– 100 g białego ryżu okrągłoziarnistego (np. ryż do sushi)
– 500 ml wody
– 1 l mleka pełnotłustego
– 40 g mąki ryżowej
– 140 g cukru
– szczypta soli
– 2 łyżki stołowe wody różanej
– 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
Opłucz ryż wodą. Gotuj na małym ogniu w 500 ml wody przez 30-40 minut lub do momentu, w którym ryż wchłonie wodę.
Wymieszaj mąkę ryżową z 50 ml mleka.
Dodaj cukier i resztę mleka do gotującego się ryżu. Doprowadź do wrzenia. Dodaj mieszankę mąki ryżowej oraz szczyptę soli. Gotuj na wolnym ogniu przez około 25 minut. Mieszaj regularnie.
Zdejmij z ognia. Dodaj wodę różaną i ekstrakt waniliowy i dobrze wymieszaj.
Przelej do naczynia i wstaw do lodówki, aby całość dobrze się schłodziła. Udekoruj cynamonem, pistacjami i płatkami róży. Podawaj na zimno.
Przygotowania do podróży rozpoczęłam od małego, prywatnego śledztwa wśród znajomych, którzy już zrealizowali swoje florenckie marzenie. Jakież ogarnęło mnie zdumienie, gdy w ich oczach nie ujrzałam ani krztyny zachwytu, a zamiast peanów na cześć toskańskiej stolicy z ich ust płynął niekończący się potok żalów i słów głębokiego rozczarowania. Przyznawali oni zgodnie: kiedy przemierzamy średniowieczne uliczki w kilkudziesięciostopniowym upale, wśród tłumu podobnych sobie turystycznych desperatów, nasze umysły zaprząta już tylko jedna obsesyjna myśl – znaleźć choćby skrawek cienia i odetchnąć, ocierając pot z czoła. Ale przecież jeszcze nam nie wolno; jeszcze tylko kilka kroków i czeka nas nagroda w postaci legendarnego posągu Dawida…
Fatalna kraina czarów (Frances Mayes)
Florencja to miasto owiane legendą, która wręcz obliguje do uniżonego pokłonienia się, a nawet rzucenia się w hołdzie na kolana. „Miasto pełne pychy”, jak zgrabnie ujął to Sándor Márai, przypomina piękną kobietę, wręcz nadmiernie świadomą czaru, jaki roztacza. Jednak czy można pokochać miasto, które poniekąd zmusza do admiracji? Florencją łatwo się rozczarować, ale nie warto. Sercu spragnionemu słońca nazwa Florencja dźwięczy radośnie i nie daje spokoju – to miasto musi kryć jakieś zwiastuny wiosennego przebudzenia. Aby nie podzielić losu wspomnianych już malkontentów, potraktujmy Florencję jak delikatny, wymagający kwiat, który trzeba dyskretnie podejść, znajdując nań odpowiedni sposób. Okaże się wówczas, że o prawdziwy zachwyt wcale nie jest tak trudno…
Giardino di Boboli, fot. Ed Webster, Flickr, CC BY 2.0
Jak uniknąć syndromu Stendhala?
Nadmiar to słowo, które zdaje się być kluczem do tego miasta – nadmiar zabytków, turystów, historycznego dziedzictwa… To wszystko sprawia, że czujemy się odurzeni. Przypadłość ta doczekała się nawet fachowej nazwy, nawiązującej do słynnego francuskiego pisarza. Syndrom Stendhala objawia się gwałtownym kołataniem serca, zawrotami głowy, dezorientacją, a nawet halucynacjami, które pojawiają się na widok wspaniałości, dzieł sztuki i zabytków zgromadzonych na małej przestrzeni. Galeria Uffizi w zupełności wystarczy, aby, podobnie jak w XIX w. francuskiego pisarza, tak i nas wszystkich dopadła ta „luksusowa, elitarna przypadłość”. Jednak u progu XXI w. odchorowywać florenckie zwiedzanie przez kilka dni w łóżku? To po prostu nie wypada!
Zapomnij o przewodniku, zdaj się na zmysły!
Podobno cały urok Florencji ukryty jest za murami kościołów i muzeów. Rzeczywiście, kiedy jest tak gorąco, że – jak celnie ujął to Muratow – ulice wypełniają już jedynie psy i turyści, to właśnie za zimnymi murami legendarnych zabytków można znaleźć chwile wytchnienia. Dlatego na florenckie eksploracje najlepiej wybrać się przed wakacjami, kiedy temperatura nie zwala jeszcze z nóg, ogrody botaniczne wypełnia zapach kwitnącej roślinności, a w menu włoskich trattorii nie zaskoczą nas frytki i hamburgery.
Ogromną zaletą Florencji jest jej stosunkowo niewielki rozmiar, nadający kolebce renesansu kameralny charakter, dzięki czemu możemy się obyć bez map i przewodników. Wszystkie najciekawsze miejsca skondensowane są w ścisłym centrum, zaś oryginalna kopuła sławnego na całym świecie Duomo stanowi najlepszy drogowskaz. W przypadku Florencji warto zdać się na odbiór czysty i spontaniczny, pozwolić się porwać zmysłom, jak bohaterka Pokoju z widokiem. Niejaka Lucy Honeychurch przechadzała się po Florencji z nieodłącznym przewodnikiem w ręku i guwernantką-przyzwoitką u boku, ale, wraz z odrzuceniem książkowych mądrości, zrzuciła z siebie również gorset konserwatywnego wychowania i ciążących ograniczeń.
Po Florencji wygodnie poruszać się na rowerze. Fot. Photocapt / Flickr, CC BY-SA 2.0
Zagraj z Florencją w zielone!
Kwiatowe przebudzenie najłatwiej zaobserwować, gdy przyjeżdża się do Florencji od strony Tyrolu. Wtedy gwałtownie następuje radosny wybuch wiosny: ocieramy się o drzewa migdałowca i krzewy mimozy, mijamy kwitnące sady i morze kwiatów. Stolica Toskanii, wbrew obiegowej opinii, wcale nie ustępuje reszcie regionu – chociaż umiejętnie skrywa swoje zielone tereny, to ich poszukiwanie można przekuć w dobrą zabawę, a nawet połączyć z odrobiną kulturalnego i zabytkowego szaleństwa. Najlepiej na starych rowerach, które można wypożyczyć spod dworca Santa Maria Novella.
Zaopatrzmy się w wino i przekąski na jednym z licznych bazarów i udajmy na wiosenny piknik do największego tutejszego parku – Parco delle Cascine. To zaledwie 20 min. drogi rowerem malowniczo położoną ścieżką wzdłuż rzeki Arno. Nieopodal, w etruskim miasteczku Fiesole, położonym na wzgórzach okalających Florencję, amatorzy łączenia sztuki i natury odnajdą kombinacje dla siebie doskonałą: pokazy tańca i koncerty w rzymskim amfiteatrze, uliczne teatry i sztuki operowe, a to wszystko w otoczeniu gajów cytrusowych. Na krótki wypad za miasto możemy również wybrać się do XV-wiecznej Villi Maiano. Będzie to przyjemność dla fanów książki i opartego na niej kultowego filmu Pokój z widokiem, gdyż ta zabytkowa posiadłość kryje tytułowy pokój, zachwycający panoramą miasta, z dumnie górującą nad nim katedralną kopułą w tle.
Miasto, które rozkwita wiosną
Aby odpocząć od zabytkowego zawrotu głowy, warto odwiedzić dwa przepiękne ogrody, położone niedaleko Piazzale Michelangelo, bodaj najlepszego punktu widokowego we Florencji. Pierwszy to Ogród Różany, w którym można nie tylko upoić się naturalnym zapachem, ale też zostać królem czy królową fotografii. Zdjęcie na różanym tronie, z tłem w postaci katedry i florenckiej starówki, to nie lada gratka.
Drugi z ogrodów – Ogród Irysowy – słynie z organizowanego tam międzynarodowego konkursu, prezentującego ponad 1500 gatunków delikatnego kwiatu, chluby toskańskiej stolicy. Irys to od średniowiecza symbol Florencji, wpisany w jej herb i wyryty na złotych monetach, nawiązujący do postaci starożytnej bogini Iris, która potrafiła wyczarować z łuku siedmiokolorową tęczę, łączącą ziemię z niebem, a więc świat bogów ze światem ludzi.
Giardino di Boboli, fot. AlCarlesAlDjinn~commonswiki, GFDL
Odurzenie zapachem
Wiosną trzeba koniecznie obejrzeć jeden z najstarszych i najpiękniejszych ogrodów w całej Italii – Giardino di Boboli. Stanowi on spektakularny przykład sztuki architektonicznej i ogrodniczej. Założony w XVI w. przez Medyceuszy, tuż za pałacem Pittich, mieści w sobie atrybuty godne arystokracji: żwirowe alejki, posągi, sadzawki oraz ławeczki w ustronnych, zacienionych miejscach. Główną oś wyznaczają amfiteatr i fontanna Neptuna, w okolicach której znajduje się wypełniony krzewami różanymi i żywopłotem z bukszpanu Ogród Rycerski, ozdobiona rokokowymi freskami kawiarnia „Kaffeehaus”, a także muzeum porcelany.
Odwiedzając ogród w drugiej połowie maja, będziemy mogli pobudzić zmysł powonienia na corocznej imprezie „Zapachy Boboli”. Olejki esencjonalne, mydełka, ekstrakty ziół, świeczki – wszystko to zaoferują światowi eksperci od sztuki zapachowej. Jeśli nie będziemy mieli jeszcze dość aromatycznych doznań, to w okolicach uniwersytetu możemy zajrzeć, choć na chwilę, do Ogrodu Rzeczy Prostych, gdzie od ponad sześciu wieków uprawiane są zioła. W ten sposób zaostrzymy sobie apetyt na…
Mrożone przysmaki
Czy wiecie, co łączy najbardziej znany na świecie włoski deser z arcydziełami sztuki? Oba te „wynalazki” powstały właśnie we Florencji, w znacznym stopniu dzięki wsparciu Medyceuszy. W XVI w. Bernardo Buontalenti – eklektyczny i wszechstronnie uzdolniony artysta, pracujący jednocześnie na dworze Medyceuszy jako organizator przyjęć – zaskoczył wszystkich uczestników uczty z okazji otwarcia twierdzy Belvedere nieznanym dotąd deserem, przygotowanym z zamrożonego mleka, żółtek i miodu, z dodatkiem bergamotki, cytryny, pomarańczy oraz, jak na Toskanię przystało, oczywiście wina. Przysmak okazał się strzałem w dziesiątkę, a sam autor, ku swojej rozpaczy, przeszedł do historii nie jako światowej sławy artysta, lecz twórca lodowego deseru.
Nie można zatem wyobrazić sobie bardziej odpowiedniego kandydata na gospodarza Międzynarodowego Festiwalu Lodów niż właśnie Florencja. Pod koniec maja jej cztery najznamienitsze place zamieniają się ze świątyń architektury w areny lodowego szaleństwa, na które składają się pokazy mistrzów lodowej maestrii kulinarnej, rozsiane po mieście kramy z deserami, sorbetami, shake’ami, a nawet perfumami lodowymi, oraz konkurs, w którym biorą udział sławy z całego świata. Jeśli jesteśmy prawdziwymi miłośnikami mrożonego przysmaku, możemy wziąć udział w fascynującej podróży kulinarnej przez całą Italię w ramach Italia Gelato Tour, rozpoczynającego się na 100 dni przed florenckim finałem. Lodowi mistrzowie wypróbowują na co odważniejszych śmiałkach swoje nowe eksperymentalne smaki i receptury, realizując tym samym cel twórców imprezy, czyli popularyzację włoskiej chluby kulinarnej wśród rodaków. Czyż nie brzmi to trochę jak przekonywanie dawno już przekonanych, ba!, w lodach ślepo zakochanych?…
Villa di Maiano, fot. christian / Flickr, CC BY-SA 2.0
Święto Świerszcza
40 dni po Wielkanocy, w dniu Wniebowstąpienia, odbywa się jedno z najbardziej oryginalnych florenckich świąt – Festa del Grillo, czyli Festiwal Świerszcza. Florentyńczycy zgrabnie połączyli wielowiekową miejską tradycję, pogańskie wierzenia sięgające czasów antycznych oraz katolicki kalendarz religijny ze wspólną zabawą na świeżym powietrzu. Park delle Cascine gromadzi tego dnia setki rodzin, które przechadzają się pomiędzy straganami, wybierając malutkiego, błyszczącego bohatera całego zamieszania – żywego świerszcza, umieszczonego z listkiem sałaty w prostych drewnianych klatkach lub ozdobnych szkatułkach i uwalnianego później przez dzieci, piknikujących z rodzicami na trawie.
