Posted on

Z wizytą u Cristobala Balenciagi

W Getarii, niewielkiej miejscowości w Kraju Basków, jest 30 stopni w cieniu – jak na miejscowe realia, niezwykły wręcz upał. Wytchnienia od prażącego słońca szukamy więc wśród atrakcji turystycznych z klimatyzacją; niestety nasze znaczniki na mapie obejmują głównie punkty widokowe. Gdy w oczy rzuca nam się Muzeum Balenciagi, nie zastanawiamy się długo. Zjadamy kilka szybkich pintxos i wspinamy się pod górę zobaczyć, co to za miejsce. Zastanawia nas jedno: co muzeum haute couture robi w małej baskijskiej mieścinie?! Spodziewamy się zabawić tam nie więcej niż kwadrans. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu okazuje się jednak, że obiekt, zlokalizowany w pobliżu domu rodzinnego Balenciagi (to on w ogóle był Baskiem?!), jest wielki i na wskroś nowoczesny. Panuje w nim też cudowny chłód, a w klimatyzacji można tam spędzić spokojnie kilka godzin.

Muzeum Balenciagi, fot. R. Respondek


Wielki projektant z małej wioski

Getaria to pięknie położona miejscowość na baskijskim wybrzeżu, mniej więcej w pół drogi między San Sebastian a Bilbao. Mieszka tu około 3.000 osób, a życie toczy się miedzy plażą i licznymi knajpkami. W 1895 roku, w tej niewiele znaczącej osadzie, przyszedł na świat Cristobal Balenciaga.

Urodził się w domu rybaka i krawcowej jako najmłodsze z pięciorga dzieci. Ojciec zmarł na zawał serca, gdy Cristóbal był jeszcze dzieckiem. Wychowywała go więc matka. To od niej nauczył się umiejętności krawieckich, z których kilkadziesiąt lat później zasłynął na salonach. Był niesamowicie zdolnym uczniem – już jako 13-letni chłopiec miał zaprojektować i wykonać kreację dla wymagającej markizy de Casa Torres. To zresztą za jej wstawiennictwem nastoletni Cristóbal wyjechał do San Sebastian, gdzie kontynuował naukę zawodu. W 1918 roku, w wieku zaledwie 23 lat, otworzył swój pierwszy salon, którego współwłaścicielkami zostały jego siostry. Sukces okazał się niemal natychmiastowy, a młody krawiec wkroczył do świata towarzyskich elit, które poznawał nierzadko w słynnym miejscowym kasynie. To tam rozpoczęła się jego burzliwa przyjaźń ze słynną Coco Chanel.

Balenciaga z siostrzeńcami w San Sebastian
Balenciaga z siostrzeńcami w San Sebastian

Paryski szczyt

Balenciaga od samego początku wyróżniał się podejściem do mody. Wychodził z założenia, że to odzież jest dla człowieka, a nie odwrotnie. Podkreślał, że ubrania powinny stanowić drugą skórę; miały rzeźbić, a nie tylko ubierać sylwetkę. Tworzył idealnie skrojone projekty i, co ważne, sam doskonale władał nożyczkami, co wśród współczesnych mu projektantów wcale nie stanowiło reguły. Nic dziwnego, że Christian Dior nazywał go „mistrzem nas wszystkich”.

Jednak to nie chęć podbijania świata, ale nie znoszący Basków generał Franco zmobilizował Cristobala do opuszczenia ojczyzny. We wrześniu 1936 roku projektant przeprowadził się do Paryża, gdzie początkowo wszystko układało się po jego myśli. Niebawem jednak, wraz z wybuchem II wojny światowej, cały świat mody musiał nauczyć się radzić sobie ze znacznym spadkiem popytu na dobra luksusowe. Wywarł on zasadniczy wpływ na to, co projektował Bask. Zdecydował się m.in. całkowicie zrezygnować z prezentowania na pokazach sukni wieczorowych, gdyż w czasie okupacji niemieckiej można je było sprzedawać tylko aktorkom. Gdy minęły trudne czasy wojny, Balenciaga prędko trafił na szczyt. Co ciekawe, stało się to nie tyle za sprawą wykwintnej klienteli, co prasy, która piała z zachwytu nad jego kolejnymi kolekcjami. Szczególne zasługi miały tutaj dwa tytuły: „Vogue” i „Bazaar”. Sam Cristóbal paradoksalnie stronił od mediów. Podobno wywiadu udzielił tylko raz w życiu; unikał też bywania na salonach. Tego typu spotkania nudziły go i uważał je za stratę czasu.

Fot. Adair733 / Flickr, CC BY-ND 2.0
Fot. Adair733 / Flickr, CC BY-ND 2.0


Tytan pracy

Radykalny był również w kwestii podejścia do pracy. Nigdy nie zatrudniał wyszkolonych wcześniej pracowników – wolał szlifować diamenty. Przyjmowani przez niego krawcy, od których bardzo dużo wymagał, pięli się stopniowo po szczeblach kariery. Osiągnięcie szczytu mogło trwać nawet 20 lat, choć udawało się tam dojść tylko najlepszym. Wielu zatrzymywało się gdzieś po drodze.

Projektant był bardzo surowy również dla siebie. Poprawki nanosił do ostatniej chwili – często tuż przed pokazem czy też wysłaniem stroju do klientki. Wszystkie projekty musiały być dopracowane do ostatniej nitki, idealne. Na moment wytchnienia pozwalał sobie tylko wówczas, gdy wracał do ojczyzny, do Kraju Basków, choć nie wiemy zbyt wiele o tym, jak spędzał tam czas wolny. Z pewnością szczególną uwagę poświęcał kwestiom gastronomicznym, sądząc, że każdy Bask ma trzy egzystencjalne zmartwienia: „skąd pochodzimy?”, „kim jesteśmy?” oraz… „co zjemy na obiad?” Wiadomo także, że przez lata związany był z Władziem Jaworowskim d’Attainville – projektantem kapeluszy polsko-francuskiego pochodzenia. Jego przedwczesna śmierć w 1948 roku stanowiła dla Cristobala prawdziwy cios. Po odejściu partnera przedstawił kolekcję złożoną w całości z czarnych strojów; mówi się, że to wówczas współczesny świat uznał tę barwę za synonim elegancji.

Bez wsparcia ukochanego Cristóbal pracował przez 20 następnych lat: do maja 1968 roku. Niespełna 4 lata później, 29 marca 1972 roku, zmarł. Jego wolą było, by równocześnie umarło jego nazwisko. Spadkobiercy nie spełnili jednak tego życzenia, a produkty marki Balenciaga można kupić do dzisiaj. Niestety, niewiele mają one wspólnego z wielkim Baskiem.

Eksponaty w Muzeum Balenciagi, fot. R. Respondek


Zachwyty w muzeum

Muzeum poświęcone projektantowi otworzono w Getarii w 2011 roku – władze miasta postanowiły w ten sposób uhonorować swego wybitnego krajana. Eksponaty prezentowane są w pięknych, nowoczesnych wnętrzach, a cała wystawa jawi się jako doskonale przemyślana. Najpierw poznajemy ważne informacje o życiu projektanta, ze szczególnym uwzględnieniem dzieciństwa. Możemy oglądać rodzinne pamiątki i zapiski. W kolejnych salach prezentowane są kreacje mistrza. Podziwiać można nie tylko końcowe dzieła, ale również cały proces ich powstawania – od rysunku przez wykrój.  Wśród eksponatów znajdują się suknie, okrycia wierzchnie, dodatki. Wszystkie zachwycają swą ponadczasowością. Większość z nich obroniłaby się nawet dzisiaj. Podziw budzi dobór materiałów i dopracowany do perfekcji krój. Na każdym kroku widać główne motto Balenciagi: Dajcie mi niedoskonałe ciało, a ja uczynię je doskonałym. Ubolewam, że współczesna moda nie traktuje ludzkiego ciała z delikatnością i troskliwością wielkiego mistrza.

Korzystałam z informacji zawartych w książce Mary Blume Cristóbal Balenciaga. Mistrz nas wszystkich wydanej przez Bukowy Las we Wrocławiu w 2013 roku. Autorką przekładu jest Marta Kitowska.

Posted on

Dlaczego rozpadła się Jugosławia?

Według austriackiego eseisty Karla-Markusa Gaussa, oświecony Zachód wierzy, że nienawiść, która popycha ludzi do wojen, wynika z niewiedzy. Poszczególne grupy etniczne powinny się starać jak najlepiej zbliżyć, aby poczuć do siebie sympatię lub choćby szacunek. Nieznajomość zjawisk budzi lęk, poznanie daje szansę na akceptację i zrozumienie.

Jak to się więc dzieje – pyta Gauss w książce Europejski alfabet – że Serbowie, Chorwaci i Bośniacy, którzy doskonale się znają, sąsiadują ze sobą, żyją w tych samych miastach i wioskach, wchodzą w relacje rodzinne, dają się podburzać przeciwko sobie? Jak doszło to tego, że na początku lat dziewięćdziesiątych brat stanął przeciwko bratu, a cała Europa z przerażeniem oglądała bałkański dramat?

Słowem, za pomocą którego „propagandziści podziałów i socjologowie wykluczenia” wspierają podziały, jest tożsamość. Z jednej strony rozumiana jako kategoria defensywna, gdyż ludzie odwołujący się do niej traktują ją jako wartość wymagającą obrony. Z drugiej strony ofensywna, bo zadaniem jej piewców jest tropienie i eliminowanie wszelkiej inności stanowiącej rzekome zagrożenie. Prawie każda kulturowo-policyjna ustawa, każda narodowa odezwa, każde nacjonalistyczne szaleństwo daje się uzasadnić taką tożsamością, gdyż jej istotą jest właśnie to, że stale jest zagrożona, nieustannie trzeba jej bronić i zawsze jest mnóstwo potężnych wrogów, z którymi trzeba walczyć. (…) Krótko mówiąc, każdą ekspansję, każdy podział można usprawiedliwić obroną tożsamości – pisze Gauss.

Dubravka Ugrešić, fot. David Shankbone, CC BY 3.0

 

Słowenia czyli początek końca

Według wielu badaczy głównym powodem krwawego rozpadu Jugosławii byli tzw. Wielcy Manipulatorzy. Termin ukuty przez wybitną chorwacką pisarkę Dubravkę Ugrešić oznaczał grupę przede wszystkim chorwackich i serbskich intelektualistów, polityków i dysponentów władzy symbolicznej, którzy, wykorzystując tożsamościowe kody poszczególnych narodów wchodzących w skład państwa jugosłowiańskiego, pobudzali historyczne resentymenty, czy wręcz wzajemną nienawiść. Ponieważ wiele z tych narodów to twory małe i politycznie słabe, to budowanie i wzmacnianie tożsamości odbywało się wokół kultury, a dokładnie pewnej bazy symboliczno-mitycznej opartej luźno na tradycji historycznej. Jednocześnie najsilniejszy bałkański gracz, czyli Serbia, nie ustawał w wysiłkach, żeby zatrzymać rozpad kraju. Z drugiej strony Serbowie starali się utwierdzać swoich rodaków w przekonaniu o wyjątkowości i szczególnej misji narodu serbskiego, także w ramach państwa jugosłowiańskiego.

Każdą ekspansję, każdy podział można usprawiedliwić obroną tożsamości

Najszybciej od Jugosławii oddzieliła się Słowenia. Był to jedyny region, do którego Serbowie nie rościli sobie pretensji terytorialnych i z którym związki etniczne były stosunkowo niewielkie. Nie obyło się jednak bez konfliktu zbrojnego. Serbowie obawiali się bowiem, że secesja Słowenii zainspiruje pozostałe grupy etniczne do separacji. W 1989 roku w referendum niepodległościowym Słoweńcy opowiedzieli się za daleko idącą niezależnością od Jugosławii. Rok później wybory parlamentarne w tym kraju wygrały partie usilnie dążące do niepodległości. Obydwie strony zaczęły intensywne przygotowania do wojny, która ostatecznie rozpoczęła się po opuszczeniu Jugosławii przez Słowenię 25 czerwca 1991 roku. Wojna trwała bardzo krótko, od 26 czerwca do 7 lipca 1991 roku, i zakończyła się klęską Jugosłowiańskiej Armii Ludowej.

Czas na Chorwację

Dużo bardziej tragiczny przebieg miał konflikt z Chorwacją, która ogłosiła referendum niepodległościowe w tym samym czasie, co Słowenia. Zostało ono jednak zbojkotowane przez ludność serbską, zamieszkującą przede wszystkim Krajinę – region objęty głosowaniem. Co więcej, po ogłoszeniu przez Chorwację niepodległości status Serbów z Krajiny i innych regionów nowego państwa został zmieniony na ich niekorzyść: z równoprawnych obywateli stali się mniejszością narodową. Polityka niepodległościowa Chorwacji szła w parze z silnymi nastrojami antyserbskimi: te drugie były umiejętnie podsycane przez Franjo Tuđmana, lidera chorwackiej sceny politycznej dążącego za wszelką cenę do oddzielenia kraju od Jugosławii. To on był jednym z Wielkich Manipulatorów, o których pisała Dubravka Ugrešić. Winą za trwający prawie pięć lat konflikt serbsko-chorwacki nie można jednak obwiniać jedynie Tuđmana: postawa Chorwatów była poniekąd odpowiedzią na wielkoserbskie ambicje i nacjonalizm będący źródłem napięć w całym regionie. Kreatorami tych idei byli dwaj politycy: Slobodan Milošević i Radovan Karadžić. Serbowie wychodzili z założenia, że konieczne jest zjednoczenie wszystkich Serbów w obrębie jednego państwa. Oznaczało to, że mimo deklarowanej przez rząd w Belgradzie rzekomej woli zaakceptowania niepodległościowych dążeń Słoweńców i Chorwatów, będzie on zabiegać o zajęcie wszystkich terytoriów zamieszkanych przez swoich rodaków. Idea świętej ziemi serbskiej i przymierza wszystkich Serbów rozsianych po całej Jugosławii to jedne z najważniejszych tożsamościowych pojęć-kluczy w nacjonalistycznej retoryce, która stała się znakiem rozpoznawczym ludzi Miloševićia i Karadžićia.

Slobodan Milošević, fot. Stevan Kragujević / Wikimedia, CC BY-SA 3.0


Krwawy rozdział

To jednak nie koniec bałkańskiej wojennej układanki. Obydwie strony, serbska i chorwacka, uważały, że na terenie Bośni zamieszkuje ich ludność, co daje im prawo do roszczeń. Zawarły w tej sprawie porozumienie, wykluczając z ewentualnych rozmów władze z Sarajewa. Pod koniec 1991 roku Serbowie nagle ogłosili niepodległość Serbskiej Republiki Bośni i Hercegowiny ze stolicą w Banja Luce (północna Bośnia i Hercegowina), a następnie zaczęli przygotowywać aneksję tych terenów do Serbii. Ruch ten spotkał się z dezaprobatą Chorwatów, którzy zwarli szyki przeciw swoim niedawnym sojusznikom. Podpisali oni porozumienie z Bośniakami, aby przeciwstawić się terytorialnym zakusom Serbów. Tymczasem w marcu 1992 roku Bośnia ogłosiła swoją deklarację niepodległości. Parę miesięcy później Chorwaci postanowili proklamować Chorwacką Wspólnotę Herceg-Bośni ze stolicą w Mostarze. Nieopisany chaos polityczny w Bośni stanowił początek najkrwawszego rozdziału w jugosłowiańskiej wojnie. Wszyscy zaczęli walczyć ze wszystkimi. Pierwszą ofiarą wojny na tym terenie był bośniacki Chorwat, który poniósł śmierć z rąk bośniackiego Serba w lutym 1992 roku w miejscowości Glamoc. Jednak na opinię publiczną najsilniej oddziałuje do dziś śmierć na moście Vrbanja w Sarajewie dwóch młodych kobiet, które zginęły podczas pokojowej demonstracji, w kwietniu 1992 roku. Jedna z kobiet, dwudziestoczteroletnia studentka medycyny Suada Dilberović, urodzona w Dubrowniku w rodzinie umiarkowanych muzułmanów Chorwatka, była typową przedstawicielką wielokulturowego Sarajewa. Protestowała wraz z innymi mieszkańcami przeciw podziałowi miasta na strefy etniczne.

