Posted on

Nagroda Literacka im. L. Staffa 2024

Z radością zawiadamiamy, że Laureatami dziesiątej edycji Nagrody Literackiej im. Leopolda Staffa dla najlepszych książek o tematyce włoskiej i przekładów z języka włoskiego są:

Julia Dickstein-Wieleżyńska (1881–1943)
w kategorii „In memoriam”

Anna Wasilewska
w kategorii „Dzieło życia”

Hanna Podgórska
w kategorii „Książka roku: przekład” za tłumaczenie publikacji Jak kwitnące drzewo. Florencja średniowieczna i renesansowa Silvii Diacciati et al. (PIW 2023)

Dorota Duszyńska
w kategorii „Książka dla dzieci” za przekład Powiedz mi, kim jestem Paoli Mastrocoli (Dwie Siostry, 2023)

Laureatom serdecznie gratulujemy, Państwa zaś zapraszamy do lektury laudacji nakreślonych przez Kapitułę Nagrody.

 

Laudacja Julii Wollner dla Julii Dickstein-Wieleżyńskiej („In memoriam”)

Miała imponujące horyzonty naukowe, niespożytą energię pozwalającą jej na działanie w wielu dziedzinach, ogromną wrażliwość i szerokie zainteresowania. Studiowała filozofię i historię religii, a swój doktorat na Uniwersytecie Lwowskim poświęciła postaci Marii Konopnickiej. Drugi doktorat, z filozofii, uzyskała w Rzymie. Realizowała się jako poetka, publicystka, krytyczka i historyczka literatury; działała społecznie, edukowała, niestrudzenie promowała polską kulturę za granicą. W pewnym sensie wszystkie powyższe role, ważne i piękne, zawiera w sobie ta dla Julii najistotniejsza: rola tłumaczki. Dickstein-Wieleżyńska widziała bowiem w przekładzie szansę na łączenie, mediację, wzajemne poznawanie się kultur i światów. Była kosmopolitką, Europejką, czuła się obywatelką świata i dzieckiem kilku ojczyzn, szczególnie zaś: Polski i Włoch. W pamięci wielu zapisała się głównie jako autorka znakomitych przekładów utworów Leopardiego, którym nadała zaskakująco feministyczny ton; na język włoski przeniosła zaś liczne dzieła polskich klasyków, w tym Asnyka, Żeromskiego czy Przybyszewskiego.  Warto jednak dodać, że tłumaczyła nie tylko z włoskiego i na włoski; jej warsztat obejmował także 11 innych języków, w tym tak zaskakujące, jak serbołużycki i sanskryt.

Dickstein-Wieleżyńska uważała przekład za udomowienie obcojęzycznego dzieła; bardziej niż oddanie językowych niuansów interesowało ją zaadaptowanie tekstu do rzeczywistości bliskiej nowym odbiorcom. I choć żyła w czasach, kiedy aktywną zawodowo kobietę, w dodatku Żydówkę, traktowano nierzadko w sposób lekceważący, to praca translatorska dawała jej poczucie siły i sprawczości. Nie dziwi więc, że próbowała kontynuować ją jeszcze podczas okupacji, jak również w ostatnim okresie życia, podczas uwięzienia na Pawiaku. Zmarła, pozostawiając po sobie imponujący dorobek translatorski, liryczny, krytyczny i publicystyczny, w tym związany z równouprawnieniem kobiet. Była niezwykła. My nagradzamy ją dzisiaj z podziwem i wdzięcznością.

 
Laudacja Joanny Ugniewskiej dla Anny Wasilewskiej (nagroda w kategorii „Dzieło życia”)

Anna Wasilewska, długoletnia redaktorka „Literatury na świecie”, ma na swoim koncie kilkadziesiąt przekładów z literatury włoskiej; jej wybór padał zawsze na autorów wybitnych, trudnych, u których kwestia języka była sprawą zasadniczej wagi. Przełożyła między innymi Landolfiego, Fo, Eco, lecz dwóch pisarzy okazało się w jej dorobku najważniejszymi i dzięki jej przekładom są oni teraz znani i cenieni w Polsce. Są to Italo Calvino i Carlo Emilio Gadda. Anna Wasilewska przełożyła większą część twórczości Calvina – opowiadania, eseje i arcypowieść Jeśli zimową nocą podróżny – przyczyniając się do nadzwyczajnego sukcesu tego autora wśród polskich czytelników.

Drugim pisarzem jest Gadda, którego powieść Niezły pasztet na via Merulana, o fundamentalnym znaczeniu dla włoskiej literatury, stanowi prawdziwe wyzwanie dla tłumacza ze względu na rozmaitość językową, liczne rejestry stylistyczne, dialekty, neologizmy itp. Znakomite posłowia wieńczące przełożone książki dowodzą raz jeszcze, że najbardziej wnikliwym czytelnikiem jest tłumacz.

W kategorii Dzieło życia, nagroda imienia L. Staffa przypada w tym roku Annie Wasilewskiej.

 

Laudacja Joli Dygul dla Hanny Podgórskiej (nagroda w kategorii „Książka roku: przekład” za tłumaczenie tomu zbiorowego: Silvia Diacciati, Enrico Faini, Lorenzo Tanzini, Sergio Tognetti, Jak kwitnące drzewo. Florencja średniowieczna i renesansowa, PIW, Warszawa 2023 (seria Rodowody Cywilizacji)

Książka czwórki badaczy skierowana jest do szerokiej publiczności, nie ma w niej długich i nużących przypisów, niemniej jednak, co trzeba mocno podkreślić, nie traci ona nic z rzetelności naukowej, bowiem autorzy bazują przede wszystkim na źródłach historycznych. Sam tytuł, nawiązujący do arii z opery Pucciniego („Gianni Schicchi”) odnosi się do struktury książki, każdy rozdział jest jak gałąź, ale wszystkie razem wyrastają z jedno pnia i tworzą skomplikowany obraz miasta. Ten zróżnicowany tom proponuje nam fascynującą podróż do średniowiecznej i renesansowej Florencji, która jak soczewka skupia w sobie fenomen rozwoju cywilizacyjnego miast-państw Półwyspu Apenińskiego. Autorzy w oparciu o bogate źródła archiwalne ukazują tajniki systemu gospodarczego, finansowego, administracyjnego, ale także szeroko pojętej kultury, życia rodzinnego czy kwestii kobiet, dzięki czemu proponowane ujęcie jest nieco odmienne od typowych rysów historycznych.


Tłumaczka książki, dr Hanna Podgórska, historyk sztuki z Instytutu Sztuki PAN, wykonała misterną pracę. Przekład jest znakomity i bardzo precyzyjny, a także, jak podkreśla prof. Henryk Litwin, który był redaktorem tomu, w wielu miejscach wręcz pionierski. Brak było bowiem wcześniej przekładu tego typu publikacji, a duże zróżnicowanie rozwoju społecznego Polski i Włoch w tych epokach też pracy translatorskiej nie ułatwiało. Tłumaczka sama więc musiała wypracować terminologię, która teraz, miejmy nadzieję, będzie funkcjonować w kolejnych publikacjach. Doceniając właśnie ten pionierski charakter przekładu, przyznajemy Hannie Podgórskiej tegoroczną Nagrodę im. L. Staffa w kategorii „przekład roku”.
 


Laudacja Ewy Nicewicz dla Doroty Duszyńskiej za przekład książki dla dzieci Powiedz mi, kim jestem Paoli Mastrocoli (Dwie Siostry, 2023)

Tłumaczenie bestselleru to niemałe wyzwanie dla każdego tłumacza. Jeśli zaś tym bestsellerem jest swego rodzaju powiastka filozoficzna, na dodatek skierowana do młodych czytelników, rzecz urasta do rangi wyczynu. Dorota Duszyńska wywiązała się z powierzonego jej zadania koncertowo. Utwór Paoli Mastrocoli w jej przekładzie bawi i wzrusza do łez, skłaniając przy okazji do niejednej refleksji. Tłumaczka z powodzeniem odtworzyła w polszczyźnie wszystkie językowe akrobacje. Snuta przez nią opowieść płynie wartko, wciąga i pochłania aż do ostatniej strony. A trzeba dodać, że Powiedz mi, kim jestem to jedna z tych pozycji, które zachwycą i małych, i dużych czytelników. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Słowa uznania należą się również Wydawnictwu Dwie Siostry, które od lat niestrudzenie serwuje najmłodszym literaturę z najwyższej półki. Wydana z dbałością o najdrobniejsze szczegóły książeczka zachwyca nie tylko językiem, ale i wysmakowaną oprawą graficzną. Takiemu rarytasowi po prostu trudno się oprzeć. Tegoroczna nagroda w kategorii „Książka roku dla dzieci – przekład” wędruje do Doroty Duszyńskiej.

Posted on

Piękno Śródziemnomorza

Stavros (Kreta), październik 2023

Stavros, mała wioska rybacka w północno-zachodniej części półwyspu Akrotiri. Trafiamy do niej przypadkiem. A przecież to popularna miejscowość, chętnie odwiedzana przez turystów. Wszystko za sprawą oscarowego filmu Grek Zorba Michaela Cacoyannisa z 1964 roku. W Stavros Anthony Quinn miał wykonać słynną scenę tańca sirtaki, która przyniosła nieśmiertelność jemu i temu miejscu. Przy zejściu na plażę straszy tandetna tablica z napisem Zorba’s Beach. Z obydwu stron na prowizorycznych ramach z belek rozciągnięte czarno-białe fotosy z filmu. Na wszelki wypadek każdy z nich opatrzono nagłówkiem: This is the beach of Zorba. Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości. This is the beach of Zorba.

Ale o tym dowiedziałam się później. Jakie to dziwne, że właśnie tam, kilka kroków dalej od kultowej plaży i przydrożnej tawerny o tej samej nazwie, miało się przede mną odsłonić piękno Śródziemnomorza. „Zobaczyć Stavros i…”? Umrzeć? Albo chociaż zamieszkać tam. Przyjeżdżać. Na pewno raz wrócić.


Moi współtowarzysze podróży nie podzielali tego entuzjazmu. I słusznie, Stavros nie ma w sobie nic szczególnego. Małe greckie miasteczko, które próbuje ratować się z biedy wyblakłą hollywoodzką przeszłością. Być może to, co uświadomiłam sobie w Stavros, mogło mi się przydarzyć w każdym innym miejscu na mapie wysp rozsianych po Morzu Śródziemnym. A jednak zdarzyło się tam. Oczarował mnie pewien rodzaj krajobrazu, który bywa, jak mi się zdaje, charakterystyczny dla tych terenów i niewykluczone, że wcale nie wzrusza kogoś, kto zna greckie wyspy lepiej. Taki czytelnik ma zatem dwa wyjścia – natychmiast przerwać lekturę lub też powtórzyć słowa bohatera jednej z powieści Stefana Zweiga, który na widok dziewczyny spoglądającej ze szczytów Alp na Italię, zawołał: Ach, ile bym dał, by móc po raz pierwszy zobaczyć Włochy! I czytać dalej.

Stavros stało się dla mnie przestrzenią-metonimią, przestrzenią-symbolem. O tym, że uwielbiam Włochy, wiedziałam od dawna. Tamtego dnia miałam zrozumieć, jak bliskie jest mi całe Śródziemnomorze, choć urodziłam się na północy środkowoeuropejskiego kraju.

Pierwsze wrażenia dalekie były od zachwytów. Palące październikowe słońce. Mała, wąska plaża, blisko ulicy. Po drugiej stronie brzegu okalającego zatokę majestatycznie rosła wielka samotna góra. Ale krótki spacer brzegiem morza wystarczył, by znaleźć się jak gdyby w innej przestrzeni.

Oto piaszczysty brzeg przeradza się niespodziewanie w twardą i zimną ziemię, pokrytą ostrymi, śliskimi kamieniami. Ta nieprzyjazna gleba dziwnie nęci i wzywa. I długo ciągnie się w dal. Rani bose stopy. Ma dziwaczną fakturę. Jak wulkan albo ziemia księżycowa. Wyżłobiona przez słoną wodę morską staje się grobem martwych krabów. Niektóre wnęki nawarstwiają się, mają w sobie kolejne wgłębienia, jeszcze mniejsze. I tak wpadają w siebie, w głąb i w głąb, chyba aż do Hadesu. Niektóre z nich pokrywa coś jakby czarna zastygła lawa. Niektóre, te najmniejsze, w samym środku, wyglądają na zmrożone. Jak tafle kałuż w zimowy poranek. To sól. Esencja morza.


A morze! Jakie wzburzone fale biją w tę nieokrzesaną ziemię! Ten szum zapamiętam już chyba na zawsze. Staram się zapisać w sobie ten dźwięk. Zamykam na chwilę oczy i jest tak, jakbym przyłożyła do ucha wielką muszlę i słuchała, słuchała szeptanych sekretów Śródziemnomorza. Ten szum ma w sobie coś poetyckiego i oczyszczającego. Nie dziw, że starożytni Grecy skłonni byli wierzyć w mity i to, że powstawały one właśnie tutaj.