Tradycja ta pochodzi z czasów, kiedy młodzieńcy podczas majowych Calendimaggio dawali w prezencie swojej ukochanej ów symbol szczęścia jako zwiastun, dosłownie i w przenośni, wiosennego słońca i optymizmu na cały następny rok. Mniej romantyczna, ale za to praktyczno-ekonomiczna legenda tłumaczy oryginalny rytuał chęcią zmniejszenia populacji tych uroczych skądinąd szkodników.
Obrońcy praw zwierząt wywalczyli jednak zakaz sprzedaży żywych świerszczy, które faktycznie wielokrotnie nie doczekiwały dnia oswobodzenia. Od kilku lat legalnie sprzedawane są jedynie symboliczne, sztuczne świerszcze, niczym pozytywki wyposażone w elektroniczny mechanizm, imitujący cykanie. Jednak, jak można się domyślać, dla chcącego nic trudnego: na zielonych wzgórzach w okolicy miasta, a nawet i w samym parku, młodsze pokolenia urządzają sobie podchody w poszukiwaniu cennego owada, kontynuując tradycję toskańskiej stolicy.
Współcześni gladiatorzy
Fani piłki nożnej z pewnością nie odpuszczą sobie wizyty na stadionie klubu ACF Fiorentina; warto też spróbować swoich sił w unikatowym wydarzeniu na skalę światową – rozgrywkach Calcio Storico Fiorentino, podobno najbardziej brutalnego sportu na świecie. Finałowy mecz odbywa się corocznie w dniu patrona miasta, św. Jana, na obsypanym piaskiem placu Świętego Krzyża. Gra, łącząca elementy rugby z piłką nożną, uprawiana była już przez rzymskich legionistów, stąd jej druga, popularna nazwa – calcio in costume. Gracze, ku uciesze rozentuzjazmowanej żeńskiej części widowni, występują w historycznych kostiumach, mocno eksponujących męskie ciało. Rozgrywki trwają kilka miesięcy, a zawodnicy, często pracujący na co dzień jako ochroniarze w nocnych klubach, wyciskają siódme poty na siłowni, aby dumnie zaprezentować swoją muskulaturę w dniu finału. Nagrodą, oprócz pucharu i niewątpliwej satysfakcji ze zwycięstwa, jest bistecca alla fiorentina, czyli lekko przysmażona na ruszcie potężna porcja grubej na 15 cm wołowiny – symboliczne zwieńczenie krwawego widowiska.
To nie koniec wrażeń w dniu patrona Florencji. Późnym wieczorem organizowany jest spektakularny pokaz sztucznych ogni. Również i dla tej rozrywki florentyńczycy znaleźli historyczno-rytualne źródła. Tradycja wczesnochrześcijańska wskazuje, iż grzechy zmywa się co prawda wodą, ale te naprawdę ciężkie usuwa się skutecznie jedynie ogniem. Fajerwerki wybuchają z Fortu Belvedere paletą barw, odbijając się w rzece tak, że ma się wrażenie, jakby ich blask rozświetlał całą Toskanię. Najlepszą bazą do podziwiania tego widowiska są okalające miasto zielone zbocza Wzgórza Michała Anioła.
Po drugiej stronie „ozłoconej” rzeki
Chcąc oddalić się od pełnego zabytków centrum i odwiedzić nieco mniej znane rejony miasta, skierujmy swoje kroki na drugą stronę rzeki Arno. To tu znajduje się artystyczna dzielnica Oltrarno, pulsująca muzyką i śpiewem aż do białego rana, oraz Forte di Belvedere – idealny punkt widokowy, który wymaga od nas dobrej kondycji, gdyż trzeba się wspiąć po dość stromej uliczce.
Na drugi brzeg rzeki wiedzie nas wizytówka Florencji, czyli najstarszy most, zachowany w prawie niezmienionej postaci od średniowiecza: Ponte Vecchio. Kiedyś był on zabudowany kramikami z wyrobami rzemieślniczymi oraz rzeźniami, ale, ze względu na mało atrakcyjne dla arystokratycznego nosa zapachy, w renesansie zastąpili je złotnicy i jubilerzy. Do dziś Most Złotników pozostaje kwintesencją przepychu, bo dosłownie ocieka bezcennym kruszcem.
Jednak to, co najcenniejsze, a czego kupić nie można – deklaracje dozgonnej miłości – znajduje się na widokowym tarasie pośrodku mostu. Tam bowiem zakochani przyczepiają do balustrady kłódki ze swoimi imionami, a kluczyki, symbolizujące nierozerwalność łączącego ich uczucia, wyrzucają do rzeki.
Santa Maria del Fiore, fot. Karlye Wolff / Unsplash
A jednak zachwyciła…
Zbigniew Herbert podobno uwielbiał zwiedzać Florencję nocą. Niestety, także wtedy nie unikniemy tłumnie biesiadujących amatorów nocnego życia, a stracimy wiele z uroków budzącego się z zimowego letargu miasta. Dla mnie nieprzewidzianym efektem kilkudniowego oswajania się z Florencją była narastająca z każdą chwilą ciekawość tego, co kryje się za onieśmielającymi z początku dziełami wybitnych twórców, którzy wypełnili miasto niegasnącym blaskiem. Mimo początkowych postanowień, dałam się w końcu skusić posągowemu Dawidowi na randkę w Galleria dell’Accademia, pokłoniłam się geniuszom pochowanym w kościele Santa Croce z freskami Giotta w tle, odwiedziłam rodzącą się Wenus w wypełnionej arcydziełami Galleria degli Uffizi.
Na koniec zaś zostawiłam wisienkę na torcie – kwiatową z nazwy katedrę Santa Maria del Fiore. Widok jej oryginalnej, biało-zielono-czerwonawej kopuły, przywołującej na myśl włoską flagę i widocznej z prawie każdego zakątka miasta, towarzyszył mi codziennie od wschodu słońca po pokryte gwiazdami wieczorne niebo, rozbudzając wyobraźnię. Kiedy we wnętrzu katedry dostrzegłam płatki kwiatu, układające się harmonijnie z kształtów półsklepienia, odetchnęłam z ulgą: nieprzystępne, zmuszające do zachwytu miasto przyjaźnie puściło do mnie oko. Byłam już pewna, że zły urok miasta-skansenu został bezpowrotnie odczarowany.
Grecy wołali na nią Chloris, czyli Zielona; Rzymianie – Flora. Całkiem podobnie, choć dodali jej koloru, do zielonych liści i łodyżek dołączając barwne płatki. Imię to pochodziło wszak bezpośrednio od rzeczownika flor, floris, czyli kwiat. Pomysłów na jej rodowód pojawiało się wiele: jedni twierdzili, że ojcem Flory był sam Zeus, inni – że Okeanos, pan wszelkich wód, bez których nic, co żywe, wzrastać nie może. Za męża najczęściej przypisywano jej Zefira, wiatr zachodni, dzięki któremu mogła obdarzać ludzi aromatem kwiatów. Zdradzała go ponoć z samym Herkulesem, tęskniąc najwyraźniej za mocnym męskim ramieniem, którego mąż, wieczny podróżnik, na co dzień jej nie oferował.
Była boginią wiosny, roślinności, młodości i płodności. Potężna, ale nie wszechmogąca; rzadko w pierwszym szeregu, a jednak wyczekiwana i ukochana przez ludzi nie mniej, niż najważniejsze persony Olimpu. Rzymianie ustanowili na jej cześć święto, Floralia, które obchodzono na przełomie kwietnia i maja, gdy nad Morzem Śródziemnym wiosna jest już w pełnym rozkwicie, dorodna i bujna. Bogactwo, które uosabiała, przywoływano za jej sprawą na monetach, portretując ją w nieodłącznej kwiatowej koronie. Odkrywanie go dzisiaj może być fascynującą przygodą; nauką języka, którym mówi natura.
Poznajmy symbolikę drzew, kwiatów, liści i traw. Zasadzając w doniczce aromatyczne śródziemnomorskie zioła, dowiedzmy się, na jakie dolegliwości mogą być pomocne. Poczytajmy o etymologii ogrodowych nazw, o historii i legendach z nimi związanych. Czy wiesz, że według dawnych chrześcijańskich apokryfów pierwsze róże wyrosły z pieluszek Dzieciątka Jezus? Czy słyszałeś, że pachnąca glicynia, zdobiąca śródziemnomorskie pergole i werandy, strzeże geologicznej tajemnicy liczącej tysiące lat? Flora nie tylko urzekająco wygląda i czarownie pachnie. Najpiękniej zdaje się pamiętać i opowiadać.
Chleb – dostatek, pomyślność, prawda i zaufanie. Łamanie się pieczywem jest znakiem przyjaźni; łączy dłonie nad darem ziemi, która za jego sprawą utrzymuje nas przy życiu. W swej nieograniczonej i zachłannie przez nas wykorzystywanej hojności, ta sama dobra, troskliwa ziemia daje nam sól – bezcenny symbol niewinności, czystości, nieugiętości wobec zła. Złożone zgodnie obok siebie, ziarno zboża i ziarenko soli stają się synonimem gościnności i zamieniają w gest otwartości na drugiego człowieka.
Jeśli Wielkanoc, najpiękniejsze wiosenne święto, ma być celebracją przemiany, to w tym roku niech upłynie nam ona pod znakiem chleba i soli. Nakarmijmy tych, którzy tego potrzebują. Ochrońmy przed trudnościami słabszych. Powitajmy tych, którzy do nas przybyli; ugośćmy tych, którzy zjawili się u naszych progów. W te święta, kiedy Dobro powstaje z ziemi, zmieńmy kawałek świata wokół nas.
Chleba i soli na pewno starczy dla wszystkich.
Wesołych Świąt!
Wyrażenie “chlebem i solą”, poza swą przejmującą symboliką, ma od niedawna także zupełnie praktyczne znaczenie. Jako nazwy własnej używa go grupa zaangażowanych społecznie osób, które działają na rzecz uchodźców i migrantów przebywających w Polsce, w tym ofiar działań wojennych w Syrii, najbardziej cierpiącym obecnie rejonie Śródziemnomorza.
Uchodźcy potrzebują naszego wsparcia! Jeśli chcesz je okazać, możesz na przykład:
– zacząć reagować na coraz częstszą mowę nienawiści (o tym, co robić, by nie stała się powszechna, przeczytaj tutaj)
– pamiętać o nich podczas domowych porządków czy drobnych zakupów (Chlebem i Solą często udostępnia listę przedmiotów potrzebnych w danej chwili na swoim fanpage’u)
– pomóc w znalezieniu mieszkania lub pracy
– zgłosić się jako wolontariusz. Ja będę pomagać w nauce języka polskiego; może Ty zechcesz pomóc jakiemuś maluchowi w nauce matematyki czy innego przedmiotu, który jest dla niego wyzwaniem? Napisz wiadomość na Fejsbuku!
– przekazać dowolną kwotę pieniędzy do fundacji związanej z Chlebem i Solą:
Fundacja Polska Gościnność
nr konta to: 72 1600 1462 1816 2904 6000 0001
Tytuł przelewu: Darowizna na cele statutowe.
Jednym z moich najpiękniejszych rzymskich wspomnień, sprzed wielu, wielu lat, było mieszkanie tuż nad piekarnią. W gorące lipcowe poranki o świcie budził mnie zapach pieczywa i radosne okrzyki pracowników, tak pełne energii, że wstawałam z łóżka bez pomocy espresso. Przez uchylone okiennice do mojej sypialni zaglądało słońce, a aromat słodkich wypieków obiecywał, że czeka mnie kolejny cudowny dzień.
Podczas każdego prawie pobytu w Rzymie staram się wrócić do tamtych chwil. Zdarza mi się jednak mieszkać w lokum nad apteką, a nie piekarnią; zatrzymać w hotelu, a nie kameralnym mieszkanku. Dla chcącego jednak nic trudnego! Wiem bowiem, gdzie udać się na leniwe sobotnie śniadanie, aby zachwycić nos aromatem pieczywa, wystawić twarz do słońca i po prostu pocieszyć się porankiem, który niespiesznie przekształci się w przedpołudnie. Najlepszy adres to zdecydowanie La Panella. Blisko stuletnia piekarnio-kawiarnia, niedaleko stacji Vittorio Emanuele. Miejsce szykowne, a zarazem bez zadęcia, oferujące pyszne smaki, uroczą atmosferę i prawdziwie rzymską scenerię.
