiał do rekonstrukcji życia w Grecji homerowej i przedhomerowej. Na zdjęciu: domniemane ruiny Troi w Turcji, fot. Panegyrics of Granovetter/ Flickr, CC BY-ND 2.0

Dramatis personae

Przyjrzyjmy się przez chwilę głównym bohaterom eposów. W Iliadzie pierwsze skrzypce gra bez wątpienia szybkonogi Achilles, choć przez większą część pieśni tkwi w swym obozie, obrażony na Agamemnona za odebranie mu branki Bryzeidy. Pozostaje on najważniejszą postacią wśród achajskiego wojska; bez niego, jak brzmi przepowiednia, Achajowie nigdy nie zdobędą Troi. U Homera jest to piękny młodzieniec – nic zresztą dziwnego, skoro jest synem morskiej bogini Tetydy, jednej z nereid, oraz króla Tessalii, Peleusa. Po drugiej stronie barykady stoi dzielny i honorowy Hektor, wzorowy mąż i ojciec, przeciwieństwo gwałtownego, kapryśnego Achillesa. On również przedstawiony jest jako mężczyzna piękny i w kwiecie wieku. Stając do walki ze swym przeciwnikiem, pozostawia w mieście młodą żonę Andromachę i maleńkiego synka Astianaksa.

Kością niezgody między Trojanami a Achajami jest Helena, najpiękniejsza wśród kobiet. To ją uprowadził ze Sparty syn króla Priama, Parys, dorównujący urodą i pozycją Hektorowi, ale ustępujący mu pod względem innych cnót. Śladem Heleny podąża pod Troję jej prawowity małżonek Menelaos, a wraz z nim jego brat Agamemnon, przywódca wszystkich Achajów, ukazany przez Homera w niezbyt korzystnym świetle. Ostatnią ważną postacią w achajskim wojsku jest bez wątpienia król Itaki, przebiegły Odyseusz, który bynajmniej nie ma ochoty przyłączać się do wojennej wyprawy, ale zostaje do tego zmuszony w dość perfidny sposób.

Czytając Iliadę, a później Odyseję, odnosi się wrażenie, że wszyscy powyżsi bohaterowie, za wyjątkiem wiekowego Priama i Hekabe, są stosunkowo młodzi. Helena przyćmiewa swoją urodą piękno bogiń olimpijskich; trudno też wyobrazić sobie, by Achilles mógł nosić miano szybkonogiego w wieku lat więcej niż czterdziestu. A jednak, jeśli weźmie się eposy homeryckie pod lupę, przeanalizuje bogatą mitologię i tradycję ustną, a na koniec rozważy dzieła niejakiego Apollodora, okaże się, że to, co wydaje się oczywiste, wcale takie nie jest.

Upadek rzeczywistej Troi nastąpił prawdopodobnie w XII wieku p.n.e., co zgadza się z datą obliczoną przez filologów na podstawie Iliady: 1183/1184 p.n.e. Wkrótce upadła też cywilizacja mykeńska ( XII/XI w. p.n.e.). Zniszczyło je przybyłe prawdopodobnie z Bałkanów inne plemię greckie – Dorowie. W odróżnieniu od używających brązu Achajów Dorowie znali żelazo.
Upadek rzeczywistej Troi nastąpił prawdopodobnie w XII wieku p.n.e., co zgadza się z datą obliczoną przez filologów na podstawie Iliady: 1183/1184 p.n.e. Wkrótce upadła też cywilizacja mykeńska ( XII/XI w. p.n.e.). Zniszczyło je przybyłe prawdopodobnie z Bałkanów inne plemię greckie – Dorowie. W odróżnieniu od używających brązu Achajów Dorowie znali żelazo.

Akme w tradycji greckiej

W tradycji greckiej, zarówno w epoce klasycznej, jak i w tak zwanych „wiekach ciemnych”, a nawet wcześniej, w kulturze minojskiej i mykeńskiej, za najlepsze lata mężczyzny, tak zwane akme, uważano wiek między 30 a 40 lat. U kobiet akme przypadało na wiek od 12–14 do 20 lat. Trzydziestolatka była już starą kobietą, nierzadko babcią, o ile została odpowiednio wcześnie wydana za mąż. Mężczyzna dwudziestoletni zaliczał się do efebów, czyli do młodzieży. Czekała go służba wojskowa; potem, jeśli pochodził z zamożnej rodziny, kariera polityczna. Jeżeli był Ateńczykiem, mógł nawiązać mniej lub bardziej zobowiązującą znajomość z młodszym od siebie chłopcem, a dopiero w okolicach trzydziestki zaczynał on myśleć o ewentualnym ożenku, naturalnie z kobietą w odpowiednim wieku, czyli o połowę od siebie młodszą. Dziewczęta w starożytnej Helladzie wydawane były za mąż wcześnie, w wieku trzynastu, czternastu lat. Młodość kobiet przemijała zatem szybko; u mężczyzn zdawała trwać się trochę dłużej, jednak w obu przypadkach w okolicach czterdziestki najlepsze lata miało się już raczej za sobą. Pięćdziesięciolatek uważany był już za starca. Nic zresztą dziwnego – ludzie rzadko dożywali wówczas sędziwego wieku, choć i od tej reguły istnieją wyjątki. Sofokles w wieku lat dziewięćdziesięciu procesował się zawzięcie ze swym synem, chcącym go ubezwłasnowolnić. Tak czy owak, twierdząc, że bohaterowie eposów Homera to ludzie raczej młodzi, należałoby założyć, że nie mieli więcej niż czterdzieści wiosen.