Umrzeć wśród tych fal, na tej ziemi zapomnianej. U podnóża tej góry, która może dziwić nowicjusza, choć przecież mnóstwo takich plaż i takich gór na Krecie.

W tym miejscu można by zostać i – trwać.

Jeśli plaża wydawała się prawie pusta, to tu nie ma żywej duszy. Ale przecież tuż obok widać jakieś zabudowania. Nie wyglądają na letniskowe kwatery. A jednak nikogo nie spotykam. Przydomowe ogrody są puste i zapomniane.

Idźmy dalej, zapuśćmy się w głąb miasteczka. Gdzie podziali się wszyscy? Celebrują święty czas należytej sjesty? Mijane obejścia wyglądają osobliwie. Zarośnięte zielskiem ścieżki, poobijane wazony, ceramiczne półmisy na owoce pełne gładkich… kamieni. Smutny krajobraz po wielkiej uczcie. Nie, to chyba nie sjesta. Te domy wyglądają na porzucone. Jakby ich mieszkańcy uciekali w popłochu, poumierali albo posnęli dziwnym, czarodziejskim snem. Oporne są nań tylko koty, które opanowały to miasto. Włóczą się po ulicach. Obsiadają gałęzie drzew i płoty. Leniwie wygrzewają się na oblanej słońcem ziemi. Inne natarczywie ocierają się o nasze nogi, domagając się jedzenia. Mnóstwo ich w przybrzeżnych tawernach, gdzie mogą liczyć na pewny łup.


Niektóre restauracje są zamknięte. Ogródki opustoszałe, z poskładanymi stolikami i krzesłami. W jednym z nich postawiono tabliczkę, na której ktoś napisał kredą takie życzenia: Have a nice winter time!. No tak. To wiele wyjaśnia. Koniec sezonu.

Zwykle nie ma na to czasu, ale udaje nam się wrócić w to miejsce dwa dni później. Na plażę wjeżdża powoli biały kamper, a za nim dwa inne samochody, z operatorami dźwięku i obrazu. Dwóch starszych mężczyzn w kolorowych koszulach schodzi na piasek po skończonym ujęciu. Zapytani, jaki film kręcą, odpowiadają: – To będzie film odcinkowy. Dla niemieckiej telewizji. Roboczy tytuł brzmi Greek Odyssey.

Ostatni raz patrzę na Stavros. Teraz – jest wcześniej i mamy więcej czasu – widzę dużo lepiej. Okazuje się na przykład, że ta twarda ziemia żyje ukrytą fauną i florą. Wewnątrz wgłębień łagodnie falują delikatne żywozielone roślinki. Tuż obok przemykają drobne krewetki, gdzieś tam chowają się ślimaki, głazy porasta śliski gąbczasty mech. Jest pięknie.

I wcale tej radości nie odbiera mi wiedza, że krajobraz, który mogłabym nazwać jednym z najbardziej wzruszających, jakie widziałam, okaże się później – wedle informacji na internetowych blogach turystycznych – pozostałością po dawnym kamieniołomie, z którego w okresie weneckim wydobywano surowiec do budowy murów obronnych pobliskiej Chanii. To właściwie wiele wyjaśnia. Pozwala zrozumieć specyfikę tego miejsca. W rzeczywistości momentami ta nieokiełznana ziemia przyjmuje zbyt regularne i schematyczne kształty, które powstać mogły przecież tylko z ręki człowieka. Oto na samym końcu Krety doszło do spotkania dwóch wielkich sił. Ta ciężka atmosfera, pełna napięć i dziwnej energii zapowiada wielki powrót Gai, która wzrasta w siłę i na nowo zawłaszcza, co wcześniej próbowano jej odebrać. Już tak łatwo się nie podda.

 

Wszystkie zdjęcia: Balbina Tarnowska
Posted on

Tadżin z kurczakiem i kiszonymi cytrynami

Tadżin – aromatyczne danie przygotowywane w charakterystycznym stożkowatym naczyniu – to kulinarna wizytówka Maroka. Znany też w innych krajach Maghrebu, tadżin występuje w wielu wariantach: mięsnych, rybnych i wegetariańskich, pachnących przyprawami i posypanych świeżymi ziołami. Intensywna, lekko kwaskowata wersja z kurczakiem, kiszonymi cytrynami i oliwkami to jedna z klasycznych kombinacji, którą warto przygotować w domowych warunkach.

Tadżin prawdopodobnie pojawił się w Maroku za sprawą Berberów, rdzennej ludności północnej Afryki. Podobno zamieszkujący surowe, często pustynne terytoria Berberowie stworzyli dwuczęściowy gliniany garnek, żeby zaoszczędzić wodę. Naczynie ustawia się bezpośrednio na żarze z ogniska, więc gotowanie nie wymaga wody. Stożkowaty kształt  pomaga wydobyć głęboki aromat potrawy, umożliwiając specyficzną cyrkulację pary wodnej podczas gotowania. Para skrapla się na ściankach naczynia i spływa w dół, nie osiadając na mięsie i warzywach, dzięki czemu składniki delikatnie brązowieją.


Tadżin na dobre zadomowił się w marokańskiej kuchni, gdzie często dodaje się do niego suszone owoce: wołowinę przyrządza się z suszonymi śliwkami, a kurczaka z morelami i niteczkami szafranu. Na wybrzeżu rybne tadżiny doprawia się chermoulą – zieloną pastą z liści kolendry, czosnku i ziaren kuminu, zaś do wersji wegetariańskiej dodaje się miód i cynamon. Tadżin z kurczakiem i kiszonymi cytrynami to moja ulubiona wariacja. Intensywny, kwaskowaty smak kiszonych cytryn przełamuję słodkimi daktylami. Jeśli nie macie tadżina, danie można zrobić w dowolnym żaroodopornym naczyniu z pokrywką. Efekt może trochę się różnić, ale i tak będzie pysznie.

Tadżin z kurczakiem i kiszonymi cytrynami

800 g kurczaka: piersi i udka
2 cebule, pokrojone w piórka
1 łyżeczka kolendry
1 łyżeczka kuminu
1 łyżeczka kardamonu
1 łyżeczka harissy
1 duża kiszona cytryna, pokrojona w ćwiartki
½ szklanki zielonych oliwek
¼ szklanki daktyli
250 ml bulionu

Marynata:
2 łyżki oliwy
1 łyżeczka kuminu
1 łyżeczka kolendry
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka kardamonu
1 łyżeczka goździków
1 łyżeczka słodkiej papryki
1 łyżeczka harissy
sok i skórka z jednej cytryny
½ łyżeczki soli

Wszystkie składniki marynaty mieszamy.
Nacieramy nią kawałki kurczaka.
Odstawiamy do lodówki na co najmniej godzinę, a najlepiej na całą noc.

Kurczaka wyjmujemy z lodówki na pół godziny przed rozpoczęciem gotowania.
Piekarnik nagrzewamy do 160 stopni.

Rozgrzewamy suchą patelnię i obsmażamy na niej kurczaka na dużym ogniu.
Zdejmujemy kurczaka z patelni, zmniejszamy ogień i na wytopiony z kurczaka tłuszcz dodajemy pokrojoną cebulę. Podsmażamy na małym ogniu przez kilka minut, aż cebula się zezłoci.
Zwiększamy ogień i dodajemy przyprawy.
Podsmażamy, cały czas mieszając.
Dodajemy oliwki i kawałki kiszonej cytryny, podsmażamy przez minutę.

Zawartość patelni przekładamy do tadżina (lub innego żaroodopornego naczynia), dodajemy obsmażone kawałki kurczaka i daktyle. Zalewamy bulionem i przykrywamy pokrywką.

Pieczemy przez 1 ½ godziny.
Podajemy z kuskusem lub podpłomykami.

Posted on

Chwała Portugalii. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E20

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszamy Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!


Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Noir sur Blanc.

Wojciech Charchalis, wybitny tłumacz, autor przekładu powieści Chwała Portugalii Antonia Lobo Antunesa (Noir sur Blanc 2024), nie zaprzecza: Portugalia może być uważana za kraj śródziemnomorski. Zależy, jak zawieje wiatr znad Atlantyku! W rozmowie z Magdą Miśką-Jackowską tłumaczy, jak kształtowała się tożsamość Portugalczyków, czym jest idea luzotropikalizmu, jakie choroby toczą portugalskie społeczeństwo i jakie miejsce zajmuje w nim rodzina. Z podcastu dowiecie się także, czy Portugalczycy są dumni ze swojego pochodzenia, czy są podobni do Włochów i o co chodzi w prozie Lobo Antunesa.

Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Scenariusz i konsultacja merytoryczna: Julia Wollner
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

 

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹 Izabela Frankowska: O azulejos
🔹 Izabela Frankowska: Cisza, będzie śpiewane fado
🔹 Julia Wollner: Samotność Portugalczyka
Posted on

Na Malcie

W ciągu dnia życie zamiera i ludzkie zwierzęta nocy odsypiają knajpiane tany, hotelowe gry i zabawy dla dorosłych oraz morskie kąpiele na granicy ryzyka. Bo na Malcie jest czas pracy, czas zabawy i czas spoczynku. Teraz akurat trwa sjesta. Temperatura w słońcu przekracza 50 stopni w skali zaproponowanej w 1742 roku przez Andersa Celsiusa. Ani jednej chmurki na niebie. Przelatujące samoloty nie zostawiają żadnej smugi, żadnego śladu poza węglowym. Żar leje się z nieba i totalna ekspozycja grozi omdleniem, udarem, zgonem.

Bugibba i wróble

Przed nami potyka się i przewraca rosła Wenezuelka – wapienne trotuary, owiewane solną bryzą, owszem, są niebezpiecznie czy wręcz skandalicznie śliskie. Z kolei nasadzone na skwerach palmy i juki są już na etapie liofilizacji lub zwęglenia. Nawet sukulenty mają dość – owocujące opuncje, całe ich zagajniki, skręcają się i marszczą jak starowinki.

I tylko czasem pomiędzy kamieniami pomykają endemiczne jaszczurki z gatunku Podarcis filfolensis. Gady te przystają, z morderczą żądzą wypatrują nielicznych bezkręgowców i mniejszych przedstawicieli własnego gatunku, podnosząc na przemian – jak na pustyni – rozgrzane niemal do czerwoności kończyny.

Endemiczna jaszczurka maltańska z gatunku Podarcis filfolensis. Fot. Paweł Czapczyk

Do znudzenia podziwiamy skały i kamienie z odciskami z przeszłości geologicznej naszej planety. Krajobraz niemal księżycowy: skalne niecki i zagłębienia, wypełnione skrystalizowaną solą lub słoną cieczą, wyglądają jak kratery.

Ptaków nie dostrzegam, ale jutro przed świtem, jeszcze po ciemku, podreptam do rezerwatu (Salina Nature Reserve), gdzie dwa tygodnie temu widziano flamingi. Spotkam tam czaple nadobne i mewy czarnogłowe. Przede wszystkim jednak porozmawiam z Joe, fotografem przyrody z Wyspy, który pokaże mi zdjęcia wszystkich możliwych czapli, kilku brodźców i zimorodka, a nade wszystko bajecznie wyglądającego parzydełkowca (Cotylorhiza tuberculata), zwanego tu nie bez kozery fried egg jellyfish. Jego widziane od góry parasolowate ciało, w środku wypukłe i pomarańczowożółte a spłaszczone i jaśniejsze na obrzeżach, nieubłaganie przywodzi na myśl klasyczne jajko sadzone. Kruczoczarny Joe, odziany jak należy w szaty w barwach ochronnych i kamuflujących, poleci mi przyjechać do rezerwatu w marcu. – Wtedy na przelotach robi się tu ptasio, krzykliwie, gwarno. Również nad samym morzem dużo się dzieje – będzie przekonywał, życząc mi udanych kadrów.

Nad czystością wybrzeża czuwa na Malcie lotna brygada sanitarna, czyli wróble śródziemnomorskie (Passer hispaniolensis), zwane tu wróblami hiszpańskimi. Na zdjęciu widoczny jest ich przedstawiciel. Ten pionierski gatunek, nieco większy i efektowniej ubarwiony od naszego wróbla domowego (Passer domesticus), pozostaje na razie niezagrożony wyginięciem, choć – w skali globu – już notuje się spadek populacji. Fot. Paweł Czapczyk


W Zatoce Świętego Pawła

Na ryby wypływamy pod wieczór. Małomówny Silvio jest kapitanem co się zowie: żuje orzeszki ziemne, pije schłodzoną colę i spod półprzymkniętych powiek bezbłędnie kieruje rozklekotaną łajbą, która pamięta jeśli nie czasy konkwistadorów, to wielkiego mistrza zakonu maltańskiego na pewno. Już go lubię. Jego pomocnik, rączy i zręczny Filipińczyk Henry, śmiga po rozbujanym pokładzie, na którym ja co i rusz tracę równowagę. Co wyłowimy z głębin? Tego nie wie nikt, ale Moby Dick czy gigantyczny marlin, którego stary Santiago z powiastki Hemingwaya złowił po osiemdziesięciu dniach posuchy, raczej nam nie grożą.