Rok 1992 to także początek dramatycznego oblężenia Sarajewa przez wojska serbskie. Żołnierze Jugosłowiańskiej Armii Ludowej umiejscowili się na wzgórzach okalających miasto i ostrzeliwali stolicę Bośni. Terror, którego ofiarami byli zwykli mieszkańcy miasta, narażeni codziennie na śmierć z rąk serbskich snajperów, trwał trzy lata i pochłonął według różnych szacunków około 11 tysięcy ludzi, w tym około półtora tysięcy dzieci.

Wojna, a właściwie wojny, bo chodziło o konflikty w Bośni i w Chorwacji, zakończyły się oficjalnie 14 grudnia 1995 roku podpisaniem porozumienia w Dayton.

Podpisanie układu w Dayton


Terror kultury

Nie sposób jest wymieniać wszystkie krwawe epizody tego konfliktu: wymienione tu oblężenie Sarajewa, ale też ludobójstwo w Srebrenicy, masakra ludności w Vukowarze, całkowite zniszczenie Dubrownika to zbrodnie popełniane przez Serbów. Wypędzenie ludności serbskiej z Krajiny przez Chorwatów, zniszczenie przez nich Mostaru to tylko niewielka część tragicznego bilansu wojny. Wszystkie strony konfliktu mają na sumieniu dziesiątki tysięcy istnień ludzkich. Zarówno Serbowie, jak i Chorwaci, a także Bośniacy przeprowadzali czystki etniczne, wykazywali się wyjątkowym okrucieństwem wobec ludności zamieszkującej dane terytorium. Do Bośni ściągały jednostki paramilitarne związane z fundamentalizmem islamskim (tzw. Mudżahedini), którzy odpowiadali za szereg masakr na ludności serbskiej.

Według Ivana Čolovićia, serbskiego etnologa badającego rolę kultury jako nośnika nienawiści o podłożu etnicznym, czystki nie są jedynie zabijaniem i wypędzaniem ludzi. To także niszczenie historycznych śladów kultury wroga i ich symbolicznej obecności. Čolović w wielu swoich publikacjach, w szczególności w książkach Bałkany – terror kultury i Polityka symboli, rozprawia się z serbskim nacjonalizmem, ze źle pojętą tożsamością, która legitymuje przemoc. Zjawiska, o których pisze autor, wciąż obecne są w dyskursie publicznym. Nacjonalizm prowadzący do nienawiści przejawia się w wielu aspektach życia, a z których autor wydobywa przede wszystkim te związane z kulturą. Baśń narodowa o wyższości serbskiego narodu i religii prawosławnej nad pozostałymi narodami i wyznaniami silnie działa na wyobraźnię i morale Serbów, którzy – zgodnie z obowiązującą linią propagandową – gotowi są przelać krew za ojczyznę. Baśń narodowa to, zdaniem Čolovićia, mieszanina faktów i fikcji, świata realnego i wyobrażeniowego. Nie jest niewinnym mitem przekazywanym z pokolenia na pokolenie; ma doprowadzić do określonego skutku politycznego czy społecznego, wpływać na emocje, kształtować postawy i nakłonić do określonych działań. Utajniona motywacja autorów baśni powoduje, że trudno jest jednoznacznie uznać ją za swoistą odezwą polityczną, formę zakamuflowanej agitacji.

Baśń narodowa nie jest niewinnym mitem, ale ma nakłonić do określonych działań

Kilka najważniejszych toposów tej narodowej baśni Čolović zamieszcza w jednej z wymienionych wcześniej książek, czyli w Polityce symboli. Naród serbski jest w tej legendzie najstarszy na świecie; to z niego wywodzą się wszystkie inne narody. Jednocześnie jest też najmłodszy i najświeższy. Naród serbski od zawsze żyje na serbskiej ziemi. Rzeka Neretwa jest aortą serbskiego krwioobiegu, Drina kręgosłupem, a góry na pograniczu serbsko-bośniackim to jej płuca. Związek Serbów z ciałem matki Serbii i wzajemna łączność pokoleń utrzymuje się dzięki serbskiej krwi. Miejsca, które były świadkami przelewu krwi, mają szczególne znaczenie dla serbskiej tożsamości. Te miejsca to pola bitew, groby i miejsca straceń. Naród serbski nie zmienia się, mimo że wiele bogatszych i potężniejszych narodów próbuje go unicestwić. Także w samej Serbii żyje wielu zdrajców usiłujących zniszczyć swoich braci. W przetrwaniu narodu serbskiego istotną rolę odgrywa Bóg. Boża Opatrzność i serbska tożsamość związane są na wieki. Serbowie są strażnikami tradycji i religii. W świecie zewnętrznym pozbawionym duchowości i nastawionym na dobra materialne Serbowie mogą stanowić wzór zaangażowania w bój o prawdziwe wartości. Ich walka skierowana jest przeciwko rozmaitym współczesnym „wynaturzeniom”, takim jak mieszanie ras, języków, religii, państwa wieloetniczne, małżeństwa mieszane.

Nietopiący się język

Szczególne miejsce w tożsamościowej retoryce serbskiej zajmuje język. Serbowie traktują go – podobnie jak terytoria i narodową baśń – jak sacrum. Językoznawcom i filologom powierzono zadanie pilnowania, aby język serbski nie został zbezczeszczony. Wyjątkowe rolę w pielęgnowaniu świętego języka serbskiego pełnią jednak pisarze i poeci. Čolović przedstawia wiele wypowiedzi serbskich literatów na temat roli języka; wśród nich wyróżnia się Matija Bećković, pisarz i poeta, a także prominentny działacz polityczny. W swojej twórczości przekonuje on, że język to jedyne, co na Kosowie nie zostało ścięte, języka ogień się nie ima, język się nie topi, nic mu zrobić nie mogą ni ostrze, ni ołów.

Język jest także ważnym narzędziem w doraźnej polityce. Według wielu propagandystów serbskich jedna z największych tragedii wojennych w Bośni, czyli masakra muzułmańskiej ludności w Srebrenicy, to jej „przewietrzenie” i „przywrócenie w mieście osiągnięć cywilizacyjnych”.

Część z ponad 6500 nagrobków na Cmentarzu i Pomniku Ofiar Ludobójstwa w Srebrenicy-Potočari z 1995 r.
Część z ponad 6500 nagrobków na Cmentarzu i Pomniku Ofiar Ludobójstwa w Srebrenicy-Potočari z 1995 r., fot. Michael Büker, CC BY-SA 3.0

 


Duchowość i duch narodu

Specjalny status w kulturze serbskiej zajmuje także wspomniana wyżej religia. Mariaż tronu i kościoła, a raczej serbskiej cerkwi, ma długie tradycje, zaś najsilniej objawił się w dwudziestoleciu międzywojennym w postaci Świętosławia – ideologii narodowo-religijnej rozwijanej przez teologów Mikołaja Velimirovićia i Justyna Popovićia.
Duchowość powiązana jest z tak zwanym duchem narodu. Sacrum miesza się z profanum, Boga i duchowość angażuje się w doczesne działania, np. sportowców i armii, gdzie wojskowy klub piłkarski jest nazywany „specyficzną przestrzenią kulturową i duchową”. Piłkarze belgradzkiego klubu Partizan oraz liczni prominentni politycy pielgrzymują regularnie do monastyru Hilandar na greckim półwyspie Atos. W Stowarzyszeniu Pisarzy Serbskich instaluje się ikonę Matki Bożej Trójrękiej, co zostało odnotowane przez prorządowy periodyk „Politika” jako akt zawierzenia się patronce twórców pióra, a owa trzecia ręka jest niczym innym, jak ręką serbskich poetów. Jednak działania te nie mają nic wspólnego z religią. Słowa takie jak: religia, świętość, świątynia, ołtarz używane są retorycznie jako figury, które mają za zadanie wzmocnić znaczenie jakiejś narodowej wartości. Dzięki temu „językowi religii” ideologiczny przekaz propagandowy jest bardziej skuteczny.

W budowaniu tożsamości opartej na baśni narodowej propagandystów wspierają serbscy intelektualiści, co jest szczególnie niebezpieczne, gdyż wraz z legitymizacją mitu przez autorytety utrudnia się weryfikację faktów. I tak na przykład historyk Srđa Trifković przestrzega swój kraj przed deserbizacją, utratą tożsamości, która zostanie unicestwiona przez Zachód będący symbolem „ich” – obcych, innych. W tekście dla wspomnianej powyżej „Politiki” z roku 2001 roku, a więc wydanej już po wojnie, wieszczy katastrofę Serbii, w której Dla naszego dobra zakazana zostanie poezja pisana dziesięciozgłoskowcem (…). Dla naszego dobra zmniejszą nam ilość cholesterolu w żywności, alkohol i tytoń zastąpią viagrą i prozakiem, jogging uczynią obowiązkowym. Do katalogu cnót i wartości, które wyróżniają Serbów spośród innych narodów, a które brzmią znajomo, należy dorzucić argument o tym, że to Serbowie właśnie pokazali Zachodowi, do czego służy widelec.

Čolović jest bezwzględny w swojej ocenie kultury serbskiej, lecz także innych krajów regionu, czyli Chorwacji, Słowenii, Bośni i Hercegowiny. Wprost mówi o kulturze, która konfrontuje, różnicuje, wyklucza, wreszcie zabija. W swoich książkach koncentruje się na nacjonalizmie serbskim, ale zdaje sobie doskonale sprawę – podobnie zresztą jak wszyscy obserwatorzy sytuacji na Bałkanach – że wina nie leży wyłącznie po stronie jego rodaków; po prostu skupia się na swojej ojczyźnie jako tej, którą zna najlepiej i której mit narodowy miał najbardziej bolesne dla niego skutki.

Według Čolovićia tożsamość jako kategoria identyfikacyjna niczemu już nie służy

W wojnie w byłej Jugosławii zginęło według różnych źródeł od 100 do 200 tysięcy ludzi. Liczbę osób, które musiały opuścić swoje domostwa szacuje się na 3,5 miliona. Dla porównania dzisiejsza Serbia liczy około 7 milionów mieszkańców, Chorwacja – 4 miliony mieszkańców, Bośnia – 3,5 miliona. Nie sposób policzyć ofiar gwałtów, osób zaginionych, cierpiących na choroby psychiczne, z depresją, zespołem stresu pourazowego czy zaburzeniami lękowymi.

Dodatkowym skutkiem konfliktu na Bałkanach był rozpad języka serbsko-chorwackiego. Co więcej, Czarnogórcy i Bośniacy także zdołali uzyskać dla swojej mowy status odrębnych języków i w ten sposób na Bałkanach mamy cztery niemal identyczne idiomy, którymi posługują się mieszkańcy byłej Jugosławii. Absurd tej sytuacji widoczny jest w wielu stacjach telewizyjnych, w których za pomocą napisów „tłumaczy się” materiał z np. chorwackiego na serbski, czarnogórski i bośniacki, otrzymując właściwie identyczne teksty.

Dyskurs tożsamościowy ma się na Bałkanach bardzo dobrze. Rozwój nowych technologii, powszechność Internetu i łatwość w dotarciu do informacji powodują zaostrzanie ksenofobicznego kursu. Jest to bolączka nie tylko tego regionu: Serbowie mówią, że podgrzewanie nastrojów nacjonalistycznych nie jest ich cechą narodową – w sprzyjających okolicznościach w każdym kraju mogłoby dojść do takiej samej tragedii, jak w byłej Jugosławii. Czas pokazał, że mieli sporo racji.

W ostatniej książce Ivana Čolovićia, jaką otrzymał polski czytelnik, czyli w Rozstaniu z tożsamością, autor pisze z goryczą, że kładzie kres zajmowaniu się kwestią, której poświęcił wiele lat pracy. Według niego tożsamość jako kategoria identyfikacyjna niczemu już nie służy. Już nie uważam, że można dziś przedstawić teoretyczny model tożsamości narodowej lepszy od tego, który proponuje nacjonalizm, na przykład uwzględniający jej złożoność, pluralizm, relacjonalność, hybrydyzm czy dynamikę, i pomóc w ten sposób praktykom polityki tożsamości poprowadzić ją drogą tolerancji i poszanowania różnic między ludźmi.

 

Źródła:

Ivan Čolović, Bałkany – terror kultury, Czarne 2014
Ivan Čolović, Polityka symboli, Universitas 2001
Ivan Čolović, Rozstanie z tożsamością, Wydawnictwo Akademickie Sedno 2021
Karl-Markus Gauss, Europejski alfabet, Czarne 2008
Anna Jagiełło-Szostak, Komuniści jugosłowiańscy wobec idei i tożsamości jugosłowiańskiej, [w:] „Balcanica Posnaniensia” 2013, vol. 20
Karolina Kawczyńska, Dezintegracja Jugosławii, Most w Mostarze – symbol dialogu i wojny kultur, Wydawnictwo Nauka i Innowacje 2014
Dubravka Ugrešić, Kultura kłamstwa, Czarne 2006

 

Zdjęcie główne: Zagrzeb w 1976 roku, fot.  / Flickr, CC BY-NC-SA 2.0

Posted on

Tożsamość współczesnych Greków. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E25

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszamy Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

Czy dzisiejsi Grecy czują się potomkami starożytnych Hellenów? Jakie mają inne historyczne punkty odniesienia? Co oznacza nazwa ich kraju i do jakich symboli odwołuje się ich flaga? Co należy wiedzieć o greckim języku, o tamtejszych dialektach, o stosunku do wszechobecnej angielszczyzny?  Czy Grecy są społeczeństwem postępowym? Dyskutujemy również o takich kwestiach, jak nadawane w Grecji imiona, grecki stosunek do religii i najważniejsze lektury każdego Greka.

Prowadzenie: Julia Wollner
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
Lente o Grecji

Posted on

Prezenty przenoszące nad Morze Śródziemne

Robiąc zakupy w sklepie Lente, wspierasz jedyny w Polsce magazyn i podcast o kulturze śródziemnomorskiej!

(autopromocja)

Jeśli kochasz kraje Południa lub chcesz obdarować kogoś, komu bliska jest ich kultura, to jesteś w dobrym miejscu. W sklepie śródziemnomorskim Lente znajdziesz oryginalne, starannie wybrane propozycje, pełne symboliki i kulturowych odniesień.

Wybierać możesz wśród następujących kategorii produktów:
biżuteria
dekoracja wnętrz (dom)
zapachy
różności
książki
i innych.

Na Twoje życzenie zapakujemy je tak, by były gotowe do położenia pod choinką i zachwycały już od pierwszego spojrzenia!