 

Zawirowania czasowe w Iliadzie

I tu dotykamy sedna sprawy. Jak naprawdę wygląda kwestia czasu w cyklu trojańskim, z Odyseją włącznie (sama Iliada przedstawia wyłącznie 49 dni z dziesiątego roku wojny)? Rodzaj prequela, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, stanowi względem eposów Homera poemat Kypria, którego prawdopodobnym autorem jest Stasinus z Cypru, oraz dzieło Apollodorosa Epistome. Opisują one między innymi słynny sąd Parysa, porwanie Heleny, historię Achillesa i inne epizody, o których Iliada nie wspomina lub czyni do nich jedynie aluzje. Z Kyprii, notabene, pochodzi prawdopodobnie słynny „katalog okrętów” umieszczony w drugiej księdze Iliady wiele wieków później przez jednego z licznych kopistów.

Mając na względzie owe dwa dzieła, możemy odnieść się do chronologicznych zawiłości w całej trojańskiej historii. Wypada zacząć od sądu Parysa, jako że stanowi on niewątpliwie preludium do całej zawieruchy. Jak wiadomo, na weselu Peleusa i Tedyty bawili się wszyscy olimpijscy bogowie za wyjątkiem bogini niezgody Eris. To ona rzuciła pamiętne jabłko „dla najpiękniejszej”. Parys, wiedziony obietnicą Afrodyty, że otrzyma w nagrodę najbardziej urodziwą kobietę na świecie, oddał jabłko bogini miłości. Tak zaczyna się historia, która skończy się zburzeniem Troi. I tutaj pojawia się pierwszy problem. Parys na owym weselu musiał być młodzieńcem co najmniej dwudziestoletnim, poza tym był już żonaty z nimfą Oinochoe (co bynajmniej nie przeszkodziło mu udać się do Sparty i wykraść Helenę). Drugą kwestię stanowi fakt, że jest to wesele rodziców Achillesa, który wedle wszelkich praw natury przyjdzie na świat mniej więcej rok później. Różnica wieku między Achillesem a Parysem musi być zatem znaczna.

Ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. Nie mniej kłopotliwa okazuje się wyprawa Parysa do Sparty. Nie wiemy, ile czasu zajęły mu przygotowania do niej; można jedynie spekulować i zakładać, jednak wydaje się logiczne, że uczynił to najpóźniej w przeciągu roku. Helena, przykładna jak dotąd żona Menelaosa, jest matką dziewięcioletniej Hermiony, którą bez skrupułów porzuca, udając się do Troi z nowym ukochanym. Mniej więcej dwa lata później wojsko achajskie gromadzi się po raz pierwszy w Aulidzie; nie udaje mu się jednak dotrzeć do Troi, ale do Myzji. Co ciekawe, według rozmaitych autorów na wyprawie tej obecny jest Achilles – już jako dorosły mężczyzna. Jeżeli chcielibyśmy trzymać się chronologii wyznaczanej przez mitologię i dzieła post-homeryckie, doszlibyśmy do słusznego wniosku, że jest to absolutnie niemożliwe. Według wszelkich praw rządzących matematyką Achilles powinien być w tym momencie nie więcej niż pięcioletnim pacholęciem chowającym się u centaura Chirona…

 

Zgodnie z grecką mitologią na rozprzestrzeniającą się ludność Troi skarżyła się sama Gaja, dlatego Zeus znalazł intrygujący sposób na zainicjowanie wydarzeń wojennych. Pod postacią łabędzia ukazał się Ledzie i spłodził Helenę – najpiękniejszą Greczynkę. Właśnie Helena – jako żona Menelaosa, króla Sparty – stała się kością niezgody i doprowadziła do wojny.
Zgodnie z grecką mitologią na rozprzestrzeniającą się ludność Troi skarżyła się sama Gaja, dlatego Zeus znalazł intrygujący sposób na zainicjowanie wydarzeń wojennych. Pod postacią łabędzia ukazał się Ledzie i spłodził Helenę – najpiękniejszą Greczynkę. Właśnie Helena – jako żona Menelaosa, króla Sparty – stała się kością niezgody i doprowadziła do wojny. Tu: słynny obraz Leonarda Da Vinci (Galleria degli Uffizi, Florencja).