Tymczasem A., która koniecznie chciała mi towarzyszyć, już po kwadransie gorzko tego żałuje, bo – na pełnym morzu i w długo zachodzącym słońcu – zamiast brązowieć, zielenieje. Cóż, przeżywa katusze choroby morskie, która mnie i dwóch płynących z nami Węgrów ani nie obchodzi, ani nie dotyka.

Morze Śródziemne w Zatoce Świętego Pawła potrafi uwodzić: raz jest turkusowe, raz lazurowe, a raz granatowe. Stajemy się lepcy od słońca, potu i soli, bo mokra i ciepła bryza smaga nasze półnagie ciała. Gdzieś w tym rejonie – według podań – rozbił się okręt z Apostołem Narodów na pokładzie.

Opływając Archipelag Maltański. Fot. Paweł Czapczyk

Otacza nas spiętrzona historia – trochę biblijna i trochę włoska, trochę francuska i jeszcze mocno arabska, a nade wszystko angielska – nabrzmiała zabytkami architektury i dziełami sztuki, które budzą zazdrość kontynentu. Uwypuklona surowymi skalistymi krajobrazami, pełnymi grot, tajemnych przejść i czeluści. Wszystko to składa się na genius loci północnej Malty. Również o tej krainie mógł myśleć wielki znawca Śródziemnomorza, Fernand Braudel, gdy pisał, że region Morza Śródziemnego to tysiąc rzeczy naraz. Nie jeden krajobraz, lecz niezliczone krajobrazy. Nie jedno morze, lecz cała ich plejada. Nie jedna cywilizacja, lecz cywilizacje nawarstwione jedne na drugich.

Ciągle płyniemy. Kołysząc się, arytmicznie przechylamy się z burty na burtę. Henry siedzi po turecku na dziobie i wypatruje przypowierzchniowych ławic ryb. Nic z tego. Na wyciągnięcie ręki mamy burzyki śródziemnomorskie, ginące ptaki, które pierwszy raz widzę na oczy. Przelatują, żerują, siadają na wodzie. Aparat fotograficzny mam niestety schowany głęboko. Teraz trollingujemy. Przepływamy w pobliżu farm tuńczyków, ale żaden z kilkunastokilogramowych niebieskobokich osobników nie daje się zwieść i skusić na nasze błyszczące, pomykające w toni przynęty. Wtem się zatrzymujemy, zakotwiczamy i w lekkim dryfie próbujemy coś złapać z gruntu. Silvio wskazuje miejsce, a Henry uzbraja nasze wędki w przypony, haczyki i kalmari, czyli obłe, wyposażone w kłębiące się ramiona ciała kałamarnic. Z kołowrotków wysnuwamy zwoje plecionki i spuszczamy ją na głębokość 50 metrów. Aż do dna. I jigujemy. Jigujemy. Najlepszy okazuje się Silvio, który, łowiąc z ręki i ryzykując bolesne otarcia palców i dłoni, po mistrzowsku operuje plecionką. Żadna z ryb się nie zmarnuje, wszystkie zabiera do domu.

Zachód słońca w Zatoce Świętego Pawła. Fot. Paweł Czapczyk

Kiedy w końcu ciemności zalewają niebo, a morze pokrywa się kosmatą włókniną, wracamy do Bugibby. Nocny rejs małym kutrem bez świateł staje się kursem w stronę wieczności, dając nam przedsmak tego, czym może być prawdziwa metafizyka. Z zadumy i bezczasu wytrąca nas gwar, który po wodzie niesie się szeroko i daleko od portu. Bo gorące miasto, Bugibba, żyje chwilą. Rozświetlone i rozśpiewane, oddycha pełną piersią. Tak jest od zmierzchu. Tak będzie do świtu, kiedy temperatura powietrza zacznie nieubłaganie wzrastać, a wszyscy przyjezdni nagle się zgarbią, zwiotczeją i zwiędną. I, powłócząc nogami, udadzą się na spoczynek.

Zachód słońca w okolicy Bugibby. Fot. Paweł Czapczyk

Boat party

W ramach rekompensaty proponuję A. romantyczny wieczór – wybieramy się w zatokowy rejs w stronę wysp Comino i Gozo, reklamowanych aż do znudzenia przez wszystkie biura podróży. Specjalnie na zachód słońca. Ma być spokojnie, beztrosko, upojnie. – W pobliżu nie zobaczycie innych jednostek pływających, tylko wasz katamaran – zapewnia nas Tom, który przyjechał z Londynu i na deptaku wciska turystom bajkowe wycieczki. Robi to błyskotliwie, a jednocześnie z nieskrywaną brytyjską wyższością – postkolonializm i lordowską mość ma wypisane na twarzy.

Oczywiście dajemy się nabrać. „Nasz katamaran” wkrótce po rozwiązaniu lin cumowniczych i opuszczeniu kei zamienia się w rozhulaną tancbudę. Strumienie rave i dubstep skutecznie zakłócają akustyczny rytm fal morskich. Na pokład wjeżdżają drinki. Na wyścigi zaczynają się skoki do wody. Dwóch młodzieńców splecionych w tanecznym uścisku tworzy jeden dwugłowy organizm. Ktoś wykonuje powłóczyste ruchy w zwolnionym tempie, ktoś inny zatraca się w somnambulicznym tańcu. Przeważają młode Włoszki i młodzi Włosi. Niektórzy z nich palą zioło, którego posiadanie (na własny użytek) nie jest na Malcie zabronione. Z drugiej strony, na rozwody zezwolono tu dopiero w 2011 roku, kraj jest katolicki, a na straży uczuć religijnych stoi konstytucja państwa. Kątem oka dostrzegam, jak dwudziestoletnia Koreanka o urodzie porcelanowej lalki w nieco wyuzdanych pozach przyzywa swego bladolicego, łysego partnera, który mógłby być jej pradziadkiem. Jej gibkie ciało w wężowych ruchach doskonale imituje figury tańca na rurze. Ciekawe, jak to się skończy, skoro pradziadek nie może na razie wstać z miejsca. Boat party trwa. Patrzę na A., patrzę na morze, a potem się wyłączam. Przedwczoraj byliśmy w Valletcie.

Valetta – widok z tarasu Wysokich Ogrodów Barakka. Fot. Paweł Czapczyk


Valletta i Caravaggio

Położony w centrum stolicy Pałac Wielkiego Mistrza, który podczas brytyjskiego panowania stał się siedzibą gubernatora, a dziś służy prezydentowi Republiki, to trzy w jednym: przypomina okazałą prochownię czy raczej zbrojownię, jest muzealną izbą pamięci i przestronną rezydencją z imponującymi malowidłami. Powidoki mam nadal pod powiekami, jednak płowieją one na podobieństwo wewnętrznego kamienistego dziedzińca pałacu – i blakną w mojej pamięci. Z kolei miejsce półtorarocznego pobytu Samuela Taylora Coleridge’a, przekształcone w ekskluzywny hotelik, budzi spory niedosyt. – This is for private members only – słyszę, gdy wchodzę do środka. Legendarny poeta z Krainy Jezior, o pucułowatej twarzy i marzycielskich oczach, który w kwiecie wieku uzależnił się od opium i wedle stereotypowych wykładni był mocno odklejony od rzeczywistości, na gorącej wyspie dał się poznać jako sumienny administrator i mądry rozjemca waśni i sporów. Została po nim lapidarna inskrypcja na marmurowej tabliczce przykręconej do gmachu hotelowej oficyny.

W Pałacu Wielkiego Mistrza. Fot. Paweł Czapczyk

Tym, co przenika do mojej jaźni głęboko, jest dopiero kontemplacja płócien Caravaggia. Dwie prace, Święty Hieronim i Ścięcie św. Jana Chrzciciela, które z dyskretnym pietyzmem wyeksponowano w oratorium, tworzą swoiste enklawy w ociekającej złotem, bogato inkrustowanej płaskorzeźbami i unikatowymi mozaikami konkatedrze św. Jana. Zwłaszcza do drugiego płótna, jedynego dzieła podpisanego przez artystę, pielgrzymuje się w otulinie ciszy i mroku, bo przecież minimalizm otoczenia jest największym sprzymierzeńcem skupienia i uważności. Barokowy realista i światłoczuły geniusz, jakim był Caravaggio, tak bardzo wyprzedzał swój czas, że stał się artystą niemal nam współczesnym. Wiodąc życie hulaszcze i awanturnicze, grą świateł i cieni – jak nikt przed nim i nikt po nim – potrafił ukazać psychofizyczną niejednoznaczność portretowanych postaci.

Michelangelo Merisi da Caravaggio przybył na Maltę na zaproszenie wielkiego mistrza Alofa de Wignacourt w 1608 roku. Pasowany na kawalera joannitów i mianowany nadwornym malarzem zakonu, nie zaznał jednak spokoju. Wkrótce pobił współbrata, rycerza zakonu, a potem uciekł na Sycylię. Do końca życia, który nastąpił najprawdopodobniej w drodze do Rzymu, ścigały go boginie zemsty.

Ścięcie św. Jana Chrzciciela – demonstracja światłocienia i techniki malarskiej. Fot. Paweł Czapczyk


Noc krabów

Lata świetlne temu, będąc studentem pierwszego roku polonistyki, pisywałem krótkie recenzje książkowe do lewicowego wówczas tygodnika „Wprost”. Obok kilku książek, które mi „leżały”, pewnego dnia w redakcji czasopisma dostałem do omówienia amerykański horror pod wszystko mówiącym tytułem Noc krabów. Dziś już nie pamiętam autora tego niemożebnego powieścidła – przykładu nieskrępowanej niczym grafomanii, kwintesencji niezamierzonej groteski, erupcji koszarowego komizmu. I tylko jedna mroczna scena utkwiła mi w pamięci: oto krwiożercze kraby, niczym japońska Godzilla, wychodzą z morza na ląd, by zapanować nad naszą biedną planetą. A przypomniała mi się nagle, kiedy o piątej rano wyruszyłem na kamieniste wybrzeże w Bugibbie, by fotografować linię brzegową Morza Śródziemnego.

Krab z gatunku Pachygrapsus marmoratus (okolice Bugibby). Fot. Paweł Czapczyk

Do świtania był może kwadrans. Przede mną rozpościerała się kraina śliskich i porowatych bloków wapiennych, różnej wielkości strzelistych wzgórków, niecek, grot i kraterów oraz kilkunastocentymetrowych i kilkumetrowych głęboczków – czasem wypełnionych morską wodą z pianą, a czasem już tylko skrystalizowaną solą.

Przestępując z nogi na nogę z gracją składającej jaja kuropatwy i balansując na kamieniach ze zręcznością Tarzana na emeryturze, powoli posuwałem się naprzód: skała po skale, głęboczek po głęboczku. A kiedy w końcu przysiadłem i zamarłem, zaczęły wyłaniać się one. Wypełzały z dna morskiego. Wychodziły ze szczelin, wychylały się z czeluści.

Tak oto wstawał świt.

Zdjęcie główne: Na Archipelagu Maltańskim, fot. Paweł Czapczyk
Posted on

Van Gogh. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E19

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszamy Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

Zapraszamy Was na spotkanie z artystą, który jak mało kto ukochał światło Południa, choć sam z niego nie pochodził. Bohaterem odcinka jest Vincent van Gogh, jeden z najważniejszych malarzy w historii. Aby poznać go bliżej, odwiedzamy Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego w Wilanowie, gdzie podziwiać można jedyny jego obraz w polskiej kolekcji. Tożsamość artysty staramy się zrozumieć wraz kuratorkami wystawy Historie jednego obrazu, Stefanią Ambroziak i Anną Biskupską.

Prowadzenie : Julia Wollner i Magda Miśka-Jackowska

Produkcja: Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹 Magdalena Giedrojć: W stronę słońca
🔹 Redakcja: Śladami van Gogha po Arles

Posted on

Vincent Van Gogh. W stronę słońca

Przez całe życie pędził gdzieś przed siebie w poszukiwaniu marzeń. Porzucał szkoły i miasta, zrywał znajomości, kłócił się z bliskimi, robił rzeczy szalone i niebezpieczne. Był nieszczęśliwym samotnikiem, który rozpaczliwie pragnął lepszego życia, tylko nie umiał go znaleźć. Przez chwilę wydawało się, że ukojenie przyniesie mu przyjaźń z Prowansją, krainą pełną niezwykłych krajobrazów i kolorów. Niestety i ta historia nie ma dobrego zakończenia.