Paczkę możesz odebrać osobiście w kilku punktach w Warszawie (ul. Hoża, ul. Górczewska, ul. Lwowska i ul. Solec) lub skorzystać z dostawy pod wskazany adres.

Oto kilka naszych bestsellerowych cudeniek!

Pozłacana biżuteria z oliwkowej serii Flora. Drzewo oliwne to symbol pokoju, mądrości i ponadczasowego piękna. Starożytni mawiali, że świat śródziemnomorski kończy się tam, gdzie nie ma już oliwnych gajów. Według starożytnych Egipcjan ludzie otrzymali oliwę w darze od bogini Izydy. Grecy z kolei twierdzili, że zawdzięczają ją Atenie. Podczas walki o władzę nad Attyką, którą Atena toczyła z Posejdonem, wygrać miał ten, kto przekaże ludziom najcenniejszy dar. Posejdon ofiarował wspaniałego rumaka, który wyłonił się z morskich fal, Atena zaś – drzewo oliwne, symbol pokoju, mądrości i sytości. Oczywiście bogini wygrała, a Grecy wierzą, że na Akropolu nadal rosną drzewa, które są praprawnuczkami tej pierwszej, boskiej oliwki. Pod drzewem oliwnym narodzili się m.in. Artemida i Apollo, a także założyciel Rzymu – Romulus razem z bratem Remusem.

 

Kawa Boże Narodzenie nad Morzem Śródziemnym. Na nadchodzące święta proponujemy pyszną kawę z ziaren typu arabica, poddanych specjalnej obróbce zwanej aerobic fermentation, które tworzą niepowtarzalny, orzeźwiający profil smakowy idealny na chłodne dni. Kawa Boże Narodzenie nad Morzem Śródziemnym zaskakuje nutami pomelo, które w połączeniu z lekką kwasowością przypominają smak świeżo zerwanych owoców. Dodatkowo wyczujesz w niej delikatną słodycz maślanych ciasteczek!
Kawa Boże Narodzenie nad Morzem Śródziemnym doskonale smakuje przyrządzona w metodach przelewowych (Chemex, V60) oraz jako espresso.




Akwarele Alicji Nikiel.
Wydruki dostępne w sklepie “Lente” to reprodukcje cyklu monochromatycznych akwarel, wykonanych przez autorkę podczas jej kilkuletniego pobytu w Grecji. Artystka jest plastyczką, ilustratorką, graficzką, członkinią Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików. Nieustającą inspirację dla jej twórczości stanowią podróże, podczas których powstają cykle szkiców i akwarel – impresje odwiedzanych miejsc, poznawanych kultur i ludzi. Szczególnie kocha i czerpie z bogactwa kulturowego krajów śródziemnomorskich, w których mieszkała i tworzyła kilkanaście lat   Od niedawna swą uwagę zwraca również ku graficznej i malarskiej interpretacji natury oraz form organicznych. Swoją twórczość prezentowała na wystawach indywidualnych i zbiorowych w Polsce, Izraelu, Grecji, Belgii, Holandii, Anglii i USA.

 

Mamy nadzieję, że wśród naszych propozycji znajdziesz coś pięknego dla Twoich bliskich. Na koniec pragniemy Ci jeszcze przypomnieć, że na prezent doskonale nadaje się także kupon na platformie Patronite.pl! To tak naprawdę dwa prezenty w jednym – obdarowujesz wybraną przez Ciebie osobę, a zarazem wspierasz Twórcę, czyli na przykład magazyn Lente. Więcej na ten temat dowiesz się tutaj.

Życzymy Ci wiele radości z obdarowywania!

Posted on

Świąteczna panna cotta

Lekka jak chmurka panna cotta prawdopodobnie pochodzi z Piemontu – być może powstała wśród wzgórz Langhe, słynących z wina Barolo, trufli, orzechów laskowych i serów. Najprostsza wersja deseru ogranicza się do tłustej kremówki, cukru i żelatyny, choć dzisiaj większość szefów kuchni zastępuje część śmietany mlekiem, żeby deser był nieco lżejszy. Panna cotta zostawia kreatywnym kucharzom spore pole do popisu: śmietankę można aromatyzować, dodając do niej wanilię, kawę, skórkę cytrusów, deserowe wina albo rum, a gotowy deser podawać z karmelowym sosem, sezonowymi owocami, orzechami lub czekoladą.


Dużą zaletą panny cotty jest jej prostota: kilka składników, kilka minut i następnego dnia mamy deser, który zachwyci gości. Żeby nadać mu świątecznego charakteru, dodaję korzenne przyprawy: cynamon, imbir, gałkę muszkatołową i kardamon, a gotowy deser posypuję startą skórką pomarańczy. Jeśli chcemy, żeby deser był wegetariański, zamiast żelatyny można wykorzystać agar, wytwarzany z alg morskich. Moja wersja z samej kremówki jest gęsta i bardzo kremowa – lżejszy deser uzyskamy, połowę śmietanki zastępując mlekiem.

 

Przepis: Świąteczna panna cotta

4 porcje

 3 łyżeczki żelatyny w proszku
500 ml śmietanki kremówki
1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
1/2 łyżeczki imbiru w proszku
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
40 g cukru

1/2 szklanki świeżej żurawiny
4 łyżki brązowego cukru
1 niewoskowana pomarańcza

Żelatynę zalewamy 6 łyżkami zimnej wody, mieszamy i odstawiamy na 5 minut.

Śmietankę podgrzewamy z przyprawami cukrem w rondelku z grubym dnem.

Mieszamy, aż cukier się rozpuści.

Podgrzewamy i zdejmujemy z ognia, zanim śmietana się zagotuje.

Do śmietany dodajemy rozpuszczoną żelatynę, mieszamy, aż się rozpuści.

Przelewamy do foremek i odstawiamy do wystudzenia.

Wstawiamy do lodówki do stężenia na co najmniej 4 godziny, a najlepiej na całą noc.

Przygotowujemy sos żurawinowy (zamiast niego można użyć żurawiny ze słoiczka).

Żurawinę zalewamy 1/2 szklanki wody i gotujemy pod przykryciem, aż popęka i puści sok.

Dodajemy cukier i gotujemy, aż sos zgęstnieje (5-10 minut), mieszając co jakiś czas.

Sos studzimy.

Delikatnie wysuwamy deser na talerzyki (żeby ułatwić sobie wysunięcie deseru z foremek, możemy zanurzyć je na kilka sekund w gorącej wodzie).

Pannę cottę podajemy z sosem żurawinowym oraz cząstkami i skórką pomarańczy.

Posted on

Charlotte Higgins, Mity greckie opowiedziane na nowo

Autorką książki Mity greckie opowiedziane na nowo, wydanej niedawno przez Marginesy, jest londyńska autorka Charlotte Higgins, na co dzień publikująca w „Guardianie” i należąca do Society of Antiquaries oraz Centre for the Study of Greek and Roman Antiquity w Corpus Christi College (Uniwersytet Oksfordzki). Jej wersja greckich mitów odniosła spory sukces w Wielkiej Brytanii. Teraz, kiedy zostały przełożone na język polski przez Danutę Fryzowską, mają szansę spodobać się w Polsce. Nie wątpię zresztą, że tak się stanie – książkę czyta się lekko i przyjemnie, bowiem napisana jest z werwą, współczesnym językiem. Przykład? Eros przemawia do Psyche seksownym głosem. Uśmiechnęliście się? Ja owszem, zaś lektura okraszona odrobiną uśmiechu jest w mym mniemaniu zawsze wskazana.

Mam jednak wątpliwości, czy publikacja Higgins spełnia wszystkie obietnice wydawcy. Reklamowana jest bowiem jako oryginalna i przełomowa, ponieważ głos otrzymują w niej wreszcie kobiety. Dla mnie propozycja Higgins to raczej sprawnie spisane opowieści, które znam już dobrze z innych opracowań. Fakt, że punkt wyjścia dla każdej z nich stanowi wątek kobiecy, nie wystarcza jednak, by okrzyknąć książkę przełomową, a elementów, które pozwoliłoby mi zakwalifikować tekst do literatury feministycznej, nie znalazłam w tekście zbyt wielu. Pomysł na poprowadzenie narracji jest rzeczywiście oryginalny (poszczególne mity stanowić mają wzór na tkaninie, którą przędą bohaterki), jednak odniosłam wrażenie, że nie wykorzystano jego potencjału. Czy warto sięgnąć po ten nowo wydany błękitny tom? Jeśli lubicie mitologię i nie oczekujecie wywrotowego jej ujęcia – zdecydowanie tak. Jeśli chcecie przypomnieć sobie opowieści dawnych Greków, bo pewne ich elementy zatarły się w Waszej pamięci – jak najbardziej. Lekturę dodatkowo umili Wam staranna oprawa książki (wyklejki, barwione brzegi pierwszych stron rozdziałów, wstążkowe zakładki) i oryginalne ilustracje Chrisa Ofilego. Zresztą – czy dla nas, miłośników Śródziemnomorza, spotkanie z mitami może być nieprzyjemne?

Charlotte Higgins, Mity greckie opowiedziane na nowo, tłum. Danuta Fryzowska, Marginesy 2024
Posted on

O świętym Mikołaju. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E24

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszamy Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

 

Podczas gdy święty Mikołaj chwyta za lejce swoich sani, po nasz Lentkowy mikrofon sięga 9-letnia Lia Wollner, która wypytuje mamę o śródziemnomorskie korzenie ulubionej dziecięcej postaci. Czy Mikołaj żył naprawdę? Skąd pochodził? Czy ktoś go kiedyś namalował? Dlaczego niektórzy Włosi święto Mikołaja obchodzą w maju, a nie w grudniu? Z podcastu dowiecie się także, czy Mikołaj ma siedzibę w Hiszpanii, jak widzą go Grecy i co łączy go z polsko-włoską królową Boną.

Prowadzenie: Lia Wollner

Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹 nasze artykuły o św. Mikołaju

Posted on

Zygmunt Kubiak. Pisarz polski, pisarz śródziemnomorski

Był humanistą w każdym calu i eseistą w wielkim stylu, który z nieodmienną powagą traktował swoje pisarskie rzemiosło. Uparcie dowodził, że Polska duchowo, w najlepszej części swej tradycji, leży nad Morzem Śródziemnym, a dzieła literackie powstające tu i teraz mają sens o tyle, o ile ich przeznaczeniem jest długie trwanie.

Nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem czy aprobatą.

Sprawy nie ułatwiał sam autor Brewiarza Europejczyka i demonstrowana przezeń po wielekroć niechęć do komunistycznego i postkomunistycznego środowiska literackiego, a także zupełna obojętność wobec gazetowych hierarchii oraz zawirowań na giełdzie literackiej. Wiele drzwi zamykało też przed nim dumne credo, które uznać by można w naszej ponowoczesnej epoce za ontologiczny skandal: Gdy mnie ktoś pyta, czy jestem prawicowy czy lewicowy, odpowiadam zawsze, że moja Polska to Polska śródziemnomorska. Kubiak wygłaszał je, ilekroć ktoś próbował wprząc go w tryby jakiejś powstałej po 1989 r. formacji politycznej lub wypisać jego nazwisko na sztandarach powiewających nad którymś ze stronnictw światopoglądowych.

Mykeny, nieopodal skarbca Atreusza, 1978 rok
Mykeny, nieopodal skarbca Atreusza, 1978 rok


Partia arystokratów ducha

Wydaje się, że jedyna partia, do której mógłby należeć, to partia arystokratów ducha – elitarna formacja łącząca żywych i umarłych oraz tych, którzy się dopiero narodzą. Jej zwolennicy głoszą suwerenność wobec przemijających wydarzeń zewnętrznych, unikając nadmiernego prestiżu osobistego przeglądającego się w zwierciadle adoracji świata materialnego. Swe prawdziwe uczucia, dążności i powinności lokują gdzie indziej. Statutem takiej partii byłyby zapewne słowa brytyjskiego pisarza Edwarda Morgana Forstera: Wierzę (…) w arystokrację wrażliwych, uważnych i mężnych. Jej programem – inicjalne wersy z Medytacji Marka Aureliusza, słynnego filozofa na monarszym tronie: Urodziliśmy się bowiem do współpracy, jak nogi, jak ręce, jak powieki, jak rzędy zębów górnych i dolnych.

Właśnie taką obojętność, paradoksalną, bo umożliwiającą najbardziej skuteczne czyny i najbardziej realne działania, mędrcy stoiccy z Grecji nazywali ataraksía, niewzruszonością. Zestawiając ją z pokorą, cnotą biblijną, nakazującą kłaść rękę na swoje usta, a także z rzymską trzeźwością, czyli widzeniem świata takim, jaki on rzeczywiście jest, oraz szeregiem innych cnót i wartości, które pierwszy raz ujrzały światło dzienne kiedyś nad Morzem Śródziemnym, kreował Kubiak dobroczynną przestrzeń, umożliwiającą mu ocalenie własnej – jak mówił – substancji duszy. Ale nie tylko własnej.

We wszystkich jego publikacjach, począwszy od wydanego w 1963 r. przez Znak Półmroku ludzkiego świata, przechadzamy się niemal wyłącznie pośród arcydzieł (Inne książki najzwyczajniej w świecie mnie nudzą – wyznał kiedyś). We wszystkich spotykamy się też z jakimś szczególnym oddziaływaniem, tchnieniem, zrównoważeniem aksjologicznym, a jednocześnie z ewidentnym zmaganiem, które wyrasta z bardzo starego przekonania, że spokój ducha nie jest człowiekowi dany, lecz zadany. Dlatego z jednej strony – jak w największych dziełach literatury – panuje w jego szkicach stała temperatura, uobecnia się „wieczne teraz” i trwa wielogłosowy dyskurs anulujący przepływ stuleci i pokoleń. A z drugiej strony – restytuowana zostaje wspólnota tych, którzy niezmordowanie kołaczą do wrót tajemnicy. Tak oto powołane zostaje do istnienia europejskie uniwersum konfesyjne – wielka wspólnota kontemplujących, którzy w zaciszu świątyń, domostw lub parków, nieraz nic o sobie nie wiedząc, pochylają się w skupieniu nad tekstami zdającymi się prowadzić do żarliwego, nieomalże mistycznego wtajemniczenia.

Nic dziwnego, że swoim zachowawczym światopoglądem nawiązywał Kubiak bezpośrednio do Michela de Montaigne’a, twórcy i prawodawcy powszechnego eseju literackiego, który jako szlachcic głosił pochwałę nonchalance i lękał się, by nie posądzono go o nadmierną chęć fabrykowania książek. Udręczony karierą sądowniczą i rozdzierającymi Francję wojnami religijnymi, osiadł on w latach 70. XVI wieku w starej rodowej wieży, pełniącej od niedawna funkcję biblioteki, by czytać łacińskie księgi, sporządzać na ich marginesach notatki, rozpatrywać zdarzenia z własnego życia i lepiej poznawać samego siebie. Niejako przy okazji stworzył nowy typ piśmiennictwa, esej, umożliwiający jednoczesne formułowanie i praktykowanie przekonań. Podobnie jest ze szkicami Kubiaka, które stanowią przejaw warsztatowo-światopoglądowej integralności. Ich gatunkowym rdzeniem jest medytacja. Z niej swój początek biorą także przynajmniej niektóre rozwiązania stylistyczne. Spośród zdań i wskazań powściągliwego Gaskończyka Kubiak za bardzo ważne i wciąż aktualne dla siebie uznawał zaś to, że światu doczesnemu należy siebie pożyczać, lecz nie oddawać.