La Panella–L’Arte del Pane, bo tak brzmi pełna nazwa lokalu, znajduje się tuż obok ruin audytorium Mecenasa, przy ruchliwej Via Merulana. Wokół pysznią się eleganckie kamienice, a stonowane kolory ich fasad ożywiają liczne kwietniki z barwnymi roślinami. Przy chodniku masa samochodów, zaparkowanych oczywiście w zupełnie wariacki sposób; kilka skuterów i wiele, wiele spacerujących rzymian. Większość z nich bardzo elegancka, mimo że jest sobota rano; są też jednak zabiegani rodzice z dziećmi, a nawet kilku zupełnie swojsko wyglądających hipsterów, delektujących się swoim śniadaniem w spodniach od piżamy i nonszalancko zanurzających w cappuccino swoje podkręcone wąsy. Wszystko to skąpane w słońcu, bowiem stoliki ustawiono tu bezpośrednio na chodniku.
W środku, przy barze, tłum i hałas; za kontuarem uwijają się dwaj mistrzowie parzenia kawy, którymi zawiaduje fertyczna direttrice. Po rzymsku arogancka, po rzymsku urocza. Na moją prośbę sporządzenia mi cappuccino senza schiuma (ten pozorny kawowy oksymoron jest bardzo popularny w Wiecznytm Mieście!), niczym jej buchająca macchina da caffe’, funduje mi fuknięcie, a potem parsknięcie. Następnie rzuca – w bliżej nieokreślonym kierunku – że nie ma czasu na ceregiele. Jakieś 30 sekund później serwuje mi jednak idealnie gładką kawę bez grama pianki na wierzchu.
Zamawiam do niej jedno z wielu wspaniale wyglądających (i jeszcze lepiej smakujących) ciasteczek. Niestety cornetti już się skończyły, a w Panelli panuje zasada jednorazowego wypieku. Kto więc ma ochotę na rogalika, musi zawitać tu wcześnie rano. O jedenastej trzeba zadowolić się innymi smakołykami, jak czynią liczni goście, którzy w weekend schodzą się tu na śniadanie nawet w okolicy południa.
Czas w Panelli mija leniwie, ale jak wszystko, co dobre, rychło się kończy. O dwunastej trzydzieści stwierdzam, że czas pomyśleć o obiedzie…
Przełknąłem ziarno świeżego zielonego bobu, sięgając odruchowo po szklaneczkę winogronowej wódki. Gdzieś w głębi miałem nadzieję, że alkohol pomoże uporać się mojemu żołądkowi z porcją ciężkich węglowodanów, które w siebie wrzucam. Pasta z grochu, bób, fasola, marynowana ciecierzyca.
– Te drobinki nieraz ratowały nam tyłek – powiedział Konstantin, u którego się zatrzymałem i który już pierwszego wieczora wyciągnął mnie do tawerny. – Mamy dla nich szacunek.
Do Wielkanocy zostały jeszcze trzy tygodnie i tu, gdzie byłem, czyli na greckiej wyspie Ikaria, do postu podchodzono całkiem poważnie. Z menu restauracji zniknęły pieczone na rożnie kawałki baraniny, soczysta i miękka jagnięcina, zupy z koźliny. Nawet oliwa, będąca w Grecji nieodłącznym składnikiem każdego dania, zaczęła skapywać dużo mniej obfitym strumieniem.
Gotowany bób
Wyspa-lekarstwo
Patrzyłem na talerzyki postnych dań i myślałem o tym, że mam przed sobą wydestylowaną esencję Grecji. To właśnie w tych strączkowych drobinkach i rozdymających ziarnach kryje się niemal cała historia kraju. Mdła w smaku pasta z grochu, zalana kroplami oliwy, jest ideałem prostoty. Towarzyszącym nam przez tysiące lat symbolem minimalizmu. Śladem czasów, gdy nikomu nie śniło się jeszcze o sycących przekąskach, napojach gazowanych, tłustych wędlinach i tonach słodyczy.
Dieta panująca na greckich wyspach – szczególnie na Krecie i Ikarii – uznawana jest za jeden z głównych czynników sprzyjających długowieczności tamtejszych mieszkańców. Zajadając niekończące się ilości fasoli, bobu i soczewicy oraz pogryzając sprasowane w płaskie bloki ziarna zbóż, wyspiarze bez większego trudu osiągają wiek ponad stu lat. W zdrowiu i najczęściej w wyśmienitych humorach. Co trzecia osoba na Ikarii dożywa dziesiątej dekady życia.
– Być może słyszałeś już o Stamatisie Moraitisie – Konstantin nachylił się nade mną. – Pisał o nim New York Times…
Jego historia jest jak kanwa powieści. Mieszkający od kilkudziesięciu lat w Stanach Zjednoczonych Grek zachorował na nowotwór płuc. Lekarze mieli strapione miny. Uznali, że Stamatisowi zostało nie więcej niż dziewięć miesięcy życia. Sześćdziesięciolatek postanowił spędzić je na Ikarii – swojej rodzinnej wyspie. Wrócił nad greckie morze, by umrzeć. Czekając na śmierć, pielił ogródek, jadł miejscowe smakołyki, pił czerwone wino. Sporo spał i gawędził z sąsiadami. Minęło dziewięć miesięcy, jedenaście, rok. Dwa lata, pięć. Dziesięć. Czterdzieści. Stamatis nigdy nie poddawał się chemioterapii, nie brał żadnych leków. Przyjechał na Ikarię, bo pogrzeb tu był wówczas znacznie tańszy, niż w Stanach Zjednoczonych. Wyspa go uleczyła. Gdy w końcu, po kilkudziesięciu latach, pojechał do USA i chciał pokazać diagnozującym go lekarzom, jak bardzo się pomylili, okazało się, że ci dawno już poumierali.
Po publikacji artykułów o Stamatisie – okrzykniętego przez prasę „człowiekiem, który zapomniał umrzeć” – Ikaria stała się modna. Zaczęli zjeżdżać na nią turyści szukający recepty na nieśmiertelność, a przynajmniej – na długie i szczęśliwe życie. Nie jest ona zresztą nadal jasna; nie do końca wiadomo, gdzie leżą źródła długowieczności Ikariańczyków. Być może decydujące znaczenie ma praca na otwartym powietrzu; górski charakter wyspy, zmuszający jej mieszkańców do ruchu. Niespieszny tryb życia, wolny od większych stresów, w otoczeniu sąsiadów, przyjaciół, rodziny. Być może. To jednak dietę – zapewne jeden z ważnych elementów tej układanki – przyjezdnym najłatwiej jest przetestować. To na niej się skupiają, choć czasem zdarza im się kręcić nosem – jak wtedy, gdy okazuje się, że podczas swoich wakacji mają delektować się pastą z roślin strączkowych i polaną oliwą sałatą.
Ikaria, Fot. adamansel52 / Flickr, CC BY 2.0
Biedne bogactwo
Wyspiarska kuchnia wzięła się z biedy. Z ograniczeń. Z mozołu, z którym trzeba było utrzymywać się przy życiu. Z niepewności dotyczącej przyszłości. Zupełnie przypadkowo okazało się, że przy okazji daje ona zdrowie i długie życie, a wymuszony minimalizm stał się bogactwem.
Od chwili, gdy ludzkość przestała przemierzać świat, a człowiek osiadł i zajął się rolnictwem, ziarna były czymś w rodzaju zdeponowanych w skrytce sztabek złota. Żelazną porcją decydującą o przetrwaniu. Treściwe, łatwe w obróbce, doskonałe do przechowywania przez długie miesiące. Sięgało się po nie w czasach pożogi, wojen, klęski nieurodzaju. Zboża. Fasola, bób, soczewica, groch. Łubin. Glejt gwarantujący pozostanie przy życiu.
Pamięć o tamtych czasach tkwi w Grekach do dziś. Mimo członkostwa w Unii Europejskiej, pieniędzy płynących z turystyki i powoli kumulowanego dobrobytu na stołach wciąż pojawiają się proste potrawy o wielowiekowej historii. I choć dziś stoją często obok mis wypełnionych mięsem – kiedyś dostępnym sporadycznie– czy obok grillowanych ryb i owoców morza oraz półmisków słodyczy, pojawiają się jednak zawsze. Jakby w swej pierwotnej istocie ludzkość w niczym się nie zmieniła.
Soczewica z kozim serem. Fot. Jules / Flickr, CC BY 2.0
Zacząć od nowa
W pierwszy dzień prawosławnego postu – w Kathara Deftera, Czysty Poniedziałek – ta dawna rzeczywistość przybiera postać najpełniejszą. Codzienność zostaje jednak zredukowana do minimum, oskrobana do gołej kości. Warstwa po warstwie odrzucane są wszelkie naleciałości; wszystko, co pojawiło się wraz z nadejściem dobrobytu i pieniędzy. Na ten jeden dzień świat zostaje sprowadzony do samego jądra, do kilku niezbędnych, podstawowych praw. Odarty z historii ostatnich wieków i dekad.
Grecy biesiadują wtedy przy kilku ziarnach ugotowanej fasoli. Białej i pomarszczonej. Kamyczkach czarnych oliwek, płaskich krążkach nasion łubinu, kawałku ogórka, taramosalacie (paście z ikry i chleba), strąkach zielonego bobu, malutkiej sardynce, dwóch sucharach z żytniej mąki i talerzu zupy gęstej od fasoli i soczewicy. To wszystko. Kulinarny ascetyzm. Zapomnijcie o musace, gyrosach, suwlakach – ten kraj jest talerzem pełnym ziaren.
Konstantin dolał mi rakiji, jakby próbował w ten sposób wynagrodzić skąpą zawartość mojego półmiska. Czuł się zakłopotany. Wrodzona grecka filoksenia musiała zderzyć się z koniecznością poddania się ograniczeniom płynącym z postu. Jak ugościć przybysza kilkoma ziarnami fasoli, jak sprawić, by czuł się dobrze, nie mogąc zastawić stołu pieczonymi przez pół dnia mięsiwami czy deskami miejscowych serów? Skonfundowany lał mi więc diabelnie mocnego alkoholu, który, jakimś nie do końca jasnym dla mnie prawem, mieści się tu na liście specjałów postnych.
Nie narzekałem. Miałem świadomość, że zaglądam pod podszewkę Grecji. W wysuszonych ziarnach kryje się przecież nasza odwieczna nadzieja na to, że zawsze można cofnąć się do początków, odrzucić co zbędne, oczyścić się. Narodzić od nowa.
Zdjęcie główne: widok z restauracji na Ikarii. Fot. adamansel52 / Flickr, CC BY 2.0
Wiosenne święto Paschy (Pesach), nazywane także czasem wyzwolenia (z’man cheruteinu), upamiętnia uwolnienie Izraelitów żyjących w Egipcie oraz ich wędrówkę do Ziemi Obiecanej pod przewodnictwem Mojżesza. W Izraelu łączy się ono z wiosenną przerwą szkolną, czasem urlopów, pikników, wycieczek, a nade wszystko – rodzinnego biesiadowania. Zanim jednak rozpoczną się radosne celebracje, izraelskie gospodynie domowe oddają się niezwykle dokładnym porządkom…
Ani okruszka, ani ziarenka
Przed nadejściem święta należy pozbyć się z domu nie tylko nagromadzonego zimą kurzu; dla osób religijnych o wiele ważniejsze jest wyeliminowanie tzw. chamecu, czyli zakwasu. Znajduje się on w produktach spożywczych na bazie żyta, pszenicy, orkiszu, owsa i jęczmienia. Przez cały okres świąteczny nie spożywa się tego rodzaju pokarmów, zastępując je macą i mąką macową, a w sprzedaży pojawia się wiele produktów zastępujących tradycyjne pieczywo. Niekwaszone ciasto ma za zadanie przypominać, że Żydzi, uciekając z Egiptu, nie mieli czas na wypiek chleba z użyciem zaczynu.
Seder znaczy porządek
W kontekście Pesach niezwykle ważnym słowem staje się rzeczownik seder, czyli “porządek”. Nie chodzi tu jedynie o skrupulatnie wysprzątany dom, ale raczej o naturalny – czyli Boski – porządek rzeczy, który charakteryzuje ludzką egzystencję. Trwająca czterdzieści lat tułaczka Izraelitów poprowadziła Naród Wybrany do wolności; cierpienie prowadzi do wybawienia, a cierpliwe dążenie do celu i śmiałe zmierzenie się z przeciwnościami losu owocuje szczęściem i spełnieniem. Tę odwieczną regułę przypominać ma uroczysta kolacja spożywana na rozpoczęcie Pesach. Nazywa się ją nie inaczej, jak… seder.
Ziarenko inspiracji
Żydowska Pascha może, w swej mądrej wymowie, stanowić dla nas piękną wiosenną lekcję. Podobnie jak chrześcijańska Wielkanoc, jest świętem odrodzenia do życia, świętem wewnętrznej przemiany i radosnego otwarcia się na Nowe. Exodus staje się synonimem decyzji, którą podejmuje każdy człowiek, czyniąc świadomy krok w kierunku zmiany na lepsze. Zmiana ta wymaga od nas często wielu wyrzeczeń, wewnętrznej dyscypliny, wysiłku, zachodu – podczas sederowej kolacji symbolizuje je obecna na stole słona woda, kojarzona ze łzami, oraz gorzkie pokarmy, na przykład zioła lub chrzan. Cierpienie zostaje jednak zawsze wynagrodzone, a trud zrekompensowany. Faraon – wewnętrzny głos, który uniemożliwia nam uwolnienie się od własnych ograniczeń – pada pokonany; fale rozstępują się, a świat otwiera się przed nami. Tej wiosny spróbujmy wyjść z Egiptu wszyscy, bez względu na religię.
Zdjęcie główne: Edward Poynter, Izraelici w Egipcie
Ryż serwuje się we Włoszech na bardzo wiele sposobów, np. z dziczyzną (risotto all’anatra), warzywami, słoniną, fasolą, salami, wątróbką i winem, z fasolą i żabami, z gorgonzolą i ślimakami, z winem musującym i krewetkami lub z truflami. Risottem w różnych odsłonach może pochwalić się Wenecja Euganejska: z rybami (np. risotto de pesse alla polesana) czy owocami morza, z cielęciną i wieprzowiną doprawioną cynamonem, rozmarynem i parmezanem (risotto all’isolana), z zielonym groszkiem, boczkiem i natką pietruszki (risi e bisi), z cebulą, kurczakiem i fenkułem (risotto alla veneta), z fasolką, cukinią, kapustą, szparagami czy grzybami. W Weronie zjemy risotto con le rane, z żabami. Mieszkańcy Lombardii mają mediolańskie risotto allo zafferano, z dodatkiem szafranu. Natomiast risotto alla pilota, na które przepis znajdziesz poniżej, jest jednym z tradycyjnych dań Mantui.
Risotto alla pilota
Składniki na 4 osoby:
300 g ryżu Carnaroli
100 g surowej kiełbasy do ugotowania
5 łyżek startego sera grana
60 g masła
sól
Przygotowanie:
Ryż ugotować w osolonej wodzie. Odcedzić. Kiełbasę obrać ze skórki, rozgnieść widelcem. Podsmażyć na maśle. Ryż połączyć z kiełbasą oraz startym serem grana.
Choć w innych regionach prym wiedzie zdecydowanie pasta czyli makaron, to i tam pojawiają się dania oparte na ryżu. W Toskanii na przykład szczególnie chętnie serwuje się risotto grzybowe lub dyniowe.
W Grecji popularna jest natomiast smaczna ryżowa sałatka – w odróżnieniu od włoskiego risotta, podaje się ją na zimno, z dodatkiem typowo greckich produktów, takich jak grecki jogurt czy ser feta.
Ryż po grecku
Składniki:
250 g ryżu Arborio
1 cebula czerwona
1 mały zielony ogórek
15 czarnych oliwek bez pestek
15 pomidorków czereśniowych
125 ml jogurtu greckiego
50 g sera feta
sol i pieprz
Przygotowanie:
W osolonej wodzie ugotować ryż na twardo. Odcedzić z wody, przelać zimną wodą, ponownie odcedzić i włożyć do głębokiej miski. Pomidorki umyć i osuszyć. Przekroić na pół. Cebulę i ogórek obrać, pokroić na kawałki. Fetę pokroić w kostkę. Wszystkie składniki dodać do ryżu. Wymieszać z jogurtem. Doprawić do smaku.
Ryż kochają również Hiszpanie, którzy przyrządzają z niego przystawki, pierwsze dania i desery. W Walencji, gdzie uprawia się takie rodzaje ryżu jak Bomba, Senia i Albufera, znane powszechnie jako „Arroz de Valencia”, narodziła się popularna na całym świecie paella. Może być przyrządzona z samych ryb lub również z dodatkiem mięsa (tzw. paella mieszana).
Paella walencka z samych ryb
Składniki na rosół rybny:
500 g resztek rybnych (kości, głowa czy inne odpady rybne)
1 łodyga selera naciowego
1 marchewka
1 mała cebula
3 pomidory
1 ząbek czosnku
3 łyżki oliwy z oliwek extra vergine
sól
Pozostałe składniki:
420 g ryżu Arborio
450 g kalmarów
450 g małży
4 homarce
10 krewetek królewskich
220 ml sosu pomidorowego
2-3 ząbki czosnku
12 łyżek oliwy z oliwek extra vergine
1 łyżeczka słodkiej papryki
pół łyżeczki peperoncino w proszku
1 opakowanie szafranu
sól
Przygotowanie rosołu rybnego:
Umyć resztki rybne. Umyć i obrać warzywa. Pokroić na kawałki. Do garnka włożyć resztki rybne oraz pozostałe składniki na rosół. Zalać 1,5 –2 l wody. Gotować na niezbyt dużym ogniu przez 25 minut. Od czasu do czasu odcedzać pianę, która wytworzy się na wierzchu. Gotowy rosół przecedzić na sitku i odstawić pod przykryciem.
Przygotowanie paelli:
Oczyścić i otworzyć homarce. Kalmary pokroić w plastry. Na patelnię polaną 5 łyżkami oliwy z oliwek wrzucić małże. Pod przykryciem otworzą się i wypuszczą płyn. Odcedzić je z płynu, który będzie nam potrzebny w kolejnych fazach przygotowania. Na drugiej patelni uprzednio polanej 7 łyżkami oliwy z oliwek dodać homarce i krewetki królewskie oraz podsmażyć minutę po obu stronach. Wyłowić homarce i krewetki, a na tej samej oliwie podsmażyć obrany i drobno pokrojony czosnek, a następnie obraną i pokrojoną cebelę. Kiedy cebula zarumieni się. dodać kalmary i pozostawić na małym gazie pod przykryciem przez 10 minut. Dodać sos pomidorowy i przyprawy. Dolać płyn z małży oraz rosół rybny. Kiedy wszystko zacznie wrzeć, dodać ryż. Po 10 minutach dodać homarce i krewetki królewskie, a po następnych 5 minutach małże. Zdjąć z gazu i rozłożyć na talerze.
Na koniec przenieśmy się do krajów bliskowschodnich, jak Izrael czy Liban. Tu szczególną popularnością cieszy się danie zwane mejadra, znane również jako mujaddara czy mudardara. To bardzo prosty przepis na ryż z dodatkiem soczewicy i cebuli.
Mejadra (mujaddara, mudardara)z Lewantu
Składniki:
150 g soczewicy
330 g ryżu
1 liść laurowy
2 małe cebule
2 ząbki czosnku
6 łyżek oliwy z oliwek extra vergine
kminek, cynamon, sól i pieprz
Przygotowanie:
Soczewice zalać wodą i odstawić na kilka godzin. Dodać liść laurowy i ugotować na miękko. Odcedzić z wody. Na patelnię uprzednio polaną 3 łyżkami oliwy z oliwek wrzucić obrany i pokrojony czosnek, a następnie dodać ryż. Całość mieszać przez pół minuty. Dolać 800 ml wody oraz posolić. Dusić pod przykryciem do momentu, kiedy ryż będzie miękki. Jeśli pozostanie trochę wody, należy ją wylać. Na drugiej patelni uprzednio polanej oliwą z oliwek poddusić przez 5 minut obrane i drobno pokrojone cebule. Do zarumienionej cebuli dodać trochę kminku, cynamonu, soli i pieprzu. Dokładnie wymieszać, a następnie dodać ugotowaną soczewicę oraz ryż.
Maroko od samego początku oczarowywało mnie zapachami. Do tej pory pamiętam pierwszy spacer feską medyną, niesamowitą mieszankę kolorów, tekstur i aromatów właśnie. Suk z jego wąskimi alejkami i pojedynczymi promieniami światła, wpadającymi przez ażurowe zadaszenie wprost na sylwetki gestykulujących sprzedawców, na małe sklepiki i niezliczone stoiska, niczym miniaturowe skarbce Ali Baby, wypełnione starannie zaaranżowanymi kompozycjami owoców i warzyw, wielobarwnymi piramidami przypraw czy płóciennymi workami, z których każdy krył coś innego. Był w nich cynamon, o rdzawej barwie i silnym słodko-korzennym aromacie, starty na proszek lub zwinięty w małe, twarde ruloniki; drobniutkie, kremowe ziarna sezamu; brązowe kulki gałki muszkatołowej o niezwykle silnym korzennym aromacie; sproszkowana kurkuma, barwiąca dłonie na żółto, a także jej korzenie, przypominające małe, baśniowe stworki. Tuż obok pysznił się brązowy kumin, król wszystkich marokańskich przypraw, magiczna ras-el-hanout, nadającą każdej potrawie wyjątkowy smak, drogocenny czerwony szafran, nasiona czarnuszki, czarne ziarenka pieprzu, cienkie zakrzywione nasiona kopru włoskiego o silnej anyżowej woni oraz chłodne czerwone ziarna soczewicy, w których tak lubię zanurzać ręce. Dziś, po kilkunastu latach ciągłych powrotów do Maroka, zapachy te nadal robią na mnie spore wrażenie.
Migdały i gałka muszkatołowa
Ulice i domostwa całego Maroka pachną najintensywniej w okresie ramadanu, kiedy to głód wyostrza wszystkie zmysły, a tace w sklepach, piekarniach, cukierniach i domowych kuchniach uginają się od ciężaru tysiąca słodyczy. Należy do nich pyszny deser, stanowiący prawdziwą kwintesencję marokańskiej kuchni – podawany do herbatysfouf(widoczny także na zdjęciu głównym).
Sfouf tradycyjnie podaje się do herbaty
Aby przygotować go samodzielnie, poszukaj dobrze zaopatrzonego sprzedawcy i poproś o:
32 g blanszowanych migdałów
200 g ziaren sezamu
2 szczypty nasion kopru włoskiego
1 ziarno gałki muszkatołowej
1,5 laski cynamonu
300 g mąki
100 g masła
100 g cukru pudru
3–4 łyżki miodu (lub więcej, w zależności od tego, jak zwarta ma być mieszanka)
opcjonalnie nieco spożywczej gumy arabskiej
Zanieś swoje skarby do kuchni, a później przesyp do małych miseczek. Migdały podsmaż na oliwie (muszą być mocno zarumienione). Na małym ogniu upraż ziarna sezamu – tak, by stały się całkowicie brązowe. Następnie rozgnieć je w moździerzu lub zblenduj z ziarnami kopru, cynamonem i migdałami. Zetrzyj gałkę muszkatołową. Rozgrzej piekarnik do około 180º C i piecz mąkę, aż zrobi się brązowa (uważaj, bo bardzo łatwo ją spalić!). Dodaj rozpuszczone masło, oliwę, cukier puder i nieco miodu. Wymieszaj dokładnie wszystkie składniki. Gotowy sfouf powinien być jednocześnie sypki i odrobinę kleisty. Możesz również uformować małe ciasteczka, ozdabiając każde migdałem.
Marokański poranek pachnie świeżym chlebem
Najbardziej domowy i najcieplejszy ze wszystkich jest jeszcze inny magiczny aromat. Zapach marokańskich poranków, kiedy to budzą mnie igrające pod powiekami białe niteczki światła, wpadający przez okno szum morza oraz kojąca woń chleba, który spracowane ręce Sadiji niedawno wsunęły do pieca. W tym jednym małym bochenku kryje się prastara opowieść o rozgrzanych słońcem polach, szorstkich dłoniach oceniających ziarno, jednostajnym skrzypieniu młyna…
Khobz to pyszny marokański chleb
Żeby zrobić najpopularniejszy marokański chleb, zwany khobz lub pain marocain, potrzebujesz: światła, odrobiny przestrzeni, otwartego serca, dużo zapału, a także:
200 g mąki pszennej
200 g mąki razowej żytniej
3/4 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki cukru
1 łyżeczki drożdży
3/4 szklanki ciepłej wody
1,5 łyżki oliwy
Na stolnicy lub w misce wymieszaj oba rodzaje mąki, sól oraz cukier. Uformuj z nich mały wulkan, a w jego zagłębienie wlej połowę wody. Dodaj oliwę i drożdże. Krótkimi, energicznymi ruchami zagniataj około 10 minut, w razie potrzeby dodając resztę wody, tak, żeby ciasto było elastyczne, ale nie nazbyt zbite. Ulep dwie takie same kule i pozwól im odpocząć w ciepłym miejscu przez około 10 minut. Następnie posyp stolnicę mąką i uformuj płaskie, gładkie bochenki. Pozostaw je pod przykryciem w ciepłym miejscu na około 2 godziny. Nagrzej piekarnik do 200º C. Każdy placek nakłuj widelcem w trzech miejscach i piecz do momentu, kiedy bochenki staną się brązowozłociste, w razie potrzeby, przekładając chleb na drugą stronę (w zależności od piekarnika: 20 do 40 minut).
Jafo. Piękne miejsce o pięknej nazwie, bo yafah znaczy po hebrajsku urodziwa. Morze wdziera się tu z impetem w ląd, który flirtuje z nim, szumiąc zalotnie liśćmi wszechobecnych palm, a zarazem stawia barierę wysokiego klifu, z którego roztacza się urzekająca panorama pobliskiej metropolii. Pod rozpalonym od słońca kamieniem rozpościera sie antyczne miasto, w którym kiedyś stacjonowały wojska Aleksandra Wielkiego; nad nim, jak to w środziemnomorskich krajach bywa, kwitnie handel pamiątkami, pobrzmiewa dźwięk kawiarnianych sztućców i podekscytowane okrzyki turystów, którzy wśród współczesnego zgiełku szukają śladów świętego Piotra. Na jednej z uliczek zaskoczeni zwiedzający fotografują wiszące drzewo pomarańczowe. Artysta o nazwisku Ran Morin umieścił je tam ponad dwadzieścia lat temu, ale przekaz płynący z instalacji wydaje się nie tracić nic ze swojej aktualności.
Fot. A. Mor
Oderwana od ziemi roślina zadaje pytania. Czy korzenie można zapuścić w powietrzu? Czy oderwanie od przeszłości daje wolność, czy może raczej gwarantuje pustkę? Czy samotność pozwala rodzić owoce, czy też jest stanem, który umożliwia jedynie jałową egzystencję? W pełni dojrzałe drzewo pomarańczowe może dawać do tysiąca owoców rocznie, ale wokół instalacji Morina, choć zielonej, znajdziemy tylko spalony słońcem kamień.
“Ostatnie drzewo pomarańczowe Jafo” pokazuje, że bez ukorzenienia w historii, owszem, będziemy żyć. Będzie to jednak życie w zawieszeniu, dalekie od pełni.
Zdjęcie główne: fot. Dana Friedlander / Israeli Ministry of Tourism
Marcina Gutowskiego poznałam kilka lat temu, gdy zaprosił mnie do studia radiowej Trójki, by pogawędzić na antenie o Włoszech. Zaraz później odkryłam, że ten zapalony reporter najbardziej ze wszystkich krajów ukochał Izrael – ziemię, z której pochodzi mój mąż. Tematów do rozmowy pojawiło się więcej. Kiedy którejś wiosny spotkaliśmy się w samolocie do Tel-Awiwu, podarował mi swoją – nowiutką wówczas – książkę. Wystarczyły mi trzy dni pobytu u teściów, by przeczytać ją całą, a następnie z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że jest to najlepsza publikacja na temat Izraela, jaką miałam okazję mieć w ręku.
Marcin zabiera nas w podróż, która burzy stereotypy. Robi to przy tym z niezwykłą delikatnością, której często brakuje mi u dzisiejszych dziennikarzy. Nie ocenia, nie wartościuje. Słucha, pyta, zapisuje. Powstaje z tego materiał, który czyta się jednym tchem, i który zawiera więcej, niż tylko okruchy prawdy o Izraelu. Bo choć okruchów tych jest wiele, a każde z nich jest inne, to razem, niczym ziarnka piasku, tworzą niezwykłą, Świętą Ziemię.
Marcin Gutowski, Święta Ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015
Wzloty i upadki. Izraelskie powroty
Serdecznie zapraszamy do lektury reportażu Marcina Gutowskiego w Lente#03!
O hiszpańskiej kawie trzeba wiedzieć jedną rzecz, która sprawia, że albo się ją kocha, albo nienawidzi. Chodzi o starą, tradycyjną metodę wypalania ziaren, której historia związana jest z II wojną światową. Podobno między jednym a drugim bombardowaniem nie było czasu, aby spokojnie i długo wypalać ziarna, w związku z czym dodawano do nich odrobinę cukru, które tworzą rodzaj glazury. El cafétorrefacto charakteryzuje się charakterystycznym, jakby przypalonym smakiem, i potrafi nie zestarzeć się przez lata. Minęły dziesięciolecia, a Hiszpanie nadal właśnie taką kawę lubią najbardziej.
Malaga jest niezwykle kolorowym miastem pełnym kawiarni, restauracji, winiarni i innych lokali. Fot. Julia Wollner
Co jednak, jeśli jesteśmy miłośnikami północnoeuropejskich kawiarni i serwowanych w nich lekkich kaw o kwiatowym body? Co, jeśli tęsknimy za aeropressem i chemexem? Dwa najbardziej odpowiednie adresy znajdziecie poniżej.
Bertani Café
Ja, moja córka i Laura z Bertani
Królową tego miejsca jest Laura, największa znawczyni kawy w całej Andaluzji. W swoim maleńkim lokalu dzieli się miłością do aromatycznych ziaren zarówno z tubylcami, jak i przyjezdnymi. Jeśli lubisz podyskutować o wyższości espresso nad cappuccino – musisz tam zajrzeć!
Calle San Juan, 40, 29005 Málaga
Mia Coffee Shop
Moje dziewczyny pod kawiarnią Mia, w drodze do hammamu – gdy one się moczą, ja delektuję się kawą!
Kolejny niewielki lokal z wielką miłością do kawy, którą właściciele samodzielnie wypalają, zdobywając za to liczne nagrody. Tuż obok czeka egzotyczny hammam i relaks w orientalnym otoczeniu, po którym filiżanka wzmacniającego napoju będzie jak znalazł.
Plaza de los Mártires Ciriaco y Paula, 4, 29008 Málaga
Dla tych, którzy chcą poznać lokalny koloryt i zobaczyć, jaką kawę pijają najchętniej mieszkańcy Malagi, ciekawe będą dwa inne miejsca.
Café Central
Fot. Julia Wollner
W tej największej kawiarni w Maladze wystrój nie zmienił się od dziesiątek lat, podobnie, jak dostawca samych ziaren. I choć zdecydowanie nie jest to lokal związany z kawową trzecią falą, to nadal pozostaje obowiązkowym punktem na mapie miasta.
Plaza de la Constitución, 11, 29005 Málaga
Casa Mira
Casa Mira to ulubiona lodziarnia mieszkańcow Malagi, w której serwuje się także najlepszy w mieście turrón oraz lody o tym smaku. Miłośnicy kawy powinni zamówić przepyszną blanca y negro – mrożoną kawę z domową bitą śmietaną. Nie ma nic wspólnego z kawą speciality, ale… jest to najlepsza non-speciality, jaką piłem w tym regionie!
Nie, nie znam tej pani na zdjęciu, ale ładnie zapozowała!
Za’atar to jedna z moich ulubionych mieszanek przypraw. W najprostszej wersji składa się z utartego tymianku i sumaku oraz uprażonych ziaren sezamu. Popularna w krajach Bliskiego Wschodu, świetnie smakuje jako dodatek do hummusu lub tahini. Można posypywać nią zupy i sałatki, dodawać do marynaty do mięs lub warzyw albo piec bułeczki i chleby.
Nazwa za’atar odnosi się zarówno do mieszanki przypraw, jak i rosnącego w krajach Lewantu zioła, origanum syriacum. Po polsku roślina ta nazywa się lebiodka syryjska. Jest uważana za biblijny hyzop, którego Izraelici używali podczas pierwszej Paschy. Gałązki hyzopu nasączano ofiarną krwią i używano do skrapiania progów domów. Mieszanka hyzopu i cedru była zaś stosowana przez kapłanów podczas ceremonialnego oczyszczania wyleczonych z trądu.
W krajach wschodnich lebiodka syryjska stanowi podstawowy składnik mieszanki o nazwie za’atar, co wprowadza nieco zamieszania, bo sama figuruje przecież pod tą samą nazwą. Bywa jednak zastępowana innymi ziołami, najczęściej wspomnianym na początku tymiankiem, nierzadko z dodatkiem oregano, majeranku lub cząbru. Stałym składnikiem mieszanki są natomiast prażone ziarna sezamu oraz mielony sumak – kwaskowaty owoc krzewu rosnącego w krajach śródziemnomorskich, który nadaje przyprawie ożywczą, cytrusową nutę. Czasami zioła uciera się z dodatkiem gruboziarnistej soli.
Za’atarem posypuje się hummus lub labneh, czyli kremowy serek z odsączonego jogurtu. Można też obtoczyć w nim shanklish – dojrzewające serowe kuleczki. Labneh, za’atar, oliwa i pieczywo to popularne śniadanie chociażby w Izraelu, Syrii i Libanie. Na śniadanie podaje się również za’atar wymieszany z oliwą, w którym macza się ka’ak – puszysty chlebek z sezamem. Miksturę można rozsmarować też na surowym cieście chlebowym i upiec manakish – podobne do pizzy bliskowschodnie podpłomyki.
Domowy za’atar
4 łyżki tymianku
3 łyżki sezamu
2 łyżki oregano
1 łyżka majeranku
3 łyżeczki sumaku
1/2 łyżeczki gruboziarnistej soli
Sezam prażymy na suchej patelni.
W moździerzu ucieramy tymianek, oregano i majeranek.
Dodajemy sumak i sól, ucieramy jeszcze przez chwilę.
Dodajemy uprażony sezam i mieszamy.
Przechowujemy w słoiczku.
Pełnoziarniste pity z za’atarem
100 g mąki pszennej
200 g mąki pszennej pełnoziarnistej
1 1/2 łyżeczki suszonych drożdży
łyżeczka soli
200 ml letniej wody
łyżka oliwy
2 łyżki za’ataru
Mąki przesiewamy do miski, dodajemy drożdże i sól.
Wyrabiamy ciasto, stopniowo wlewając letnią wodę.
Przekładamy ciasto do miski, przykrywamy ściereczką i odkładamy w ciepłym miejscu do wyrośnięcia na około 40 minut.
Wyrośnięte ciasto oprószamy mąką i wyrabiamy przez chwilę.
Dzielimy na części i formujemy placki.
Przekładamy placki na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.
Przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na 20 minut.
Produkcję soli na masową skalę jako pierwsi rozpoczęli najprawdopodobniej Chińczycy, jednak to historia Śródziemnomorza wydaje się z nią szczególnie związana. Historię regionu trudno wyobrazić sobie bez tej najważniejszej bodaj przyprawy, środka konserwującego, leczniczego, a być może nawet płatniczego. W judaizmie sól stanowi symbol przymierza Boga ze swym ludem, a w wielu innych tradycjach, ze względu na swą wysoką wartość ekonomiczną i właściwości konserwujące, symbolizuje zarówno bogactwo, jak i czystość czy niezmienność. Chrystus nazwał solą świata swoich apostołów, Rzym zawdzięczał soli chwałę i potęgę. Sól pojawia się w dziesiątkach przypowieści, sentencji i mitów. Warto poznać kilka ciekawych faktów na jej temat!
Na Sycylii wciąż produkuje się sól morską w sztucznych basenach solankowych w pobliżu Trapani, gdzie pierwsze warzelnie soli zakładali Fenicjanie, a produkcja soli znana jest od VIII w. p.n.e. Fot. Algor7 / Wikimedia, CC BY-SA 3.0
Morze Śródziemne, Morze Słone
Morze Śródziemne należy do najbardziej zasolonych wód świata: średnie zasolenie mórz wynosi bowiem ok. 3.5%, podczas gdy w Mare Nostrum sięga 4%. Dla porównania, zasolenie Bałtyku wynosi ok. 1%.
Za najbardziej zasolony zbiornik wodny na świecie uważane jest izraelskie Morze Martwe, co jednak nie jest zgodne z prawdą (bardziej słone jeziora znajdziemy w Afryce, Kanadzie i na Antarktydzie). Małe śródziemnomorskie państwo może jednak pochwalić się dostępem do Morza Czerwonego, które charakteryzuje się najwyższym zasoleniem wśród wszystkich mórz na świecie.
2. Tysiąclecia historii
Najstarszym europejskim ośrodkiem produkcji soli wydaje się być miasto Provadia w Bułgarii, założone około 4500 r. p.n.e., które prawdopodobnie przez wieki zaopatrywało w sól całe Bałkany. Prawdziwymi mistrzami handlu solą byli jednak nie mieszkańcy tego Półwyspu, a Rzymianie, którzy sól pozyskiwali z solanek u ujścia Tybru oraz w alpejskich kopalniach. Wykorzystywali oni także zasolenie wód Adriatyku, do którego z Wiecznego Miasta prowadziła Via Salaria, stanowiąca fragment starego sabińskiego szlaku transportu soli.
Bez wątpienia sól stanowiła niezwykłe bogactwo już dla cywilizacji wcześniejszych od Rzymu. Szlaki transportu soli przecinały cały starożytny świat, prowadząc od Maroka do Timbuktu, a statki przewożące drogocenny towar pływały z północnej Afryki do Grecji. Herodot pisał o karawanach z solą wędrujących po Pustynii Libijskiej. Szczególnymi względami cieszyła się sól u mieszkańców starożytnego Egiptu, którzy pozyskiwali ją ze słonowodnych jezior występujących w krainie nad Nilem, a także wydobywali w kopalniach. Najsłynniejszą z nich była Wadi Natrun (dosłownie: Dolina Natronu), położona między Kairem a Aleksandrią.
Morze Martwe
Od lewatywy do portfela
Sól od najdawniejszych czasów stosowana była do konserwowania produktów spożywczych oraz doprawiania potraw, ale nie tylko. Bez soli nie powstałaby zachwycająca egipska sztuka i rzemiosło: sól wykorzystywana jest chociażby przy produkcji fajansu, znanego w Egipcie od 4 tysiąclecia przed naszą erą, oraz podczas wytwarzania drogocennych barwników, np. alizaryny (czerwieni).
Niezwykle istotną rolę odgrywała sól w antycznej higienie i medycynie. Egipcjanie używali jej do mumifikacji zwłok oraz jako środek czyszczący. Szorowali nią zęby, a nawet aplikowali jako… lewatywę. Rzymianie uważali ją za najlepszy środek dezynfekujący. Niektórzy językoznawcy zwracają uwagę na podobieństwo wyrazu “sól” (łac. sal) do imienia rzymskiej bogini zdrowia, Salus, a także do przymiotnika salvus (bezpieczny) oraz rzeczownika salvatio (zbawienie). Mówi się, że dawni mieszkańcy Italii mieli zwyczaj podawać odrobinę soli do ust noworodkom, chroniąc je tym samym przed działaniem sił nieczystych. Co ciekawe, podobny rtytuał stosowano także w kościele katolickim aż do II Soboru Watykańskiego.
Podążając dalej tropem etymologicznym, warto wspomnieć, że od rzeczownika “sól” wywodzi się słowo “sałata” – antyczni Rzymianie chętnie przyprawiali wszak spożywane zielone liście i warzywa. Od soli pochodzi także angielski rzeczownik salary (płaca, pensja), choć nie wiadomo, dlaczego tak się stało. Niektórzy badacze twierdzą, że rzymscy legioniści odbierali swe wynagrodzenie w postaci soli, jednak nie ma co do tego pewności. Uważa się też, że w starożytnej Grecji kupowano za nią niewolników, co do dziś ma swoje odzwierciedlenie w powiedzeniu używanym w różnych językach: “niewarty jego soli” (por. ang.: not worth his salt), czyli wart po prostu niewiele. Sól pozostaje także synonimem wysokiej ceny, co widać chociażby w wyrażeniu “słono za coś zapłacić” (por. włos.: pagare un prezzo salato).
Egipcjanie stosowali sól w procesie mumifikacji zwłok
Słone przesądy z przymrużeniem oka
Wysoka wartość soli w krajach śródziemnomorskich skutkowała powstaniem licznych przesądów. Do dziś uważa się, że jej rozsypanie przynosić może pecha lub stanowić zapowiedź rodzinnej kłótni, a nawet tragedii. Złym wydarzeniom zapobiec można, sypiąc szczyptę soli przez lewe ramię – oślepiamy w ten sposób diabła, który czai się za ludzkimi plecami.
W naszych czasach sól stała się powszechnie dostępna i tania – nie oszczędzamy jej w kuchni, posypujemy nią oblodzone drogi. Do dawnych wierzeń podchodzimy z przymrużeniem oka lub, jak powiedzieliby Rzymianie, cum grano salis (z ziarenkiem soli). Tego wyrażenia jako pierwszy użył podobno Pliniusz Starszy w swojej Historii naturalnej, przyczyniając się do kojarzenia soli ze zdrowym rozsądkiem i mądrością (patrz włoski odpowiednik polskiego “mieć olej w głowie” – avere il sale in zucca czyli “mieć sól w dyni”).
Rozsypana sól jest niedobrą wróżbą. Nie bez kozery przydarzyło się to podczas ostatniej wieczerzy samemu Judaszowi, namalowanemu pędzlem Leonarda da Vinci w refektarzu bazyliki Santa Maria delle Grazie w Mediolanie.
5. Galicja hiszpańska, Galicja polska
Na koniec warto dodać, że jednym ze starożytnych ludów, które szczególnie chętnie trudniły się górnictwem soli, byli Celtowie (V–I w.p.n.e.), przez rzymskich panów Śródziemnomorza nazywani Galami. Najbardziej znane celtyckie saliny znajdowały się w Alpach Salzburskich w dzisiejszej Austrii, ale także w Europie Południowej, np. w północnej Hiszpanii, zwanej do dzisiaj Galicją. W ten sam sposób nazwano także region Polski, słynący na całym świecie z produkcji soli wydobywanej w miejscowości Wieliczka. Czy prawdą jest, że, jak twierdzą niektórzy, nazwę tych ziem zawdzięczamy śródziemnomorskiej historii drogocennego białego kruszcu? Cóż, jak mówią Włosi: Se non è vero, èben trovato – nawet jeśli kłamstwo, to dobrze wymyślone.
Twórczość artystyczna kobiet długo nie należała do głównych czy nawet pobocznych nurtów badawczych w historii sztuki. Można powiedzieć, że nie tylko nie znalazła się w kanonie tzw. wielkiej sztuki, ale też podlegała nieustającemu porównywaniu z twórczością mężczyzn. “Maluje jak mężczyzna” było wyrazem najwyższego uznania. Artystki znane i poważane w czasie, gdy żyły i tworzyły, po śmierci skazywano na zapomnienie. Paradygmat pozwalający na przemilczanie czy umniejszanie roli kobiet w historii sztuki został skutecznie podważony dopiero w roku 1971, kiedy Linda Nochlin opublikowała esej Why there have been no great women artists? Esej ten wywołał niemałe zamieszanie, ale też położył podwaliny pod feministyczną historię sztuki i wszelkie jej odgałęzienia. W swoim eseju Linda Nochlin daje dwie zasadnicze odpowiedzi na pytanie zadane w tytule. Po pierwsze, różnorodne przejawy dyskryminacji powodowały, że kobiety nie mogły podejmować takiej samej, jak mężczyźni, edukacji artystycznej (np. nie wolno im było wykonywać studiów z nagiego modela, co było absolutną podstawą kształcenia). Drugą przyczyną wskazaną przez Nochlin jest aspekt natury mentalnej: definicja “wielkości” czy “geniuszu” dotychczas stosowana w historii sztuki z zasady wyklucza kobiety. “Geniusz” to proces, zinstytucjonalizowany i ściśle określony co do zasad. Zinstytucjonalizowane procesy należały do mężczyzn, kobiety nie miały do nich dostępu. W świetle tych dwóch faktów – oraz szeregu innych, przywołanych w eseju – Nochlin konkluduje, że nie brak wielkich artystek może być powodem do zastanowienia, ale raczej fakt, że jakiekolwiek artystki w ogóle istniały.
Znakomite i błahe
W wieku XVI, w rozkwicie nurtu nazwanego później renesansem i humanizmem, po obu stronach Alp powstawały niezliczone traktaty teoretyczne: o malarstwie, architekturze, o proporcjach i perspektywie. Powstawały też biografie najznamienitszych artystów i architektów tamtych czasów. Na takim historiograficznym i teoretycznym gruncie powstały Żywoty najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów autorstwa Giorgio Vasariego (1511–1574). Był on malarzem i architektem, wykształconym humanistą, obytym w życiu dworskim dzięki wychowaniu na dworze Medyceuszy. Znane są jego prace malarskie z Palazzo Vecchio, z Sala Reggia w Pałacu Watykańskim w Rzymie, budynku Uffizich we Florencji, Pałacu Kawalerów św. Stefana w Pizie; jednak tym, co utrwaliło jego nieśmiertelność i sławę, również u pokoleń studentów historii sztuki na całym świecie, była jego działalność historiografa. Żywoty… stały się wzorcem dla tego szczególnego typu literatury, jaką są biografie artystyczne. Jednocześnie Vasari pozostawił w swym dziele wykład na temat sztuki w ogóle. Eksponując jedne cechy twórczości jako „znakomite”, inne zaś umniejszając lub wprost oceniając jako „błahe”, umacniał pewien sposób patrzenia na sztukę – wysoko cenił umiejętności doskonałego naśladowania natury, styl, wdzięk, lekkość prowadzenia kreski czy pędzla.
Autoportret Vasariego
Niezadowolony Anioł
Pierwsze wydanie Żywotów… ukazało się w roku 1550, natomiast drugie, uzupełnione i poprawione – w 1568. Współredaktorem książki był Vincenzo Borghini, któremu przypisywane są również fragmenty wprowadzenia. Pierwsze wydanie zawierało życiorysy artystów już nieżyjących; wyjątkiem był biogram Michała Anioła, którego sława była tak wielka, że unieśmiertelniano go już za życia. Co ciekawe, Michał Anioł nie zachwycił się dziełem Vasariego, przynajmniej w zakresie swojej biografii. Nie jest ono bowiem wolne od subiektywnych sądów, w tym także w zakresie oceny motywacji, intencji, osobistych cech opisywanych artystów. Vasari ulegał też fantazji, domysłom i plotkom; czasem mylił daty czy osoby. Jego tekst stał się jednak wzorcem dla podobnych encyklopedii czy słowników biograficznych, a dla pokoleń historyków sztuki w czasach o wiele późniejszych – nieocenionym źródłem atrybucji obrazów odkrywanych w kościołach, pałacach, prywatnych kolekcjach, zaginionych czy zapomnianych.
Po jednym zdaniu…
Żywoty... można uznać za nowatorskie także z innego względu. Nie tylko stanowiły pierwsze dzieło nowożytne w rodzaju słownika biograficznego, ale też jako pierwsze przywoływały na swych kartach sylwetki kobiet-artystek: nie tylko tych legendarnych, z czasów starożytnych Aten czy Rzymu, ale również tych aktualnie działających malarek i rzeźbiarek z Bolonii, Cremony czy Flandrii. W swoim wielotomowym dziele Vasari nakreślił sylwetki około dwudziestu artystek; biorąc pod uwagę same liczby, jest to zupełnie godna reprezentacja. Nie przekłada się ona jednak na obszerną treść: w znakomitej większości przypadków mamy do czynienia z krótkimi, jedno- lub dwuzdaniowymi wzmiankami. Dla przykładu, o artystkach starożytnych tekst w wydaniu polskim zamyka się w jednym akapicie. Z treści dowiadujemy się o Irenie, która namalowała dziewczynkę dla świątyni Cerery w Attyce, o Alcystenie, która wykonała podobiznę akrobaty, Arystarte, która przedstawiła Eskulapa, oraz Marcii, która już za swej młodości wzięła za pędzel i malowała portrety najczęściej kobiet, a także swój własny odbity w lustrze. Według tego co mówią, niczyja ręka równie zręcznie nie pracowała pędzlem. Można to złożyć na karb braku źródeł, odległości w czasie i tym podobnych obiektywnych przyczyn.
… lub niewiele więcej
Przyjrzyjmy się zatem, jak sprawa wygląda w przypadku artystek współczesnych Vasariemu. W grupie tej znajdują się postaci jak Properzia de’ Rossi, Barbara Longhi, siostra Plautylla, malarki i miniaturzystki z Północy: Klara Skeyers z Gandawy, Anna, córka lekarza Seghersa, Lawinia, córka Szymona Beninga z Brugii (malarza, który miał swój biogram u Vasariego), Katarzyna z Hemsen (van Hemmesen), a także siostry Anguissola, z Sofonisbą na czele. Wypada powiedzieć, że z tej wcale szerokiej i różnorodnej grupy, jedynie Properzia de’ Rossi otrzymała swój indywidualny biogram, zredagowany tak, jak pozostałe biogramy w Żywotach…: objętości czterech stron i opatrzony portretem. W porównaniu do pozostałych artystek sporo miejsca – choć nie w postaci indywidualnych biogramów – poświęcił siostrom Anguissola, ze szczególnym uwzględnieniem Sofonisby. Pisał o niej zresztą w Żywotach… dwukrotnie: w biogramie Properzii de’ Rossi oraz przy okazji podwójnego biogramu Benvenuta Garofala i Hieronima da Carpi. W tej dość rozbudowanej historii znalazło się miejsce, by wspomnieć o rozmaitych malarzach działających w Cremonie, w tym również – i to całkiem obszernie – o niezwykle szczodrze obdarzonych talentami siostrach Anguissola, córkach możnego i czcigodnego pana Almicare Anguissoli. W tym miejscu warto przytoczyć fragment, w którym Vasari pisze o Sofonisbie: (…) chciałbym o pani Sofonisbie napisać coś więcej, a mianowicie, że w tym roku [1566] w Kremonie widziałem w domu jej ojca obraz jej ręki, wykonany z wielką umiejętnością, będący portretem jej trzech sióstr podczas gry w szachy, a z nimi ich starej piastunki, co wszystko wymalowane jest z taką umiejętnością i podobieństwem, że wydają się żywe i nie brak im nic, tylko mowy.
Pozostałe artystyki zostały nieledwie wspomniane. Artystki z Północy pojawiają się w rozdziale „Artyści flamandzcy”, w którym zbiorczo Vasari prezentuje kariery i dorobek rozmaitych północnych mistrzów. Siostra Plautylla została pomieszczona w żywocie Properzii de’ Rossi, Barbara Longhi zaś, wówczas bardzo młoda dziewczyna o obiecującym talencie – w żywocie Primaticcia, przy okazji dygresji na temat środowiska artystycznego Rawenny i okolic.
Przyczyna indywidualnego Properzii de’ Rossi wydaje się całkiem oczywista – jest to jedyna rzeźbiarka pośród kobiet wymienionych w Żywotach..., a zarazem jedna z bardzo niewielu działających rzeźbiarek w ogóle. Co więcej, jej biografia wydaje się wręcz emblematycznym przykładem historii kobiety, która podejmuje się sama kierować swoim losem. Dlatego też warto napisać o niej więcej niż tylko jako exemplum.
Domniemany portret Propercji
Upomnienie o równouprawnienie
Żywot Properzii de’ Rossi niesie ze sobą mądre upomnienie o wykształcenie i równouprawnienie kobiet, jak stwierdził tłumacz Vasariego Karol Estreicher. Vasari odnotował, że wykonywała miniatury w przeciętych pestkach brzoskwini z taką cierpliwością i tak trafnie, że oglądanie tych dzieł budziło zdumienie – obdarzona była więc niewątpliwym talentem. Biograf ma jednak wątpliwości w kwestii historii otrzymania przez nią zlecenia na marmurową dekorację fasady głównej San Petronio w Bolonii – pisze, że Properzia uzyskała je dzięki staraniom męża, a nie poprzez wygraną w konkusie. Wiadomo przy tym, że Properzia pracy tej nigdy nie ukończyła; Vasari wspomina też o zawistnym mistrzu Amico, który obmawiał artystkę przed zarządem bazyliki, sprawiając, że że zapłacono jej bardzo źle.
Święty Piotr w pestce brzoskwini
Najbardziej znane dzieło Properzii – relief Józef i żona Putyfara – stanowiło prawdopodobnie jeden z elementów fasady. Properzia wykonała też popiersie Guida Peppoli, które przechowywane było w tej samej bazylice. Vasari o tych i każdym innym dziele rzeźbiarki pisze jako o „podziwianym”, „pełnym wdzięku”; podkreśla jej uzdolnienia muzyczne i wokalne oraz niezwykłą urodę. Dobór tematu Józefa i żony Putyfara tłumaczy nieszczęśliwą miłością do młodzieńca, który niewiele o nią dbał. Biorąc pod uwagę, że kilka wierszy wyżej pisze o mężu, który miał wspierać jej starania o pracę przy dekoracji bazyliki, uwaga o nieszczęśliwej miłości do młodzieńca sugeruje, że rzeźbiarka prowadziła podwójne życie. Jednocześnie, nie znajdziemy w tym zdaniu napiętnowania jej postawy, co może oznaczać, że była już owdowiała. Wspominając o tym, że Properzia z powodzeniem zajęła się miedziorytnictwem, ku ogólnemu podziwowi, Vasari konkluduje: i tak tej biednej, zakochanej panience wszystko udawało się, ze wyjątkiem nieszczęsnej miłości. Nie jest to zresztą stwierdzenie trafne: ostatnie lata artystka żyła w skrajnej biedzie. Jeśli wierzyć Vasariemu, papież Klemens VII, gdy dowiedział się o śmierci Properzii w przytułku Ospedale della Morte w Bolonii, żałował wielce, że zmarła. Była przecież cudownym zajwiskiem natury.
Józef i żona Putyfara – płaskorzeźba z ok. 1520 r.
Properzia de’ Rossi, artystka, o której życiu i twórczości wiadomo tak niewiele, jest jedną z bardzo wielu – zbyt wielu! – kobiet, których działalność została zepchnięta w niebyt zaraz po ich śmierci. Brak zainteresowania, zwłaszcza w wiekach XVIII i XIX, kiedy kształtowała się nowoczesna nauka historii sztuki, spowodował bezpowrotną utratę wiedzy na ich temat, wyrzucenie kobiet z katalogu światowej sztuki, brak systematycznych studiów w kwestii ich twórczości i biografii. Przede wszystkim jednak– bezpowrotne marnotrawstwo talentów i twórczości, trudne do wykazania w liczbach, a zupełnie niemożliwe do oszacowania w wymiarze etycznym, kulturalnym, intelektualnym i artystycznym.
Do poczytania o malujących kobietach:
Giorgio VASARI, Żywoty najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów, przeł. Karol Estreicher Kraków 1985;
Frances BORZELLO, A World of Our Own. Women as Artists, London, 2000
Whitney CHADWICK, Women, Art and Society, London 2007
Germaine GREER, The ObstacleRace. The Fortunes of Women Painters and Their Work, London – New York, 2001
Linda NOCHLIN, Women, Art and Power and Other Essays, New York 1988
Rozsika PARKER, Griselda POLLOCK, Old Mistresses. Women, Art and Ideology, New York, 1981
Ann HARRIS SUTHERLAND, Linda NOCHLIN, Women Artists: 1500-1950, Los Angeles – New York 1976
Mary D. SHERIFF, An Exceptional Woman. Elisabeth Vigee-Lebrun and the Cultural Politics of Art, Chicago and London 1997
Zdjęcie główne: fragment ryciny Alexandra Vincenta Sixdeniersa (1795-1846), Properzia de’ Rossi kończąca swoje ostatnie dzieło (na podstawie obrazu Louisa Ducisa)
Żywopłot, który wywołał w Izraelu burzę, to subtelna powieść częściowo oparta na prywatnych doświadczeniach autorki. Rabinyan opisała zakazany owoc dwudziestego pierwszego wieku, czyli uczucie łączące Liat i Hilmiego, Izraelkę i Palestyńczyka. Bohaterowie poznali się i związali ze sobą, przebywając w Nowym Jorku, gdzie ich miłość nie miała wydźwięku społeczno-politycznego. Jednak po powrocie do Izraela historia okazała się mieć tragiczny finał, w którym chłopak umiera z dala od swej ukochanej, a oboje jawią się jako następcy Romea i Julii, ofiary niedokończonych pojedynków współczesnych Montekich i Kapuletich.
Po wypowiedzi ministra, która wstrząsnęła opinią publiczną, oraz późniejszej dyskusji, jaka przetoczyła się przez Izrael, ministerstwo wycofało się ze swego stanowiska. Jednak czytelnicy jeszcze przez długi czas nie mogli zrozumieć absurdalnej decyzji burzącej próby zaprowadzenia pokoju między narodami. „Time Out Tel Aviv” w ramach protestu opublikował film ukazujący całujących się Żydów i Arabów (patrz tutaj), który z dnia na dzień stał się hitem internetu. W konsekwencji powieść Rabinyan okazała się bestsellerem i, dwa lata po premierze, otrzymała nagrodę Steimatzky – najstarszej i największej sieci księgarń w Izraelu. Co więcej, jak podaje Instytut Tłumaczeń Literatury Hebrajskiej, Żywopłot przetłumaczono do tej pory na dziewięć języków. W Polsce powieść ukazała się w 2016 roku.
W ubiegłym miesiącu na polskim rynku ukazał się debiut literacki Rabinyan z 1995 roku. Perskie narzeczone to historia młodych Żydówek dorastających w fikcyjnej perskiej wiosce, na pograniczu krajów i kultur. Mizrachijczycy przedstawieni są na poły realnie, a na poły magicznie; rytm ich życia wyznaczają nietypowe dla żydowskiej diaspory zachowania, osobliwe przesądy i rytuały. Naturalizm miesza się z baśniowymi opisami, dzięki czemu autorka zręcznie manipuluje wyobrażeniem czytelnika na temat przedstawianego świata. Książka, wydana niemal dwadzieścia lat przed kontrowersyjnym Żywopłotem, spotkała się z uznaniem krytyki i czytelników – Rabinyan opisuje w niej codzienność świata orientu, gdzie na porządku dziennym są małżeństwa dwunastolatek, znieważanie i przemoc wobec kobiet, gusła i zabobony. Symboliczny lament kobiet zwiastujący narodziny kolejnej dziewczynki w wiosce nie może oznaczać niczego dobrego. A jednak główne bohaterki, Flora i Nazi, próbują wywalczyć dla siebie szczęśliwe życie, choć upatrują go u boku władnych mężczyzn.
W obu powieściach pisarka stawia swych bohaterów w pewnym oddaleniu od grupy odniesienia – tak, by przeżywane przez nich trudności stały się jeszcze bardziej widoczne, przeskalowane. Problemy postaci wzbudzają u czytelnika poczucie, że za ich nieszczęściem stoi bezimienny oprawca: możemy się domyślać, że za niepowodzenie związku Liat i Hilmiego oskarżany jest nacjonalizm, zaś w przypadku Perskich narzeczonych za ucisk wkraczających w dorosłość kobiet dpowiada patriarchat. Bez wątpienia dla Rabinyan to właśnie zachowania społeczne są źródłem gniewnej inspiracji. Podobnie jak Zeruya Shalev, portretuje ona nie tylko szerokie spektrum kobiecego postrzegania rzeczywistości; akcentuje także miejsce kobiet świecie męskiej dominacji. Proza autorki Żywopłotu wydaje się jednak o wiele subtelniejsza, wręcz naiwna, w odróżniueniu od pełnej temperamentu i dobitnej w swoim przekazie Shalev, jak dotąd najbardziej poczytnej z izraelskich pisarek.
Lubię myśleć o Izraelu jako o Narodzie Księgi. Myśleć, że jest to kraj, w którym słowa są ważne, poddawane refleksji, a później nieustępliwie interpretowane. Lubię myśleć o Izraelu jako o miejscu, w którym inspiracją do szukania rozwiązań i naprawy świata są właśnie słowa, zarówno te spisane w Księdze, jak i te spisywane współcześnie. Dlaczego zatem niektórzy boją się słów najdelikatniejszych? Kto w Izraelu boi się miłości? Idąc tropem Rabinyan, zastanówmy się, kogo pokochać, by jednym uczuciem zburzyć wiele murów. Kiedy to piszę, zaczynam myśleć o Polsce.
Dorit Rabinyan, Żywopłot, Smak Słowa 2016, tłum. Agnieszka Olek
Dorit Rabinyan, Perskie narzeczone, Smak Słowa 2018, tłum. Agnieszka Olek
Dorit Rabinyan urodziła się w persko-żydowskiej rodzinie w Kefar Sawa w 1972 roku. Jest autorką powieści, scenariusza filmowego oraz książki dla dzieci. Została m.in. laureatką Nagrody Bernsteina oraz prestiżowej nagrody Premiera Izraela w dziedzinie literatury. W 2016 roku gościła na polskim festiwalu Literacki Sopot.
Zdjęcie główne: fot. Giuseppe Milo / Flickr, CC BY 2.0
Zacznijmy od tego, że nie tylko Polska może pochwalić się ogromną liczbą rodzajów pieczywa. Włochy wcale nie zostają w tyle, tym bardziej, że każdy region ma swoje typowe wypieki. Niektóre z nich rozpowszechniły się nie tylko na cały kraj, ale wręcz na cały świat, jak chociażby ciabatta, focaccia czy grissini. Aby odkryć mniej znane rodzaje pieczywa, trzeba przejechać całą Italię, z góry na dół, wszerz i wzdłuż, i posmakować mniej sławnych, a jednak bardzo charakterystycznych wypieków. Należy do nich chociażby okazały chleb z Altamury, małe chlebki w formie krzyżyków z Ferrary, wyrośnięte bochny z Apulii i liczne inne specjały z setek miast i miasteczek.
Jak ważnym elementem we włoskiej kuchni jest chleb, zrozumiemy, siadając w jakiejkolwiek restauracji czy trattorii. Pieczywo i oliwa będą zawsze obecne na stole. To podstawa, do każdego dania. Kiedy zaczynałam zgłębiać tajniki włoskiej kuchni i kultury, patrzyłam zdumiona na Włochów, którzy przegryzali tagliatelle z ragù, pomagając sobie kromką chleba. Mąka z mąką? Dla mnie było to nie do pojęcia. Dziś sama przyjęłam wiele tutejszych zwyczajów, a o chlebie postanawiam porozmawiać z zaprzyjaźnionym piekarzem z Marradi, mojego miejsca zamieszkania.
Neutralny towarzysz
Zaczynam od pytania jaki rodzaj pieczywa jest najbardziej typowy dla Półwyspu Apenińskiego. ‘Pane toscano’ – odpowiedział bez chwili zawahania. – Mówisz tak dlatego, że jesteś Toskańczykiem, czy mimo wszystko starasz się być obiektywny? – drążyłam. – Nie, nie; tak jest w istocie! ‘Pane toscano’ znajdziemy w każdym zakątku Italii. Oczywiście tylko u nas może się tak nazywać, w każdym innym regionie będzie to chleb typu toskańskiego; tak, jak z mojego pieca wychodzi chleb typu apulijskiego. Oryginalny ‘pane pugliese’ kupimy tylko w Apulii. – A wiesz, że Polacy krzywią się na samą myśl o włoskim chlebie bez soli? – zapytałam. – Wiem! Wasz jest inny w konsystencji, intensywny w smaku, ale sama powiedz, jak można jeść fiorentinę z pieczywem, które pokrywa jej smak? Chleb musi być neutralny, by daniom jedynie towarzyszyć, a nie kłócić się z ich smakiem.
Piekarnia w zaledwie trzytysięcznym Marradi każdej nocy produkuje, jeśli weźmiemy pod uwagę gatunek i formę, ponad 40 typów chleba. Kiedy piekarz oprowadza mnie po swoim królestwie, jestem zaskoczona tym, jak wiele rodzajów mąk używanych jest do wypieków. Poza zwykłą mąką typu 0, znajdziemy też mąkę słonecznikową, ryżową, kukurydzianą, kamut, pełnoziarnistą, mąka orkiszową, kasztanową i inne.
Główny bohater
Nieprawdziwe byłoby jednak stwierdzenie, że we włoskiej kuchni chleb jest tylko towarzyszem dań. Często bywa bowiem ich najważniejszym składnikiem i to nie tylko w wypadku szerokiej gamy kanapek (tak zwanych panini), grzanek, czyli crostini, albo bruschetty. Często jest głównym bohaterem dań typowo obiadowych, jak chociażby słynna toskańska panzanella czy pappa al pomodoro. To potrawy, które narodziły się z biedy, panującej tu kilkadziesiąt lat temu. Aby nie wyrzucać starego chleba, ludzie zaczęli go przetwarzać. Panzanella to namoczony, a potem rozdrobniony czerstwy chleb, wymieszany z pomidorami, ogórkiem, czerwoną cebulą, bazylią, solą, pieprzem, oliwą i octem winnym; pappa natomiast to nic innego, jak zupa chlebowo-pomidorowa, przygotowana z chrupiących grzanek natartych czosnkiem i świeżych pomidorów. Na koniec trzeba wspomnieć o passatelli, czyli makaronie, do przygotowania którego, zamiast mąki, używa się suchego tartego chleba. To przysmak typowy dla środkowych Włoch: Emilii-Romanii, Marche i Umbrii.
Święto chleba
O tym, jak ważny jest dla Włochów chleb, świadczą też liczne festy, organizowane w wielu włoskich miasteczkach. W Marradi festa del pane odbywa się każdego roku w połowie maja. Na placu przy ustawionych piecach spotykają się wszyscy piekarze miasteczka i przez cały dzień częstują swoimi wypiekami mieszkańców i przybyłych gości. Z tej okazji można również obejrzeć zabytkowe maszyny, wykorzystywane w procesie produkcji pieczywa. Przy okazji warto wspomnieć, że Włosi ponad wszystko cenią sobie jakość, zwłaszcza w kwestii żywności, co sprawia, że często skłaniają się do wiekowych receptur i sposobów produkcji. Na Półwyspie Apenińskim znajdziemy jeszcze wiele czynnych młynów wodnych, z tradycjami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie, oraz piekarnie, które mogą poszczycić się prawdziwym piecem drzewnym – pieczywo w nim wypiekane nie ma sobie równych.
Czerwone zboże
Coraz częściej wraca się także do gatunków zbóż, które cenili nasi dziadkowie. Pewna firma rolnicza z regionu Romania odtworzyła i z sukcesem kontynuuje uprawę dawnego zboża, zwanego Gentil Rosso. Ma ono niewielką zawartość glutenu, co powoduje, że ciasto przygotowane z takiej mąki jest mniej elastyczne. To też mogło być powodem zaprzestania jego uprawy na początku poprzedniego stulecia. Obecnie, w czasach, kiedy wszyscy skupiają się na żywności bio, zboże to znów święci triumfy. Farma pozostaje otwarta dla zwiedzających i w określonych porach roku można na własne oczy zobaczyć pradawne zboże, którego wysokość osiąga blisko dwa metry. Oczywiście, jak w wypadku większości upraw ekologicznych, i tu jakość przekłada się na cenę: za mąkę z Gentil Rosso czy też gotowy chleb zapłacimy kilkakrotnie drożej niż za produkt z innego zboża.
Rodzaje włoskiego chleba. Ilustracja: Magdalena Barganowska dla “La Rivisty”
Szczęście i marmolada
Kto był we Włoszech, na pewno nie raz słyszał okrzyk: pane burro marmellata!. To nic innego, jak chleb z masłem i marmoladą, czyli ulubione śniadanie większości Włochów, które zwykle kojarzy się z dzieciństwem i z mamą krzątającą się po kuchni. Niewielu turystów przyjeżdżających do Italii wie, że w małych miasteczkach i wioskach wciąż podtrzymuje się też zwyczaj kupowania świeżo zrobionej kanapki w przybytku, który pełni funkcję sklepu i baru. Można tam poprosić o świeżą pajdę chleba z mortadellą czy finocchioną – wybór wędliny zależy od regionu Italii, w którym się znajdziemy. Do tego jeszcze tylko kieliszek wina i już mamy prawdziwe szczęście. Może więc, zamiast boczyć się na włoskie pieczywo, lepiej znaleźć swój ulubiony gatunek i prawdziwie się w nim rozsmakować. Un bicchiere di vino con un panino… la felicità.
Na planie The Place zebrały się same gwiazdy – m.in. Valerio Mastandrea, Marco Giallini, Alba Rohrwacher, Sabrina Ferilli. Głównym bohaterem jest siedzący w niewielkim barze tajemniczy mężczyzna z czarnym notesem. Rozmawia z ludźmi, którzy proszą go o zdrowie dziecka, o urodę, miłość czy o odzyskanie wiary w Boga. On wszystko skrzętnie notuje, obiecuje pomoc, ale żąda w zamian wykonania pewnego zadania…
Po sukcesie Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie publiczność oczekiwała, że zrobi Pan kolejną komedię. Zdecydował się Pan jednak na film wieloznaczny, stawiający trudne i niewygodne pytania. Dlaczego?
Powodów było wiele. Przede wszystkim po Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie poczułem, że nie chcę się powtarzać. Sukces daje kredyt zaufania u publiczności – wiedziałem, że ludzie przyjdą do kina, żeby zobaczyć mój film. Postanowiłem, że pójdę dalej niż do tej pory, opowiem historię trudniejszą i bardziej mroczną; byłem przekonany, że taki właśnie film może się widzom spodobać.
Inspirował się pan amerykańskim serialem The Booth at the End, który uznano wprawdzie za interesujący, ale nie odniósł on przecież szalonego sukcesu.
Rzeczywiście ten amerykański serial bardzo mnie poruszył, bo dotyka spraw ważnych, fundamentalnych. I jest bardzo aktualny. Chciałem też rozwinąć wątki serialowych postaci, które wydały mi się szczególnie interesujące.
Czyżby lubił Pan ryzykować?
Artysta musi ryzykować. Tak jak mówiłem, po Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie nie chciałem się powtarzać. Wolałem się potknąć, zrobić gorszy film, ale taki, do którego będę na 100 procent przekonany. Oczywiście miałem przy tym nadzieję, że widzowie go docenią. Inna sprawa, że często powtarzam opinię braci Tavianich, którzy twierdzili, że publiczność sama nie wie, co może jej się spodobać; trzeba jej to uświadomić.
Czymś, co łączy Pana dwa ostatnie filmy, jest fakt, że ich akcja zamknięta jest w niewielkim pomieszczeniu. W Dobrze się kłamie…było to mieszkanie Evy i Rocca, tu – niewielki bar. Odbiera Pan tę hermetyczną przestrzeń jako wyzwanie?
Rzeczywiście w obu przypadkach kręciliśmy tylko w jednej lokacji. Poprzednio mieliśmy jednak zdecydowanie więcej miejsca – to było duże mieszkanie. Tym razem dysponowaliśmy zakamarkiem w niewielkim barze, a właściwie stołem, przy którym siedzi główny bohater. Filmowy świat bardzo nam się więc skurczył, a każde ujęcie musiało być bardzo precyzyjnie przemyślane. Cały ciężar spoczywał na aktorach. Postanowiłem, że kamera nie będzie pokazywać tego, co się dzieje na zewnątrz – w gruncie rzeczy to nieważne, czy rzecz dzieje się w Rzymie czy gdziekolwiek indziej. Mógłby to być bar w dowolnym miejscu w Europie.
Po nakręceniu Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie bardzo wyraźnie zdałem sobie sprawę, że każdy widz przenosi filmową opowieść na to, co wydarzyło się w jego życiu. Opowiedziałem więc historię uniwersalną. Po obejrzeniu The Place ludzie zastanawiają się, jaka jest mroczna strona ich osobowości, a ja dopiero teraz widzę wyraźnie, że w dwóch ostatnich filmach kazałem się bohaterom konfrontować z ich osobistymi demonami. W Dobrze się kłamie… były stosunkowo niewielkie, kryły się w telefonach komórkowych. Sytuacja wyjściowa była prosta: gra towarzyska, w której wszyscy uczestnicy kładą na stole telefony i pozwalają innym czytać swoje SMS-y czy odsłuchiwać wiadomości ze skrzynki głosowej. W The Place ciężar gatunkowy rośnie; demony mieszkają w czarnym notesie. Każdy z bohaterów musi odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wiele jest w stanie poświęcić, by zrealizować marzenia. Czy zrobi to za wszelką cenę, oszukując i zabijając? Zwłaszcza w dzisiejszych czasach warto się nad tym zastanowić.
A jak Pan odpowiada sobie na to pytanie?
Tak samo jak jeden z bohaterów filmów mam córkę. Zadałem sobie pytanie: co bym zrobił, gdyby się okazało, że moje dziecko zachorowało na raka, a je mogę ją ocalić za cenę życia innego dziecka? Nie potrafiłem sobie jednak odpowiedzieć. Tak naprawdę dowiadujemy się prawdy o sobie dopiero wtedy, gdy znajdujemy się w konkretnej sytuacji. Teoretyzowanie na nic tu się nie zda.
Młoda kobieta w The Place prosi bohatera z czarnym notesem, by pomógł jej odzyskać miłość męża. Jak odniesie się Pan do tej sytuacji?
Pyta Pani, czy, jak w scenariuszu, zdecydowałbym się na rozbicie innego małżeństwa, by żona nadal mnie kochała? Może tak?
Zastanawiam się też, kim jest główna postać Pana nowego filmu.
Na to pytanie każdy sam musi sobie odpowiedzieć.
Czy to w tych pytaniach kryje się sekret dobrego filmu? A może najważniejsi są aktorzy, scenariusz?
Ważne są słowa i to, kto je wypowiada.
Sekret kina jest więc Panu doskonale znany; jednak Pana droga do reżyserii była dość kręta. Studiował Pan ekonomię, potem pracował w reklamie…
To prawda, że zacząłem dość nietypowo. Zawsze jednak lubiłem opowiadać historie. Robiłem to na różne sposoby: pisałem opowiadania, wystawiałem przedstawienia w mojej małej trupie teatralnej. Kręciłem też filmy krótkometrażowe – w czasie, gdy nie było to jeszcze wcale modne. Rzeczywiście jednak długo nie brałem tego na poważnie. Zmiana nastąpiła, gdy nawiązałem współpracę z Lucą Miniero. Nakręciliśmy razem krótki film Incantesimo napoletano, który został nominowany do nagrody David di Donatello. Przekonałem się wówczas, że to właśnie film jest tym, co mnie w życiu najbardziej interesuje.
Ciekawa jestem wobec tego, co oznacza dla Pana określenie „kino popularne”.
Cóż, film jest jak jedzenie, raz na jakiś czas trzeba zmieniać menu! Niech żyje sushi, ale i McDonald też. (śmiech)
Proszę powiedzieć nam na zakończenie: nad czym pracuje Pan teraz? Wróci Pan do komedii?
Znowu szykuję film inny niż te, które nakręciłem do tej pory – tym razem z nutą fantastyki. Zrealizuję go w Nowym Jorku. Będzie nosił tytuł Pierwszy dzień mojego życia.