Z rodziną na dobre i złe?
Vincent van Gogh urodził się w 1853 roku w Groot-Zundert, małej mieścinie na południu Holandii, niedaleko granicy z Belgią. Dokładnie rok przed jego narodzinami matka powiła martwego syna, któremu również nadano imię Vincent. Ta zbieżność imion i smutne dziedzictwo prześladowało van Gogha przez całe życie; nie mógł się uwolnić od poczucia, że zawdzięcza swe życie śmierci starszego brata. Rodzice dbali o niego, ale dom pozostawał surowy i pozbawiony czułości. Ojciec był pastorem, a przy tym człowiekiem zamkniętym w sobie i bardzo wymagającym. Nie zastanawiał się nad uczuciami swoich dzieci, starał się za to dbać o ich edukację. Niestety Vincenta nigdy nie ciągnęło do nauki. Ilekroć rozpoczynał jakąś szkołę, szybko ją porzucał. Na brak sukcesów naukowych mógł mieć wpływ także jego charakter: chłopiec od dzieciństwa był raczej małomówny, introwertyczny, niechętnie utrzymywał kontakty z innymi ludźmi; nawet z własnym rodzeństwem relacje miał dość chłodne. Wyjątkiem był młodszy brat Theo, który opiekował się Vincentem, wspomagał go finansowo, wyciągał z tarapatów, a w zamian mógł liczyć na przyjaźń i długie listy. To była wyjątkowa więź, chyba jedyna naprawdę głęboka, którą zbudował Vincent. Reszta ludzi przemykała przez jego życie; po krótszych lub dłuższych znajomościach rozstania przebiegały często dość gwałtownie. Wielokrotne powroty do rodziny zawsze miały w tle kłopoty finansowe, nie zaś rzeczywistą potrzebę bycia blisko z krewnymi.

 

Jedyny obraz Vincenta van Gogha w Polsce: „Wiejskie chaty pośród drzew” w stołecznym muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego


Między światami

Kiedy wiadomo już było, że Vincent nie zostanie wybitnym naukowcem, wuj zaproponował mu pracę w galerii sztuki w Hadze; potem wysłano go do filii paryskiej i londyńskiej. Paradoks polegał na tym, że choć Vincenta od wczesnych lat ciągnęło go do rysowania i malowania, nie odnalazł się w świecie marszandów i handlu dziełami sztuki. Po kilku latach stracił pracę w firmie wuja. Miał wtedy 23 lata, przed nim było jeszcze czternaście lat życia. Jeśli do tej pory nie było zbyt łatwo, to od tego momentu zaczęło być naprawdę ciężko. Przez chwilę był nauczycielem. Potem postanowił pomagać w kościele. Otrzymał misję wspierania górników, jednak zatracił się w przeżywaniu ich ubóstwa i cierpienia do tego stopnia, że władze kościelne orzekły, iż podważa godność kapłaństwa. Zrezygnowano z jego pomocy. Nie udało mu się dostać na studia teologiczne, za to rozpoczął naukę w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Brukseli, szybko jednak uznał, że inaczej wyobrażał sobie studiowanie sztuk pięknych. Mijały miesiące, mijały lata, a Vincent wciąż wędrował, zmieniał miejsca zamieszkania, przenosił się, wracał do rodziny i znów ją opuszczał. Nigdzie nie czuł się dobrze. Wszędzie miał wrażenie, że musi coś zmienić.

Stabilizacji nie sprzyjały też nieudane związki z kobietami. Po raz pierwszy zakochał się podczas pracy w Londynie. Wybranką jego serca została córka gospodyni domu, w którym mieszkał. Wyznał jej miłość, jednak dziewczyna odrzuciła jego uczucie. Po raz drugi jego serce zadrżało, gdy podczas pobytu z rodziną na wsi spotkał niedawno owdowiałą kuzynkę. Spędzał z nią wiele czasu i bardzo zaangażował się w tę znajomość. Gotów był się żenić, lecz i tym razem został odrzucony, podobno głównie dlatego, że kuzynka nie była zainteresowana małżeństwem z kimś bez grosza przy duszy. Próbował ją przekonać, jednak nazwała go odrażająco natarczywym i zerwała z nim kontakty. Trzecia kobieta wniosła w jego życie same kłopoty, choć przez chwilę miał nadzieję, że pomoże mu się ustabilizować i założyć rodzinę. Kiedy ją poznał, była już matką pięcioletniej dziewczynki i spodziewała się syna. To nie była wielka miłość, ale zamieszkali razem z nadzieją na lepsze życie. Sien była jeszcze bardziej zagubiona w życiu niż Vincent: prostytuowała się, nadużywała alkoholu, zaraziła van Gogha chorobą weneryczną. Na wszystkich rysunkach Vincenta jest smutna, jakby nieobecna, skulona gdzieś w kącie. Rodzina van Gogha nie mogła pogodzić się z tym, że związał się on z prostytutką. W końcu przymuszono malarza do zakończenia tego związku. Nie rozpaczał, ale odczuwała wielki smutek, że nie udało mu się stworzyć rodziny, że jego artystyczna dusza musi pozostać samotna. Od tamtej pory kobiety pojawiały się w jego życiu zaledwie na chwilę; były bez znaczenia, miały ulżyć mu tylko w trudach artystycznego życia.

Sien obierająca ziemniaki, kwiecień 1883, Kunstmuseum Den Haag, Haga


Żółty przebłysk szczęścia

Przez cały czas van Gogh doskonalił się w rysunku i malarstwie, szczególnie lubił pejzaże i scenki rodzajowe. Z upodobaniem uwieczniał ubogich ludzi i ich otoczenie, zanurzał ich w ciasnych wnętrzach, w ciemnościach z rzadka rozbłyskiwanych światłem. Jego martwe natury również pochodzą z chłopskich chat: tu chodaki, tam rozsypane kartofle, w tle proste gliniaki. To nie był świat wyrafinowanych mieszczańskich salonów, gdzie Vincent nigdy nie czuł się dobrze. Podczas pobytów w Paryżu spotykał ludzi wpływowych i majętnych, poznawał wielkich artystów, marzył o malarskiej wspólnocie, jednak nie udawało mu się wyjść poza swą samotność. Trzy lata przed śmiercią zdecydował się porzucić dotychczasowe życie i wyjechać do Prowansji, gdzie zamierzał wreszcie wcielić w życie swoje marzenia.

Prowansja go zachwyciła, uległ czarowi miejscowych pól, drzew i kwiatów. Rozkoszował się kolorami i jasnym światłem. Jego obrazy, dotychczas stonowane, teraz eksplodują kolorami, wśród których królują żółcie w towarzystwie intensywnych niebieskości. Wszystko jest na nich mocne: kolory, posunięcia pędzlem, energia. Niektóre obrazy urzekają subtelną jasnością, inne niemal przerażają dynamiką. Na wszystkich płótnach widać urzeczenie van Gogha południową prowincją Francji.

Niestety, te ostatnie lata przyniosły artyście, poza malarską zmianą i twórczą eksplozją koloru, także coraz większe problemy zdrowotne. Vincent szaleje, jest coraz mniej obliczalny, trudno przewidzieć, co zrobi sobie i innym. Namawia do przyjazdu Paula Gauguina, ale po dwóch miesiącach artyści rozstają się po wielkiej awanturze i nigdy już więcej się nie zobaczą. Tak kończy się wielki sen o wspólnocie malarzy. Theo umieszcza brata w szpitalu, gdzie ten wciąż maluje. Ostatnie miesiące to nieustanne zmaganie się ze światem i ze sobą. Wychodzi ze szpitala, wraca, podejmuje próby normalnego życia, spada z wysokości swych planów. Jeszcze odwiedza Paryż, jeszcze próbuje. A potem już nic nie daje się okiełznać. 27 lipca 1880 roku Vincent van Gogh wraca ze spaceru z raną postrzałową brzucha, dwa dni później umiera. Do dziś nie ma absolutnej pewności, czy to było samobójstwo czy jednak brał w tym udział ktoś trzeci. Na szczęście do umierającego Vincenta zdążył przyjechać Theo i towarzyszyć mu w ostatnich chwilach. Bracia połączyli się zresztą wkrótce, Theo zmarł bowiem w styczniu następnego roku i został pochowany razem z Vincentem.

Gaj oliwny II (1889), Kröller-Müller Museum
Gaj oliwny II (1889), Kröller-Müller Museum

Prowansja przyniosła malarzowi wielkie emocje, otwarcie na zupełnie nowy świat, a to podkręciło jego psychikę do temperatury wrzenia. Twórczość van Gogha z tego okresu bywa nieco „chorobliwa”, przypomina czasami szalone sny, halucynacje, nie brak jednak zwykłego piękna, blasku, światła, ciepła. Wszystkiego tego, czego Vincentowi tak bardzo brakowało przez cale życie. Nie wiadomo dokładnie, co dolegało malarzowi. Mówi się o schizofrenii, epilepsji, psychozie maniakalno-depresyjnej czy porfirii. Jednak bez względu na to, na co cierpiał i co doprowadziło go na skraj przepaści, Prowansja dała mu to, czego szukał i czego pragnął. Tylko na chwilę, która sprawiła jednak, że poczuł, jak może wyglądać życie, za którym tak tęsknił.

Posted on

Kryminały z Południa. Włochy w powieściach Donny Leon, Marioliny Venezii i Andrei Camillerego

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Noir sur Blanc.

Poznawanie świata przez lekturę stanowi podstawę mojej egzystencji – i nie ma w tym grama przesady. Czytam o zjawiskach, ludziach, miejscach; o tym, co już znam, i o tym, o czym nie słyszałam nigdy wcześniej. Wiele przyjemności znajduję w czytaniu o ważnych dla mnie kulturach i społeczeństwach, wśród których szczególnie bliskie są mi Włochy – kraj, w którym uczyłam się, mieszkałam, któremu poświęciłam wiele lat pracy. Kraj, o którym dowiaduję się codziennie czegoś nowego, choć na wizytówce, gdy jeszcze się ich używało, dumnie drukowałam sobie tytuł: doktor italianistyki.

Czytam więc o Włoszech ciągle, poszerzając horyzonty, porównując opinie, porzucając stare sądy. Jako miłośniczka non fiction, poezji i powieści historycznych nie pomyślałam jednak nigdy, aby Włochy poznawać poprzez… włoskie kryminały. Nie zaliczam się do miłośniczek gatunku; jako niepoprawna romantyczka prędzej przeczytam łzawą historię miłosną niż „zabili go i uciekł”. Do poznawania Śródziemnomorza dobry jest jednak każdy klucz, każdy pretekst. Jeśli tylko pozwoli na spotkanie z kolebką naszej kultury, wzbogaci wiedzę, zachęci do nauki na podstawie jej pomyłek i zainspiruje do zmian we własnym otoczeniu, warto go wykorzystać. W te wakacje, dzięki współpracy z wydawnictwem Noir sur Blanc, odkryłam, że lektura kryminałów z Południa stanowi nie tylko doskonałą rozrywkę, ale i źródło informacji. Wspaniale portretują one tożsamość mieszkańców Półwyspu, analizują regionalne problemy, podsuwają nowe pomysły podróżnicze. I, co chyba najważniejsze, opisywane rejony nierzadko ukazują z perspektywy ciut odmiennej niż moja. Nic, tylko korzystać!

Ja w Wenecji w 2007
Ja w Wenecji w 2007

Wenecja

Zacznijmy od północnej części Półwyspu i jednego z najbardziej niezwykłych miast świata: Wenecji. Moja relacja z nią miała szczególnie bliski charakter przed kilkunastu laty, kiedy zbierałam materiały do pisanego wówczas doktoratu. Sporo z nich, szczególnie librett operowych oraz baletowych, czekało na mnie w Biblioteca Marciana, w której przesiedziałam łącznie dwie zimy, przeglądając, wśród wiekowych murów, stare księgi i rękopisy. Wieczorami chadzałam do opery i na kościelne koncerty, by posłuchać melodii, których pożółkły papier nie był w stanie mi przekazać, zaś w przerwach od pracy zaglądałam do muzeów, gdzie oglądałam z zachwytem malarskie cuda. Spędziwszy w mieście na lagunie kilkanaście tygodni, zobaczyłam zapewne więcej niż przeciętny turysta, podziwiający tylko karnawałowe kostiumy i gondolierów przewożących gwiazdy kina. Poruszałam się jednak po dość utartych szlakach, a moje kontakty z miejscowymi polegały głównie na pogawędkach z szatniarzami i pałaszowaniu cicchetti, czyli drobnych lokalnych przekąsek, podczas wypadów do miejscowych barów. Nie poznałam zbyt wielu tubylców, nie dowiedziałam się, jak żyją ani co ich trapi. Wenecja pozostawała dla mnie niedostępną elegacką damą odzianą w cieżke aksamitne szaty. Zasłaniała się grubą warstwą makijażu, ja zaś nie potrafiłam wyczuć, co się za nim kryje.