 

Chronologicznych zawirowań dotyczących samego Achillesa jest zresztą więcej. W Iliadzie ukazuje się nam jako młody mężczyzna, jeszcze przed akme, ale z rozmaitych innych źródeł wiadomo, że w tym czasie ma już dorosłego syna, Neoptolemosa, spłodzonego z królewną Deidameją, córką króla Likomedesa, na którego dworze przebywał przebrany, notabene, za dziewczynę. Skoro przebywał tam, nie mógł poznać i zaprzyjaźnić się na śmierć i życie z Patroklosem, który mieszkał dla odmiany na dworze Peleusa we Ftyi. Nie wiemy przy tym, w jakim wieku Achilles został przez matkę Tetydę ukryty u Likomedesa, ani kiedy doszło do ewentualnego spotkania obu młodzieńców. Nasuwa się również pytanie, ile lat miał Achilles, dokonując owego aktu powołania Neoptolemosa do życia, a następnie ile lat minęło od momentu jego narodzin do przybycia pod Troję. Wiadomo, że nastąpiło to już po śmierci Achillesa, czyli w dziesiątym roku wojny. Wyjaśnienia tej kwestii może udzielić sama Helena, która, stojąc na blankach miasta, mówi, że przebywa w Troi już dwudziesty rok (Iliada: 24, 765). To zdanie rodzi kolejne pytanie… Jak to dwudziesty rok?

Odpowiedź jest logiczna i nielogiczna zarazem. Otóż wojska achajskie po niechlubnym powrocie z Myzji czekały kolejne osiem lat, aby ponownie zebrać się w Aulidzie. Minęło zatem dziesięć lat od momentu uprowadzenia Heleny ze Sparty do chwili, w której armia pod dowództwem Agamemnona wyrusza z Aulidy pod Troję. Wiadomo, że zmagania wojenne trwały z przerwami dziesięć lat. Zatem Helena faktycznie mogła pozostawać w Troi przez tak długi czas. Przyjmując, że w ciągu dwudziestu lat syn Achillesa zdołał dorosnąć, to i tak nie jesteśmy w stanie wyjaśnić prostego faktu, kiedy został on powołany na świat, ani kiedy upłynęły młodzieńcze lata Achillesa, który w cudowny sposób w nienarodzonego potomka państwa młodych będących świadkami sądu Parysa przeobraził się w boskiego, szybkonogiego męża, obdarzonego wdziękiem młodości i dorosłym synem…

Zakładając, że cała wojenna zawierucha od momentu porwania Heleny do zburzenia Troi trwała dwadzieścia lat, wypada zająć się kolejną interesującą kwestią, mianowicie faktycznym wiekiem bohaterów, gdyż pogmatwana chronologia wojny trojańskiej stawia tę kwestię w zupełnie innym świetle. Okazuje się oto, że Parys i Helena w przededniu porażki miasta o spiżowych bramach dobiegają… pięćdziesiątki! Nie może być inaczej, skoro Helena w momencie ucieczki ze Sparty miała dziewięcioletnią córkę. Zakładając, że wydała ją na świat w wieku lat czternastu lub piętnastu, uciekając z Parysem musiała ich mieć około dwudziestu czterech. Tak więc wojsko achajskie prowadziło zacięte walki o kobietę w średnim wieku, żeby nie powiedzieć: starą, bo tak były postrzegane niewiasty czterdziestoletnie. Dodajmy jeszcze, że córka Heleny, Hermione, zostaje po wojnie wydana za mąż za syna Achillesa, Neoptolemosa, który liczy sobie wówczas nie więcej niż dwadzieścia lat, ona zaś musi ich mieć co najmniej o dziewięć więcej. Wydaje się to nieprawdopodobne.

W podobnym wieku musi być również Achilles, choć, logicznie rzecz biorąc, powinien być o dwie dekady młodszy od Parysa i Heleny. Osobny temat to kwestia wieku Hektora. Jako starszy brat Parysa, powinien mieć około pięćdziesiątki, natomiast przedstawiany jest jako mężczyzna zdecydowanie w sile wieku, a zatem mniej więcej trzydziestoletni… „Prawda” o wieku bohaterów trojańskich odbiega zatem od tego, co serwuje nam srebrny ekran i nasza własna wyobraźnia.

 

Courtauld Gallery
Achilles zginął, zanim Troja została zdobyta, gdy w jedyne miejsce “śmiertelne” – tam, gdzie matka trzymała go za piętę, ugodziła go strzała wypuszczona z łuku przez Parysa, brata Hektora. Stąd wzięło się wyrażenie “pięta Achillesa” oraz nazwa “ścięgno Achillesa”. Tu: obraz Śmierć Achillesa pędzla Rubensa (Courtauld Gallery w Londynie).


Zawiła 
Odyseja

Nie mniej ciekawą kwestią pozostaje chronologia i wiek bohaterów Odysei. Według mitologii, Kyprii i Epistome, w momencie pierwszej zbiórki w Aulidzie, Odyseusz jest szczęśliwym mężem Penelopy i świeżo upieczonym ojcem Telemacha; króluje sobie spokojnie na Itace i ani myśli ruszać pod Troję. Gdy werbownicy przybywają na Itakę, Odys postanawia udawać szaleńca i w filcowej czapce na głowie zaprzęga do orki konia z wołem. Byłby się wymigał od gorzkiego losu, ale jeden z wysłańców, niejaki Palamedes, chwycił malutkiego Telemacha i położył pod pług. Odys oczywiście zareagował i, chcąc nie chcąc, udał się pod Troję, skąd miał zamiar niebawem wrócić.

Powrót zabrał mu lat dwadzieścia.

Znowu pozostajemy w kropce, chcąc liczyć lata i wiek. Znowu brak logiki w dziełach opiewających wojnę trojańską i powrót Odysa. Gdybyśmy chcieli być skrupulatni, doszlibyśmy do wniosku, że Telemach, będący w momencie wyjazdu Odysa oseskiem, w ostatnim roku morskiej tułaczki ojca stanie się człowiekiem u progu akme. Od chwili wyjazdu Odyseusza do momentu jego powrotu upłynie przecież nie dwadzieścia, a trzydzieści lat: dziesięć między dwoma zjazdami w Aulidzie, dziesięć na wojnie i dziesięć na morzu, w tym siedem dość miłych u Kalipso.  Tymczasem w Odysei widzimy dwudziestoletniego młodzieńca goszczącego u Nestora w Pylos oraz u Menelaosa i Heleny w Sparcie. Nie trzeba, rzecz jasna, dodawać, że ta ostatnia jest nadal piękna i młoda, chociaż musi być już dobrze po pięćdziesiątce…

Skoro jednak Telemach ma lat trzydzieści, pojawia się na horyzoncie kolejna nieścisłość czasowa. Otóż Odyseja przedstawia jego matkę Penelopę jako wierną żonę, do której zalecają się liczni pretendenci. Czeka ona na swego męża od kilkudziesięciu już lat (!), a wciąż stanowi obiekt pożądania, choć zgodnie z prawami natury jest kobietą najzwyczajniej starą. Podobnie ma się kwestia przeobrażenia Odysa w starca przez Atenę. Tułacz wracający do domu po trzydziestu latach musi być mężczyzną w wieku bardziej niż średnim, zakładając, że jest co najmniej o dekadę lub dwie starszy od swej małżonki. Homer jednak, w stosownym momencie, ukazuje jego przemianę ze zniedołężniałego staruszka w mężczyznę w pełni sił! Gdzie tu prawidłowa chronologia, logika i czasowe prawidła? To, o czym czytamy w epopei, zdaje się być całkowicie pozbawione sensu.

 

 Jako mężczyzna w dojrzałym wieku (z brodą) Achilles przedstawiony jest na amforze terakotowej w stylu czarnofigurowym z VI w. p.n.e. znanej nam jako „Achilles i Ajas grający w kości”.
Jako mężczyzna w dojrzałym wieku (z brodą) Achilles przedstawiony jest na amforze terakotowej w stylu czarnofigurowym z VI w. p.n.e. znanej nam jako Achilles i Ajas grający w kości (Muzea Watykańskie). Fot. Jakob Bådagård / Wikimedia


Podobni bogom

Jest jednak inaczej. Herosi z eposów homeryckich nie podlegają prawom ludzkim, ale boskim. Czas się ich nie ima; co więcej, posiadają cudowne zdolności szybszego dojrzewania i późniejszego starzenia. Achilles w cudowny sposób z berbecia przeobraził się w męża, Helena olśniewała nieziemską urodą dekadę po powrocie z Troi, a Odys pozostał krzepkim, niepokonanym łucznikiem, mimo iż inni zdążyli się już zapomnieć o czasach młodości. Tak jak z eposów nie można usunąć bogów, gdyż stanowią ich integralną, nieodłączną część, tak nie można nadmiernie analizować Homerowej chronologii. Pozwólmy jego bohaterom trwać w wiecznej młodości, jak ma to miejsce od niemal trzech tysięcy lat.

 

Zdjęcie główne: koń trojański w Çanakkale w Turcji, fot. Ming-yen Hsu / Flickr, CC BY-ND 2.0
Posted on

Włoch na emeryturze

Artykuł ukazał się drukiem w magazynie “La Rivista” latem 2014 roku.

Piękna włoska wyspa, Sardynia, kryje w sobie żywe skarby, a mianowicie największą na świecie liczbę pogodnych i wciąż cieszących się znakomitym zdrowiem stulatków. Stacjonuje tam już kilka konkurencyjnych jednostek badawczych, pragnących odkryć ich sekret. To kwestia boskich, starożytnych jeszcze, genów, a także słońca, makaronu, oliwy oraz koniecznie codziennej lampki czerwonego wina!– śmieją się studenci i energicznie zacierają ręce, snując plany na rozrywkową starość. Jednak zaledwie po chwili, z nieukrywanym smutkiem, a nawet lekką uszczypliwością, dodają: Wreszcie w czymś jesteśmy najlepsi; szkoda tylko, że akurat w tej dziedzinie.

Trudno odmówić im racji – bezrobotni absolwenci zgrzytają zębami, demografowie biją na alarm, a politycy zachodzą w głowę, jak tu pogodzić interesy wszystkich grup, które okopały się po przeciwnych stronach barykady. Włoskie społeczeństwo przedstawia się następująco: na 7 milionów młodych ludzi, a więc poniżej 20 roku życia, przypada aż 18 milionów emerytów, co czyni Włochy krajem o najwyższym w Europie odsetku seniorów. Statystyki te robią tym większe wrażenie, jeśli zdamy sobie sprawę, że 50 lat temu sytuacja prezentowała się dokładnie odwrotnie.

 

Na starość wymagamy więcej!

Włoskie społeczeństwo starzeje się w błyskawicznym tempie – już obecnie dorośli, którzy przekroczyli magiczny wiek emerytalny, wynoszący we Włoszech zaledwie 59 lat, stanowią prawie jedną czwartą całej populacji, zaś szacuje się, iż w 2050 r. będzie to już ponad jedna trzecia. Tendencja ta nie tylko się nie cofa, ale wręcz nieustannie przybiera na sile, a zatem jest wielce prawdopodobne, że pokolenie moich młodych rozmówców na swojej emeryturze będzie dysponować wpływową prawie połową głosów wyborczych!

Już z samych suchych faktów można wnioskować, że tak pokaźna liczba stanowi potężną siłę politycznego i ekonomicznego nacisku: nie tylko znalazła magiczne sposoby na długowieczność, lecz także zyskała świadomość własnych wymagań, które z czasem nauczyła się skutecznie egzekwować, zaś plany i marzenia przekuwać w czyn.

 

Emerytalna mobilizacja włoskich polityków

Oczywiście te statystyki wpisują się w tendencje charakterystyczne dla zachodniej, zamożnej części globu. Jednak tym, co wyróżnia Italię, jest zaskakująco przewidujące, wręcz opiekuńcze podejście polityków. Nie ma sensu narzekać na to, na co nie mamy wpływu, natomiast w zamian warto przyjrzeć się uważnie temu, co możemy zmienić. I tak, zamiast utyskiwać na nieubłagany upływ czasu, włoskie rządy postanowiły działać: zawczasu zainwestowały w szereg badań socjologicznych, które unaoczniły bolączki i potrzeby starszej generacji, a następnie przez lata konsekwentnie wprowadzały nie tylko konkretne udogodnienia prawne, ale również organizowały w całym kraju sieć inicjatyw lokalnych, wspierając kreatywność obywateli.

Tu rodzi się pytanie: jak w kraju znanym z niskiego, czasem wręcz żenującego poziomu klasy politycznej było możliwe tak prężne, świadome i zakrojone na szeroką skalę działanie? Cóż, nie mówimy tu wcale o aniołach charytatywności, ale raczej o przemyślanym postępowaniu we własnym, dobrze pojętym interesie – włoscy politycy 50+, którzy stanowią większość w parlamencie, szykują sobie i swoim rodzinom miękkie lądowanie na nieodległej emeryturze.


70 świeczek na torcie, a głowa pełna marzeń

System społecznej integracji oraz edukacji osób starszych sięga lat 80. ubiegłego wieku, kiedy to w związku z błyskawicznym postępem technologicznym zaistniała pilna potrzeba doszkalania starszych pracowników. Zaproponowano im udział w kursach integrujących rozmaite wykluczone grupy społeczne, najczęściej imigrantów, niepiśmiennych czy fizycznie upośledzonych. Takie zróżnicowanie kulturowe kursantów przyniosło niespodziewany bonus, jakim było poszerzenie horyzontów oraz nauka tolerancji dla wszelkiej inności. Zastosowane wówczas nowoczesne metody kształcenia, dostosowane do indywidualnych potrzeb, przyniosły długofalowe efekty, wykorzystywane z powodzeniem do dziś.

Włoska mamma stawia na edukację

W tym samym czasie narodziły się również Uniwersytety Trzeciego Wieku, które oferują szeroki wybór interesujących kursów: od ogrodnictwa, poprzez finanse i zarządzanie, po filozofię. U nas UTW dopiero kiełkują, zaś te włoskie obchodzą już srebrne gody, ciesząc się niesłabnąca popularnością. Starsze pokolenie ma nie tylko możliwość zdobywania w nich wiedzy na poziomie uniwersyteckim, niekoniecznie szczycąc się dyplomem magistra, lecz także dzielenia się swoim doświadczeniem z młodszymi generacjami w trakcie warsztatów. Ciekawą propozycją jest też nauka obsługi komputera czy korzystania z internetu razem z wnukami.

 

Liczą się pomysł i pasja!

Od niepozornego eksperymentu prężnej i kreatywnej grupki seniorek z nadmorskiego Rimini rozpoczęły swoją karierę tzw. „banki czasu”, czyli wzajemne świadczenie drobnych usług, jak opieka nad dziećmi, niewielkie naprawy czy zakupy. Tym, co czyniło ów projekt wyjątkowym, było wprowadzenie nowej jednostki płatniczej, którą stanowiły już nie pieniądze czy dobra materialne, lecz ilość przeznaczanego na daną aktywność czasu. I tak ziściło się stare przysłowie, że czas to pieniądz; a któż ma go więcej niż emeryci? Dla przyzwyczajonych do poświęcania się dla innych seniorów, wyzwaniem, dużo trudniejszym niż dawanie, było otrzymywania czegoś w zamian, a z czasem i asertywne domaganie się swoich praw.

Nieco później, bo kilkanaście lat temu, przyszła pora na nową formę integracji: tzw. „wymienny wolontariat”. Młodzież zgłaszała się do pomocy starszym osobom w domowych obowiązkach, zaś starsi włączani byli w aktywną działalność lokalnych placówek publicznych. W ten sposób nie tylko integrowali się ze społecznością, ale też uczyli się samoorganizacji, współpracy z władzami swoich miast, pozyskiwania funduszy unijnych, a także – co być może najważniejsze dla nich samych – wreszcie czuli się potrzebni.

 

Włoski senior podbija świat

Niezależnie zatem od tego, jakie intencje – szlachetne czy egoistyczne – przyświecały włoskim politykom, owa konsekwencja w angażowaniu seniorów w życie społeczne przyniosła pozytywne rezultaty, czyniąc z nich świadomą siebie, energiczną oraz świetnie zorganizowaną grupkę o stale rosnących wymaganiach. Nie wzbudza już większego zdziwienia fakt, że zamarzyli oni o przekroczeniu granic i to w sensie dosłownym, wyjeżdżając na misje pomocy charytatywnej do krajów skonfliktowanych i rozwijających się: od pobliskich Bałkanów, poprzez Afrykę, po Daleki Wschód. Rzesze chętnych zgłaszały się do pączkujących po całym kraju biur świeżo powstałej organizacji Seniores Italia, wiedzione chęcią podróżowania, poznania egzotycznych kultur czy doświadczenia przygody życia.

Jak się okazało, to wcale nie brak kondycji fizycznej czy strach przed nieznanym stanowiły jakąkolwiek przeszkodę, lecz jedynie bariera językowa, na co akurat prędko znaleziono sposób, rozszerzając ofertę kursów lingwistycznych. Co ciekawe, dopiero wówczas, gdy włoski emeryt z własnej inicjatywy wyruszył w świat, rodzime biura podróży spostrzegły, jak fantastyczną grupę klientów zaniedbywały, nie doceniając jej żywotności i ciekawości świata. Włoska starość nie zna granic…

Tropikalna emigracja 50+

Włoscy emeryci wyraźnie zasmakowali w podróżowaniu. I tak, dokształceni językowo, trochę już obyci w świecie, nabrawszy odwagi i pewności siebie, postanowili podbić odlegle kontynenty. Obserwuje się nowy, intensywnie narastający trend wśród włoskich seniorów, a mianowicie tzw. „tropikalną emigrację”. Emeryci wyjeżdżają tam, gdzie koszty utrzymania są niższe, pogoda zawsze dopisuje, a ludzie są otwarci, aktywni i pełni witalnej energii, niezależnie od statusu materialnego: na plaże Ameryki Południowej, bezdroża Senegalu czy stepy Azji. Już teraz ponad pół miliona wesołych seniorów, rozłożywszy swoje leżaki pod palmami, delektuje się drinkami za przynależne im po 40 latach pracy skromne 1500 euro. W ten sposób zadają kłam powiedzeniu, iż „nie przesadza się starych drzew”…

 

Z perspektywy polskiej opiekunki

Polscy rówieśnicy włoskich seniorów z pewnością mogliby zapytać: Skąd oni biorą na to wszystko siły? Cóż, na taką kondycję, takie zdrowie, ale też błysk w oku i uśmiech na twarzy, pracuje się przez całe życie: poczynając od bogatej w mikroelementy kuchni śródziemnomorskiej, poprzez regularną aktywność fizyczną, którą mimo upływu lat stale uprawia jedna czwarta Włochów po 50-tce, po dbanie o swój wygląd zewnętrzny. Tutejsi emeryci to szyk, klasa i elegancja w najczystszej postaci, doprawiona włoską oliwą i olejkiem migdałowym – dwoma cudownymi preparatami naturalnej kosmetyki, stosowanymi tu bodaj w każdej dziedzinie życia.

Opiekujące się włoskimi seniorami Polki – a warto nadmienić, że już co druga nasza rodaczka na Półwyspie Apenińskim wykonuje właśnie tę pracę – przyznają, iż co prawda zdarza im się spotkać klientów trudniejszych, jednak generalnie są one swoimi podopiecznymi absolutnie zauroczone. Chodzi o styl życia, tak bardzo wyróżniający ten kraj spośród wielu innych, być może piękniejszych i bogatszych na świecie.

 

Slow life, slow food, czyli styl życia włoskich emerytów

Rzeczywiście, wystarczy spojrzeć na ulice włoskich miast, rynki małych miasteczek czy kawiarniane ogródki – masowo zaludniane są przez starsze pokolenie, dla którego życie towarzyskie to obowiązkowy rytuał i wielka radość, na którą są w stanie wysupłać nawet ostatni grosz. Mężczyźni tradycyjnie okupują barowe stołki w czasach rozgrywek piłkarskich. Rozpoczynają dzień od gazety i słodkiego śniadania w pobliskiej kawiarence, gdzie namiętnie dyskutują i gestykulują, wypijając hektolitry espresso. Kobiety natomiast nigdy nie odpuszczają sobie cotygodniowej przyjemności w postaci wizyty u fryzjera oraz manicurzystki.

Ich sekretem jest również poobiednia sjesta, dzięki której odzyskują energię niezbędną do cieszenia się wieczorną kolacją we wspólnym gronie. Zasiadają do stołu w biesiadnym gronie na długie godziny, a dzięki intensywnej rozmowie między kolejnymi kęsami, nie przekraczają limitu rozsądnej, ale i wyśmienitej diety śródziemnomorskiej, na którą składają się głównie ryby, świeże warzywa, owoce morza, oliwa z oliwek i… makaron, czyli crème de la crème bodaj najzdrowszej kuchni świata, prawdziwego eliksiru młodości.

 

Starość bez kompleksów

Jednocześnie w tej krainie, słynącej z wręcz bezkrytycznego uwielbienia dla botoksu i operacji plastycznych, popularność tych metod poprawiania urody spada gwałtownie dopiero wśród pokolenia 50+. Z rozbrajającą szczerością seniorzy przyznają, iż dopiero na starość nabierają rozumu, czyli wyzbywają się wszystkich nonsensownych, a nękających ich przez cale życie kompleksów i ograniczeń. Wbrew swojemu wiekowi, ubierają się odważnie, modnie i kolorowo, ale zawsze z gustem i ze smakiem. Inwestują w siebie i rozpieszczają się: przykuwają uwagę błyszczącą biżuterią, którą zdejmują jedynie na plaży, aby wyeksponować coraz bardziej skąpą wersję bikini, które jest tu dla wszystkich – bez względu na urodę, figurę czy wiek.

 

Bliskie spotkania ze zmarszczkami

Znany ze swojego zamiłowania do skalpela Silvio Berlusconi przybył wiosną tego roku do ośrodka opieki nad osobami starszymi, aby odbywać swoją regularną pokutę. Międzynarodowe media oraz tłumy rodaków przywitały go jedynie buczeniem i gwizdami, oburzone tak łagodnym wymiarem kary. Jednak spróbujmy spojrzeć na to zdarzenie optymistycznie: czy dla kogoś, kto przez ostatnie dziesięciolecia za wszelką cenę, obsesyjnie, usiłował przechytrzyć upływający czas, stanięcie w końcu twarzą w twarz z twardą rzeczywistością, czyli nie zawsze przyjemnymi objawami starzenia, nie będzie stanowić kary najsurowszej i najdotkliwszej? Trzeba przyznać, że poczucie humoru nie opuszcza Berlusconiego nawet w tak podbramkowej sytuacji. Sam sobie bowiem wybrał taką formę zadośćuczynienia – symbolicznie, ironicznie, choć nadal nieco impertynencko.

 

Przemijanie z klasą

Emeryt nie musi już stale gdzieś gonić, coś zdobywać czy udowadniać – może spokojnie się wyciszyć i na luzie rozkoszować się życiem. Tym większy szacunek budzą włoscy seniorzy, którzy wykazują tyle dobrych chęci, aby aktywnie i różnorodnie zagospodarowywać swój wolny czas, inwestując we własny rozwój, pomagając innym, podróżując, rozwijając swoje pasje czy nawet po prostu bawiąc się do białego rana. Albowiem przemijanie z klasą wcale nie oznacza przemijania z kasą – raczej z pasją, harmonią i spokojem; realizując od dawna odkładane plany oraz spełniając ukryte gdzieś głęboko w sercu marzenia, na które nie miało się odwagi, czasu czy wiary w czasach „durnej i chmurnej młodości”.

 

Posted on

Poza czasem. Tajemnicze miejsca w Chorwacji (2)

Wysp chorwackich jest ponoć 1224; na każdej z wysp znajdziemy miejsca zapomniane, znane tylko nielicznym. Warto jednak zboczyć ze ścieżek masowej turystyki i udać się tam, gdzie kryje się prawdziwa chorwacka historia.

 

Pustelnia Blaca

Wyspa Brač  to wyspa w środkowej Dalmacji. Słynie z plaży Zlatni Rat, która pojawia się we wszystkich folderach reklamowych kraju. Jednak wyspa kryje w sobie jeszcze wiele innych pięknych i mało znanych miejsc. Jednym z nich jest Pustelnia Blaca, leżąca u podnóża wielkiej skały. Dotrzeć można tu od strony morskiej, ale również lądem.

Pustelnia Blaca to  klasztor oraz muzeum  położone w południowej części wyspy, pomiędzy Bolem a miejscowością Milna.
Jej początki sięgają XVI wieku – mnisi szukali w okolicy schronienia przez Turkami. Znajdziemy tu wielkie obserwatorium astronomiczne, bibliotekę liczącą ok. 10 000 książek, muzeum gromadzące obrazy, bogatą kolekcję zbroi, a także fortepian i teleskop, które rzekomo zostały nabyte poprzez wymianę produktów rolnych klasztoru, takich jak oliwa z oliwek, wino i miód. Okoliczne widoki zapierają dech w piersiach.

 

Pustelnia Blaca
Pustelnia Blaca

 

Lubenice

 

Wyspa Cres w zatoce Kvarner połączona jest ruchomym mostem z wyspą Lošinj. Na szczycie stromej skały w zachodniej części Cres, 378 metrów nad poziomem morza, leży miasteczko liczące sobie tysiące lat – Lubenice. Rzymianie zbudowali tu potężną fortecę. Do miasteczka możemy dojechać ciekawą wąską drogą, która prowadzi nas na sam szczyt; stamtąd zaś rozpościera się widok na jedną z najpiękniejszych plaż w Chorwacji, Sv. Ivan.

Lubenice zachwycają wspaniałą architekturą. Wyjątkowe położenie na skale, strome urwiska z widokiem na krystaliczne morze, mnóstwo kapliczek – to wszystko sprawia, że trudno znaleźć drugie takie miejsce w Chorwacji. Przez miejscowość prowadzą dwie wąziutkie kamienne uliczki, wzdłuż których przycupnęły niskie kamienne domki obsadzone figowcami – niektóre opuszczone, inne zamieszkałe, choć mieszkańców miejscowość ma dosłownie garstkę. Wszędzie mnożą się pozostałości z czasów rzymskich, mostki, łuki, kamiennie solidne domy.

Lubenice, nschuwi / Wikimedia, CC BY 3.0
Lubenice, fot. nschuwi / Wikimedia, CC BY 3.0

 

Malo Grablje

Wyspa Hvar, jedna z najpiękniejszych w Chorwacji i na świecie, słynie z uprawy lawendy i z pięknych widoków. Do mniej znanych jej zakątków należy opustoszała wioska Malo Grablje, położona w dolince pomiędzy trzema wzgórzami. Dziś nazywa się ją miejscem duchów; kiedyś była miejscem słynącym z uprawy wina, oliwy i lawendy. Katastrofy naturalne oraz kwestie ekonomiczne spowodowały jednak, że w drugiej połowie XX wieku mieszkańcy przenieśli się kilka kilometrów dalej, do miasteczek na wybrzeżu.

Do Malo Grablje możemy dostać się samochodem, jednak najpiękniejsze widoki czekają na tych, którzy wybiorą się tu pieszo – malownicza droga prowadzi z innej częściowo opuszczonej wioski Velo Grablje. Do miasteczka z roku na rok coraz odważniej wkracza natura. Między kamiennymi domami, na brukowanych uliczkach i wśród ruin starych zabudowań wyrasta bujna roślinność. W opuszczonych domostwach można znaleźć pozostawione przez mieszkańców sprzęty codziennego użytku, w tym nawet prasę do wyciskania oliwy z oliwek. Dociera tu niewielu turystów, więc otoczy nas spokój i cisza; jedyne dźwięki, jakie usłyszymy, to odłosy owadów, śpiew ptaków i szum wiatru. Pięknie pachną dziko rosnące lawenda, rozmaryn, figi i granaty.

W miasteczku funkcjonuje nadal stara konoba, czyli rodzaj tawerny z zaledwie kilkoma stolikami: Stari Komin. Właściciel to potomek założycieli Malo Grablje. Udało mu się stworzyć miejsce, które nawiązuje do dawnych tradycji.

 

Zdjęcie główne:  Lubenice, fot. Mario Fajt / sobrecroacia.com, CC BY 2.0
Posted on

Tendre Madeleine marki Les Senteurs Gourmandes

Reminiscencja wywołana przez smak i aromat magdalenki zamoczonej w gorącym napoju – oto znany wszystkim motyw z arcydzieła Marcela Prousta, siedmiotomowego cyklu, który zasłynął rozbudowaną analizą uczuć i, przede wszystkim, nową konstrukcją czasu powieściowego. Francuski pisarz unieważnił  intrygę powieściową pojmowaną jako ciąg uporządkowanych wydarzeń, porzucając chronologiczny porządek na rzecz psychoanalitycznej introspekcji. Małe ciastko o charakterystycznym muszelkowatym kształcie, uzyskiwanym dzięki pieczeniu w specjalnych foremkach, stało się odtąd symbolem powrotu do bezpiecznej krainy dzieciństwa.


 

Jak Proustowski bohater cofa się w czasie do spotkań z ciotką Leonii, tak i my, za sprawą flakonu tych prowansalskich perfum, możemy powędrować myślą do babcinej kuchni, gdzie przesiadywaliśmy jako maluchy, czekając na pachnące ciasto. Maślana, ciepła wanilia z dodatkiem nieskomplikowanej i zupełnie bezpretensjonanej mieszanki przypraw, odrobina odświeżającej bergamotki i aromatyczej pomarańczowej skórki, chrupiące migdały i parę kropel mleka – oto składniki, z których upieczemy najpyszniejsze wspomnienia. Gdy za oknem szaleje listopadowa zawierucha, my możemy nie tylko szukać, ale także odnaleźć czas, który dawno minął. Smacznego!