Zygmunt Kubiak podczas odbierania nagrody Premio Canaletto, stoją m.in. premier Włoch, Giulio Andreotti, minister kultury, Aleksander Krawczuk i dyrektor Muzeum Narodowego, Aleksander Gieysztor, 1989.
Zygmunt Kubiak podczas odbierania nagrody Premio Canaletto w 1989 roku. Stoją m.in. premier Włoch, Giulio Andreotti, minister kultury, Aleksander Krawczuk i dyrektor Muzeum Narodowego, Aleksander Gieysztor

Człowiek duchowy

Trzeba to powiedzieć wyraźnie: Zygmunt Kubiak to homo religiosus, niezmiernie i nieodmiennie czuły na metafizyczny wymiar sztuki. Przy czym obca była mu wszelka fanatyczna ortodoksja, karmiąca się czystością doktryny i gorliwym obalaniem bogów cudzych. Jako chrześcijanin z żalem patrzył na stygnące miejsca kultu z okresu późnego pogaństwa. W jednym z esejów wspominał, że kiedy raz nieostrożnie nastąpił na ruiny potrzaskanego przez czas i barbarzyńców antycznego ołtarza, długo nie mógł się z tego faktu otrząsnąć. Jeśli gdziekolwiek dostrzegł przejaw nienawiści religijnej – każdorazowo był boleśnie rozdarty. Czy będą to dzieje Tarsycjusza, nastoletniego chrześcijanina zakatowanego przez Rzymian w III w., czy Hypatii z Aleksandrii, pogańskiej filozofki rozwleczonej i zamordowanej w 415 r. przez rozwścieczony tłum chrześcijański, Kubiak zawsze był z nimi, z ofiarami.

I jeśli ma jeszcze dzisiaj sens przypominanie zaproponowanego w 1975 r. przez czeskiego filozofa Jana Patočkę podziału na człowieka duchowego i intelektualistę, to autor Brewiarza Europejczyka był człowiekiem duchowym. Nie olśniewał, nie odgrywał roli, nie przywdziewał przed nikim, a zwłaszcza przed sobą samym, żadnej maski. Był człowiekiem moralnym, a nie historycznym – by z kolei odwołać się do dystynkcji Kazimierza Wyki.

W duchu koncyliacji szukał Kubiak tego, co ludzi łączy. Tym między innymi można tłumaczyć charakterystyczny dla jego krytycznoliterackich tekstów ruch paralel, analogii i ciągłych zestawień. Ale chwyt ten, polegający – mówiąc w skrócie – na komentowaniu jednego pisarza przez pisarza drugiego, drugiego przez trzeciego, a trzeciego przez czwartego, wzmocniony był i poparty stanowiskiem spirytualistycznej krytyki francuskiej z początków poprzedniego stulecia, określanej wspólnym mianem „teorii sympatii”.

Hanna i Zygmunt Kubiakowie podczas podróży po Lagunie Weneckiej, 1972 rok

 

Prywatna historia literatury

Wbrew obiegowym opiniom, Kubiak zrzekał się kompetencji historyka literatury. Pisałem zresztą w książce Portret humanisty, że pieczołowite odnajdywanie literackich reguł, badanie porządków przyczynowych i organicznych powiązań między utworami, a także tropienie reprezentatywności dzieł na tle dorobku danej epoki – wszystko to z założenia pozostawiał innym. Jego prywatna historia literatury to raczej historia ludzkich zmagań, bliźniaczo do siebie podobnych wysiłków różnych autorów, którzy niezależnie od czasu i okoliczności, korzystając z rozmaitych poetyk i panujących konwencji, dochodzą do tej podstawowej prawdy, że literatura – jak to wyraził Matthew Arnold – jest krytyką życia. Twórcy ci, uniwersalizując swoje osobiste problemy, zajmują się po prostu przekuwaniem tego, co doczesne i prywatne, w to, co wieczne i powszechne. Na tej drodze powstają arcydzieła.

Budziły one szacunek eseisty już przez sam wysiłek ich twórców. Czy ten szacunek byłby przejawem ogólnej afirmacji życia, łączącej naszego autora z witalistycznymi koncepcjami Henriego Bergsona? Nie ma na to bezspornych dowodów. Tak czy inaczej, szacunek ten czy uznanie nierzadko przechodziły w podziw, który wzrastał i był tym większy, im mocniej krytyk odczuwał uobecnienie się „poezji czystej” – i z reguły nieważne, czy miał do czynienia z całym utworem, czy tylko z jego fragmentem, z poezją lub z prozą (choćby urwaną strofą wiersza bądź wyjętym zdaniem z powieści). W tej zaskakującej wizji wszelkie podziały na rodzaje i gatunki literackie, ujmowane w duchu tradycyjnej genologii, tracą na znaczeniu. Natura „poezji czystej” wiodła Kubiaka jeszcze dalej, aż do samego progu fundamentalnego wtajemniczenia, łączącego się w jakichś niesłychanie trudno wyobrażalnych (i wyrażalnych) rejonach z wtajemniczeniem religijnym. I pewnie dlatego za właściwy sobie sposób interpretacji sztuki obierał on ten, który na przełomie XIX i XX wieku zaproponowany został przez krytyków francuskich (Henriego Brémonda, Charles’a Du Bosa, Alberta Thibaudeta). Sposób ten nie podlega ścisłej dyscyplinie, nie korzysta z teoretyczno-literackich przyporządkowań, nie uznaje diachronicznego porządku – wydaje się zatem wprost wymarzony dla swobodnej formy eseju, którą autor Wędrówek po stuleciach uprawiał z dużym powodzeniem.

Zygmunt Kubiak z córką Moniką


Wielki ład

Tradycję ludzką pojmował Kubiak jako czas przemieniony w przestrzeń – stale dostępną, niemal na wyciągnięcie ręki. W takim wszechogarniającym ujęciu jak w przeogromnym tyglu spotykają się ze sobą najlepsze warstwy literatur nowożytnych (głównie angielskiej, francuskiej, nowogreckiej, amerykańskiej, włoskiej i polskiej). Ujęte wyobrażeniowo, syntetycznie i asocjacyjnie, przeglądają się w rudymentach swego grecko-rzymskiego, biblijnego i egipskiego dziedzictwa. Stosunki sukcesji i chronologii zostają w tak rozumianej tradycji przetłumaczone na stosunki oboczności. (Najlepszym przykładem jest tutaj dzieło Konstandinosa Kawafisa, samo w sobie „transhistoryczne”, a płynnie przecież spolszczone i naturalnie włączone w krwiobieg literatury rodzimej przez Kubiaka). I wszystko, co tylko wielkiego i arcydzielnego choć raz się wydarzyło, nie przepadło, lecz trwa w innym wymiarze. I składa się – jak u Thomasa Stearnsa Eliota – na wielki ład współistniejący.

Oczywiste jest zatem, że Kubiak, inaczej niż autorzy postmodernistyczni, skłonni do retorycznej swady i intelektualnej fanfaronady, zawzięcie stronił od żywiołu ironii i swego pisarstwa nigdy nie sprowadzał do kategorii pastiszu. Inaczej też niż popularni mistrzowie utylitarnej adaptacji, tacy jak Richard Rorty, bronił się przed przyjęciem i symulowaniem przed sobą iluzorycznych tożsamości. Jego więzi ze społeczeństwem nie miały charakteru sarkastycznego. Za nic miał polityczną poprawność (nigdy nie siadał pierwszy w towarzystwie nawet dużo młodszej kobiety), za to niemal w każdym zapisanym przez siebie akapicie wydawał się przygwożdżony odpowiedzialnością za słowa.
Był wyznawcą zdań odczutych, brzemiennych doświadczeniem i wypełnionych treścią, która nie mogłaby wybuchnąć z równą siłą gdzie indziej i u kogo innego. Mimo poruszania się po ogromnych połaciach wielu kultur i zaskakiwania rozległością skojarzeń nie przytłaczał czytelników nadmierną erudycją. Jako pisarz był po to, aby służyć.

Swoją pracę pisarską pojmował po organicznikowsku: dopóki starczało mu zdrowia i sił, jeździł nawet do małych miejscowości, by stymulować czytelnictwo. Notabene poza trzema latami spędzonymi w Krakowie w redakcji „Tygodnika Powszechnego” nigdy nie został zatrudniony etatowo. Żył – jak mówił – zamurowany w pracy dla czytelników. Zainteresowanie z ich strony stanowiło dla niego potwierdzenie słuszności obranej w chłopięctwie drogi, kiedy przepisał sobie gramatykę grecką z pożyczonego kajetu. Łacinę poznał wcześniej na tajnych kompletach gimnazjalnych. I kiedy po wojnie wstępował na Uniwersytet Warszawski, był już człowiekiem niemal bez reszty ukształtowanym przez świat czytanego w oryginale Platona i Wergiliusza.

Ostatecznie nic dziwnego, że jego swoiste opus magnum stanowiła inicjująca trylogię antyczną Mitologia Greków i Rzymian, w całości poświęcona światu klasycznemu, który – zdaniem Kubiaka – istnieje zawsze. Wraz z publikacją Mitologii… spadł na niego ogromny sukces. Zainteresowanie książką przeszło najśmielsze oczekiwania krytyków i wydawcy. W krótkim czasie książka osiągnęła zawrotny nakład ponad 200 tys. sprzedanych egzemplarzy, stając się swoistym bestsellerem dla intelektualistów. Także wówczas Zygmunt Kubiak pozostał jednak człowiekiem skromnym. Do końca twierdził, że lepiej terminować w szkole mistrzów, aniżeli na siłę szukać oryginalności, której ceną stałoby się zerwanie z tradycją.

Zmarł ponad 20 lat temu (19 marca 2004) – nagle, podczas pracy nad przekładem Ewangelii.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego Moniki Lapaczewski, córki Zygmunta Kubiaka – autor szkicu serdecznie dziękuje za ich udostępnienie.
Posted on

O mitologii. Rozmowa z Katarzyną Marciniak. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E23

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszamy Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

 

W tym roku świętujemy 100-lecie wydania Mitologii Parandowskiego. Z tej okazji rozmawiam z prof. Katarzyną Marciniak, dyrektorką Ośrodka Badań nad Tradycją Antyczną, o tym, czym dla Polaków jest Śródziemnomorze – koncept, który wykracza poza granice geograficzne regionu – i jego mity. Jak mitologia kształtuje tożsamość? Jak wpływa na widzenie świata? Jaką rolę w kulturze polskiej i europejskiej odegrało dzieło Jana Parandowskiego, a jak przyjęto je poza naszym kontynentem? Gawędzimy także o skarpetach Cerber, wodzie mineralnej Lete i innych śladach starożytnych legend w naszej zupełnie współczesnej rzeczywistości, jak również o tym, że wszyscy, żeglując po meandrach życia, jesteśmy trochę Argonautami.

Prowadzenie: Julia Wollner

Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹 Katarzyna Marciniak, Sto lat Mitologii Parandowskiego

Posted on

Nowy przekład Dekameronu Boccaccia!

Nakładem wydawnictwa Marginesy ukazało się właśnie nowe tłumaczenie Dekameronu, którego dokonała współpracująca z „Lente” Zofia Anuszkiewicz – italianistka i badaczka średniowiecza. Jak wygląda ta imponująca publikacja, zobaczyć możecie poniżej. Ileż tu koloru, ileż werwy! Okładka i ilustracje Kiry Pietrek doskonale oddają klimat, w który zanurzy się ten, kto rozpocznie lekturę. Wszak Boccaccio nie tylko odmalowuje obyczaje włoskiego średniowiecza, ale przede wszystkim daje wyraz zachwytu nad bujnością życia ze wszystkimi jego namiętnościami. Wszystkimi, bez żadnych wyjątków – co sprawiło, że utwór długo gościł na indeksie ksiąg zakazanych, a i dziś wywołuje rumieńce u niejednego czytelnika.


Na przeszło siedmiuset stronach tej niezwykłej księgi czekają Was historie zabawne, sprośne i pouczające. Nie mniej ciekawy od nich jest rozległy komentarz autorki przekładu, w którym opisuje ona swoją przygodę z Dekameronem i jego językiem; fascynuje także posłowie profesora Piotra Salwy. Opisuje on dzieło Boccaccia jako barwną układankę, która została nam przekazana w darze prawie siedem wieków temu, i chyba nic nie wskazuje, aby miała się znudzić.

Mnie, po zetknięciu się z jej nowym wydaniem, słowo chyba wydaje się zupełnie zbędne.

Giovanni Boccaccio, Dekameron, tłumaczyła Zofia Anuszkiewicz, przypisy opracowała  Anna Pomierny-Wąsińska, ballady przełożył Piotr Szof, a posłowiem opatrzył Piotr Salwa, Marginesy 2024
Posted on

Gnocchi di prugne

Podobieństwo do knedli jest nieprzypadkowe — w regionie przez wieki ścierały się wpływy Wenecji i imperium Habsburgów, a austro-węgierskie tradycje kulinarne widoczne są we friuliańskiej kuchni do dzisiaj. Triesteńska kultura gastronomiczna rozwinęła się w dużej mierze dzięki wiedeńskim kawiarniom, a w lokalnych kuchniach zadomowiły się środkowoeuropejskie składniki, jak kiszona kapusta, chrzan, rzepa i ziemniaki. Triesteński gulasz wołowy doprawia się węgierską papryką i podaje z polentą, a strucolo to odmiana austriackiego strudla, która występuje zarówno w wersji słodkiej, z farszem z orzechów włoskich, bułki tartej i rodzynek, ale też wytrawnej, nadziewanej szpinakiem, groszkiem i ricottą.

Gnocchi di prugne (zwane też gnocchi di susine, jeśli przygotowywane są ze świeżych owoców), w Austrii znane są jako Zwetschkenknödel. Można podawać je jako słodkie pierwsze danie albo na zakończenie posiłku jako deser. Ugotowane knedle obtacza się w bułce tartej, podsmażonej z dodatkiem masła, cynamonu i cukru. Niektórzy nadziewają śliwki kostkami cukru, inni balansują słodki smak, ścierając na knedle wędzoną ricottę albo polewając je sosem na bazie pikantnej gorgonzoli.



Przepis: Gnocchi di prugne

Nadzienie
150 g suszonych śliwek
2 łyżeczki cukru trzcinowego

Ciasto
750 g ziemniaków
50 g masła
30 g startego parmezanu
200 g mąki 00
1 żółtko

Do podania
50 g bułki tartej
50 g masła
1 łyżeczka cynamonu


Suszone śliwki zalewamy gorącą wodą.

Odstawiamy na 20 minut. Odcedzamy.

W miseczce mieszamy śliwki w cukrze trzcinowym.

Ziemniaki myjemy, obieramy i gotujemy w lekko osolonej wodzie.

Odcedzamy i dokładnie rozgniatamy praską.

Do gorących ziemniaków dodajemy pokrojone w kosteczkę masło i parmezan, dokładnie mieszamy. Odstawiamy do lekkiego przestudzenia.

Dodajemy mąkę i żółtko, zagniatamy gładkie ciasto. Jeśli jest zbyt klejące, dodajemy odrobinę mąki.

Oprószonymi mąką dłońmi formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego, które rozpłaszczamy na dłoni na cienki placuszek. Na środku umieszczamy śliwkę, zlepiamy brzegi i formujemy kształtną kulę. Odkładamy na oprószony mąką talerz.

Zagotowujemy dużą ilość lekko osolonej wody, wrzucamy gnocchi.

Gdy woda ponownie się zagotuje, zmniejszamy ogień i czekamy, aż kluseczki wypłyną na powierzchnię. Odcedzamy.

Bułkę tartą prażymy na suchej patelni, dodajemy masło i cynamon.

Mieszamy, aż masło się rozpuści.

Posted on

Bartek Kieżun, Chorwacja do zjedzenia

O kuchni chorwackiej nie wydano dotąd zbyt wielu publikacji. Może dlatego, że czerpie ona z bogactwa kulinarnego innych krajów, których smaki zostały już wielokrotnie opisane? Na mozaikę chorwackich pyszności składają się wszak, między innymi, włoskie makarony, turecki burek czy bałkańskie cevapcici, którym nikt nie udowodni chorwackiego rodowodu. Poza nimi jest jednak jeszcze wiele do odkrycia, a każdy region kraju szczyci się innymi specjałami. Sporo stracił ten, kto nie spróbował dań z trufli w Istrii czy owoców morza w Dalmacji!

Tę zauważalną lukę w naszych przykuchennych biblioteczkach z powodzeniem uzupełnił Bartek Kieżun, który na temat swej najnowszej książki wybrał właśnie wspaniałe smaki Chorwacji. Trudno wprawdzie rzec, by, podejmując wyzwanie, wykazał się niezwykłym bohaterstwem: jak sam twierdzi, pisanie przyszło mu wyjątkowo łatwo, bowiem to właśnie ten śródziemnomorski kraj poznawał jako pierwszy, zakochując się w regionie, jego atmosferze i specjałach. Dla czytelnika jest to jednak informacja ze wszech miar pozytywna: po raz kolejny powstała bowiem piękna publikacja, pełna bezpretensjonalnej śródziemnomorskiej radości. Starannie dobrane przepisy, potrawy sfotografowane w prosty, nieudziwniony sposób, wreszcie: zabawne, a jednocześnie pouczające opowieści Bartka składają się na całość lekkostrawną, przystępną i naprawdę smakowitą.

Jako miłośniczka Bartkowej twórczości czuję się tą publikacją usatysfakcjonowana, a jej piękna okładka już od kilku dni zdobi półkę nad blatem w mojej kuchni. Myli się jednak ten, kto sądzi, że, pełna sympatii do autora, straciłam recenzencki obiektywizm. Niektórym fragmentom Chorwacji przydałaby się staranniejsza redakcja: tu i ówdzie zabrakło przecinka, gdzieś hałasuje zbyt wiele wykrzykników, w kilku miejscach oko męczą powtórzenia. Nie jestem też zwolenniczką intensyfikacji przymiotników za pomocą przedrostka mega-; neologizmy w rodzaju megaśmieszny nie przekonują mnie nawet w tekście pisanym bardzo nieformalnym stylem. To, co zupełnie nie przeszkadza mi w mowie potocznej czy w sieci, razi odrobinę w elegancko wydanym albumie. Śródziemnomorze jednak nigdy nie było idealne; to nie w braku przywar tkwi jego urok. Podobnie rzecz ma się z nową książką Kieżuna. Dlatego nie zastanawiajcie się zbyt długo i sprawcie ją sobie pod choinkę.

Bartek Kieżun, Chorwacja do zjedzenia, Buchmann 2024
Posted on

Włochy zapisuję na dysku wewnętrznym. Rozmowa z Jackiem Porembą

Wywiad powstał dzięki inspiracji Asolando – jednego ze szczodrych Patronów magazynu „Lente” na platformie Patronite.

Ty też możesz wesprzeć nas na Patronite. Tutaj dowiesz się, jak to zrobić.

 

Jacek Poremba urodził się w 1966 roku; od 1990 działa jako zawodowy fotograf. Specjalizuje się w fotografii modowej, portretowej i reklamowej. Współpracował z najważniejszymi polskimi czasopismami; jest też autorem fotografii na okładki licznych wydawnictw płytowych, m.in. Marii Peszek, Kory czy Anny Marii Jopek, oraz zdjęć na plakaty Opery Narodowej. Od kilku lat żyje między Polską a Sycylią.


Julia Wollner: Wierzysz w coś takiego, jak Śródziemnomorze rozumiane jako pewna kategoria duchowa i kulturowa?

Jacek Poremba: Nie tyle wierzę, ile wiem, że istnieje. Bardzo długo nie miałem z tym światem do czynienia – po raz pierwszy dotknąłem go dopiero na początku lat 90., kiedy pojechałem na pokazy mody do Mediolanu. Już sama podróż okazała się niezapomniana. Jechaliśmy autobusem przez Dolomity w czasie spektakularnej burzy, która rozświetlała góry błyskawicami. To, co nastąpiło później, chłonąłem. Miłość wybuchła. Nagle wszystkie wakacje zaczęły kończyć się we Włoszech, choć plany podróży miałem przecież przeróżne. Jednak to w Italii wszystko idealnie się łączyło: ludzie, architektura, krajobrazy, jedzenie, klimat. W ramach anegdoty wspomnę, że kiedy w 2001 roku pojechałem do Sudanu, przez chwilę mieszkałem tam u archeologów i antropologów. Ci ostatni dokonali rozmaitych pomiarów mojej osoby i orzekli, że wykazuję cechy człowieka śródziemnomorskiego. Bardzo mnie to ucieszyło. (śmiech)


Sudan jest dla Ciebie miejscem ogromnie ważnym, więc zapytam o niego, choć nie leży nad Morze Śródziemnym. Czy tamtejsze światło przypomina ci to z południa Europy?

Ważniejsze jest chyba to, że i w Sudanie, i we Włoszech znajduję wyjątkową, niepowtarzalną energię. Albo jeszcze inaczej: coś niezwykłego dzieje się tam na styku ja-miejsce. Iskrzy. Powtarzam zawsze, że Sudan zmienił mi DNA. Ostatni raz byłem tam w 2007 roku, ale do dziś, gdy – głównie wiosną i jesienią – pojawia się pewien rodzaj kontrastowego światła typowego dla tego kraju, serce zaczyna mi bić szybciej i odczuwam pewien rodzaj wzruszenia.

Spędziłem w Sudanie prawie rok, pojechawszy tam po latach spędzonych nad fotografią komercyjną. Miałem wrażenie, że dobijam do ściany i że muszę znaleźć jakąś przestrzeń dla siebie i swoich potrzeb. Sudan nie był projektem fotograficznym – zabrałem ze sobą aparat, ale nie ciągnąłem żadnych mediów czy sponsorów. Potrzebowałem wolności, nie chciałem zastanawiać się nad tym, co i dla kogo muszę zrobić. Trafiłem na wspomnianą już misję polskich archeologów, do której dołączyłem. Później, zachwycony tym miejscem, zupełnie nietkniętym przez masową turystykę, wracałem tam jeszcze przez parę dobrych lat.


Trudno mówić w ten sposób o Włoszech, które dla turystów stanowią chyba najbardziej atrakcyjne miejsce na Ziemi.

Dlatego ja zawsze staram się unikać szlaków turystycznych, oczywiście na tyle, na ile jest to wykonalne. Pamiętam moje doświadczanie Toskanii z drugiej połowie lat 90., kiedy nie była jeszcze taka zadeptana. Miałem jechać fotografować jakąś gwiazdę, ale dwa dni przed wyjazdem okazało się, że nic z tego nie wyjdzie. Spontanicznie spakowałem więc rower na samochód i pojechałem sam. Wynająłem domek i przez tydzień jeździłem rowerem po całym regionie. To naprawdę cudowne wspomnienie.

Z tego wyjazdu pochodzą moje pierwsze ważne szare zdjęcia – to dzięki Toskanii odkryłem w sobie szarość. Fotografie te, podobnie jak późniejsze, sudańskie, dosyć do toskańskich zbliżone, mówią o ciszy – najpiękniejszej muzyce, której z wiekiem potrzeba coraz więcej.


Ja uwielbiam także twoje czarno-białe zdjęcia z Sycylii. Są przepiękne, ale mocno kontrastują z powszechną opinią, że do Włoch jeździmy po to, żeby nasycać się kolorami.

Wbrew pozorom robię bardzo dużo kolorowych zdjęć, jednak w wypadku Włoch chodzi o coś zupełnie innego. Ja nie potrafię robić fotografii reportażowej. Zupełnie się w tym nie odnajduję. Prace, o których tu wspominamy, powstały po to, aby mówić o czymś, co działo się we mnie, w środku. Ja nieustannie szukam swojej opowieści. Prowadząc warsztaty zawsze powtarzam, że najważniejszym aparatem jest moja własna głowa.

Jadąc wtedy do Toskanii, wziąłem ze sobą przeterminowany film i postanowiłem, że będę pokazywać, co dzieje się, gdy moja energia styka się z energią Włoch. To był czas, kiedy eksperymentowałem w technice polaroidowej; wiedziałem, że materiały, które przywiozę, w ciemni przerzucę na materiały Polaroida. W ten sposób powstały szarości. Gdy je zobaczyłem, dostrzegłem pewną miękkość; poczułem, że jest w nich to, co towarzyszyło mi tam, na miejscu. Rodzaj spokoju i ciszy, jakiejś nostalgii i wzruszenia. Później w tej księżycowej szarości sfotografowałem cały Sudan, ale to dzięki Włochom odkryłem ten szary fragment swojej duszy.


Ile w tym pięknej uważności! Twoje śródziemnomorskie chwytanie chwili polega chyba właśnie na niej.

Aparat to pędzel, narzędzie – to, jak go wykorzystamy, zależy od nas. Nie rozumiem kompulsywnego fotografowania dań w restauracjach czy telefonów na koncertach, gdzie ludzie przychodzą posłuchać muzyki. To nieustanne robienie zdjęć wynika z przekonania, że w ten sposób coś magazynujemy na przyszłość, ale tak naprawdę zapisujemy dane tylko na zewnętrznym dysku – zamiast na tym wewnętrznym. Ten zewnętrzny dysk, którego zresztą często potem nie przeglądamy, w żaden sposób nas nie uwrażliwia. To robi tylko dysk wewnętrzny. Nawet jeśli nie pamiętamy później wszystkich szczegółów, to doświadczone rzeczy pozostają w nas, pracują w naszym wnętrzu.

Mój syn Franek, gdy miał jakieś siedem lat, zbudował dla mnie mały aparat z klocków Lego. Dał mi go do ręki i powiedział: – Papa, masz zabierać ten aparat na sesje i robić nim jedno zdjęcie, które będzie ci zostawało w głowie. Robię tak do dziś.

Na ile pomagają ci Włochy? Teraz, po latach, masz tam swój drugi dom.

Pomagają bardzo. Jak wiesz, wraz z Jarkiem Mikołajewskim myślimy o wspólnej książce o Sycylii. Szukając tematu, Jarek zadał mi kiedyś pytanie: – Co jest w tym twoim miasteczku? Odpowiedziałem: – Nic nie ma. Jest pustka i cisza. Teraz myślę, że to mogłaby być ciekawa opowieść.

A na Sycylii wylądowałem dokładnie pod koniec stycznia 2011 roku. Miałem jechać z Frankiem do Sudanu, ale wybuchły tam wówczas konflikty; podróż z dzieckiem nie wydawała mi się bezpieczna. Moja znajoma kupiła akurat domek na wyspie; wspaniałomyślnie przekazała nam klucze. Nie miałem pojęcia, że w miejscowości, do której nas zaprosiła, nie ma dosłownie nic. Liczył się dla mnie tylko fakt, że to Włochy, którymi nieustannie się zachłystywałem. Na lotnisku wynajęliśmy Fiata 500, jechaliśmy bez mapy, prosto przed siebie, śpiewając i wygłupiając się. Domek okazał się bardzo prosty, malutki, jednopokojowy, pozbawiony ogrzewania – a był to styczeń. Dostaliśmy nieźle w kość! Spaliśmy pod elektrycznym kocem, w czapkach i wszystkich ubraniach. W dzień organizowaliśmy sobie wycieczki. Przeczytaliśmy gdzieś na przykład, że w Syrakuzach jest oceanarium; mapa pokazywała, że dzieli nas od niego jakieś 150-200 km. Uznałem, że szybko nam pójdzie. Okazało się, że drogi na Sycylii trzeba liczyć nie w kilometrach, a w czasie. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, oceanarium właśnie zamykano. A że kolejna wielogodzinna podróż nie wchodziła w grę, znaleźliśmy jakiś mały hotelik i ustaliliśmy, że do oceanarium pójdziemy rano. Następnego dnia odkryliśmy, że cała ta instytucja liczy trzy akwaria na krzyż. Odkrywaliśmy za to Syrakuzy, oczywiście na tyle, na ile jest to możliwe z kilkuletnim dzieckiem. To chyba wtedy zacząłem myśleć o tym, że posiadanie swojego lokum na wyspie byłoby czymś wspaniałym.


Poznałeś też wówczas osobę, która stała się dla ciebie ważna.

To jest dosyć zabawna historia. Kilka razy zdarzyło mi się o poranku wyjść przed dom w samych bokserkach – na dworze bywało cieplej niż wewnątrz. Po okolicy szybko rozeszła się wieść, że do miasteczka przyjechał jakiś wariat i zimą krąży po ulicy w samej bieliźnie. Któregoś razu, kiedy paradowałem tak przed domem, podjechał do mnie pewien Włoch i zaczął mnie zagadywać. Chciał chyba sprawdzić, czy naprawdę jestem tak dziwny, jak mówią. Okazało się, że to niejaki Giuseppe – były kierowca Formuły 3, założyciel klubu Maserati na całą Sycylię. Ważna postać w miasteczku. Nie mówiłem wówczas nic po włosku, on z kolei nic po angielsku, a podczas tego pierwszego spotkania gadaliśmy ze sobą przez 3 godziny! Opowiedzieliśmy sobie całe życie, wszystkie pasje i miłości. Okazało się, że ze wszystkim nam do siebie po drodze. Nasza przyjaźń trwa do dziś, a Giuseppe jest mi najbliższym ze wszystkich Włochów.


Mamy więc miejsce, mamy przyjaciela i mamy marzenia o własnym domu.

Jeszcze w czasie tego pobytu zadzwoniłem do Asi, mojej żony, z pytaniem, czy moglibyśmy pomyśleć o kupnie czegoś swojego. W słuchawce usłyszałem kategoryczne „nie”. Po dwóch tygodniach, kiedy odprawialiśmy się z Franiem na lotnisku, syn spojrzał na mnie i powiedział: – Papa, ja nie chcę stąd wyjeżdżać! Już miesiąc później udało nam się namówić Asię na wspólną wycieczkę. Kiedy dotarliśmy do miasteczka, rozejrzała się wokoło i rzekła: – No dobra, mogę tutaj się zestarzeć i tutaj umrzeć.

Większość nieruchomości remontowanych przez miejscowych i wystawianych później na sprzedaż znajdowało się poza naszym zasięgiem finansowym. Nie poddawaliśmy się jednak, choć mieliśmy także swoje wymagania. Chcieliśmy na przykład mieć na tyle obszerną kuchnię, by móc postawić w niej duży stół.  Asia na dwa dni przed końcem pobytu zerwała więzadła, poruszała się o kulach. Do ostatniego domu poszedłem więc sam. Była to budynek niezamieszkany od ponad 20 lat, remontowany w latach 80. Piękne kamienne ściany pokrywała gruba warstwa farby. Kuchnia była za to szeroka, więc budynek otrzymał ode mnie plus: zmieści się stół. Wszedłem na samą górę, gdzie czekał stryszek z oknem na dach. Kiedy wyjrzałem przez nie i zobaczyłem krajobraz, wiedziałem, że nastąpił koniec naszych poszukiwań. Pobiegłem do Asi, mówiąc, że musi wejść, choćby z kulami. To był marzec, a w lipcu podpisaliśmy akt notarialny.

Jeden z ulubionych cytatów Jacka pochodzący z książki A. Camusa Zaślubiny. Lato
Jeden z ulubionych cytatów Jacka pochodzący z książki A. Camusa Zaślubiny. Lato

I zaczęła się proza życia?

Nie, zaczęła się poezja! Miałem wiele szczęścia: zakup zbiegł się w czasie z dużym zleceniem – kampanią na cały świat. Zarobione pieniądze pozwoliły mi wyremontować ten dom tak, jakby było to moje główne lokum. Szczęście dopisało nam także gdzie indziej: trafiliśmy na doskonałą ekipę, nikt nas nie oszukał, choć nie znaliśmy języka, a część prac prowadziliśmy korespondencyjnie, przez Internet. Warto dodać, że zburzyliśmy wiele – chciałem wykorzystać widok, przebudowałem więc dach. W pewnym momencie nad naszą obecną kuchnią nie było sufitu, tylko niebo; znikła też większa część ścian, pozostały tylko zewnętrzne mury. Dobrze, że człowiek, kupując stary dom, nie wie, co go czeka! Jednak dla nas był to dopiero początek. Odkryłem, że za ścianą również znajduje się ciekawa nieruchomość. Udało mi się do niej wejść. Na dole znajdował się chlewik i studnia, na piętrze – przestrzeń do zamieszkania. Całość była bardzo zniszczona. Niesiony prawdziwie ułańską fantazją stwierdziłem, że kupię i ten dom; potem zburzę dach, zburzę strop, zostawię tylko piękną frontową ścianę, i wstawię do środka palmę. Co zresztą niezwłocznie uczyniłem.


I rośnie?

Tak! Dziś to znany punkt w miasteczku. O naszym domu mówi się „dom z palmą”.

Historia palmy jest zresztą bardzo ciekawa. Razem z Giuseppem pojechaliśmy do zaprzyjaźnionego ogrodnika, aby wybrać drzewo. Ogrodnik zapytał, ile metrów ma front budynku, żeby dźwigiem móc tę palmę wstawić. Giuseppe, jak to Włoch, uspokajał go nieustannie, że non c’è problema, damy radę. Zapakowali palmę na ciężarówkę. Ta, w wąskich uliczkach miasteczka, mieściła się między kamieniczkami na milimetry. Kiedy stanęliśmy przed domem, okazało się oczywiście, że jej nie włożymy, a ekipa z większym i wyższym dźwigiem zażądała astronomicznej kwoty. Zatrudnienie ich nie wchodziło w rachubę. Musieliśmy kombinować. Frontowa ściana miała balkon, zaś pod oknem balkonowym znajdowały się drzwi. Ekipa zmontowała z palmy wagę; dźwigiem włożyli ją w drzwi na dole, później ramieniem dźwigu weszli przez okno, złapali palmę i gdy pociągnęli, ona stanęła. Sensacja na całe miasteczko! Niedługo potem pod nasze drzwi podjechał autokar pełen ludzi, którzy chcieli sfotografować palmę rosnącą wewnątrz sycylijskiego domu. I tak już chyba zostanę zapamiętany: jako ten, któremu palma odbiła! (śmiech)

Teraz drzewo wystaje już ponad taras. Kiedy pierwszy raz usiadłem koło niego i usłyszałem szum jego liści, pociekły mi łzy. To ten sam dźwięk, który pamiętałem z Sudanu…


Słuchając cię z zachwytem, stwierdzam, że twoje opowieści świadczą o tym, że nie czujesz się już we Włoszech turystą.

Bardzo szybko wchodzę w relacje z lokalnymi ludźmi. W okolicy zna mnie już każdy. Jadąc przez miasteczko, czuję się jak w papa mobile, mógłbym machać wszystkim, a kto mnie zauważa, woła: – O, grande Jacek przyjechał. W społeczność wszedłem momentalnie; moim przewodnikiem był oczywiście Giuseppe. Jednym z jego przyjaciół jest na przykład mechanik, który wygląda jak czołowy boss, a okazał się prawdziwym aniołem. Mam też drugiego Giuseppego, cudownego pana z warzywniaka. W naszej rodzinie to ja robię zakupy i muszę przyznać, że we Włoszech trochę mi to zajmuje, zanim przejdę od jednego sprzedawcy do drugiego! W pewnym momencie miejscowi zaproponowali mi, abym zajął się nieużywanym lokalnym kościołem, i urządził tam na przykład galerię. Odmówiłem, choć był to na pewno dowód wielkiego zaufania – nie mam w sobie ducha kaowca. We Włoszech zdecydowanie wolę po prostu być, siedzieć na tarasie i patrzeć; raz na jakiś czas zapalić ulubione cygaro. W ubiegłym roku kupiłem sobie osiołka – tak nazwałem mój skuter, który umila mi życie i w którym jestem po prostu zakochany. Osiołek stał się nieodłączną częścią życia. Pojechałem nim nawet do pracy na Maltę!


Poza wami jest w miasteczku wielu obcokrajowców?

Całkiem sporo; domy kupuje też coraz więcej Polaków. Ceny nieruchomości są tam wciąż atrakcyjne, nie skoczyły jakoś bardzo w górę. Za to, co w Warszawie wyda się na kawalerkę, tam można kupić pałac. Wśród obecnej lokalnej społeczności znajdziesz wariatów, którzy zupełnie uciekli od świata i mieszkają na wyspie 365 dni w roku; znajdziesz takich, którzy przyjeżdżają tylko w wakacje. Są też tacy jak ja, którzy funkcjonują na dwa domy. Niemniej wciąż tego nie czuć; czasami gdzieś się miniemy w sklepie czy na ulicy. To nie są turyści inwazyjni. Samo miejsce uważam za naprawdę dziwne, specyficzne. Włoska, a nawet francuska telewizja pokazywała programy o nim, bo, powtarzam, nie ma tam nic ładnego! Odczuwa się jednak jakąś energię, która powoduje, że ludzie tam zostają. Ja mieszkam na skraju miasteczka. W kilka minut trafiam do wioski, gdzie mam pozwolenie na zrywanie cytryn i pomarańczy z wszystkich rosnących tam drzewek; zrywam też opuncje i figi. Tamtejsi ludzie bardzo chętnie wszystkim się dzielą. Nie zagarniają wszystkiego do siebie.


Uczysz się od nich?

Nieustannie. Decyzję o tym, gdzie zamieszkamy, w ogromnej mierze zdeterminował czynnik ludzki. Do dziś wzruszają mnie uśmiechnięte twarze witające mnie na początku każdego pobytu i ta ich radość z prostych rzeczy, to ich: – Oooh, che bel sole, słońce świeci!


Polacy tak nie potrafią?

Jest coraz lepiej, ale niezmiennie mamy w sobie jakąś ponurość. Oczywiście także nie wszyscy Włosi ciepli i pogodni. Mieszkająca obok znajoma toczy na przykład batalię sądową z sąsiadką, która oskarża ją bezpodstawnie o zalewanie posesji. Jednak większość nosi w sobie słońce. Jestem wdzięczny za to, że mogę z niego korzystać, ale także czerpać z tego, co dobre w Polsce. W Warszawie cieszę się wielkomiejskim życiem: kinem, teatrem. W miasteczku, które zamieszkuje 3000 osób, ośrodków kulturalnych tego typu po prostu nie ma; jest za to mnóstwo innych atutów. Myślę, że dziś, kiedy podróżowanie stało się tak łatwe, nie warto zamykać się w jednym świecie. Ja dzięki obu rzeczywistościom czuję pełnię; niczego mi nie brakuje, za niczym nie tęsknię. Wiele jednak zależy od osoby. Giuseppe, który wakacje mógłby spędzać na całym świecie, spędza je tylko u siebie w Ciancianie. Nigdzie nie jeździ; opuszcza dom tylko na zloty Maserati organizowane gdzieś w Rzymie. Może to też kwestia wieku? Ostatnio Asia zapytała mnie, czy istnieje jakieś miejsce, które chciałbym koniecznie odwiedzić. Moja odpowiedź była przecząca. Po dłuższym zastanowieniu stwierdzam, że pozostało mi tylko jedno podróżnicze marzenie. Kocham drzewa i kocham las, więc raz w życiu chciałbym dotknąć drzewa w lesie sekwojowym. Na świecie jest wiele pięknych miejsc, jednak do szczęścia wystarcza mi mój taras, na którym przez 13 lat nic mi nie spowszedniało. Cały czas odczuwam to samo wzruszenie. Ten widok zachodzącego słońca, to ciepłe światło… I cisza. Pierwsza myśl po przylocie to zawsze: nic nie słyszę. Dźwięki, które się pojawiają – szczekający pies, uruchamiająca się pompa – też są dźwiękami ciszy. I chyba właśnie to jest w tym miejscu najpiękniejsze. Ja we Włoszech oddycham ciszą.


 

Wszystkie zdjęcia: J. Poremba

 

Posted on

Kleopatra. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E22

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszamy Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

Kleopatra, moja największa historyczna fascynacja, była ostatnią królową starożytnego Egiptu, a jednocześnie Greczynką. Do historii przeszła jako uwodzicielka i femme fatale, a przecież wcale nie odznaczała się wyjątkową urodą, zaś swoim dwóm życiowym partnerom pozostała wierna do końca. Spróbujmy przyjrzeć się najważniejszym elementom tożsamości Kleopatry: kobiety, matki, władczyni i bogini.

Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹 Maria Bulikowska: 5 wielkich mitów starożytności
🔹 Julia Wollner: Villa Sciarra. Z wizytą u Juliusza Cezara
🔹 Karolina Janowska: O Kleopatrze

Posted on

Bettany Hughes, Stambuł. Opowieść o trzech miastach

Śródziemnomorski kocioł – tym bez wątpienia jest Stambuł. To, co starożytne – greckie i rzymskie – miesza się tu z tradycją bizantyjską oraz islamem sułtanów. Współcześnie, choć miasto wypełniają zabytki i pamiątki minionych czasów, wyłoniła się zeń prawdziwa, nowoczesna metropolia, zamieszkana przez ponad piętnaście i pół miliona mieszańców. Jedno zupełnie się w niej nie zmieniło: pozostaje tyglem kultur, języków, religii i stylów życia. Jest w stanie połączyć niemal wszystkich. Wciąż emanuje tajemniczą mocą, która przyciąga do siebie przybyszów z różnych części świata, i oczarowuje w sposób, który nie pozwala im zamieszkać już nigdzie indziej.

Brytyjska historyczka Bettany Hughes, wyraźnie zafascynowana Konstantynopolem, podjęła się niemożliwego. W swoim monumentalnym dziele, na blisko 800 stronach, zmieściła 6 000 lat historii miasta. Materiały źródłowe gromadziła przez ponad dekadę, a rezultaty tej kwerendy pozwoliły jej na interdyscyplinarne podejście do tematu. W książce nie brakuje więc rozważań z zakresu polityki, socjologii, historii religii. Z lektury najwyraźniej wyłania się jednak kulturowe znaczenie Stambułu jako miejsca spotkania kilku cywilizacji.

Autorce z całą pewnością bardzo pomogło doświadczenie telewizyjne: publikacja w swej formie niejednokrotnie przypomina świetnie wyreżyserowany serial dokumentalny, od którego nie sposób się oderwać. Styl prowadzenia narracji pełen jest zwrotów akcji, spisków i intryg, które kształtowały dzieje miasta. Hughes z wielką pasją opisuje nie tylko historyczne fakty, ale również architekturę, sztukę i atmosferę miasta, przeplatając wszystko wspomnieniem osobistych doświadczeń, jak chociażby tych związanych z uczestnictwem w protestach na placu Taksim.

Stambuł. Opowieść o trzech miastach opowiada dzieje metropolii greckiej, bizantyjskiej i tureckiej
Stambuł. Opowieść o trzech miastach przybliża  dzieje metropolii greckiej, bizantyjskiej i tureckiej. Swój egzemplarz kupić możesz w naszym sklepie

W mojej opinii najciekawszymi fragmentami książki są te, w których Brytyjka ukazuje Stambuł jako miejsce styku. Niejednokrotnie zetknięcie się różnych światów kończyło się krwawą rzezią; na szczęście jednak przez długie lata kulturom i religiom udawało się także koegzystować. Każda z zamieszkujących miasto grup dawała od siebie to, co miała najlepszego: Grecy – prawo i umiejętności dyplomatyczne, Turcy – umiejętność zarządzania szlakami handlowymi i zdolności kupieckie, Ormianie – talent zdobniczy i architektoniczny. Żydów uważano za ekspertów od zdrowia i medycyny, a przyjezdni z Afryki doskonale sprawdzali się w organizacji pałacowego życia.

Czy mnie, wielką miłośniczkę Stambułu, coś w tej lekturze zawiodło? W zasadzie tylko jedno: zaledwie dwa skromne akapity o moim ulubionym XVI-wiecznym architekcie, Sinanie. Liczyłam na obfity opis jego ogromnego wkładu w architekturę miasta i przez 400 stron wyczekiwałam nadejścia jego czasów. Dotarłszy do nich, otrzymałam skromną wzmiankę o tym, że do dzisiaj w Stambule pozostało 12 zaprojektowanych przezeń budowli, oraz ciekawostkę o ekshumacji dokonanej przez Turków, która udowodnić miała, że Sinan był bardziej Turkiem niż Grekiem. Na pocieszenie dodam tylko, że o tym drugim nie wiedziałam.

Mimo tego osobistego rozczarowania książkę Bettany Hughes z przekonaniem polecam wszystkim miłośnikom historii; nie muszę dodawać, że zachwyci też każdego zainteresowanego Stambułem jako fenomenem kulturowym i politycznym na przestrzeni wieków. Ja dowiedziałam się z niej mnóstwa faktów i bez wątpienia będę do niej wracać jeszcze nie raz i nie dwa – za każdym razem z wielką przyjemnością.

Bettany Hughes, Stambuł. Opowieść o trzech miastach, tłum. Ewa Ratajczyk i Filip Godyń, Znak 2024

Posted on

Imiona współczesnej Grecji. Od mitu po przyrodę

Gorący lipiec 1999 roku, Rodos. Podczas jednej z moich pierwszych podróży do Grecji, na którejś z wycieczek fakultatywnych polska pilotka wypowiada słowa, które wprawiają mnie w osłupienie:  Wiedzą Państwo, w Grecji jest bardzo niska różnorodność imion. Tu prawie każdy nazywa się Jorgos, Kostas, Nikos, Christos, Marija czy Eleni. Zdanie orzekające, w tonie bezdyskusyjnym, do przyjęcia. Za oknem migają mi żywo zielone, sosnowe lasy bajecznie malowniczych gór Atawiros, w oczach stoi jeszcze podziwiany przed chwilą widok ruin joannickiego zamku w Monolithos, zgodnie z nazwą usadowionego na samotnej skale, z egejskim błękitem w tle. Pilotka opowiada grupie już o czymś następnym, a we mnie narasta niezgoda.

Spotkałem Merkurego

Przecież zetknąłem się już z tyloma greckimi imionami, nie takimi z kalendarza, ale zasłyszanymi, przeczytanymi, z imionami w użyciu! – myślę, zatopiony w widokach zza kolejnych zakrętów. Przecież wczoraj na nabrzeżu miasta Rodos bilety na wycieczkowy stateczek na wyspę Simi sprzedawała starsza, uśmiechnięta pani Alkmini (Αλκμήνη, pol. Alkmena). Przecież sprzedawczyni w markecie miała wpięte w klapę imię Tsambika (Τσαμπίκα), a ktoś na ulicy zawołał obok mnie do przechodzącego mężczyzny: „Merkuri”, czyli: Merkurisie/Merkuriosie (Μερκούρης/Μερκούριος). I przecież w sklepie muzycznym ledwie przedwczoraj kupowałem kasetę piosenkarza Orfeasa Peridisa (Ορφέας Περίδης, pol. Orfeusz), a nabyty w tym samym miejscu muzyczny periodyk opisywał koncerty niezwykle lubianej wokalistki o dźwięcznym imieniu Glikierija (Γλυκερία). Z poczuciem niezgody wysiadam w mieście Rodos, w którym mieszkamy. Wokół mnie lśni w piekącym słońcu miejscowa mieszanka architektoniczna, zgrabny zlepek wielu epok: od średniowiecza przez czasy osmańskie, po międzywojenny włoski eklektyzm, wreszcie po powojenną Grecję praktycznych, acz jednakowych w wyglądzie kamienic. Cykady w ogrodach wokół murów miejskich próbują zagłuszyć myśli, lecz zasiane ziarno wątpliwości krąży i przyspiesza na rozgrzanych skwarem synapsach.

 

Plac Monastiraki w Atenach
Plac Monastiraki w Atenach: tłumy ludzi, mieszanka imion

 

Dowody prasowe

Następnego dnia zakupuję w kiosku gazety. To wciąż te lata, gdy papierowy dziennik jest w kraju świętością. Grecy i Greczynki przesiadują z rozłożoną gazetą na portowych ławkach, w kawiarniach Nowej Agory czy na placu zwanym potocznie Sto Daktylowców (gr. Ekato Churmadies / Εκατό Χουρμαδιές). W parkowym cieniu wertuję gazety w określonym celu. Mają zweryfikować zasłyszany osąd, a w uświadomionej nadziei – zadać kłam temu, co usłyszałem. Nie, Grecja, kraj przebogatej kultury i obyczajowości, rozpiętej między setkami gór i mniej więcej setką zamieszkanych wysp, nie może być tak uboga w imiona! Niezgoda i protest poszukują potwierdzenia w tym, co pisane i bezsporne. Dowodu. Nie okazuje się to trudne.
Na pachnącej świeżą farbą drukarską stronie przywołany minister edukacji ma na imię Jerasimos (Γεράσιμος), minister pracy zaś to Miltiadis (Μιλτιάδης, pol. Miltiades). Wiceminister w tym samym resorcie – Fiwos (Φοίβος, pol. Fojbos), wiceminister spraw wewnętrznych to zaś Leonidas (Λεωνίδας). Na innej stronie wypowiada się pani minister / ministra kultury o imieniu Elisawet (Ελισάβετ, pol. Elżbieta), zaskakującym, bo w przeciwieństwie do przytłaczającej większości greckich imion żeńskich niezakończonym samogłoską. Kolejni dostrzeżeni prominentni politycy to Tilemachos (Τηλέμαχος, pol. Telemach) czy Rodula (Ροδούλα). W dziale kultury święcący triumfy piosenkarz Alkinoos Ioanidis (Αλκίνοος Ιωαννίδης); pośród wymienianych aktorek Ksenia (Ξένια), Filareti (Φιλαρέτη), Despo (Δέσπω), Martha (Μάρθα, pol. Marta) czy Kariofilia (Καρυοφυλλιά). Figurujący obok aktorzy to Rigas (Ρήγας), Αkilas (Ακύλλας), a nawet swojsko brzmiący… Wladimiros (Βλαδίμηρος, pol. Włodzimierz). W posępnych nekrologach wyspy powtarzająca się znów Tsambika, Aristotelis (Αριστοτέλης, pol. Arystoteles), Walasija (Βαλασία) czy Theofano (Θεοφανώ). Owszem, dostrzegam mnogość Jorgosów i Kostasów, Stawrosów, Marii czy Christin, ale onomastyczny kalejdoskop wyraźnie i barwnie świeci różnorodnością. Ba, coraz bardziej mnie ona zaskakuje. Inspiruje do dalszych poszukiwań i zgłębiania tematu: imiona Grecji.

Mieszkańcy wyspy Mykonos, fot. Mstyslav Chernov/ Wikipedia, CC BY-SA 3.0
Mieszkańcy wyspy Mykonos. Całkiem możliwe, że jeden z nich ma na imię Kostas! Fot. Mstyslav Chernov/ Wikipedia, CC BY-SA 3.0

 

Kostas, Kostis czy Dinos?

Greckie słowo oznaczające imię, onoma (όνομα), posłużyło do stworzenia określenia nauki o imionach w wymiarze globalnym, onomatologii. Jego rodowód sięga imperiów Wschodu, wcześniejszych niż helleńskie. Urzędowo, oprócz jednego bądź dwóch imion podstawowych, w greckich dokumentach ważne jest jeszcze imię ojca, greckie patronimo(πατρώνυμο). Pomaga to niekiedy w rozróżnianiu osób noszących zarówno popularne imię, jak i częste nazwisko (jak przysłowiowy grecki Nowak, czyli Papadopulos/Παπαδόπουλος). Spore zamieszanie z greckimi imionami używanymi w sferze publicznej wywołują krótkie, obiegowe formy stosowane przez wielu Greków i wiele Greczynek. Weźmy na przykład męskie imię Konstandinos (Κωνσταντίνος, pol. Konstanty/Konstantyn) i jego żeński odpowiednik Konstandina (Κωνσταντίνα). Tylko część osób noszących te imiona tak się nam przedstawi. Wiele wybiera formę krótszą, funkcjonującą obiegowo powszechnie, a niekiedy nawet utworzoną samodzielnie! Konstandinos może mówić o sobie Kostas (Κώστας) lub Kostis (Κωστής), Dinos (Ντίνος) czy Takis (Τάκης). Ta ostatnia forma stanowi także skrót od innych imion, takich jak Panajotis (Παναγιώτης), Efstratios (Ευστράτιος) czy Dimitrios (Δημήτριος). Co ważne, krótka forma nie jest milusińskim zdrobnieniem i w sferze publicznej występuje samodzielnie, mimo że używająca jej osoba w dowodzie osobistym ma to dłuższe, często np. trudniejsze w wymowie, imię oficjalne. I tak Grecja miała choćby premiera Kostasa Simitisa czy prezydenta Kostisa Stefanopulosa. Podobnie rzeczy mają się z kobiecą wersją imienia, czyli Konstandiną. Ileż tu możliwych form krótkich! Dina (Ντίνα), Tina (Τίνα), Tula (Τούλα), Nula (Νούλα), Kostija (Κωστία), Kostula (Κωστούλα), choć dwa ostatnie bywają także imionami oficjalnymi, takimi z dowodu. Grecy, przedstawiając się sobie nawzajem, często dociekają, od jakiego imienia pochodzi forma podana przez rozmówcę. To ważne, bowiem współczesna Hellada wciąż niezwykle hucznie obchodzi imieniny, a niezłożenie życzeń świętującym przyjaciołom uważane jest za niemałe faux pas…

Mieszkaniec wyspy Lindos
Mieszkaniec miasteczka Lindos. Można zgadywać, jak ma na imię!


Tylko nie Zumbula!

Zacznijmy od początku, od momentu, w którym imię jest nadawane. W Grecji, w której w 2021 roku wciąż 95 procent osób deklarowało się jako chrześcijanie prawosławni, a kościół i państwo pozostają w bardzo ścisłym związku, ważny moment stanowią chrzciny (gr. waftisia/ βαφτίσια) w okolicznej cerkwi. Celebruje się je sporo później niż w tradycji rzymskokatolickiej – często gdy niemowlę przekroczy wiek 6 miesięcy, a nawet rok lub więcej. Do tego momentu nieochrzczone jeszcze dziecię to „bebis” (μπέμπης), chłopiec, lub „beba” (μπέμπα), dziewczynka. Dziecko bezimienne, bobas, maluszek. Imię wypowiedziane zostaje podczas chrztu. To uroczysty moment, na który szczególnie czekają dziadkowie dziecka, gdyż wedle przyjętej tradycji chłopcu nadaje się imię dziadka, zaś dziewczynce – imię babci. W ostatnich dekadach coraz częściej odchodzi się jednak od tego zwyczaju – imiona rodzinnych seniorów brzmią dla niektórych zbyt staroświecko czy nietypowo, a nawet śmiesznie. Może to powodować rodzinne kłótnie. Ale jak mieliśmy nazwać córkę, Zumbula (Ζουμπούλα)?! – słyszę od pary znajomych, którym przytrafił się taki rodzinny konflikt. Zumbula to przykład dawnego imienia powszechnego wśród Greków małoazjatyckich, postrzeganego dziś jako zupełnie niemodne i przestarzałe.

W ostatnich latach coraz silniej dochodzą w Grecji do głosu mody na określone imiona, zjawisko znane nam dobrze z polskich warunków. Szczególnie podobają się wybrane imiona starożytne i mitologiczne, zwykle te dość krótkie i dźwięczne. W przeszłości, szczególnie na wsiach, sprzeciwiał się im miejscowy kler, naciskający na nadawanie imion chrześcijańskich. W kraju przybywa więc dziewcząt o imieniu Danai (Δανάη, pol. Danae), Eli (Έλλη, pol. Helle), Mirto (Μυρτώ, pol. Myrto), Dafni (Δάφνη, pol. Dafne), oraz chłopców przedstawiających się jako Iasonas (Ιάσωνας, pol. Jazon) czy Achileas (Αχιλλέας, pol. Achilles). Z drugiej strony, antyczne imiona występujące dziś już prawie tylko w pokoleniu seniorów, zwłaszcza u potomków Greków małoazjatyckich, powoli zanikają. Coraz trudniej natrafić więc na kogoś o imieniu Aristofanis (Αριστοφάνης, pol. Arystofanes), Thrasivulos (Θρασύβουλος, pol. Trazybul), Kaliroi (Καλλιρρόη, pol. Kaliroe) czy Elpiniki (Ελπινίκη, pol. Elpinike). Na wyspie Lesbos, znanej z bogactwa imion, w tym antycznych, spotkałem pana o rzadkim imieniu Ipokratis (Ιπποκράτης, pol. Hipokrates), a także panią Meropi (Μερόπη, pol. Merope). Nawet w imionach starożytnych panują więc swoiste mody: jedne stają się coraz popularniejsze, inne, zwykle te dłuższe, a więc nieco mniej praktyczne, stopniowo giną.

Mieszkanka wyspy Skiathos
Mieszkanka wyspy Skiathos – może Zumbula?


Trzech Jazonów w jednej klasie

Niektórzy rodzice celowo poszukują imion rzadkich, aby ich dziecko w pewien sposób wyróżniało się, nie będąc jednym z trzech Jazonów czy pięciu Helen (nowogr. Eleni/ Ελένη) w klasie. Trzeba przyznać, że kreatywność Greków bywa tutaj olbrzymia! I tak, gdy płynąłem niedawno wodolotem na wyspę Hydra, z toczącej się koło mnie konwersacji zrozumiałem, że siedząca obok kobieta ma na imię Thisvi (Θίσβη, pol. Thysbe). To antyczna kochanka Pyramosa z PrzemianOwidiusza! Oboje byli postaciami tragicznymi – pochodząc ze skłóconych rodów Babilonu, potajemnie spotykali się przy szczelinie w murze rozdzielającym domostwa rodzin. Zginęli w wyniku smutnego nieporozumienia, inspirując na wieki kulturę europejską, od Cranacha po Szekspira. Jedna z moich znajomych z górskiego Epiru to z kolei Chrisiida (Χρυσηίδα, pol. Chryzeida), niczym bohaterka Iliady, córka Chryzesa, trojańskiego kapłana. W czasie wojny pojmana, zniewolona, oddana Agamemnonowi. Najoryginalniejsze antyczne imię, z jakim spotkałem się dotąd w Grecji w użyciu, to jednak z pewnością Venthesikimi (Βενθεσικύμη, pol. Bentesikyme). Nosiła je żyjąca w dalekiej Etiopii córka Posejdona i Amfitryty.

Warto podkreślić, że antyczne czy mitologiczne imiona mają w Grecji nie tylko helleński rodowód. Spójrzmy choćby na… Semiramis (Σεμίραμις, pol. Semiramida), imię nadawane w Grecji od dawna, które dziś nosi choćby jedna z aktorek młodego pokolenia (Semiramis Abadzoglu, Σεμίραμις Αμπατζόγλου). Jeden z popowych piosenkarzy, również młodego pokolenia, to natomiast pochodzący z Salonik Pilatos Kunatidis (Πιλάτος Κουνατίδης, pol. Piłat). W północnej Grecji nierzadkie jest wreszcie rzymskie imię Traianos (Τραϊανός, pol. Trajan). Niektóre imiona łączą w sobie wiele kultur, jak np. piękne Kiveli (Κυβέλη), a więc „matka bogów”, Kybele. Panią o tym imieniu spotkałem choćby na drogiej mi Lesbos: prowadzi tu popularną, cenioną w Mitylenie knajpkę.

Czy ten pan może mieć na imię Jazon?
Czy ten pan może mieć na imię Jazon?


Od Mojżesza do… Betlejem

Powróćmy do imion chrześcijańskich, gdyż to one we współczesnej Grecji dominują. Część z nich to imiona jednakowo często spotykane w całym kraju, jak choćby męskie Jeorjos/Jorgos (Γεώργιος/Γιώργος, pol. Jerzy), Dimitrios/Dimitris (Δημήτριος/Δημήτρης), Charalambos/Lambis (Χαράλαμπος/Λάμπης, pol. Charłamp), Thomas (Θωμάς, pol. Tomasz, jednak sporo rzadsze niż w Polsce), Petros (Πέτρος, pol. Piotr) czy żeńskie Marija (Μαρία), Irini (Ειρήνη, pol. Irena) czy Ana (Άνα). Niektóre są zaś częstsze regionalnie. To na Krecie spotkamy najwięcej Manolisów (Μανώλης), których imię jest krótką formą od Emanuila (Εμμανουήλ, pol. Emanuel). Na wyspie tej najczęściej przywita nas też Sifis (Σήφης) czyli Iosif (Ιωσήφ, pol. Józef). Wiele imion łączy się z bardzo ważnymi dla kraju patronami. Oto przecież Nikolaos (Νικόλαος, krótka forma Nikos/Νίκος) to nikt inny jak święty Mikołaj – pochodzący z Azji Mniejszej patron ludzi morza, rybaków, żeglarzy. W kraju, w którym długość linii brzegowej wynosi niemal 15 tysięcy kilometrów i jest jedną z najdłuższych w skali globu, cieszy się on zrozumiałym szacunkiem! Ilijas (Ηλίας) to natomiast Eliasz – prorok, któremu niezliczone kościoły i kościółki wystawiono na górach i wzgórzach całego kraju, tam, skąd najbliżej do słońca, tam, gdzie niegdyś stały świątynie poświęcone samemu Zeusowi. Wiele imion tradycji chrześcijańskiej na różne sposoby chwali Boga (gr. Theos/Θεός): Theodoros/Thodoris, Thodoros (Θεόδωρος/Θοδωρής, Θόδωρος) to „dar boży”, Theofilos (Θεόφιλος) to „przyjaciel Boga”, Theopistos (Θεόπιστος; to imię rzadsze), „wierzący w boga”. Większość z nich ma też wersje żeńskie, takie jak, odpowiednio: Theodora/Dora (Θεοδώρα/ Δώρα, Ντόρα), Theofilija (Θεοφιλία) czy Theopisti (Θεοπίστη). Niektóre imiona pochodzą również od greckich miejsc kultu, klasztorów, przydomków maryjnych itp. Tu wyróżniają się np. męskie przydomki Archanioła Michała i sławne w kraju klasztory o tej nazwie, popularne miejsca pielgrzymkowe – Panormitis (Πανορμίτης), na dodekaneskiej wyspie Simi – oraz Taksiarchis (Ταξιάρχης) na Lesbos. Mamy też rodyjskie imiona Tsambika (Τσαμπίκα) czy Tsambikos (Τσαμπίκος) – od sławnego klasztoru Matki Boskiej Tsambiki, do którego często wędrują pary bezdzietne. Na Rodos występuje także imię Thareni bądź Tharini (Θαρρενή/Θαρρεινή) – od Thari (Θάρρι), innego sławnego klasztoru wyspy.

Nie brak też u Greków imion starotestamentowych, takich jak Awram (Αβραάμ) – Abraham, Dawid (Δαυίδ), Moisis (Μωυσής) – Mojżesz czy Rachil (Ραχήλ) – Rachela. Nadawane są one zwykle bez związku z pochodzeniem z diaspory żydowskiej, w naszych czasach bardzo w tym kraju nielicznej. Jednym z wielkich zaskoczeń było kiedyś przeczytanie przeze mnie w poczytnej greckiej gazecie zapowiedzi ślubu, w której przyszła panna młoda, Greczynka, nosiła imię… Ierusalim (Ιερουσαλήμ), Jerozolima! I o ile z Jerozolimą spotkałem się tylko raz, to dość często natkniemy się w Grecji na żeńskie imię… Withleem (Βηθλεέμ) – Betlejem. Jego obiegową formą jest np. Emi (Έμυ). W starszym pokoleniu nadal spotkać możemy panie Jestimani (Γεσθημανή) czyli Getsemani (w języku greckim spółgłoski są zamienione kolejnością!). Raz spotkałem się ponadto z… Galileą (Γαλιλαία).

Ciekawe, jakie imię nosi mężczyzna pracujący w tej pięknej scenerii...
Ciekawe, jakie imię nosi mężczyzna pracujący w tej pięknej scenerii…


Droga pani Ameryko

Temat imion związanych z miejscami biblijnymi przenosi nas w świat greckich imion… geograficznych. Są one rzadko spotykane, ale za to – bardzo różnorodne. Gdy odwiedziłem kiedyś zieloną wyspę Thasos na północnym Morzu Egejskim, rozmawiałem z seniorką rodziny, w której hoteliku zamieszkaliśmy. Przesympatyczna starsza pani nosiła spotykane wciąż w północnej Grecji imię Plumisti (Πλουμιστή), co dosłownie znaczy „Wielobarwna”, ale, jak zaznaczyła, wszyscy mówią na nią Plumitsa (Πλουμίτσα/ wersja obiegowa). – W naszej wiosce mamy kawał świata! – śmiała się gromko pani Plumitsa. – Mieszka u nas Ewropi (Ευρώπη, pol. Europa), mieszka Makiedonija (Μακεδονία, pol. Macedonia), a nawet jedna Ameriki! (Αμερική, pol. Ameryka)! Dziś tradycja nadawania takich imion zanika, ale nadal spotkałem się w użyciu z takimi choćby formami jak Thesaloniki (Θεσσαλονίκη, pol. Tesalonika), Kriti (Κρήτη, pol. Kreta), Sikielija (Σικελία, pol. Sycylia) czy… Monemwasija (Μονεμβασία, pol. Monemwazja, historyczna miejscowość na Peloponezie). Być może najczęściej z tej grupy zetkniemy się z Wenetiją (Βενετία, pol. Wenecja), bo też i weneckie imperium odcisnęło niezatarty ślad na greckiej historii i kulturze. Mało tego, wsiadając pewnego razu na pokład samolotu do Aten, poczułem się mile zaskoczony, słysząc, że grecka szefowa pokładu ma na imię… Elada (Ελλάδα), a więc Grecja. Pani Grecja wioząca nas do Grecji: czyż to nie piękne? W tym ostatnim przypadku dodam, że ostentacyjne imiona tego typu nadawano często w rodzinach greckich repatriantów (znad Morza Czarnego czy z dalekiego Uzbekistanu), a także w niektórych rodzinach greko-cypryjskich, przywiązanych do historycznej wizji Enosis, czyli połączenia się Cypru z Grecją. Prawdziwą niespodziankę geograficzną trzymam jednak na koniec podróży przez mapę z imionami: w książce telefonicznej Aten wypatrzyłem kiedyś panią o ewidentnie greckim nazwisku, noszącą swojsko brzmiące imię… Warsowija (Βαρσοβία)! Szkoda, że nie było mi dane poznać jej osobiście, aby zapytać o możliwe rodzinne związki z Polską.

Czy Jutrzenki też muszą myć schody?
Czy Jutrzenki i Różane Świty też muszą myć schody?

 

Demokracja i Pełnia księżyca

Wspomniana pani Plumisti/Wielobarwna z wyspy Thasos wprowadziła nas w świat greckich imion znaczących. Podobnie jak np. w krajach Wschodu, tak i w Grecji wiele imion, szczególnie często żeńskich, oznacza coś konkretnego. W Polsce Nadzieja, Sława, Malina czy Jaśmina zdarzają się rzadko; w Grecji jest zgoła inaczej. Myśląc tylko o swoich znajomych z Grecji, od razu przywołuję tu z pamięci częste imiona takie jak Eleftherija (Ελευθερία) – Wolność, Chara (Χαρά) – Radość, Agapi (Αγάπη) – Miłość, Sotirija (Σωτηρία) – Zbawienie, Elpida (Ελπίδα) – Nadzieja, Zoi (Ζωή) – Życie, Sofija (Σοφία) – Mądrość, Arjiro (Αργυρώ) – pochodna forma od słowa srebro, Sewasti (Σεβαστή) – Czcigodna, Angieliki (Αγγελική) – Anielska, Athanasija (Αθανασία) – Nieśmiertelność, a historyczne i chrześcijańskie imię Irini (Ειρήνη) samo w sobie oznacza Pokój. Często nadawane są też Kiriaki (Κυριακή) – Niedziela, a imię oznaczające samo w sobie Piątek – Paraskiewi (Παρασκευή) pochodzi od szeroko czczonej w kraju, prawosławnej patronki, świętej Paraskewy w języku polskim. Gama jest naprawdę szeroka i pośród imion nieco rzadszych, ale wciąż używanych, będą też np. Piji (Πηγή) – Źródło, Ewlojia (Ευλογία) – Błogosławieństwo, Egli (Αίγλη) – Sława, Dimokratija (Δημοκρατία) – Demokracja (niegdyś częstsze w greckich środowiskach lewicowych), Osija (Οσία) – Błogosławiona, Parthena (Παρθένα) – Dziewica, ale i jeszcze bardziej poetycko brzmiące, choćby Rodavji (Ροδαυγή) – Różany Świt, Awjerini (Αυγερινή) – Jutrzenkowa, Malamatenia (Μαλαματένια) – Złocista, Kalomira (Καλομοίρα) – Dobry Los itd. Jednym z imion, które zrobiło na mnie największe wrażenie swoją poetyką, jest Iliostalachti/Iliostalakti (Ηλιοστάλαχτη/Ηλιοστάλακτη) czyli… Ociekająca Słońcem. Pośród męskich imion znaczących wyróżniają się choćby Apostolos (Απόστολος) – Apostoł, Angielos (Άγγελος) – Anioł (szczególnie częste na Peloponezie), Sotirios (Σωτήριος, krótka forma Sotiris/Σωτήρης) – Zbawienny czy Makarios (Μακάριος) – Szczęśliwy / O Dobrym Losie. Na Lesbos miałem zaś okazję rozmawiać z młodym chłopakiem o poetycko brzmiącym imieniu Panselinos (Πανσέληνος) czyli… Pełnia Księżyca!

Przechodnie w Atenach
Przechodnie w Atenach. Imiona nieznane…


Orzeł i Sałata

Imiona przyrodnicze to kolejna grupa, bardzo mi droga. Wiele z nich staje się dziś coraz rzadszych. Nadawane były w czasach, gdy Grecy pozostawali w bliższym kontakcie z naturą. Także i w tym przypadku są to przede wszystkim imiona żeńskie. Koleżanka ze wspomnianej Lesbos nosi imię Lemonia (Λεμονιά) czyli… Drzewo Cytrynowe, a inna, z tej samej wyspy, Jasemi (Γιασεμή) – Krzew Jaśminu; inne wciąż spotykane formy to na przykład Triandafilia (Τριανταφυλλιά) – Krzew Róży, Wioleta (Βιολέτα) – Fiołek, Paschalia (Πασχαλιά) – Krzew Lilaka czy Nerandzia (Νεραντζιά) – Drzewo Gorzkiej Pomarańczy. Na południowych Wyspach Egejskich nadal natknąć możemy się na Maruliję (Μαρουλία i podobne formy pochodne), od słowa maruli (το μαρούλι), sałata! Jedną z wysp, gdzie imię takie spotkamy relatywnie często, jest szeroko znana z wulkanicznej kaldery wyspa Santorini, z kościółkiem Matki Boskiej Maruliani (gr. ΠαναγίαΜαρουλιανή), nazwijmy ją „Sałatowej”. Wszystko za sprawą podania o cudownej ikonie Maryi, którą znaleziono rzekomo na polu z tą właśnie rośliną. Imiona ze świata zwierząt są rzadsze; tu wyróżniają się, m.in. Peristera (Περιστέρα) – Gołębica oraz Perdika (Πέρδικα). To ostatnie oznacza ptaka nieobecnego w naszym kraju, ale posiadającego polską nazwę: góropatwa (nie mylić z kuropatwą). Z imion męskich – Chrisanthos (Χρύσανθος) to Złoty Kwiat (częstsza forma żeńska – Chrisanthi / Χρυσάνθη), zaś Aetos (Αετός) – Orzeł. To ptak szczególnie często występujący w pieśniach i opowieściach Krety, synonim wolności i hartu ducha.

W pełnej górskich dolin i wysp Grecji niektóre imiona mają znaczenie tylko lokalne. Wiele z nich już zaginęło i nie spotkamy nikogo, kto nosi je współcześnie. Czasem zobaczymy je jeszcze na cmentarnych nagrobkach lub w publikacjach o historii tych miejsc. Niektóre wciąż występują w najstarszym pokoleniu. Jako przykłady podajmy choćby imiona Dioktinula (Διοκτινούλα) ze środkowej Macedonii, Wlotina (Βλωτίνα) czy Amerisuda (Αμερισούδα) z Lesbos (archaiczna końcówka -uda występuje w imionach z wysp północno-wschodniego Morza Egejskiego), a także Themelina (Θεμελίνα) z Kalimnos. Ta ostatnia wyspa znana jest z tradycji nadawania dzieciom imion lokalnych także dziś.

I wreszcie: imiona mniejszości. Pomijając ludność napływową z ostatnich dekad, warto pamiętać, że grecką Trację, a także niektóre wyspy, jak Rodos czy Kos, zamieszkuje od stuleci ludność muzułmańska, posiadająca obywatelstwo greckie i oficjalną reprezentację w parlamencie; ludność o własnym zestawie tradycji, świąt, obrzędów, obyczajów, a co za tym idzie, także imion. Sięgają one do tradycji pomackich, tureckich, arabskich itd. Powszechnie spotkamy na tych obszarach Ahmeta czy Jusufa, Zeirę czy Fatmę.

Na koniec krótko o współczesnych imionach obcego pochodzenia. Wciąż niezbyt pospolicie nadawane są jako formy oficjalne, urzędowe i przy chrzcie. Stały się za to popularne jako obiegowe formy krótkie od imion dłuższych. I tak Natasa (Νατάσα/Νατάσσα) to najczęściej Greczynka o oficjalnym imieniu Anastasija (Αναστασία), Wiki (Βίκυ) to często Wasiliki (Βασιλική), Andzela (Άντζελα) to zwykle wspomniana Angieliki a Dzordzis (Τζώρτζης; wymowa jak zapisano, Grecy nie mają w swoim języku głoski „dż”) to jedna z form od Jeorjosa, Jerzego. Niektóre imiona zachodnie przyjęły się lokalnie już dawno temu – na przykład na pełnych wpływów genueńskich czy weneckich Cykladach spotyka się, jako imię oficjalne, Gulielmosa (Γουλιέλμος). Stopniowo i w Grecji upowszechniają imiona niesione przez zachodnią popkulturę – coraz łatwiej natknąć się więc na dziewczynkę o imieniu Wanesa (Βανέσσα). Trend ten jest póki co dużo słabszy wśród imion męskich.

Pilotce wycieczki z Rodos sprzed lat wiele zawdzięczam. Swoim autorytatywnym osądem wywołała moją niezgodę, ale, co ważniejsze, długofalowo pogłębiła ciekawość. Przez wszystkie te lata zbieram więc imiona Grecji – tylko takie, które spotkam w użyciu, które komuś zostały naprawdę nadane. Moja bogata i ciekawa kolekcja, która liczy już wiele tysięcy form, skłania do sięgnięcia po konteksty historyczne, religioznawcze, mitologiczne, regionalistyczne, a nawet, co widzieliśmy na przykładach, przyrodnicze. Onomatologia to brama do wielu światów, a sam temat imion Grecji to okazja do wiecznego poszerzania horyzontów, także daleko poza greckie morza: Egejskie, Jońskie czy Libijskie. Imiona są przecież zwierciadłem kultury Grecji, a także ważnym świadectwem jej współczesnej tożsamości.

Imiona oraz nazwy, słowa greckie zapisano w transkrypcji fonetycznej z języka nowogreckiego.

 

 

Posted on

Tożsamość w sztuce. Rozmowa z Aleksandrą Janiszewską-Cardone. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E21

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszamy Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

Jak tożsamość kulturowa malarza wpływa na postrzeganie świata i sposób jego przedstawiania? Czy artyści z Północy malują inaczej niż artyści z Południa? Czy tożsamość kulturowa równa się tożsamości estetycznej? O tym wszystkim rozmawiam z dr Aleksandrą Janiszewską-Cardone – historyczką sztuki, kuratorką w Muzeum Narodowym w Warszawie, prowadzącą podcast Otulina o sztuce. Wspólnie zastanawiamy się, czy zmysłowość jest domeną sztuki włoskiej, sprawdzamy, jak z tematami mitologicznymi radzili sobie malarze północni i czy ich twórczość mogła stanowiła inspirację dla artystów znad Morza Śródziemnego.

Prowadzenie: Julia Wollner

Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹 obraz Vertumnus i Pomona Abrahama van Dijcka: Muzeum Narodowe w Warszawie
🔹 Magdalena Giedrojć: Masaccio
🔹 Agnieszka Jasińska: Ciało w malarstwie ikonowym
🔹 Izabela Frankowska: Historia polskiego El Greca
🔹 Justyna Stasiek-Harabin: Caravaggio