Jedna z najlepszych książek Donny Leon: Śmierć w La Fenice
Jedna z najlepszych książek Donny Leon: Śmierć w La Fenice. Fot.: mat. promocyjne Noir sur Blanc

O tym, co kryć się może, opowiadają zaś powieści kryminalne Donny Leon (ur. 1942). Ta Amerykanka o hiszpańskich korzeniach, od lat mieszkająca w Najjaśniejszej, w swojej prozie daje wyraz ogromnego uczucia, jakim obdarzyła ojczyznę z wyboru. Przedstawiając perypetie niejakiego komisarza Brunettiego, opisuje wiekowe miasto obdarzone olbrzymią urodą i czarem, narażone na równie olbrzymie zagrożenia. Poza ciągle rosnącą przestępczością, korupcją w administracji państwowej i organach ścigania, Leon zwraca uwagę na destrukcyjny wpływ, jaki wywiera na Wenecję masowa turystyka, lokalny przemysł czy postępujące zmiany klimatyczne (doskonale opisane w Acqua alta). Mnie pozwoliła poznać także Wenecję ukrytą za wysokimi murami, ciężkimi kotarami i szczelnie zamkniętymi drzwiami – albo grubą warstwą rozświetlającego pudru. To ciągle miasto pełne elegancji, kultury i sznytu (co świetnie przedstawia np. powieść Śmierć w La Fenice – Leon jest wielką miłośniczką opery), jednak nie pozbawione mało urodziwych tajemnic. Za pysznymi fasadami miejscowych budynków znajdziemy nie tylko wielkie namiętności czy skandale niczym z hollywoodzkich filmów, które często z Wenecją kojarzymy, ale także bolączki i dramaty zwykłych ludzi: cierpienie osób starszych (Cicho we śnie), przemoc wobec kobiet (Ulotne pragnienia), wyobcowanie imigrantów, dyskryminację na tle etnicznym (Dziewczyna z jego snów, Krew z kamienia). To niezwykle cenna perspektywa, która pozwala mi inaczej spojrzeć na miasto poznane w młodości. Podczas kolejnego pobytu w nim nie omieszkam przejść się ulubionymi trasami Brunettiego, aby przypomnieć sobie, że w Wenecji toczy się także powszednie, często naprawdę niełatwe życie.

Wojaże literackimi śladami od zawsze stanowią dla mnie ważną część podróżniczego życia. Lubię odwiedzać miejsca pochodzenia czy zamieszkania ulubionych autorów, porównywać książkowe opisy z rzeczywistością, wchodzić w koleiny wydeptane przez tych, którzy żyją tylko na zadrukowanych kartkach. W przypadku Donny Leon, zwiedzanie Wenecji zaplanować można z pomocą książki Toni Sepedy pt. Wenecja komisarza Brunettiego (tłum. Marek Fedyszak, Noir sur Blanc 2022). W ofercie wydawnictwa znajdziemy też książkę kucharską prezentującą ulubione dania bohatera (Roberta Pianaro, Szczypta Wenecji, tłum. Jarosław Rybski, Noir sur Blanc, 2012)
Wojaże literackimi śladami od zawsze stanowią dla mnie ważną część podróżniczego życia. Lubię odwiedzać miejsca pochodzenia czy zamieszkania ulubionych autorów, porównywać książkowe opisy z rzeczywistością, wchodzić w koleiny wydeptane przez tych, którzy żyją tylko na zadrukowanych kartkach. W przypadku Donny Leon, zwiedzanie Wenecji zaplanować można z pomocą książki Toni Sepedy pt. Wenecja komisarza Brunettiego (tłum. Marek Fedyszak, Noir sur Blanc 2022). W ofercie wydawnictwa znajdziemy też książkę kucharską prezentującą ulubione dania bohatera (Donna Leon, Roberta Pianaro, Szczypta Wenecji, tłum. Jarosław Rybski, Noir sur Blanc, 2012)


Matera

Jakieś 800 kilometrów w dół włoskiego buta leży Matera – jedno z ważniejszych miast Basilicaty. Jego najsłynniejsza dzielnica, zwana Sassi, czyli dosłownie Kamienie, wykuta została w wapiennej skale. To już zupełnie inne Włochy – pozbawione blichtru, skromne, duszne, zmęczone palącym słońcem. Barwy tego miejsca do złudzenia przypominają starożytne miasta Bliskiego Wschodu, w tym Jezusową Jerozolimę. Nic dziwnego, że od lat kręci się tu filmy o tematyce biblijnej i historycznej. W Materze, wpisanej w 1993 roku na Listę Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, powstały m.in. ujęcia do Ben Hura Williama Wylera (1959) i kontrowersyjnej Pasji Mela Gibsona (2004).

Kiedy odwiedziłam Sassi kilka lat temu, zarezerwowawszy nocleg w jednym z mieszkań w głębokiej jaskini, uderzyło mnie, jak bliski jest związek tego miasta z przeszłością: tą bliższą i tą najdawniejszą. Niełatwa ludzka historia rozpoczyna się przecież właśnie w pieczarach i grotach… Czy prawdą jest, że, jak przed tysiącami lat, nadal walczy się tutaj o przetrwanie? Czy okolica ta, stanowiąc część włoskiego Mezzogiorno, dalej boryka się ze skrajną biedą? Wszak jeszcze kilkadziesiąt lat temu spora część Matery została wysiedlona z powodu panujących tu katastrofalnych warunków życia… Stało się to w dużej mierze za sprawą książki Chrystus zatrzymał się w Eboli (1945), dzięki której o sytuacji mieszkańców miasta dowiedziały się włoski rząd i opinia publiczna. Przechadzając się po kamiennych uliczkach, nieustannie rozmyślałam o tym portrecie południowej Italii, nakreślonym przez Carla Leviego. Czy miejscowi to, podobnie jak bohaterzy jego powieści, lud nietknięty przez nowoczesną cywilizację? Czy nadal kierują nimi prastare zasady? I wreszcie: czy najważniejszą wartością jest tu nadal dziedzictwo, historia, religia i tradycja?

 

Matera
Matera

Odpowiedzi na większą część tych pytań znaleźć można w książkach włoskiej pisarki, poetki i scenarzystki Marioliny Venezii (ur. 1961) – wbrew nazwisku urodzonej właśnie w Materze. W Polsce jak dotąd ukazał się tylko jeden tytuł jej autorstwa: Kamienne miasto (tłum. Krzysztof Żaboklicki, 2024). We Włoszech dostępne są trzy kolejne części tej historii, zaś całość opowieści doczekała się też serialowej ekranizacji. Warto dodać, że Venezia jest laureatką Premio Campiello za swój literacki debiut poświęcony Materze, Mille anni che sto qui, który póki co nie nie został przełożony na język polski. Kryminał, do lektury którego zaprasza nas Noir sur Blanc, przedstawia perypetie prokurator Immy Tataranni. Toczone przez nią śledztwo utrudnia postawa hermetycznej lokalnej społeczności, układy, korupcja w lokalnych strukturach władzy, przede wszystkim zaś właśnie bieda i brak perspektyw. Z bardzo ubogiej rodziny pochodzi sama główna bohaterka, której jednak, dzięki wrodzonej determinacji, udało się odmienić swą życiową sytuację. Nie każdy jednak potrafi to uczynić, a niedostatek skłania ludzi do dokonywania wyborów wątpliwych moralnie. Venezia opisuje między innymi, jak rolnicy ze wsi pod Materą opłacani są przez przedsiębiorstwa składające toksyczne odpady na ich polach. Trudno o obraz mniej romantyczny i mniej kojarzący się tą malowniczą okolicą.

Powieści Venezii mogą posłużyć nam za oryginalny przewodnik po Materze, zarówno po części historycznej, jak i nowszych dzielnicach, po których w dużej mierze porusza się Tataranni. Autorka nierzadko udziela wywiadów na temat swojego rodzinnego miasta, dając  wskazówki zwiedzającym. Wśród nich szczególnie ciekawa wydaje mi sugestia, wedle której w Materze należy koniecznie zjeść domowy posiłek u któregoś z mieszkańców. Miejscowość nie ma długiej tradycji restauracyjnej, większość lokali jest stosunkowo nowa i mocno zorientowana na turystów, co nie pozwoli nam na spróbowanie prawdziwych przysmaków tamtejszej kuchni
Powieści Venezii mogą posłużyć nam za oryginalny przewodnik po Materze, zarówno po części historycznej, jak i nowszych dzielnicach, po których w dużej mierze porusza się Tataranni. Autorka nierzadko udziela wywiadów na temat swojego rodzinnego miasta, dając  wskazówki zwiedzającym. Wśród nich szczególnie ciekawa wydaje mi sugestia, wedle której w Materze należy koniecznie zjeść domowy posiłek u któregoś z mieszkańców. Miejscowość nie ma długiej tradycji restauracyjnej, większość lokali jest stosunkowo nowa i mocno zorientowana na turystów, co nie pozwoli nam na spróbowanie prawdziwych przysmaków tamtejszej kuchni. Fot.: mat. promocyjne Noir sur Blanc


Sycylia

Największa wyspa Morza Śródziemnego, państwo w państwie, o którym napisano już wszystko: oto Sycylia. Sycylię każdy ma swoją – to ziemia bogata i różnorodna, o wielu, często kontrastujących ze sobą, obliczach. Dla mnie Trinakria jest przede wszystkim dawną wyspą Greków, kultorowym tyglem, królestwem antyku, dzisiaj zaś – upragnionym celem śmiertelnie niebezpiecznej podróży, którą podejmują tysiące emigrantów. Z licznych wiosennych pobytów na niej zachowam też na zawsze w sercu wspomnienie zapierającej dech w piersiach przyrody – kwitnących łąk, lazurowej wody, dzikich gajów oliwnych. W niedawnej ankiecie magazynu „Lente” jeden z czytelników napisał, że Sycylia stanowi dla niego symbol Śródziemnomorza. Ten klasyczny przykład figury pars pro toto ma niewątpliwie głęboki sens, bowiem na Sycylii odnajdziemy wszystko, co z kulturą Mare Nostrum może nam się kojarzyć.

 

Ja w Agrigento wiele lat temu
Ja w Agrigento wiele lat temu

I tak jak Sycylia jest całym Śródziemnomorzem, tak Sycylia jednego pisarza może być całą wyspą. Mam oczywiście na myśli twórczość wielkiego Andrei Camillerego (1925–2019), autora powieści o komisarzu Salvie Montalbano, ale także wybitnego reżysera, dramaturga i scenarzysty. Jego Sycylia bliska jest mojej Sycylii. Już w samej postaci głównego bohatera odnajduję ważny dla mnie wątek spotkania kultur: swoje nazwisko otrzymał wszak po Vázquezie Montalbánie, hiszpańskim pisarzu, autorze między innymi kryminalnej serii o barcelońskim prywatnym detektywie Pepe Carvalho. Z radością odkrywam opisy sycylijskich pejzaży i zachwyt Camillerego miejscową przyrodą (np. w Kształcie wody wspaniale przetłumaczonym przez Jarosława Mikołajewskiego); cieszy mnie typowo śródziemnomorska skłonność do porzucenia wszechobecnego wyścigu z czasem. Montalbano pomyślał tęsknie o przejściowych porach roku. Co się z nimi stało? Pod wpływem coraz większego tempa, jakiego nabierała ludzka egzystencja, dostosowały się do czasów. Pojęły, że stanowią przerwę i zniknęły, bo dzisiaj nie ma miejsca na przerwy w tym coraz bardziej obłędnym wyścigu karmionym bezokolicznikami: rodzić się, jeść, uczyć się, spółkować, produkować, oglądać telewizję, kupować, sprzedawać, srać i umierać. Bezokolicznikami trwającymi ułamek sekundy, mgnienie oka. Czy nie istniały kiedyś inne czasowniki? Myśleć, zastanawiać się, słuchać, a także – dlaczego by nie? – spacerować bez celu, drzemać, dywagować – pisał Camilleri w Zapachu nocy (tłum. Krzysztof Żaboklicki), jakby w nawiązaniu do idei lente, dla wielu stanowiących kwintesencję Śródziemnomorza.

Wśród licznych autorów włoskich kryminałów – poza wymienionymi tu Leon i Venezią wspomnę jeszcze nazwiska takie, jak Massimo Carlotta, piszący o Wenecji i Padwie, Maurizio de Giovanni ze swoim Neapolem, czy Gianrico Carofiglio ukazujący Bari – bez wątpienia Camilleri stanowi osobną ligę. Wspaniale opowiada o nim w naszym podcaście jego przyjaciel i autor polskich przekładów, Jarosław Mikołajewski
Wśród licznych autorów włoskich kryminałów – poza wymienionymi tu Leon i Venezią wspomnę jeszcze nazwiska takie, jak Massimo Carlotta, piszący o Wenecji i Padwie, Maurizio de Giovanni ze swoim Neapolem, czy Gianrico Carofiglio ukazujący Bari – bez wątpienia Camilleri stanowi osobną ligę. Wspaniale opowiada o nim w naszym podcaście jego przyjaciel i autor polskich przekładów, Jarosław Mikołajewski

Książki o podziwiającym cuda przyrody, lubiącym spokój i dobre jedzenie komisarzu Montalbano pokazują uroki Sycylii w sposób, którego nie powstydziłyby się najlepsze bedekery. Jednocześnie widzę Camillerego jako publicystę, który nie tworzył jednak publicystyki, ale opisywał problemy społeczne swej ziemi w kryminalnych fabułach. Imigracja, ciemne strony lokalnej mentalności, zjawiska w sposób oczywisty związane z Południem, jak zorganizowana przestępczość i mafia, są pełnoprawnymi bohaterami jego powieści. Przypominają jakże ważną dla mnie prawdę – że Włochy, a wraz z nimi Sycylia, nie są państwem wolnym od skazy czy krainą wiecznej szczęśliwości i nieustającego dolce vita. Jak każde inne miejsce na ziemi borykają się z licznymi problemami, mają okresy lepsze i gorsze, upadają i wstają.

Blogi o Włoszech prześcigają się w opisywaniu Sycylii zwiedzanej śladami komisarza Montalbano, zarówno na podstawie książek, jak i popularnego serialu. Zaplanowanie takiej podróży nie stanowi więc dzisiaj większego problemu.
Blogi o Włoszech prześcigają się w opisywaniu Sycylii zwiedzanej śladami komisarza Montalbano, zarówno na podstawie książek, jak i popularnego serialu. Zaplanowanie takiej podróży nie stanowi więc dzisiaj większego problemu. Fot.: mat. promocyjne Noir sur Blanc

 

Warto czytać południowe kryminały – choćby dla uświadomienia sobie tego faktu. Wciągające historie, słońce i umiejętność cieszenia się chwilą, którą z mlekiem matki wyssali bohaterzy, niech stanowią zaś wartość dodaną.

 

Posted on

Czy Rzymianie się uśmiechali?

Ilustracje przedstawiające uśmiechnięte rzymskie popiersia przygotowano w programie komputerowym.

Mary Beard w książce Laughter in Ancient Rome (Śmiech w starożytnym Rzymie) dość prowokacyjnie twierdzi, jakoby Rzymianie się nie uśmiechali. To kontrowersyjne stwierdzenie może od razu budzić sprzeciw. Uśmiech jest naturalnym odruchem człowieka, jak to możliwe, aby nie występował u Rzymian? Jak mogli nie uśmiechać się do dzieci, bliskich, ukochanych? Jak mogli się nie uśmiechać, reagując na coś przyjemnego czy umiarkowanie zabawnego? A cały arsenał uśmiechów wykorzystywanych przez polityków albo wodzów? Uśmiech pobłażliwy, ironiczny, pełen politowania, pogardliwy, złośliwy czy wreszcie uśmiech triumfu?

Amerykańska badaczka Kristina Milnor z Barnard College w Nowym Jorku w recenzji książki Beard wyraziła podobne wątpliwości: Ostatni rozdział pierwszej części – pisze – dotyczy związku między śmiechem greckim i rzymskim; autorka skupia się w nim głównie na języku. To tutaj przedstawia tezę, którą, jak podejrzewam, wielu czytelników uzna za osobliwą, jeśli nie nieco wątpliwą: Rzymianie się nie uśmiechali. Jest to oczywiście niezmiernie trudne do udowodnienia i możemy raczej powiedzieć mniej prowokacyjnie, a być może dokładniej, że nie mieli słowa, które konkretnie określałoby charakterystyczne ułożenie ust oznaczające przyjemność lub rozbawienie. Język, z czym – jestem pewna – sama Beard by się zgodziła, stanowi problematyczną soczewkę do obserwowania rzeczywistości społecznej, chociaż przyznaję, że powszechne tłumaczenie ridere i słów pokrewnych jako „uśmiechać się” (smile) zamiast „śmiać się” (laugh) w języku angielskim jest rzeczywiście mylące. I to właśnie tę kwestię autorka stara się podkreślić. A owo bardziej ogólne stwierdzenie „Rzymianie się nie uśmiechali” było nieco prowokacyjną przesadą („Bryn Mawr Classical Review” 22.10.2015, tłum. MCN).

Beard analizuje kwestie językowe i opiera swój sąd na tym, że w łacinie nie istniało wyraźne rozróżnienie między śmiechem a uśmiechem, jak to ma miejsce w grece czy w angielskim. W językach tych „uśmiechać się” i „śmiać się” to wyrazy niespokrewnione ze sobą (gr. meidao i gelao, ang. smile i laugh). Rzymianie używali zaś najczęściej tylko jednego czasownika: ridere – „śmiać się”, który czasem mógł też znaczyć „śmiać się lub uśmiechać się do kogoś”, oraz rzeczownika risus – określającego „śmiech”, a niekiedy „uśmiech”. Opinia brytyjskiej badaczki o „braku uśmiechu u Rzymian” wynika więc głównie z porównania z greką i z angielskim.

W słowniku języka łacińskiego znajdziemy jednak także wyraz subridere, w wersji obocznej surridere – „uśmiechać się”, który pojawia się w tekstach literackich już w I wieku p.n.e., a więc nie bardzo późno. Być może używano go wcześniej, lecz zachowało się niewiele tekstów z dawniejszych epok, nie mamy więc pełnego przekroju rzymskiej literatury. To od słowa subridere/surriderepochodzą pokrewne wyrazy w językach romańskich, jak włoskie sorridere czy francuskie sourire.

Przyimek sub oznacza „pod”, ale jako przedrostek ma bardzo wiele znaczeń, czasem analogicznych do tych w języku polskim, na przykład subscribere to „napisać u dołu” czyli „podpisać”. Sub- dodane do czasownika albo przymiotnika może też oznaczać „trochę”, „lekko”, „nieco”: np. timere to „bać się”, a subtimere – „trochę się bać”, tristis to „smutny”, a subtristis – nieco smutny, luteus to żółty, a subluteus – żółtawy. Subridere znaczy więc „trochę, lekko się śmiać” czyli „uśmiechać się”. Zauważmy, że także w polskim – i pewnie w paru innych językach poza romańskimi – wyrazy „śmiech” i „uśmiech” oraz pochodne czasowniki są sobie bardzo bliskie, mają wspólny rdzeń, od którego się wywodzą.

Trzeba natomiast przyznać, że subtelne subridere występuje u rzymskich autorów niezbyt często. W codziennym języku musiało rzeczywiście dominować ridere, a subridere było raczej terminem literackim. Co ciekawe, słowo to znajdujemy początkowo u pisarzy pochodzących spoza Rzymu: u Cycerona z Arpinum w południowym Lacjum, u Marka Terencjusza Warrona, uczonego pochodzenia sabińskiego, i u Owidiusza z Sulmony, miasta w kraju Pelignów w środkowych Apeninach. Używa go też Wergiliusz, który urodził się w północnej Italii, niedaleko Mantui. Trudno jednak powiedzieć, czy fakt, iż autorzy ci nie wywodzili się z samego Rzymu, ma w tym przypadku jakieś znaczenie. Warron w dziele O gospodarstwie rolnym kilka razy używa imiesłowu subridens – „uśmiechając(y) się”, np. „Appiusz, uśmiechając się, rzecze…” (Appius subridensinquit, Rust. III 2, 2). U Cycerona czasownik subridere pojawia się w mowie W obronie aktora komediowego Roscjusza, w której autor mówi: „uśmiecha się Saturiusz, człowiek przebiegły” (subridet Saturius, veterator, Q. Rosc. 22). Również tylko raz używa go Owidiusz (Amores III 1, 33).


W Eneidzie Wergiliusza dobrotliwie uśmiecha się Jowisz:

Twarz ojca ludzi i bogów rozjaśnił
Uśmiech, co koi burze i rozchmurza

Niebo…

(subridens hominum sator atque deorum…, Verg. Aen. I 254-255).

A kiedy indziej:

… uśmiechnął się do niej ów ludzi

Sprawca i rzeczy…

(subridens hominum rerumque repertor…, Aen. XII 829-830)

Uśmiech srogich wojowników jest zaś wyzywający albo złowieszczy. Jeden z latyńskich wodzów zwraca się do osaczonego we wrogim mieście wodza italskich Rutulów, Turnusa:

„…Rozejrzyj się! Jesteś

W obozie wrogów. Stąd nie ma ucieczki”.

Te słowa Turnus odpiera uśmiechem,

Spokojny: „Zacznij, jeśli ci nie obca

Odwaga, zetrzyj się ze mną”…

(subridens sedato pectore Turnus…, Aen. IX 737-742)

W następnej księdze król etruski, Mezencjusz do wroga

…z uśmiechem i z gniewem

Powiada: „Teraz konaj!…”

(Ad quem subridens mixta Mezentius ira…, Aen. X 742-743; tłum. Z. Kubiak)


A jak właściwie śmiali się Rzymianie? Podobnie jak my. W komediach Terencjusza znajdujemy zapis hahae albo hahahae, którego wymowa brzmiała „ha haj!” lub „ha ha haj!”. W komedii Eunuch, w odpowiedzi na hahahae! jednej z postaci inna pyta: Quid rides? – „Z czego się śmiejesz?” (Eunuch, 496-497). To jedno z kilkunastu miejsc w rzymskiej literaturze, w których zachował sie „zapis rzymskiego śmiechu”.

W okresie republiki śmiech bywał potężną bronią w rzymskim życiu politycznym – jako narzędzie wyszydzania przeciwników. Zwykli ludzie mogli podśmiewać się anonimowo z polityków, o których układali złośliwe wierszyki i piosenki. Zaś podczas pochodów triumfalnych żołnierze i cywile bezkarnie żartowali z wielkich wodzów – jak kazał zwyczaj, śpiewali zabawne, nieprzyzwoite przyśpiewki o zwycięzcy. W czasach Cezara wolno jeszcze było poetom kpić i szydzić z polityków u szczytu władzy. Później stało się to śmiertelnie niebezpieczne. Za cesarstwa obraza majestatu władcy była surowo zakazana.

Rzymski dowcip bywał ciężki, szyderczy, wulgarny lub rubaszny. Jednak Rzymian śmieszyły nie tylko proste, przyziemne gagi, lecz także lżejsze, bardziej wyrafinowane dowcipy. O ich poczuciu humoru trzeba by napisać osobny obszerny artykuł, przytoczę więc tylko parę powiedzonek Rzymianina, który z humorem może się raczej nie kojarzyć – surowego cenzora, Marka Porcjusza Katona Starszego (234–149 r. p.n.e.). Znany z ciętego języka i kąśliwości Katon uchodził chyba za klasyka i cytowały go późniejsze pokolenia. Mimo słynnej surowości wiele rzeczy traktował z przymrużeniem oka. Część jego powiedzeń przekazał Plutarch z Cheronei w jego żywocie. To Katon Starszy był autorem zdania: Wszyscy mężowie (mężczyźni) rządzą kobietami, my wszystkimi mężami, a nami kobiety (Plut. Cato Maior, 8). Dziwiącym się, że kiedy wielu ludzi bez sławy posiada pomniki, on ich nie ma, mawiał, że woli, by się ludzie pytali, czemu nie ma pomnika, niż czemu go ma (Plut. Cato Maior 19). Do trybuna pozostającego pod zarzutem trucicielstwa, a chcącego koniecznie przeprowadzić swój zły wniosek, powiedział: „Chłopcze, nie wiem, co gorsze: pić, co namieszasz, czy uchwalić, co wnioskujesz!” (Plut. Cato Maior 9). Z Satyr Horacego i z tekstu jego późniejszego komentatora znamy zaś anegdotę, którą przytaczam w swobodnym tłumaczeniu. Idąc na forum, Katon spotkał pewnego znajomego młodego człowieka, który wychodził właśnie z domu publicznego. Młodzian wielce się zawstydził, a nawet przeraził. Ale Katon nieoczekiwanie go pochwalił: Bardzo dobrze, żeś tam poszedł! Jeśli już musisz, to lepiej, żebyś chodził właśnie tam, a nie uwodził cudze żony!. Kiedy jednak kilka dni później natknął się na owego znajomego przed tym samym lupanarem, powiedział: Młodzieńcze! Chwaliłem cię, że tam bywasz, a nie żeś tam zamieszkał! (Horacy, Satyry, 1, 2, 31-32 oraz komentarze tzw. Pseudo-Akrona). Niewzruszony Katon na pewno ani na chwilę nie stracił powagi i wygłaszał wszystko z kamienną twarzą.

Tego rodzaju poczucie humoru było nieobce i Grekom. W dziele O wróżbiarstwie Cyceron przytacza zaczerpniętą z greckich pism anegdotę o pewnym wieszczku, która zapewne przypadła do gustu także Rzymianom. Człowiek, który znalazł w domu węża owiniętego dookoła belki, zapytał wróżbiarza, czy to nie jest przypadkiem jakiś niezwykły znak wróżebny. Wieszczek odpowiedział jednak: Niezwykłym znakiem byłoby dopiero, gdyby to belka owinęła się wokół węża.

Fakt, że w łacinie początkowo nie istniało osobne słowo na określenie uśmiechu, a później używano go dość rzadko, nie znaczy oczywiście, że Rzymianie się nie uśmiechali, może jednak oznaczać, że – jak sądzi Mary Beard – uśmiech nie odgrywał ważnej roli w ich życiu społecznym. W jednym punkcie trzeba się zgodzić z brytyjską badaczką: Rzymianie nie uśmiechali się w bardzo wielu sytuacjach, w których my to dzisiaj robimy, przede wszystkim w życiu publicznym. Zamiast maski uśmiechu, zakładali maskę powagi. Obywatele, zwłaszcza ci z wyższych szczebli społecznej hierarchii, mieli wpojone, by wśród ludzi zachowywać powagę i powściągać emocje. Obowiązywała ich rzymska gravitas, godny i stateczny sposób zachowania.

Uśmiech był też rzadko ukazywany w sztuce. Poza okresem archaicznym prawie nie pojawiał się na twarzach rzymskich – ani zresztą greckich – posągów czy też postaci na malowidłach. Zachowały się co prawda antyczne „uśmiechnięte rzeźby” i przedstawienia malarskie, ale ukazują one Dionizosa lub Bachusa, Fauna, satyrów albo bachantki – a nie obywateli Rzymu. Rzymski hiperrealistyczny portret wywodził się z masek pośmiertnych, przedstawiane twarze były więc pozbawione uśmiechu. Również wówczas, gdy rzymska sztuka zaczęła wzorować się na hellenistycznej, ukazywane przez artystów twarze pozostały poważne. Taki był panujący w starożytności grecko-rzymski kanon. Nie było przyjęte, by ukazywać ludzi uśmiechniętych i nikomu nie przyszłoby do głowy, aby „uśmiechać się do portretu”. Ale czy właśnie ten brak uśmiechu, czasem wyraz jakby zamyślenia, nie dodaje antycznym posągom i postaciom z malowideł specyficznego, ponadczasowego piękna?

Warto obejrzeć:  Rekonstrukcje rzymskich twarzy
https://www.youtube.com/watch?v=YVupPG5gSy4
https://www.youtube.com/watch?v=fBu2XpZALE0

 

Posted on

Selby Wynn Schwartz, Po Safonie

Wielka starożytna poetka patronuje opowieści o odważnych kobietach, wydanej przez Czarne. Nie znajdziecie tu jednak antycznych śródziemnomorskich postaci – bohaterkami są queerowe intelektualistki przełomu XIX i XX wieku; wśród nich na pierwszy plan wysuwają się Gertrude Stein, Colette, Virginia Woolf i Sarah Bernhardt. Mimo to, imię twórczyni z Lesbos nie stanowi jedynego łącznika między tekstem Selby Wynn Schwartz a Morzem Śródziemnym. Ważnym elementem publikacji są bowiem wątki związane z Włochami, tym bardziej, że przywoływane biografie toczą się na tle I wojny światowej, marszu na Rzym i rodzącego się faszyzmu. Całość zadedykowano zaś Linie Poletti, uważanej za pierwszą z włoskich lesbijek przyznających się bez skrępowania do swojej orientacji seksualnej.

Autorka – amerykańska badaczka i pisarka wykładająca na Uniwersytecie Stanforda – splata życiorysy wybranych postaci w luźny warkocz, okraszając je własnymi przemyśleniami; pokazuje walkę ruchów feministycznych, a ich historię ilustruje wersetami Safony. Dla osób zainteresowanych historią feminizmu i tematyką queerową może być to ważna lektura.
Selby Wynn Schwartz, Po Safonie, tłum. Kaja Gucio, Czarne 2024
Posted on

Złoty wiek Żydów z Al-Andalus. Wspaniała wystawa w Krakowie

Historia społeczności żydowskiej w średniowiecznej Andaluzji to fascynująca opowieść. To właśnie na terenie arabsko-islamskiego terytorium, które od VIII wieku funkcjonowało na terenie Półwyspu Iberyjskiego, żydowska społeczność przeżyła największy kulturalny i ekonomiczny rozkwit w średniowieczu. Nie bez powodu do dziś mówi się o tamtej epoce jako o „złotym wieku”: nazwiska dyplomaty Ibn Szapruta, poetów Ibn Gabirola i Judy Halewiego czy myśliciela Majmonidesa wciąż rezonują w zbiorowej wyobraźni.

Wystawa „Złoty wiek Żydów z Al-Andalus”, której kuratorem jest dr José Martínez Delgado z Uniwersytetu w Granadzie, oferuje wyjątkowy wgląd w życie codzienne Żydów i Żydówek w Al-Andalus. Jest efektem badań nad tekstami przechowanymi w kairskiej genizie. Geniza, po hebrajsku schowek, była pomieszczeniem w synagodze lub na cmentarzu żydowskim, służącym do składowania świętych dokumentów, które nie nadawały się już do użytku. Kiedy Żydzi z Fustatu (Starego Kairu) w XI wieku wznosili swoją synagogę, zbudowali w niej specjalny magazyn, do którego przez otwór w ścianie wrzucali stare biblie i modlitewniki. Kiedy w XIX wieku odkryto kairską genizę, światło dzienne ujrzały nie tylko teksty sakralne, ale i ukryte skarby dokumentujące codzienność: listy zakupów, kontrakty małżeńskie i rozwodowe, szkolne zeszyty, arabskie bajki, korespondencję handlową. Wiele z nich pochodziło ze średniowiecznej Andaluzji.

Prezentowana w Instytucie Cervantesa w Krakowie wystawa łączy opowieść o wielowiekowej historii Żydów w Al-Andalus z panelami dydaktycznymi prezentującymi wybrane dokumenty z kairskiej genizy. Można na niej zobaczyć rękopisy Majmonidesa, ilustrowane arabskie księgi, listy żydowskich dyplomatów pracujących na dworze kalifa Al-Andalus, poezję pisaną po arabsku przez żydowskich poetów i wiele innych obiektów świadczących o niezwykłym fenomenie współżycia (convivencia) Żydów i muzułmanów w średniowiecznej Europie.

Zapraszamy na wystawę o niezwykłej epoce w historii Hiszpanii i Europy, która dziś wydaje się niemal utopią, ale jest wspólną przeszłością naszego kontynentu, z której możemy czerpać inspirację tu i teraz.

Wystawę można oglądać do 15 listopada w Instytucie Cervantesa w Krakowie na ul. Kanoniczej 12. Godziny otwarcia: poniedziałek–piątek, 10–18. Wstęp wolny.

Wernisaż odbędzie się 12 września o godz. 18.00.

Posted on

Symbole śródziemnomorskie, symbole Śródziemnomorza. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E18

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszamy Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

Partnerem odcinka jest sklep śródziemnomorski “Lente”.

Nasz podcast kończy właśnie dwa lata, a my, z tej okazji, przyglądamy się symbolom. Pałaszując wirtualny tort urodzinowy, wymyślony oczywiście nad Mare Nostrum, omawiamy znaczenia ukryte w świecie roślin, zwierząt i tworzonych przez człowieka emblematów. Analizujemy symbole Śródziemnomorza, jak drzewo oliwne i słoneczny blask, oraz symbole z tamtejszego świata: od sandałów po logotyp “Lente”. A wszystko to – przy wtórach pawi, ulubionych ptaków Hery, które przechadzają się po warszawskich Łazienkach.

Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska

Produkcja: Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹 Marta Norenberg: Symbolika drzewa oliwnego
🔹 Julia Wollner: Cała nadzieja w Morzu. O Aldusie Manucjuszu i festina lente
🔹 Julia Wollner: Poezja i sandały

Posted on

Remigiusz Grzela, Trzy życia Ireny Gelblum

Wrażliwość, czułość dla świata, ale także dociekliwość i skrupulatność – oto, co cenię najbardziej we współczesnych publicystach. Wszystkie te cechy odnajduję u Remigiusza Grzeli, choć trudno określić go tylko tym jednym terminem – jest wszakże doskonałym poetą i dramaturgiem, biografem, scenarzystą, głęboko zaangażowanym w kultywowanie pamięci o losach Żydów w czasie II wojny światowej.

Poza niezaprzeczalnym talentem, ma Grzela także wspaniałą intuicję, która pozwala mu zajmować się tematami nietuzinkowymi, na swój sposób kontrowersyjnymi, a na pewno wielowymiarowymi, przybliżając odbiorcy to, co najważniejsze: człowieczeństwo bohaterów. Do dziś noszę w sobie nakreślony przez niego obraz Oriany Fallaci, który jest także moim obrazem tej niezwykłej dziennikarki, i odczuwam za to głęboką wdzięczność.

Wydana w zeszłym roku książka Grzeli Trzy życia Ireny Gelblum nie zaskoczyły mnie więc ani wartą podziwu delikatnością w podejściu do opisywanej postaci, ani reporterską wnikliwością. Nie zdziwił mnie fakt, że oto, dzięki autorowi, poznaję kobietę fascynującą, intrygującą, wymykającą się schematom. To, co stanowiło dla mnie niespodziankę, to prawie zupełna nieznajomość jej nazwiska w kręgach, które znać je powinny. Irena Gelblum, jak powiedział Marian Turski, wybrała swego czasu nieistnienie, i wygląda na to, że udało jej się to znakomicie.

Nie godząc się na nieistnienie swojej bohaterki – czy, jak sam pisze, wyrażając bunt przeciwko wymazywaniu, Remigiusz Grzela przybliża nam losy kobiety, która bohatersko służyła jako łączniczka Żydowskiej Organizacji Bojowej w getcie warszawskim. Po wojnie zamieszkała na krótko w Palestynie, jednak prędko wróciła do Polski. Tu pracowała jako dziennikarka i założyła rodzinę z Ignacym Weinbergiem, przekonawszy go do zmiany nazwiska na Waniewicz. W czasie antysemickiej nagonki roku 1968 wyemigrowała do Włoch, gdzie wyszła drugi raz za mąż i gdzie ze swadą tłumaczyła polską literaturę, a także sama tworzyła poezję. Niedługo przed śmiercią ponownie zamieszkała w ojczyźnie. Życiorys to w istocie bogaty, jednak bogactwo nie czyni go nadzwyczajnym.

To, co stanowi o wyjątkowości Gelblum, to jej upór w walce o swoją tożsamość, którą chciała tworzyć w stu procentach samodzielnie, nie godząc się na wypadkową zdarzeń, spotkań, cudzych decyzji. Kilkakrotnie fałszowała swoją datę urodzenia, zmieniała nazwisko, fingowała pochodzenie. O życiu w czasie wojny zdecydowała się zapomnieć, amputując, jak określił to w poświęconym jej felietonie Mariusz Szczygieł, duży kawałek siebie. Amputacja ta okazała się jednak niewystarczająca. Zaplanowawszy wyjazd do Włoch, postanawiła zupełnie zapomnieć o życiu w Polsce, fabrykując włoskie korzenie i przyjmując wymyślone panieńskie nazwisko Conti, uzupełnione później mężowskim Di Mauro. W ostatnich latach życia wróciła do kraju, zamieszkała w podwarszawskim Konstancinie i podawała się za… sycylijską poetkę. Podróżowała, pisała, tworzyła – prozę i poezję, ale nade wszystko siebie, lepiąc historie, kierunki i daty. Czy sama wiedziała, kim jest? To pytanie będzie już zawsze otwarte.

Grzela śledzi drogę Gelblum krok po kroku; rozmawia z jej krewnymi, znajomymi, przyjaciółmi. Ich opowieści nierzadko wzajemnie się wykluczają, różnią zarówno w drobnych, jak i w najbardziej znaczących szczegółach. Irena pozostaje nieuchwytna, nieokreślona, nieznana, my zaś nieustannie zastanawiamy się, gdzie leży granica między prawdą a fikcją, między wolnością wyboru a kłamstwem. Na ile uprawniono nas do decydowania o własnej tożsamości? Czy uprawniono w ogóle? Odpowiedzi w książce oczywiście nie znajdziemy. Mamy jednak możliwość poznać rozmaite spojrzenia na tę kwestię, przedstawione przez autora bez oceniania decyzji bohaterki.
Potem trzeba nam myśleć o słowach Hanny Krall ze Szczegółów znaczących:

Nie chciała być stara
Nie chciała być brzydka
Nie chciała być ofiarą.

 

Remigiusz Grzela, Trzy życia Ireny Gelblum, Bellona 2023

Posted on

Zobaczyć pazia na Korfu

A. czyta najnowszą powieść Tomasza Różyckiego i nieznacznie uśmiecha się pod nosem. Książka jej się podoba.
– Ma klimat – mówi. – Ale korekta z przecinkami sobie nie poradziła – dodaje, profesjonalnie marszcząc czoło.

Jest późny wieczór. Siedzimy na balkonie małego hoteliku w Acharavi, który wychodzi na wąską uliczkę z widokiem na Morze Jońskie. Jest zacisznie, a woda ma tu ten niepowtarzalny śródziemnomorski walor – a to lazuru, a to błękitu. Przyzywa szumem, wilgocią, bryzą.

Morze Jońskie po zachodzie słońca, fot. Paweł Czapczyk
Morze Jońskie po zachodzie słońca, fot. Paweł Czapczyk

Następnego ranka idziemy powoli, przystając co kilkadziesiąt metrów, by złapać oddech w półcieniu. Czerpiemy po łyku wody z dwuipółlitrowego baniaka.

Zdążymy wejść czy wyparujemy? Sczeźniemy czy doczłapiemy się na wzgórze? – oto jest pytanie.

Owocujące opuncje, fot. Paweł Czapczyk
Owocujące opuncje, fot. Paweł Czapczyk

Kręta i miejscami stroma droga do Sunset Taverna wiedzie wśród zapuszczonych gajów oliwnych, wysokich zarośli, drzew cytrusowych, pagórków i dolin znaczonych strzelistymi cyprysami. Mijamy nieliczne białe zabudowania, z których większość stanowią przerwane jakiś czas temu budowy i pustostany z kawałkiem ogrodzonej ziemi i wywieszką „for sale”. Gdzieniegdzie szczeka pies. Wyżej scenerię tworzą obficie owocujące opuncje i nieliczne łąki, na których słońce operuje do woli, wysysając z traw i ziół ostatnie pigmenty soczystej zieloności.

A. dzieli się wodą z przydrożnym kotem, łaciatym, chudym, małym i przerażonym, który niedawno stracił mamę na szosie.

Widok z Sunset Taverna na Rodę i Acharavi, fot. Paweł Capczyk
Widok z Sunset Taverna na Rodę i Acharavi, fot. Paweł Capczyk

Jeszcze godzina uporczywego marszu, jeszcze litr wypoconej wody i oto stajemy na szczycie. Przed nami rozpościera się rozległy widok na pasma górskie Albanii – z prawej, a na greckie wioski Acharavi i Rodę – z lewej strony. Roda to typowa osada rybacka, która w sezonie letnim zamienia się w kolonię angielską: knajpki oferują wówczas typowe „English breakfast” – z fasolką w sosie pomidorowym i kiełbaskami oraz podsmażanym bekonem i sadzonymi jajkami, a w sklepie spożywczym, prócz okolicznościowych pamiątek, znajdziemy klasyczne biszkopty z dżemem i czarne herbaty, których rdzenni mieszkańcy Korfu raczej nie piją.

Wschód słońca widziany z cypelka w Rodzie, fot. Paweł Czapczyk
Wschód słońca widziany z cypelka w Rodzie, fot. Paweł Czapczyk

My tymczasem sączymy zmrożoną colę i odpoczywamy od zgiełku letników. Jesteśmy jedynymi gośćmi najwyżej na północnym zakątku Korfu położonej tawerny i tak będzie aż do popołudnia, kiedy zamówimy tzatziki, sałatkę i grillowane sardynki. W międzyczasie właścicielka przyniesie nam kawę i ociekające lepkim sokiem ciemnożółte owoce opuncji, które przed chwilą wycinała i ociosywała w ogrodzie. Ja zaś do upojenia fotografować będę pazia żeglarza, mitycznego motyla mojego dzieciństwa, którego nigdy nie miałem szczęścia spotkać w Polsce, a podczas dotychczasowych wojaży po Grecji i Chorwacji widywałem go jedynie przelotnie.

Paź żeglarz spijający nektar z kwiatów jeżyny
Paź żeglarz spijający nektar z kwiatów jeżyny, fot. Paweł Czapczyk

Paź żeglarz lubi oświetlone kotliny górskie i skały, na wietrze porusza się z gracją smukłej i wiotkiej baletnicy. Szczególnie eterycznie wygląda, kiedy słońce prześwietla jego subtelne barwy. Ale już jego kosmate gąsienice, które wszak urodziwe nie są, z lubością żerują na drzewach owocowych i przed agresorami chronią się tym, że przypominają ptasie odchody. Pulchne i najedzone do syta przedzierzgają się potem w imitujące zrulowane liście poczwarki.

Paź żeglarz z profilu, fot. Paweł Czapczyk
Paź żeglarz z profilu, fot. Paweł Czapczyk

 

Paź żeglarz w całej okazałości, fot. Paweł Czapczyk
Paź żeglarz w całej okazałości, fot. Paweł Czapczyk

Na tyłach tawerny nad krzewem jeżyny tańcują trzy osobniki, trzy dorodne imago. Różowe nektarodajne kwiaty okazują się mieć wielką moc przyciągania: pazie na nich siadają, rozwijają ssawki, spijają nektar.

Po sesji i ja siadam, przeglądam zdjęcia, i niczym przaśna Bronka, pierwsza miłość Leszka z popularnego w PRL-u serialu telewizyjnego „Daleko od szosy”, spluwam pestkami opuncji (w jej przypadku były to czereśnie).

A. załamuje ręce:

– Jak ty się zachowujesz? Ja tego nie przeżyję.

Pluję dalej, myśląc, że niewiele jej trzeba.

 

Korfu, sierpień 2024

 

Zdjęcie główne: widok z Sunset Taverna na wybrzeże Albanii, fot. Paweł Czapczyk
Posted on

Korfu, Grecja. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E17

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszamy Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

Na greckiej wyspie Korfu krzyżują się wpływy różnych kultur. Nazywa się ją najbardziej włoską ze wszystkich krain Hellady, a z jej północno-wschodniego brzegu zobaczyć można Albanię. Ślady weneckie mieszają się tu z brytyjskimi, a niezwykła atmosfera urzeka zarówno koronowane głowy, jak i zwykłych turystów. Co na Korfu zobaczyć? Co zjeść? Śladami jakich postaci podążać? Jakie legendy wspominać, o czym rozmyślać? Posłuchajcie mojej opowieści z wyprawy na wyspę bogini Artemidy, cesarzowej Sisi i rodziny Durrellów.

Prowadzenie: Julia Wollner
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

 

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹 Julia Wollner: Cesarzowa Sisi i Morze Śródziemne
🔹 Julia Wollner: Kolos z Maroussi
🔹 Olga Bialer-Young: Motyle nad Morzem Śródziemnym
Posted on

Wakacje na Malcie. Poznaj wyspę z Karoliną Miller i Piotrem Andruszko (Rude&Czarne)

Zaraz po nagraniu podcastu o tożsamości Maltańczyków, poprosiliśmy Karolinę Miller – połowę blogowego duetu Rude&Czarne – o wypełnienie naszego formularza zawierającego 5 pytań. Dotyczą one oczywiście wyspy, na której mieszka wraz z mężem, Piotrem Andruszko. Oto, co nam odpowiedziała!

Co o Malcie warto przeczytać przed wyjazdem?

Z całego serca polecamy nasze interaktywne przewodniki. Napisaliśmy je po 6 latach życia na Malcie, sprawdzając każdy zakamarek na wiele sposobów. W środku znajdziecie opisy znanych zabytków i atrakcji, ale także miejsc położonych poza szlakiem, polecanych plaż, restauracji i noclegów. Są też trasy trekkingowe (tak, Malta zimą ma w tym temacie ogromnie dużo do zaoferowania!), miejsca idealne do obserwacji wschodów i zachodów słońca, gotowe plany zwiedzania w oparciu o długość pobytu, interaktywna mapa i wiele więcej. Nasza publikacja to jedyne tak kompletne i różnorodne przewodniki po Malcie. Ogromnie cieszymy się, że wielu podróżnych odkrywa ten piękny kraj właśnie z nimi!

Co umieściłabyś w pierwszej piątce rzeczy do zobaczenia i doświadczenia na Malcie?

Miejsca i doświadczenia, które uwielbiam na Malcie, mogłabym wymieniać godzinami. Jeśli mogę jednak wybrać tylko pięć, to bez wątpienia będą to:

Miejsca

– wyspa Gozo (druga co do wielkości wyspa archipelagagu maltańskiego; sielankowa, pagórkowata, bardziej zielona od Malty)
– wyspa Comino zimą (polecam trekking dookoła całej kwitnącej wyspy!)
– Ghajn Tuffieha (szczególnie wzgórza gliniane ponad plażą, skąd roztacza się wspaniały widok na dwie zatoki – to świetne miejsce do podziwiania zachodu słońca)
– Trójmiasto czyli Three Cities, z naciskiem na Birgu (dawna stolica Malty, często pomijana przez turystów; kameralna, pełna tradycyjnych zabudowań i z fenomenalnym Fortem St. Angelo z czasów Zakonu Joannitów)
– Valletta nocą (w ciągu dnia to muzeum pod gołym niebem tętni turystycznym życiem; nocą, gdy skąpane jest w światłach latarni, staje się miastem wybudowanym od podstaw przez Zakon Maltański)


Doświadczenia

– trekkingi zimą (mało kto wie o tym, że Malta stanowi wówczas oazę zieleni pełną kwiatów, a świetnych tras trekkingowych zdecydowanie na niej nie brakuje, mimo że nie ma tam gór!)
– nurkowanie w lecie (Malta to jedno z najbardziej cenionych przez nurków miejsc na świecie, głównie ze względu na wiele podwodnych wraków i jaskiń)
– degustacje wina w lokalnych winnicach (choć Malta nie słynie z wina na arenie międzynarodowej, to jednak można tutaj spróbować naprawdę pysznych win w malutkich, rodzinnych winnicach z tradycjami, szczególnie na Gozo)
– rejs jachtem/żaglówką po zatokach (to obowiązkowy punkt programu każdego lata, który pozwala nie tylko nacieszyć się kąpielami, ale także dotrzeć do miejsc niedostępnych z poziomu lądu i spojrzeć na Maltę z innej perspektywy)
– maltańskie festy (niezwykle barwna tradycja, która przyciąga do danej miejscowości całe tłumy; czekają na nas orkiestra, pochody z wielkimi posągami, konfetti i obowiązkowo sztuczne ognie!).


Co koniecznie na Malcie zjeść?

Kuchnia maltańska stanowi bardzo ciekawą mieszankę kulinarnych tradycji i swoiste odbicie bogatej historii tego kraju. Mamy więc tutaj wpływy arabskie, włoskie, a nawet francuskie! Najbardziej tradycyjnym daniem jest fenek, czyli królik. Przyrządza się go na wiele sposobów; tym najbardziej znanym jest gulasz z mięsa duszonego w czerwonym winie. Obowiązkowo trzeba też spróbować Ftiry Hobz biz-zejt, czyli maltańskiego chleba z charakterystyczną dziurką, wpisanego na Listę Niematerialnego Dziedzictwa UNESCO. Podaje się go z kunservą (maltański sos pomidorowy), tradycyjnym serem Gbejna, cebulą, kaparami i tuńczykiem; niekiedy dodawana jest także fasola na maśle. Włoskie wpływy widać m.in. w Ravjul Malti, czyli pierożkach z serem Gbejna podawanych z pysznym sosem pomidorowym i natką pietruszki. Inspiracje francuskie znajdziemy w innym narodowym maltańskim daniu, którym jest Bebbux (ślimaki duszone w winie), zaś arabskie: w pysznym deserze Imqaret. Jest to ciasto pieczone na głębokim oleju, nadziewane masą z daktyli. A to zaledwie kilka dań wartych spróbowania!


Co na Malcie fotografować sercem?

Prócz oczywistych widoków, zabytków czy wschodów i zachodów słońca (a te potrafią być na Malcie naprawdę zjawiskowe!), bardzo polecamy fotografować też zwykłą codzienność i ludzi, ich tradycje. Cudnie jest zatopić się w wąskich uliczkach małych miasteczek, gdzie mieszkańcy wystawiają sobie krzesełka przed kolorowe drzwi swoich kamienic i spędzają czas na świeżym powietrzu, dyskutując z sąsiadami. Spoglądając na gallarije – tradycyjny element maltańskiego krajobrazu – nieraz zobaczyć można Maltańczyków wyglądających przez okna, obserwujących życie ulicy i pozdrawiających przechodniów. Świetną okazją do fotografowania sercem są także tradycyjne obchody maltańskich fest parafialnych, które odbywają się głównie w lecie. Stanowią one najlepszy dowód na to, że Maltańczycy naprawdę wiedzą, jak celebrować życie i codzienność, a każda najmniejsza okazja do zabawy to dla nich wielkie święto.

Na co na Malcie uważać, czego się (nie) obawiać?

Na Malcie dobrze jest uważać na… kierowców. Są oni pełni temperamentu, a do tego, niestety, nie zawsze znają przepisy ruchu drogowego. Znaki i światła traktują niekiedy jako sugestię. Warto także zwrócić uwagę na to, by nie parkować auta pod dźwigami budowlanymi – przepisy BHP na Malcie to istny temat-rzeka. Poza tym jednak musimy przyznać, że ogromnym atutem Malty jest bezpieczeństwo. To kraj, w którym przestępczość jest na bardzo niskim poziomie, kradzieże zdarzają się naprawdę rzadko, podobnie jak zaczepki, także wobec samotnych kobiet.

Posted on

Włoskie kryminały na letnie wieczory. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E16

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszamy Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Noir sur Blanc.

W kolejnym odcinku podcastu, dzięki ekspertowi z wydawnictwa Noir sur Blanc, odkrywamy świat włoskich kryminałów. Dlaczego warto sięgać po literaturę kryminalną z Italii? Czym różni się ona od skandynawskich thrillerów? Które książki Donny Leon, Andrei Camillerego, Maurizia De Giovanniego czy Marioliny Venezii idealnie sprawdzą się w letnie wieczory? Zanurz się w mroczne zakątki Matery, Neapolu, Wenecji i sycylijskich miasteczek, gdzie zbrodnia i piękno przenikają się w wyjątkowy sposób.

Prowadzenie: Julia Wollner
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak