Posted on

Delikatnie i ostrożnie. Lekarze od zabytków

Proszę nie dotykać! – te słowa dźwięczą w uszach każdemu, kto choć raz spróbował  nieco bliżej przyjrzeć się interesującemu obiektowi muzealnemu. Czujne oko opiekunów wystaw, wspierane ograniczeniami w ruchu turystycznym, nowoczesnymi maszynami utrzymującymi odpowiednią temperaturę i wilgotność powietrza, a do niedawna również nieco przykurzonymi filcowymi kapciami, mają za zadanie uchronić piękno dawnych przedmiotów przed niszczącym upływem czasu. Przedmiotów kruchych, delikatnych, wymagających specjalnej troski; często także połamanych, zniszczonych czy okrutnie doświadczonych przez historię. Dzięki ciężkiej, nierzadko karkołomnej pracy “lekarzy od zabytków”, czyli konserwatorów sztuki, zachwycają one kolejne pokolenia. Poniższe przykłady pokazują różnorodność postaw rekonstrukcyjnych, które przyjmują konserwatorzy usiłujący dotrzeć do prawdziwej esencji sztuki.

Grupa Laokoona
Grupa Laokoona


Ramię (renesansowej) niezgody

Od wczesnego renesansu artyści mierzyli się z antycznymi mistrzami, naśladowali ich dzieła, nawiązywali do nich, ale zwykle nie ingerowali w ich substancję. Przykładem jest tu historia Grupy Laokoona, greckiej marmurowej rzeźby, odkrytej przypadkowo w 1506 roku podczas prac budowlanych na rzymskim Eskwilinie. Jej stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia – brakowało m.in. prawego ramienia Laokoona oraz fragmentów węża; ponadto postać młodego mężczyzny z prawej strony została odłączona od pozostałych figur.

Artyści i teoretycy sztuki długo rozprawiali nad interpretacją zagubionych części. Michał Anioł zasugerował, że brakujące prawe ramię było oryginalnie odgięte do tyłu; inni twórcy uważali natomiast, że bardziej właściwe byłoby pokazanie prawej ręki wyciągniętej w heroicznym geście. Za sugestią Giorgia Vasariego, około 1510 roku Donato Bramante, nazywany „papieżem architektów”, ogłosił nieformalny konkurs na wykonanie repliki kontrowersyjnego ramienia, które następnie miało zostać ocenione przez Rafaela. Konkurs wygrał Jacopo Sansovino, jednak jego praca została użyta jedynie w kopii rzeźby. Oryginał uzyskał brakujące części dopiero w 1532 roku, kiedy to uczeń Michała Anioła, Giovanni Antonio Montorsoli, uzupełnił go wedle swojej wersji projektu, przy okazji naruszając konstrukcję i przesuwając postaci. W latach 1725–27 Agostino Cornacchini dodał fragment ramienia młodszego syna Laokoona. Ostateczne uporządkowanie grupy postaci nastąpiło dopiero w 1816 roku dzięki Antoniu Canovie.

Dziewięćdziesiąt lat później, w 1906 roku, dotychczasowy stan wiedzy na temat rzeźby wywrócony został do góry nogami za sprawą czeskiego archeologa Ludwiga Pollaka, piastującego stanowisko dyrektora rzymskiego Museo di Scultura Antica Giovanni Barracco. Badacz odnalazł oryginalne marmurowe ramię Laokoona na jednym z placów budowy z pobliżu pierwotnego miejsca odkrycia rzeźby. Zauważając stylistyczne podobieństwo do pozostałych fragmentów, przedstawił swoje badania ówczesnym opiekunom posągu. Ci jednak zdecydowali o rozebraniu i ponownym złożeniu pomnika, już z oryginalnym elementem odnalezionym przez Pollaka, dopiero pod koniec lat ’50. Odrestaurowane wcześniej części zostały usunięte, co stwierdzić możemy podczas osobistej wizyty w Muzeach Watykańskich.

 

Krucyfiks Cimabuego
Krucyfiks Cimabuego


Ocalone z florenckiego potopu

Oprócz zniszczeń związanych z brakiem należytej troski o dobro kulturowe, konserwatorzy  często zmagają się także z okaleczeniami piękna dokonanymi przez Matkę Naturę – tak, jak na przykład miało to miejsce ponad 50 lat temu po wylewie rzeki Arno. W nocy z 3 na 4 listopada 1966 roku Florencja doświadczyła jednej z największych klęsk żywiołowych dla śródziemnomorskiego dziedzictwa kulturowego. Gwałtowna powódź spowodowała ogromne zniszczenia licznych zabytków, w szczególności przedmiotów, które znajdowały się w zatapianych magazynach muzealnych i zabytkowych świątyniach. I choć cofnięcie wody nastąpiło po ok. dziesięciu godzinach, to wiele dzieł sztuki tkwiło w błocie z naniesionego mułu rzecznego, wymagając natychmiastowego ratunku. Konserwatorzy, przy wsparciu licznych wolontariuszy nazwanych przed mieszkańców miasta „aniołami od błota” (angeli del fango), rozpoczęli niełatwe zadanie wydobywania zabytków spod grzęzawiska wraz z poszukiwaniami odpadłych części. Szczególną troskę okazywano obrazom – po ich oczyszczeniu i osuszeniu, powierzchnię pokrywano specjalną japońską bibułką, która wstępnie chroniła przed odpadaniem niekiedy całkowicie rozmiękczonej zaprawy od właściwego malowidła. Aby ułatwić odparowanie nadmiaru wilgoci, w oranżerii Giardino di Boboli urządzono „szpital dla obrazów”, w którym setki poukładanych płasko malowideł tablicowych mogły bez pośpiechu wracać do stanu pierwotnego. Umieszczone tam specjalne instalacje i namioty z folii zapewniały utrzymanie podwyższonej wilgotności, spowalniającej wysychanie podłoży, tym samym eliminując skurcz i destrukcję warstw malarskich. Niestety, wilgotne powietrze sprzyjało jednocześnie rozwojowi pleśni, którą trzeba było usuwać nystatyną, czyli stosowanym w medycynie antybiotykiem niszczącym błonę komórkową grzyba. Dzięki międzynarodowej pomocy przy dostarczaniu potrzebnych materiałów i sprzętu, a przede wszystkim dzięki budowie nowego laboratorium w Fortezza da Basso, trwająca kilka lat akcja ratunkowa zakończyła się sukcesem – z małymi, ale niezwykle bolesnymi wyjątkami. Za największą, zarówno artystyczną, jak i duchową stratę uznano średniowieczne arcydzieło: krucyfiks Cimabuego z Santa Croce, który w wyniku powodzi stracił aż 60% polichromii. Tragiczne dla warstw malarskich okazało się zaplamienie mieszaniną ropy i mazutu (podstawowego paliwa opałowego, gromadzonego w dużych ilościach na terenie miasta), które wypłynęły na powierzchnię wody podczas wylewu rzeki. Ta tłusta substancja tworzyła niezmywalny ślad na powierzchni drewnianej ramy, która pęczniała nasiąknięta wodą, łamiąc w wielu miejscach lakier. Konserwatorzy spędzili 10 lat na ratowaniu dzieła, pracując skrupulatnie niczym mnisi przy przepisywaniu świętych ksiąg. Maleńkie fragmenty oderwanej farby odławiali szczypcami, brodząc w pozostawionym po powodzi szlamie, a osłabioną ramę oddzielili od zaprawy i płótna, stwarzając odpowiednie warunki do zachowania oryginalnej formy. Każda czynność odbywała się przy pomocy modelowania komputerowego, które w precyzyjny sposób uzupełniało braki w strukturze krzyża. Odrestaurowanie dzieła poruszyło świat nauki, wywołując międzynarodową dyskusję na temat ingerencji współczesnych technik renowacyjnych w zabytkową tkankę. Czy arcydzieło nowoczesnej nauki ma jeszcze coś wspólnego z oryginalną pracą Cimabuego?

 

Ostatnia wieczerza
Ostatnia wieczerza


Niekończąca się historia Ostatniej wieczerzy

Czasami prace konserwacyjne trwają pięciokrotnie dłużej, niż samo wykonanie dzieła sztuki, co doskonale prezentuje przykład najbardziej problematycznego malowidłaLeonarda da Vinci. Tragedia Ostatniej Wieczerzy spowodowana została przez nieodpowiedni wybór techniki. Leonardo do namalowania pracy wybrał metodę tłustej tempery jajowej, która nie nadawała się do malarstwa ściennego, w czym nie pomagała powolność okraszona częstymi  przerwami i ciągłymi poprawkami, zajmującymi łącznie trzy lata. Choć malowidło zaraz po ukończeniu w 1497 roku zrobiło ogromne wrażenie na ówczesnych krytykach (Giovanni Battista Armenini określił je jako „wielki cud”), to tuż przed 1517 rokiem fresk był już w tak złym stanie technicznym, że zaczął oddzielać się od podłoża, z którym nie był organicznie związany. Kolejne wieki również nie obchodziły się łagodnie z arcydziełem: mechaniczne uszkodzenia spowodowane urządzeniem w refektarzu na przełomie XVIII i XIX wieku składu siana, wreszcie nieudolne, wielokrotne zabiegi konserwatorskie spowodowały, że malowidło Leonarda stało się cieniem tego, czym było pierwotnie. Gdy w 1904 roku podjęto decyzję o kolejnej konserwacji, skonfrontowano dwie odmienne postawy dotyczące zabytku: tradycyjną, opierającą się na rzemiośle, oraz naukową, wykorzystującą najnowsze osiągnięcia w dziedzinie chemii i techniki. Samo przygotowanie raportu i programu prac konserwatorskich, którymi kierował Włoch Luigi Cavenaghi, trwało trzy lata. Po uzyskaniu wszystkich niezbędnych dokumentów rozpoczęto usunięcie warstw klejów, położonych podczas wcześniejszych restauracji; następnie utrwalono warstwę malarską, a wreszcie zintegrowano ubytki akwarelą, co pozwoliło zahamować dalszą dewastację obiektu. Na szczęście dziś, pomimo zniszczeń i kolejnych przemalowywań, mimo zatarcia konturów i zszarzenia, Ostatnia Wieczerza ciągle wywiera niezwykłe wrażenie na każdym, kto widział ją w oryginale.

 

Dama z gronostajem
Dama z gronostajem


Dama spowita w czerń, czyli tajemnica Damy z gronostajem

Czas nie jest sprzymierzeńcem dzieł sztuki: niesie ryzyko pogarszania się stanu technicznego, i, co za tym idzie, osłabiania wyrazu artystycznego. Aby stawić czoło temu procesowi, od wieków działali artyści zajmujący się odświeżaniem czy restaurowaniem dzieł swych poprzedników. Ich aktywność uważana była zawsze za twórczą – restaurację prowadzono bowiem w duchu epoki, co nierzadko oznaczało częściowe, a nawet całkowite przemalowanie obrazów. Tak właśnie potraktowano m.in. kolejne ważne dzieło mistrza z Vinci, nasze dobro narodowe – Damę z gronostajem. Już na pierwszy rzut okaz widać, że czarne tło namalował niezbyt wytrawny malarz. Choć starał się nie naruszać zarysu postaci, to niestety zabrakło mu ku temu zdolności. W niektórych partiach farba zachodzi na ramię modelki; w innych miejscach widoczne są fragmenty oryginalnego tła. Na ogół przyjmuje się, że tego swoistego barbarzyństwa dokonano po roku 1800, gdy obraz znajdował się już w posiadaniu Czartoryskich. Istnieją przypuszczenia, że zamalowanie związane było z odłamaniem, a następnie doklejeniem – w dość prymitywny sposób – lewego górnego narożnika (na którym do dziś widnieje błędnie zapisana formuła: „LA BELLE FERONIERE LEONARD D’AWINCI”). Jest także możliwe, że widoczne zmiany spowodowane zostały przez chemiczną dewaluację użytych przez Leonarda farb i spoiw (jak w przypadku Ostatniej Wieczerzy), co z czasem przyniosło dosyć przykry efekt w postaci plam i nieestetycznych zacieków. Niewykluczone również, że oryginalne tło mogło wydawać się właścicielom obrazu mało atrakcyjne i, co nie było rzadkością na początku XIX wieku, nie pasowało pod względem estetycznym do reszty posiadanych obiektów; czerń przydała obrazowi „prymitywnego”, a więc archaicznego i bardziej tajemniczego wyglądu. Współczesna technologia umożliwia bezpieczne usunięcie przemalowań, jednak czy jesteśmy gotowi na całkowitą zmianę estetyki, do której przywykliśmy?

Ecce homo po renowacji nazywany Jezusem-jeżem
Ecce homo po renowacji nazywany Jezusem-jeżem, fot. cea+ / Flickr, CC BY 2.0


Współczesna gwiazda konserwacji: Cecilia Gimenez

Powrót do dawnej estetyki na pewno nie zaszkodzi dwóm hiszpańskim konserwacjom, które od kilku lat rozpalają zmysły internautów z całego świata. Obraz Ecce Homo z Sanktuarium Łaski w hiszpańskiej Borji, odnowiony w sierpniu 2012 roku przez 80-letnią artystkę-amatorkę, Cecilię Gimenez, dzisiaj uzyskał status niemal kultowy. I choć według pewnego korespondenta BBC rezultat przypomina  „naszkicowaną kredkami bardzo włochatą małpę w źle skrojonej tunice”, to dziś stanowi prawdziwą lokalną atrakcję turystyczną. Od czasów słynnej renowacji obrazu, który wcześniej nie cieszył się wysoką wartością artystyczną, liczba turystów odwiedzających niewielkie miasteczko niedaleko Saragossy sięga 160 tysięcy rocznie. Co więcej, ponad 20 tysięcy osób zgłosiło swoje uwielbienie dla pracy Gimenez dzięki podpisaniu cyfrowej petycji, w której stwierdza się, że fresk jest „inteligentnym odbiciem sytuacji politycznych i społecznych naszych czasów”. Setki tysięcy sprzedanych koszulek i innych gadżetów z reprodukcją pracy Gimenez wystarczyły, żeby wyciągnąć  miasteczko z kryzysu  gospodarczego. Opłaty, które kościół pobiera za zwiedzanie i oglądanie fresku, przeznaczane są na finansowanie domu opieki i innych organizacji charytatywnych, w tym fundacji zajmującej się leczeniem atrofii mięśni – choroby syna autorki słynnej renowacji.

Czy zeszłoroczna konserwacja 500-letniej rzeźby św. Jerzego na koniu, pochodzącej z kościoła w północnohiszpańskiej miejscowości Estella, również uzyska status ikony popkultury? Tym razem pracy podjęła się tamtejsza nauczycielka plastyki, obdarzając świętego obliczem przypominającym twarze bohaterów kreskówek… Cóż, zobaczymy!

 

Posted on

Łagodność greckich świątyń

Gdyby ktoś chciał określić płeć dwóch najbardziej znanych starożytnych państw, Grecji i Rzymu, niechybnie doszedłby do wniosku, że Grecja jest bez wątpienia kobietą, podczas gdy Rzym prezentuje się po męsku. O Grecji bezwiednie myślimy jako o „niej”, podczas gdy na Rzym mówimy „on”, choć w innych językach „Roma” jest rodzaju żeńskiego. Co takiego decyduje o kobiecości lub męskości tych dwóch państw, w których przecież warunki społeczne były podobne i w których bynajmniej nie dominowały kobiety?

Otóż kryterium to stanowi łagodność, która w Grecji widoczna jest niemal na każdym kroku, a której brakuje Rzymowi.

Łagodność wpisana jest w grecki krajobraz. Stanowi o niej harmonijne połączenie lazurowego morza i lądu, pełne malowniczych zatoczek. Łagodność kryje się w miękko zarysowanych górskich szczytach, które nie odstraszają swoją wyniosłością ani potęgą, ale delikatnymi łukami wznoszą się ku niebu. Łagodność grecka to rozkołysane gaje oliwne, to szumiące delikatnie morskie fale, wreszcie urzekający spokój Cyklad, które bogowie w chwili zadowolenia porozrzucali po Morzu Egejskim, by stanowiły pomost między Europą i Azją. Łagodność kryje się w stadach owiec i kóz pasących się na polach, obłokach sunących powoli na błękitnym niebie.

Jednak to nie wszystko. Grecka łagodność kryje się w jej świątyniach, wzniesionych w szczególnym, kobiecym stylu. W stylu jońskim.

Grecki krajobraz pełen jest łagodności
Grecki krajobraz pełen jest łagodności


O sztuce greckiej słów kilka

Sztuka grecka stanowi pojęcie bardzo szerokie – obejmuje nie tylko architekturę, malarstwo czy rzeźbę, ale również literaturę, choć najczęściej wymienia się pod tym hasłem tylko trzy pierwsze elementy. Jej początki sięgają de facto pierwszych lat istnienia Hellady, jednak zwyczajową datą graniczną jest tu rok 1200, czyli okres po upadku kultury mykeńskiej. Jej koniec, a przynajmniej koniec klasycznej sztuki greckiej, przypada na I wiek p.n.e,, kiedy Hellada dostała się pod panowanie rzymskie. Co ciekawe, sztuka ta rozwijała się przez niemal półtora tysiąclecia bez względu na to, jakie mocarstwo chwilowo dzierżyło w swoich rękach stery rządów w greckich polis; bez względu na liczne wojny toczone bezustannie przez poszczególne kraje i bez względu na zagrożenie perskie. Co więcej, bezustannie ewoluowała. Chcąc zastosować fachową terminologię, możemy wyróżnić trzy podstawowe okresy rozwoju greckiej sztuki: archaiczny, trwający mniej więcej od roku 1200 do 480 p.n.e., klasyczny, znacznie krótszy, który trwał od roku 480 do 323 p.n.e, i wreszcie hellenistyczny, trwający w roku 323 do ok. 30 p.n.e. Cezurami owych okresów były ważne wydarzenia historyczne – i tak na przykład rok 480 p.n.e. to data zniszczenia Aten w wojnach perskich oraz bitwy pod Salaminą; rok 323 p.n.e. to data śmierci Aleksandra Wielkiego, a ostatnia, rok 30 p.n.e., to rok śmierci Kleopatry, ostatniej władczyni Egiptu. W tym roku wszystko, co nosiło w sobie grecki pierwiastek, dostało się w ręce Rzymian za sprawą Oktawiana Augusta.

Dorycka świątynia w Paestum
Dorycka świątynia Posejdona w Paestum


Trzy porządki architektoniczne

Hellada miała doprawdy wiele szczęścia, że zamieszkiwała ją ludność obdarzona nie tylko wybitnymi umysłami i wolnym duchem, ale również zamiłowaniem do wszelkiego rodzaju sztuki, w tym do architektury. Pozwalając sobie na odrobinę uszczypliwości, można stwierdzić, że mieli na to czas, gdyż wszelkie obowiązki domowe wykonywali za nich niewolnicy i… kobiety. Ponieważ był to naród obdarzony niezwykłym wyczuciem piękna i zmysłem twórczym, nie brakowało w nim wybitnych jednostek, które za cel swego istnienia uważały wzniesienie konstrukcji jak najdoskonalszej. Ostatecznie doszło w Helladzie do wykształcenia trzech porządków, które są nam, współczesnym, dobrze znane – choćby z wakacji w Grecji czy innego śródziemnomorskiego kraju.

Do upadku kultury mykeńskiej przyczynili się Dorowie, półdzicy najeźdźcy z północy, którzy przynieśli Grecji w darze cztery „wieki ciemne” oraz styl architektoniczny zwany stylem doryckim. Bez ogródek można powiedzieć, że nie należał do najpiękniejszych, za to na pewno do praktycznych, co stwierdzimy, podziwiając choćby Partenon czy świątynię Posejdona we włoskim Paestum. Styl ten, nie bez powodu nazywany męskim, charakteryzował się ciężkimi proporcjami, monumentalnością i surowością. Jego najbardziej charakterystyczny element stanowiły kolumny – grube w stosunku do wysokości i odległości między nimi.

Łagodny styl kobiecy, który przestudiować można na przykładzie Erechtejonu, reprezentowany jest przez porządek joński. Jego nazwa wywodzi się z miejsca, w którym się narodził – Jonii w Azji Mniejszej, zamieszkiwanej przez grecką ludność. Cechuje go lekkość, smukłość proporcji i ozdobność. Kolumny jońskie są smuklejsze od doryckich, dlatego stosuje się ich więcej. Charakterystycznym elementem tego harmonijnego stylu jest głowica kolumny posiadająca woluty, które przypominają ślimaka lub zwinięte baranie rogi. Porządek joński największą popularnością cieszył się w okresie hellenistycznym, a swoim zasięgiem obejmował nie tylko Helladę, ale również Wielką Grecję (czyli południową Italię) oraz wybrzeża Azji Mniejszej.

Najmłodszy z porządków architektonicznych to porządek koryncki. Narodził się on na przełomie wieków V i IV p.n.e., a charakteryzuje się głowicą o kształcie kosza zwieńczonego akantem. Triumfy święcił za panowania rzymskiego, gdyż niebywale przypadł go gustu mieszkańcom Wiecznego Miasta. W architekturze określa się go stylem dziewczęcym i faktycznie może przywodzić na myśl takie skojarzenia.

Spośród tych trzech porządków największą łagodnością i miękkością linii odznacza się porządek joński, podobnie jak świątynie w nim wzniesione. Za najsłynniejszą z nich uznaje się zaś znajdujący się na akropolskim wzgórzu Erechtejon, który, na szczęście, zachował się w większości do dziś.

Erechtejon
Erechtejon


Pod łagodnym spojrzeniem Kariatyd

Erechtejon stanowi architektoniczny cud uważany za szczytowe osiągnięcie stylu jońskiego. Wzniesiony został jako jedna z pierwszych budowli na Akropolu ku czci ateńskiego władcy Erechteusza, jednak uległ całkowitemu zniszczeniu w czasie wojen perskich (w 480 p.n.e. Persowie spalili miasto). Jego odbudowa miała miejsce w latach 421–406 p.n.e., czyli w czasie wojny peloponeskiej.

Świątynia ze względu na ukształtowanie terenu posiada cztery poziomy. Zbudowana została z trzech złączonych ze sobą brył na planie prostokąta. Do każdej bryły prowadziło osobne wejście. Główny budynek stanowiła środkowa świątynia z fasadą zwróconą na wschód, przed którą umieszczono sześć jońskich kolumn. Od strony północnej natomiast znajdował się duży portyk otoczony jońską kolumnadą.

Jednak to nie główne bryły stanowią o wspaniałości tej niewielkiej przecież świątyni, ale całkowicie nowoczesne i niespotykane jak na owe czasy rozwiązanie, którym jest budzący do dziś podziw portyk południowy, zwany „gankiem Kor”. Portyk ten jest całkowicie niedostępny zarówno z zewnątrz, jak i z wewnątrz świątyni, a jego zadaszenie oparte jest na sześciu kariatydach, czyli kolumnach-kobietach dźwigających na głowach elementy architektoniczne. Kariatydy stanowiły bardzo charakterystyczny element stylu jońskiego, podobnie jak ich męskie odpowiedniki – Atlanty (Atlasy). Kariatydy nadają portykowi wrażenia lekkości i gracji; emanują łagodnością i kobiecym wdziękiem. Niestety nam, współczesnym, świątynia ukazuje się w kolorach niezbyt efektownych, jednak za czasów Peryklesa Erechtejon ozdobiony był ciągłym fryzem wykonanym z sinoniebieskiego kamienia eleuzyjskiego, stanowiącego tło, podczas gdy postacie na nim przedstawione wykuto w żółtawym marmurze pentelickim, co dawało niesamowity efekt.

Obecnie oryginały znajdują się w muzeum pod akropolskim wzgórzem, natomiast strop portyku w Erechtejonie wspierają ich wierne kopie. Obok sześciu milczących, wyniosłych kobiet, pochylających łagodnie głowy pod ciężarem na nich spoczywającym, nie sposób przejść obojętnie. Ich spojrzenia pełne są melancholii i smutku, jakby z tęsknoty za pięknem starożytnego świata, który już przeminął.

Fot. MollySVH / Flickr, CC BY 2.0
Nazwa „Kariatyda” wywodzi się greckiego karyatides czyli „dziewczyny ze wsi Karyai” (kobiety sprzedane w niewolę po zburzeniu sprzyjającej Persom wsi Karyai). Były one zmuszane do ciężkiej pracy. Odmianą kariatydy jest kanefora – podpora w kształcie kobiety niosącej na głowie kosz z kwiatami lub owocami. Legenda głosiła, że kobiety sprzeciwiając się bogom za karę zostały zamienione w kolumny towarzyszące podporze budowli. Fot. MollySVH / Flickr, CC BY 2.0


Przybytek Nike

Wchodząc na świątynne wzgórze Akropolu, zauważamy od razu tę niewielką świątynię, stanowiącą prawdziwą perełkę wśród ateńskich zabytków. Oficjalnie wzniesiona została w V wieku p.n.e, jednak jej historia sięga okresu archaicznego – już wówczas na jej obecnym miejscu znajdował się inny przybytek. W czasach kultury mykeńskiej był to monumentalny bastion, a w czasach Pizystrata (VI w. p.n.e.) oddawano w tym miejscu cześć Atenie Zwycięskiej. Gdy w 480 roku p.n.e. Persowie spalili Ateny (największej szkody doznał właśnie Akropol), świątynia uległa całkowitemu zniszczeniu. Odbudowa rozpoczęła się w roku 478 p.n.e., jednak szybko musiano jej zaprzestać, bowiem w pierwszej kolejności należało zrekonstruować Propyleje i Partenon. Co ciekawe, pierwotnie ta niewielka świątynia znajdowała się znacznie wyżej, jednak podczas rekonstrukcji w roku 445 p.n.e. postanowiono obniżyć taras do poziomu Propylejów – i tak już zostało. Dziś przybytek Nike wita nas jako pierwszy podczas zdobywania Propylejów i, w porównaniu do monumentalnych obiektów akropolskich, wzbudza zachwyt swoją filigranowością. Budowę świątyni oficjalnie zakończono w roku 421 p.n.e., jednak prace trwały jeszcze osiem lat. Bardzo znamienny jest fakt, że budowa przebiegała podczas wojny peloponeskiej – konfliktu, który położył kres demokracji ateńskiej i jej hegemonii wśród państw Hellady.

Mało kto wie, że świątynia Nike nie była bynajmniej dedykowana bogini o tym imieniu, ale Atenie. Tak się bowiem składa, że samo imię „Nike” (zwycięska) stanowiło pierwotnie przydomek wojowniczej bogini-dziewicy. Kult Ateny bezsprzecznie związany był z Akropolem od najdawniejszych czasów, toteż nic dziwnego, że wzniesiono jej tam najwięcej świątyń. Dopiero później posąg znajdujący się wewnątrz przybytku zyskał miano „Nike Apteros”, czyli „Nike Bezskrzydłej”. Faktycznie, w greckiej mitologii obie boginie funkcjonowały oddzielnie, przy czym rzymskim odpowiednikiem Ateny była Minerwa, natomiast Nike czczona była przez Rzymian jako Wiktoria.

Budowla wzniesiona została z marmuru pentelickiego, co nadawało jej pełen łagodności charakter. Wejście na taras świątyni stanowiły małe boczne schody po prawej stronie Propylejów. To rozwiązanie architektoniczne budzi podziw do dziś. Główną ozdobę świątyni, decydującą o jej pełnym gracji wizerunku, stanowiły cztery kolumny jońskie umieszczone z przodu i cztery z tyłu. Dziś budowla nadal wprawia w zachwyt kolejne rzesze turystów, a jej usytuowanie daje możliwość przystanięcia na chwilę w drodze na szczyt i nacieszenia oczu niepowtarzalnym wdziękiem.

Świątynia Nike
Świątynia Nike została całkowicie rozebrana w wieku XVIII w., z powodu budowy przez Turków bastionu na Akropolu. Odbudowano ją w 1835 r. przy użyciu oryginalnych elementów i materiałów. W latach 1936–1940 dokonano gruntownej naprawy fundamentów, przy okazji ponownie rozbierając i, dokładniej niż poprzednio, rekonstruując samą świątynię. Fo. Jebulon / Wikimedia, CC0 1.0

 

Świątynie wznoszone w łagodnym stylu jońskim powstawały nie tylko w Helladzie, ale również na wyspach, w Azji Mniejszej oraz na terenach skolonizowanych przez Greków. Warto wymienić choćby świątynię Artemidy w Efezie, z której do dziś zachowały się niewielkie fragmenty, w tym część kolumny, Herajon na wyspie Samos czy słynny Ołtarz Pergamoński, którego rekonstrukcję można podziwiać w Muzeum Pergamońskim w Berlinie. Wszystkie te budowle odznaczały się tym samym łagodnym pięknem. Do naszych czasów zachowało się niewiele z nich – można więc jedynie wyobrażać sobie, jak harmonijnie wtapiały się w grecki krajobraz. To, co przetrwało lub zostało zrekonstruowane, zachwyca swym kunsztem, prostotą połączoną z elegancją, prawdziwie cudownym tchnieniem starożytności.

 

Zdjecie główne (Kariatydy Erechtejonu): lensnmatter / Flickr, CC BY 2.0
Posted on

Pracowity żywot anioła

Nieoceniony Władysław Kopaliński w swym znakomitym Słowniku mitów i tradycji kultury podaje taką oto definicję anioła:

ANIOŁ – w religiach Wschodu – istota niematerialna, pośrednicząca między bóstwem a ludźmi, wysłannik boga w mazdaizmie, judaizmie, chrześcijaństwie i islamie; z gr. Ángelos „poseł, wysłannik, zwiastun; Hermes, poseł bogów Olimpu”. Dalej autor podaje rozmaite odsyłacze do cherubinów, serafinów, walki Jakuba z aniołem etc.

Anioły Botticellego
Anioły Botticellego

Trzeba jednak zauważyć, że choć bezcielesne, to zostały anioły zagonione do ciężkiej pracy. Liczne dzieła sztuki przedstawiają je spełniające rozmaite funkcje i zadania – niektóre lżejsze, inne dość wyczerpujące i bardzo odpowiedzialne.

Zacznijmy od prac stosunkowo lekkich fizycznie, za to wymagających indywidualnych zdolności, a mianowicie – od muzykowania. Anioły śpiewają, tańczą, grają na instrumentach. Chóralnie, zbiorowo i w pojedynkę. Na złotym tle, w plenerze i w mistycznych kłębach chmur. Zabawiają nowonarodzone Dzieciątko, „robią tło” tronującej Marii, objawiają się świętym. Gdyby nie artystyczny i twórczy wydźwięk tej pracy, można by uznać ją za wyczerpującą. Wiszenie w chmurze i jednoczesne przygrywanie na violi da gamba to nie jest lekki chleb, nawet dla anioła.

Anioły Gozzolego
Anioły Gozzolego

Anioły tańczą, unosząc się w powietrzu, lekko i z gracją, ale niekiedy zmuszane są do udowadniania tez uczonych teologów i tłoczą się na czubku szpilki. Możemy sobie wyobrazić, jak niewygodne musi być wykonywanie pewnych ruchów, jeśli co chwilę anielski łokieć ląduje pod żebrem, a nieziemska stopa depcze po palcach.

Tańczące anioły Fra Angelica
Tańczące anioły Fra Angelica

 

Z prac o bardziej przyziemnym (?) charakterze – aniołowie strzegą, a czasem, niestety, zmuszone są wyganiać niepożądanych gości z różnych miejsc. Do dyspozycji mają imponujące skrzydła i ogniste miecze, a niekiedy także odpowiednią budowę swego niematerialnego ciała. Głowę mają ludzką, ale reszta jest albo lwia, albo bycza, poza skrzydłami, które są, hmmm, po prostu anielskie. Taką postać przyjmują cherubiny, które cieszą się babilońskim lub starohebrajskim rodowodem. Imponujące przykłady wizerunków owych strażników podziwiać możemy w British Museum w Londynie i w MET w Nowym Jorku. W sztuce zachodniej operatora ognistego miecza przedstawia się najczęściej w momencie wygnania Adama i Ewy z Raju. To chyba zresztą jeden z najsmutniejszych obowiązków, jaki musiał ów anioł wykonać.

Wygnanie z raju Michała Anioła
Wygnanie z raju Michała Anioła

Strażnikiem i opiekunem indywidualnym, można powiedzieć „bodyguardem”, jest anioł stróż, którego posiada każdy z nas. Stara się on uchronić swego podopiecznego przed co większymi tarapatami; trzeba jednak pamiętać, że siła wolnej woli zwycięży nawet anielskiego stróża! Utożsamia się go często z sumieniem i zdrowym rozsądkiem – niedocenionym duetem przymiotów ludzkiego charakteru.

Świetną fuchę mają serafiny – sześcioskrzydłe istoty cieszące się w anielskim gronie największym prestiżem. Jedną parą skrzydeł zasłaniając twarz, drugą parą – stopy, unoszą się na trzeciej parze skrzydeł wokół tronu Boga i śpiewają ku Jego chwale. Bliżej tronu, bliżej łask, jak mawia dawne porzekadło… I w istocie, serafiny nie zajmują się niczym więcej, jak wychwalaniem – jest to jednak funkcja w hierarchii niebieskiej niezbędna i ktoś musi ją pełnić.

 

Wspaniałe mozaiki z baptysterium we Florencji przedstawiają serafinów przy pracy.
Wspaniałe mozaiki z baptysterium we Florencji przedstawiają serafinów przy pracy

 

Omawiając skład anielskiej braci, wspomnieć musimy także o prawdziwych bossach tej korporacji – archaniołowie zajmują się bowiem sprawami najwyższej wagi. To już nie tańce, śpiewy czy nawet wychwalanie Najwyższego (tak, ja też mam skojarzenia z ziemską rzeczywistością biurową!). Na archaniołach ciąży wielka odpowiedzialność – być może dlatego ich imiona są powszechnie znane. Poza jednym, czci się ich przy tym jako świętych.

Archanioł Michał („Któż, jeśli nie Bóg”) – główny przeciwnik Szatana, wojownik i ważący dobre uczynki; ma wielki wpływ na to, kto pośpiewa w towarzystwie anielskiego chóru, a kogo dosięgnie wieczne potępienie. Typ raczej posępny, wiecznie zapracowany. Najbliższy przyboczny Najwyższego, surowy, nieubłagany i bezwzględny. Chętnie posługuje się mieczem i włócznią.

Archanioł Michał na fresku Bronzina
Archanioł Michał na fresku Bronzina

Archanioł Rafał („Bóg uleczył”) – uzdrowiciel ciał i dusz. W imieniu Najwyższego dociera wszędzie tam, gdzie konieczne jest zdjęcie łusek z oczu (dosłownie i w przenośni). Ochrania w podróży, prowadzi przez bezdroża, rozwiązuje problemy. Do rany przyłóż! Potrzebujących pomocy jest wielu, zatem Rafał to anioł bardzo zajęty.

Archanioł Rafał widziany przez Bartolomé Estebana Murilla
Archanioł Rafał widziany przez Bartolomé Estebana Murilla

Archanioł Gabriel („Bóg jest moją siłą”) – herold, anioł objawień, rzecznik prasowy. Tłumaczy sens wizji i proroctw, dyktuje księgi, obwieszcza Narodziny. Towarzyszył Danielowi, zwiastował narodziny Jana Chrzciciela i Chrystusa, dyktował Pięcioksiąg Mojżeszowi i Koran Mahometowi. Jest Bożym posłańcem i głosicielem Jego woli. Co powie Gabriel, tak musi się stać, bo taka jest wola Najwyższego.

Archanioł Gabriel José Camaróna Bononata
Archanioł Gabriel José Camaróna Bononata

Archanioł Uriel („ogień Boży”) – typ problematyczny, choćby dlatego, że w VIII wieku papież Zachariasz zakazał oddawania czci i celebrowania dnia świątecznego jemu poświęconego. Jest archaniołem zbawienia, aniołem boskiej obecności, strażnikiem Piekła. To Uriel był podmuchem wiatru, który załomotał w drzwi niewolników żydowskich w  Egipcie, sprawdzając, czy wypełnili polecenie i oznaczyli odrzwia krwią baranka, by uchronić wszystko, co żywe.

Archanioł Uriel (z prawej) oraz Madonna wśród skał Leonarda Da Vinci
Archanioł Uriel (z prawej) oraz Madonna wśród skał Leonarda Da Vinci

Według rozmaitych tradycji – hebrajskich, gnostyckich, chrześcijańskich z różnych epok, archaniołów było więcej – siedmiu lub nawet dziesięciu. Nie będziemy ich wszystkich wymieniać i analizować, prawdą jest jednak, że wszyscy mieli i mają niebagatelne znaczenie w niebiańskim przedsięwzięciu, z głoszeniem końca świata i Sądu Ostatecznego włącznie. W tak zwanym międzyczasie koronują, wręczają palmy męczeństwa, unoszą do nieba, podtrzymują gwiaździste tkaniny symbolizujące sklepienie niebieskie. Dmą w trąby, ukazują się we śnie i prostują ludzkie ścieżki. Służą i chronią, żywią i bronią.

 

Pobieżny przegląd niebiańskich powinności pokazuje, że bycie aniołem to nie bułka z masłem. Czyżby dlatego poniektórzy zbuntowali się przeciwko tej nieziemskiej harówce?

 

 

 

Posted on

Acca Kappa Vaniglia e fior di mandorlo. O łagodnym kwiecie migdałowca

Śliwa migdał (Prunus dulcis), bo tak brzmi właściwa polska nazwa rośliny, pochodzi z Azji Mniejszej, a więc śródziemnomorskich terenów Izraela, Libanu, Turcji. Nieodłącznie wiąże się też z krajobrazem Afryki Północnej i południowej części Europy – Hiszpanii, Serbii, Włoch. Niezwykle popularna jest w Chorwacji, szczególnie w regionie Dalmacji. Doskonale – bo od przeszło 10.000 lat! – znają ją także Grecy. Pestki dzikich migdałów znaleziono podczas wykopalisk datowanych na 8 tys. lat p.n.e. Nic dziwnego, że starożytni Rzymianie nazywali migdały orzechami…  greckimi. Dziś w całym basenie Morza Śródziemnego najważniejszym ośrodkiem uprawy migdałowca jest hiszpańska wyspa Majorka, która w produkcji migdałów ustępuje tylko światowemu liderowi – Kalifornii. Rosną tu obie odmiany migdałowca – słodka (z której owoców powstaje np. pyszny marcepan i doskonały hiszpański napój horchata de almendra) i gorzka (ważna dla przemysłu kosmetycznego, kochającego łagodny dla skóry olejek migdałowy). Również w Hiszpanii celebruje się najważniejsze migdałowe święto – tzw. La entrada de la Flor obchodzone 1 lutego w Torrent pod Walencją. Korzenie festiwalu sięgają XVII wieku; do dziś cała lokalna społeczność cieszy się z ofiarowania pierwszej kwitnącej gałązki migdałowca Najświętszej Panience.

Słodki zapach kwiatów migdałowca zachwyca nie tylko zmysły – przywodzi także na myśl skojarzenia kulturowe. Najwięcej jest oczywiście tych biblijnych – migdały pojawiają się wielokrotnie chociażby w Księdze Wyjścia. W Księdze Jeremiasza migdałowiec określa się mianem drzewa czuwającego ze względu na jego kwitnienie przed wszystkimi innymi roślinami. Ślad tego zachwytu wczesnym przebudzeniem natury do dziś widoczny jest w języku hebrajskim, gdzie czasownik określający skupienie się na celu, uważność, rodzaj czuwania brzmi zupełnie, jak nazwa rośliny. Łączy ona delikatność i moc: w starożytności królewskie berła nierzadko wyrabiano właśnie z drewna migdałowca, wierząc, że zapewni ono rządzącemu mądrość i siłę. W ikonografii chrześcijańskiej pachnące kwiaty migdałowca symbolizują dziewictwo Maryi. Najsłynniejszym ich przedstawieniem w malarstwie pozostaje jednak dzieło Van Gogha powstałe w lutym 1890 roku na południu Francji, w Saint-Rémy-de-Provence (zobacz tutaj).

 

Włoska firma z Treviso Acca Kappa – będąca, co ciekawe, słynnym producentem pędzli do golenia – w swoich lekkich, słodkich, waniliowych perfumach pięknie oddała zapach kwiatów migdałowca. Przeplata się on z aromatem fasolki tonka i odrobiną jaśminu; gdzieś w tle znajdziemy też odświeżającą nutę begamotki i puchate piżmo. Łagodna, lekko pudrowa woda przypomina spacer wśród kwitnących drzew pod koniec lutego, kiedy płatki zaczynają sypać się z gałęzi niczym śnieg, tańcząc w powietrzu i wypełniając je swoim aromatem. Na skórze sprawdzi się doskonale także w maju, a nawet latem, w wyższych temperaturach – zapach jest ciepły, ale nie ciężki; kremowy, a jednak na swój sposób transparentny. Łagodny – lepszego określenia chyba nie znajdziemy.

Posted on

Rumianek. 5 ciekawostek

  1. Nazwa

 

W większości języków europejskich nazwa zioła pochodzi od greckiego χαμαίμηλον (chamaimēlon), gdzie znaczy mniej więcej tyle, co “ziemne jabłko”, “jabłko z ziemi”, prawdopodobnie w odniesieniu do zapachu, który przypomina aromat popularnych owoców. Etymologia ta widoczna jest także w  hiszpańskim określeniu rumianku (manzanilla) – manzana to po hiszpańsku “jabłko”.

 

Co ciekawe, naukową nazwą łacińską rumianku jest Matricaria chamomilla, gdzie pierwszy człon pochodzi od rzeczownika matrix (macica), prawdopodobnie w odniesieniu do łagodzącego wpływu rośliny na bóle menstruacyjne u kobiet.

 

2. Historia i symbolika

 

Nad Morzem Śródziemnym rumianek znano i stosowano od tysięcy lat. Egipcjanie uważali go za roślinę świętą, znajdującą się pod specjalną opieką boga Ra (podobnieństwo kwiatu rumianku do słońca nietrudno jest zauważyć). W starożytnej Grecji o rumianku pisał już Hipokrates, który zalecał go jako remedium na przeziębienia – podobnie zresztą do Egipcjan, którzy uważali go za doskonały lek na gorączkę. Grecy nierzadko określają dziś napar z rumianku mianem “greckiej herbaty” – zioło to rośnie w Grecji dosłownie wszędzie. W Rzymie wyjątkowo cenił go lekarz cesarza Nerona, Grek Pedanios Dioskurydes – chętnie przepisywał leki na bazie rumianku na dolegliwości żołądkowe i wątrobowe, a także w stanach napięcia nerwowego. W średniowieczu zbierano płatki kwiatów rumianku i rozsypywano na ucztach, aby zapewnić wnętrzom przyjemny zapach.

W XV i XVI wieku kwiaty rumianku nierzadko pojawiały się w malarstwie o tematyce religijnej, symbolizując zmaganie się ze złem oraz boskie zbawienie.

 

 

  1. Niemiecki czy rzymski?

 

Choć starożytni Rzymianie bardzo rumianek cenili, to jedna z najpopularniejszych dzisiejszych odmian rośliny, określana jako rumianek rzymski, nie ma wiele wspólnego z Półwyspem Apenińskim. Nazwę nadał mu XIX-wieczny angielski botanik, który zauważył dziko rosnące kwiaty w rzymskim Koloseum – jednak odmiana ta rośnie w całej Europie, a także w północnej Afryce i w niektórych częściach Azji. Drugą powszechnie znaną odmianą rośliny jest rumianek pospolity, zwany niemieckim. Właściwości lecznicze roślin są zbliżone.

 

  1. Stosowanie 

Rumianek ma właściwości przeciwzapalne, rozkurcza mięśnie gładkie, przyspiesza gojenie się ran. Działa uspokajająco, łagodzi podrażnienia skóry, odświeża, redukuje obrzęki, oczyszcza, uśmierza ból i zmniejsza gorączkę. We Włoszech podaje się go przy dolegliwościach gastrycznych oraz nasennie. Dobroczynne działanie rumianku wykorzystuje się też w światowym przemyśle kosmetycznym, stosując go do produkcji kremów, balsamów, mydeł i płynów do kąpieli, a także specyfików do włosów, szczególnie jasnych.

 

  1. Rumianek w kuchni

 

Rumianek nie jest szczególnie popularny w kuchni, jednak i tam zdarza mu się znaleźć ciekawe zastosowanie. We Włoszech, głównie w Piemoncie, produkowane są likiery o jego smaku, zaś w Hiszpanii lubiana jest sherry sporządzana w oparciu o rumianek rzymski, charakteryzująca się przyjemnym jabłkowym aromatem. Nazywa się oczywiście… Manzanilla (rumianek/ jabłuszko).
Osoby znające język włoski mogą pokusić się o wykorzystanie rumianku podczas szykowania smacznych dań rybnych czy deserów (przykładowe przepisy: tutaj).

Posted on

Kumzic – izraelski piknik w Łazienkach Królewskich

Kumzic oznacza po hebrajsku spotkanie przyjaciół zgromadzonych przy posiłku na świeżym powietrzu. Tak właśnie wygląda coroczna izraelska impreza w Łazienkach Królewskich w Warszawie, stanowiąca celebrację Dnia Niepodległości Izraela i organizowana przez Ambasadę Izraela w Warszawie. Już po raz drugi partnerem Ambasady jest właściciel marki Lente, firma Cophi.

W imieniu własnym i wszystkich zaangażowanych w organizację tego niezwykłego wydarzenia zapraszamy Was serdecznie do wspólnej zabawy w trzech strefach:

• KUCHNIA I JEDZENIE
– swoimi specjałami pochwalą się najlepsze śródziemnomorskie restauracje, w tym Lente – Modern Mediterranean

• WIEDZA
– o różnych obliczach Izraela opowiedzą wyjątkowi goście (szczególnie polecamy rozmowę Julii Wollner z Sylwią Borowską w sobotę o 17:00!)

• AKTYWNOŚCI
– lekcje tańca i sztuk walki, warsztaty muzyczne, zajęcia sportowe i wiele innych!

W sobotę wieczorem zachęcamy także do wspólnego oglądania transmisji koncertu Eurowizji wprost z Tel Awiwu!

Szczegółowy program wydarzenia dostępny jest tutaj.

 

 

Lokalizacja: https://goo.gl/maps/p4UhhLGyT4f1z1PM8

Posted on

Madeline Miller, The song of Achilles

Kiedy The song of Achilles wpadła w moje ręce po raz pierwszy – nota bene w rzymskiej księgarni, we włoskim tłumaczeniu, promowana jako wielki bestseller – byłam do niej nastawiona mocno sceptycznie. Historię oblężenia Troi przez Achajów opowiadano już tysiące razy, na wiele sposobów. Wątpiłam szczerze: czy młoda amerykańska filolożka klasyczna może wymyślić coś nowego? Po powieść zdecydowałam się sięgnąć dopiero po kilku latach, przeczytawszy wydaną w Polsce Kirke, która okazała się dla mnie najprzyjemniejszą lekturą poprzednich wakacji. Nie rozczarowałam się – Miller jest jedną z najzdolniejszych współczesnych autorek powieści historycznych.

 

Opowieść o Największym z Greków, Achillesie, snuje dla nas ukochany herosa, Patrokles. Jego wspomnienia pozwalają nam poznać nie tylko kulisy wojny trojańskiej, ale przede wszystkim niezwykłą relację, jaka łączyła dwóch młodych mężczyzn: pełną pasji i żaru, ale także, a może przede wszystkim, wielkiej czułości, zaufania i uczciwości. Patrokles jest drugą, łagodniejszą połową Achillesa; jego sumieniem i kotwicą. Z porywczością syna Peleusa kontrastuje spokój i delikatność jego towarzysza, przez całą opowieść dając cień nadziei na pokojowe rozwiązanie konfliktu, którego dramatyczne zakończenie wszyscy przecież znamy.

 


Od książki Miller trudno się oderwać, a jej ostatnie rozdziały niejednego czytelnika doprowadzą do łez wzruszenia. Na szczęście zakończenie powieści, choć w cieniu śmierci i wojennej pożogi, pisane jest w całości przez Patroklesa, nie zaś impulsywnych greckich wojowników, jakim był także jego ukochany – do ostatnich chwil życia szukający chwały i poklasku, skłócony ze swą boską matką, niepogodzony sam ze sobą. To przez Patroklesa i dzięki niemu dramatyczna historia trojańskiej wojny zamyka się przebaczeniem – Priama wobec Achillesa, Achillesa wobec Priama, Tetydy względem syna. I może to właśnie dzięki staraniom wiernego i łagodnego przyjaciela pieśń Achillesa rozbrzmiewa niezmiennie aż do dzisiaj.

Madeline Miller, The song of Achilles, Bloomsbury, London 2011

 

Posted on

Miasta niespieszne, czyli Cittaslow

W erze zgiełku i pośpiechu narodził się ruch szerzący idee odmienne od tych, które narzuca nam dzisiejszy świat. Cittaslow jest międzynarodową siecią miast zrzeszonych, organizacją non-profit, której cele to: poprawa jakości życia w małych miastach, szeroko rozumiana ochrona środowiska, rozwój kulturalny oraz promocja produktów lokalnych. To fundacja, która stara się przywrócić ludziom spokój i która uczy ich żyć powoli, ale twórczo. Odnalezienie tożsamości małych miasteczek oraz wprowadzenie rozwiązań, które sprawią, iż będą one samowystarczalne – to główne zadania, które stoją przed przedstawicielami miast, pragnących nosić szyld cittaslow. Sam pomysł mógłby wydawać się naiwny i trudny do zrealizowania w świecie, w którym nikt już nie „spieszy się powoli”, jednakże w ciągu ostatnich dwudziestu lat organizacja ta przekonała do swoich idei i objęła działaniami dużą część Europy i świata. Miasteczka o statusie cittaslow znajdziemy w Australii, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, RPA, Korei Południowej, Chinach i Turcji; w Europie państwa zaangażowane w projekt to m. in. Niemcy, Hiszpania, Wielka Brytania, Francja, Norwegia i Polska, lecz przede wszystkim Italia, bo to właśnie tam, w umysłach Włochów, narodziła się koncepcja ruchu cittaslow.

W październiku 1999 roku, w umbryjskim miasteczku Orvieto, odbyło się pierwsze zgromadzenie przedstawicieli włoskich miast, pragnących przyłączyć się do nowo powstałej organizacji. Koordynatorem stowarzyszenia został pomysłodawca idei cittaslow, burmistrz Greve in Chianti – Paolo Saturnini. Inspiracją do stworzenia sieci „miast niespiesznych” była dla niego filozofia ruchu slowfood. Główne zadanie działaczy slowfood to „ochrona prawa do smaku”, czyli starania mające na celu zachowanie tradycyjnej, charakterystycznej dla danego regionu kuchni w różnych częściach świata. Poprzez wspieranie niewielkich, lokalnych producentów żywności, przeciwdziała się masowej produkcji, która znacznie obniża jakość pożywienia. Inicjatywa cittaslow ma wiele wspólnego z filozofią slowfood, lecz sięga dalej, bo przekracza granice kuchni i „wychodzi” na ulice, do parków, a nawet do ogródków dumnych mieszkańców „miast niespiesznych”. Patrząc na historię Włochów, którzy dopiero w 1861 roku stworzyli wspólne państwo, trudno się dziwić, że są oni tak bardzo przywiązani do lokalnych tradycji i pragną je chronić. Przez wieki bowiem to właśnie miasto (la città), a zaraz potem region (la regione), były ich prawdziwą ojczyzną.

Orvieto
Orvieto

Chyba żaden europejski naród nie żyje tak bardzo slow jak Włosi, bo slow to przede wszystkim postawa życiowa. Wyraża się ona w szacunku do zamieszkiwanej przestrzeni, umiejętności odnajdywania przyjemności w codziennych czynnościach, a także zdolności wypoczywania w sposób przyjemny i zdrowy zarazem. Miasta, które przynależą do sieci cittaslow, mają zapewniać swoim mieszkańcom odpowiednie warunki, aby ci – jeśli zechcą – mogli bez żadnych przeszkód realizować filozofię slow w swojej codzienności. Włoskie cittaslow są zjawiskowe pod względem położenia geograficznego, a także architektury, choć gdyby nie ruch cittaslow, pewnie o większości z nich nigdy byśmy nie usłyszeli. Jest ich aż 70 na całej mapie Włoch, lecz te najpiękniejsze to bez wątpienia: Positano, Cisternino, Trani, Teglio, Amalfi, Todi, Chiavenna, Tirano oraz Trevi.

Polska zajmuje czwarte miejsce na świecie, jeśli chodzi o liczbę miasteczek slow. Na Warmii i Mazurach są nimi: Reszel, Ryn, Bisztynek, Biskupiec, Olsztynek, Nowe Miasto Lubawskie, Lidzbark Warmiński oraz Lubawa. W województwie wielkopolskim znajduje się jedyne polskie slow city nienależące do Krainy Tysiąca Jezior: jest nim, położona 20 kilometrów od Poznania, Murowana Goślina. Jednym z wielu wymogów, które miasto musi spełnić, by móc dołączyć do „Międzynarodowej Sieci Miast Cittaslow”, jest liczba mieszkańców nieprzekraczająca 50 tysięcy. Wszystkie slowcities są z założenia małe, ponieważ tylko takie miasta mogą dać wytchnienie i nauczyć życia w rytmie prawdziwie niespiesznym.

Ryn, fot. Sławomir Milejski / CC BY-SA 3.0 PL
Ryn, fot. Sławomir Milejski / CC BY-SA 3.0 PL

Reszel sprawia wrażenie najciekawszego polskiego cittaslow, gdyż jest perłą architektury Warmii i Mazur. Mieści na swojej małej powierzchni aż 80 zabytków. Jego mieszkańcy nazywają go najpiękniejszym miastem świata i, mówiąc tak, wcale nie są dalecy od prawdy. Poza dziedzictwem architektonicznym, Reszel wyróżniają wyjątkowe ozdoby, jak np. szyldy reklamowe stylizowane na wywieszki i plakaty z dawnych lat lub wszechobecne kwiaty, które w kamiennych, historycznych miastach są rzadkością. Urozmaicenia tego typu stanowią część działań rewitalizacyjnych Reszla, mają one dodawać miastu nowych barw i cieszyć nimi mieszkańców oraz turystów, odwiedzających to niezwykłe miejsce. Miasto jest interesujące także ze względu na swoją historię, bo to właśnie tam, w roku 1811, spłonęła na stosie ostatnia europejska „czarownica” – Barbara Zdunk. Oskarżono ją o użycie mocy magicznych w celu podpalenia zamku. Motywem jej działania miała być nieszczęśliwa miłość, lecz, jak można się domyślić, wyrok ten był niesprawiedliwy, bo ani Barbara Zdunk nie była czarownicą, co dziś jest oczywiste, ani nie podpaliła ona zamku. Za swoją, nieznaną jeszcze wtedy, chorobę psychiczną, zapłaciła straszną śmiercią, a pożar spowodowali polscy żołnierze armii napoleońskiej.

Bisztynek, cittaslow w powiecie bartoszyckim, to miasto powolne, ale nie zacofane, jak mówi profesor Krzysztof Skalski z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Już od wielu lat na terenie całego miasteczka jest dostęp do szerokopasmowego Internetu. Poza tym, mieszkańcy Bisztynka dbają o środowisko, segregując śmieci oraz czerpiąc energię ze źródeł odnawialnych. Co więcej, slowcity jest twórczą inspiracją dla miejscowych artystów. Najlepszym dowodem na to jest fakt, iż w Bisztynku kwitnie rękodzieło. Ludzie rzeźbią i malują, ponieważ w takich miejscach również wrażliwość chętniej wychodzi z ukrycia. Często skłania do tego bliskość natury, a także spokój, który oferują „miasta niespieszne”. Tam, gdzie nikt nikogo nie taranuje na drodze, biegnąc do pracy, dużo łatwiej celebrować chwile i cieszyć się nimi.

 

Lidzbark Warmiński, fot. Dawid Galus
Lidzbark Warmiński, fot. Dawid Galus, CC BY-SA 3.0 PL

Lidzbark Warmiński miał szczęście, ponieważ wojna była dla niego łaskawa, dzięki czemu do dziś możemy oglądać tam górujący nad miastem zamek oraz inne średniowieczne zabytki. Kiedyś miasteczko było stolicą biskupów, dziś wykorzystuje swoją historię i dziedzictwo architektoniczne do celów promocyjnych. Lidzbark Warmiński, jak inne cittaslow, ma szeroką ofertę turystyczną, ponieważ w „miastach niespiesznych” zastępuje ona zwykle ofertę gospodarczą. Pozwala to mieszkańcom małych miejscowości na samowystarczalność: nie muszą jeździć do metropolii w poszukiwaniu pracy, ponieważ coraz częściej znajdują ją u siebie. W Lidzbarku organizowane są imprezy kulturalne, nawiązujące do historii miasta, festyny kulinarne, a także wystawy.

Innym polskim cittaslow, które niewątpliwie zasługuje na uwagę, jest leżący w powiecie giżyckim Ryn. To miasteczko nieprzeciętne, głównie ze względu na swoje bajeczne położenie, choć, oczywiście, jako slowcity ma do zaproponowania o wiele więcej niż wspaniałe widoki.  W Rynie można kąpać się w dwóch przepięknych jeziorach: Ryńskim i Ołów. Miasto oferuje też liczne atrakcje kulturalne. Ryńskie Centrum Kultury działa bardzo intensywnie, ponieważ być slow to nie tylko żyć zdrowo i w zgodzie z naturą, ale również ciągle się rozwijać. W Rynie organizowane są konkursy recytatorskie, wystawy oraz konferencje, co sprawia, że mieszkańcy tego małego miasteczka nie muszą nigdzie jechać w celu zaspokojenia swoich potrzeb. Wszystko, czego potrzebują na co dzień, zapewnia im ich niespieszne, ale nigdy nie ustające w rozwoju miasto.

To właśnie na tym mądrym kompromisie pomiędzy tradycją a nowoczesnością polega fenomen ruchu Cittaslow, który ma swoje korzenie we Włoszech, a rozkwita już w wielu państwach świata. Poszukajmy niespiesznego życia także w Polsce!

Posted on

Szparagi po wenecku

Wiemy, że szparagi znali już starożytni Egipcjanie; zajadali się nimi Syryjczycy, Grecy i Rzymianie. W II wieku naszej ery ich działanie prozdrowotne chwalił Galen, ale najsłynniejszym miłośnikiem tych warzyw w historii był Oktawian August. Pierwszy rzymski cesarz powołał specjalne oddziały, które przemierzały imperium w poszukiwaniu najlepszych szparagów i dostarczały je do Rzymu. Imperator (który, przypomnijmy, był też autorem maksymy „festina lente”), zwykł mawiać: „szybciej, niż gotują się szparagi”, kiedy chciał, żeby jego rozkaz wykonano błyskawicznie. I faktycznie – zbyt długie gotowanie szparagów może skończyć się kulinarną katastrofą!

Zielone szparagi gotujemy około 3-5 minut, białe najwyżej kwadrans. Najlepiej sprawdzać ich stan, nakłuwając łodygi widelcem – powinny być miękkie, ale jednocześnie sprężyste i chrupkie. Rozgotowane szparagi tracą sporo ze swojego uroku, te ugotowane al dente nie potrzebują wielu dodatków. Świetnie smakują z masłem lub oliwą, szczyptą grubo zmielonego pieprzu i odrobiną parmezanu. Lubią się z jajkami – jędrne łodygi szparagów maczane w ugotowanym na miękko jajku to jedno z najsmaczniejszych wiosennych śniadań. Klasycznie podaje się je też z sosem holenderskim, zapieczone z beszamelem lub szynką parmeńską, w aksamitnym risotto lub zmiksowane na gładką zupę-krem.

Wenecjanie najchętniej wybierają białe szparagi z Bassano, od wieków goszczące na stołach Serenissimy. Według legendy, w XIII wieku ich nasiona przywiózł z Afryki Antoni z Padwy, portugalski franciszkanin. Odmiana z Bassano jest ceniona za charakterystyczny, słodko-gorzki smak. Grube łodygi szparagów gotuje się na parze, kroi w plastry i smaży w cieście albo zawija w szynkę parmeńską, posypuje parmezanem i zapieka. Tradycyjne asparagi alla veneta to natomiast ugotowane białe szparagi, podane z delikatną pastą z jajek, octu i oliwy. W ten sposób można przygotować też szparagi zielone.


Przepis: Asparagi alla veneta

4 jajka
pęczek zielonych szparagów
2 łyżki oliwy
1 łyżka octu z białego wina
gruboziarnista sól i świeżo zmielony czarny pieprz, do smaku
szczypta cukru

 

Jajka gotujemy na twardo – około 10 minut.

Odcinamy zdrewniałe końcówki szparagów.

Szparagi gotujemy w osolonej wodzie z dodatkiem cukru przez około 3 minuty.

Powinny być miękkie, ale nie mogą się rozpadać – ważne, żeby nie gotować ich zbyt długo.

Ugotowane szparagi zanurzamy w naczyniu z zimną wodą, żeby zatrzymać proces gotowania.

 

Jajka studzimy i obieramy.

Rozdrabniamy je widelcem, stopniowo dodając oliwę i ocet.

Doprawiamy solą i pieprzem.

Szparagi podajemy z pastą jajeczną.

Posted on

Dioklecjan i Split. Różne oblicza władzy

W świetnej książce Adriatyk. Miejsca, ludzie, historie Uwe Rada poświęca jeden z rozdziałów Splitowi – atrakcyjnemu śródziemnomorskiemu portowi, tłumnie odwiedzanemu przez turystów. Obraz Splitu jest u Rady bardzo zachęcający: przybywający od strony morza widzą miasto, które szeroko otwiera przed nimi swoje ramiona. Widok ten jest dużej mierze zasługą koncepcji architektonicznej pałacu wzniesionego na przełomie III i IV wieku na polecenie rzymskiego cesarza Dioklecjana. Miasto nie posiada obwarowań ani umocnień obronnych; odwiedzający Split widzą więc na pierwszym planie zwrócone frontem do morza dzieło imperatora i atrakcyjną promenadę zwaną dawniej Rivą, a dziś Wybrzeżem Chorwackiego Odrodzenia Narodowego (Obala Hrvatskog Narodnog Preporoda).  Riva jest obsadzona palmami, a jej część spacerowa została wyłożona  wapiennym kamieniem z wyspy Brač. Podziwiając pocztówkowy obrazek Splitu, warto poznać bliżej człowieka, któremu piękno to zawdzięczamy.

Pałac w Splicie –rekonstrukcja z 1912 roku (autor: Ernest Hébrard)
Pałac w Splicie – rekonstrukcja z 1912 roku (autor: Ernest Hébrard)

Łagodny prześladowca?

Dioklecjan urodził się w 244 roku n.e. w Salonie (dziś chorwacki Solin), rzymskiej metropolii oddalonej zaledwie o kilka kilometrów od Splitu. Było to jedno z jego ulubionych miejsc. Kochał Dalmację, nie przepadał za Półwyspem Apenińskim, być może dlatego po dwudziestu latach sprawowania władzy powrócił do Spalato (to antyczna nazwa dzisiejszego Splitu), gdzie wcześniej wybudował pałac. I tam też zmarł. Co ciekawe, zrezygnował  z tronu sam, zmęczony władzą, prawdopodobnie chory. W Splicie zajmował się uprawą przypałacowego ogrodu warzywnego. Jego ulubionym warzywem była kapusta.

Obraz Dioklecjana jako spokojnego, łagodnego cesarza, który unika życia w centrum wydarzeń i woli skryć się na peryferiach cesarstwa, kłóci się z wizerunkiem przedstawionym przez Laktancjusza, profesora wymowy łacińskiej w Nikomedii – drugiej ulubionej rezydencji Dioklecjana. Laktancjusz był autorem pamfletu politycznego poświęconego Dioklecjanowi, w którym przedstawił go jako okrutnego, bezwzględnego i nieufnego władcę, dążącego po trupach do celu. Jak pisze Laktancjusz, Dioklecjan “podzielił świat na cztery”. Wewnątrz każdej z czerech prowincji wprowadził podział na jeszcze mniejsze jednostki administracyjne, aby móc mieć większą władzę opartą na kontroli i terrorze. W tym też celu rozbudował biurokrację i wojsko. Niezliczeni urzędnicy nie zajmowali się sprawami cywilnymi, lecz egzekwowali z całą surowością prawo, nakładali kary i konfiskowali majątki.

Dioklecjan według Laktancjusza to także władca ogarnięty szałem budowania. Stawiał bez umiaru bazyliki, pałace, mennice, zakłady płatnerskie oraz domy dla członków swojej rodziny. Burzył stare dzielnice, wysiedlając zrozpaczonych mieszkańców po to, żeby realizować swoje wiecznie niezaspokojone potrzeby budowania, po czym, po ukończeniu dzieła, nierzadko okazywał niezadowolenie i ponownie burzył całość. Jeśli zaś napotkał na swej drodze budowlę, która budziła jego podziw i zazdrość, natychmiast konfiskował ją, a właściciela skazywał na wygnanie albo groził  śmiercią. Jednak największą odrazę u Laktancjusza wydaje się budzić postawa Dioklecjana wobec chrześcijan. Nazywa cesarza okrutnym prześladowcą, sprawcą nieszczęść, niszczycielem pełnym zbrodniczych pomysłów.

Pogłębiony i zróżnicowany portret Dioklecjana znajdujemy u Aleksandra Krawczuka. Także od niego dowiadujemy się o dziele Laktancjusza, jednak wchodzi on z dawnym autorem w swoistą polemikę, analizując wszystkie zarzuty, jakie antyczny nauczyciel retoryki stawia Dioklecjanowi, i starając się interpretować powody nienawiści wyrażonej w pamflecie. Krawczuk przedstawia cesarza w znacznie łagodniejszym świetle, choć jego obraz wciąż daleki jest od ideału.

Fot. Alecconnell / Wikimedia, CC BY-SA 3.0
Fot. Alecconnell / Wikimedia, CC BY-SA 3.0

 

Podział świata na cztery

Wspominając o powyższym i utożsamiając go niemal z rozpadem imperium, Laktancjusz miał na myśli system tetrarchii, czyli podziału cesarstwa na cztery duże prowincje zarządzane przez dwóch Augustów i dwóch cezarów. Uwe Rada twierdzi jednak, ze był to raczej wyraz niechęci cesarza do tyranii, świadczący o umiejętności szukania konsensusu. Prawo stanowiły wszystkie cztery podmioty, przy zgodzie pozostałych zarządzających. Aleksander Krawczuk mówi wprost: nie było żadnego podziału imperium, tetrarchię wprowadzano stopniowo, zaś pozostałych tetrarchów łączyły z Dioklecjanem więzy rodzinne. Decyzja o wdrożeniu systemu tetrarchii nie świadczy o bojaźliwej małoduszności cesarza ani o zapędach dyktatorskich, lecz o trosce o państwo. Sprawowanie władzy przez jedną osobę  na tak wielkim terytorium oznacza prędzej czy później utratę kontroli i brak efektywnego zarządzania. Poprzednicy Dioklecjana, którzy kurczowo trzymali się koncepcji samodzielnego panowania, szybko musieli się z nią pożegnać. Większość z nich rządziła nie dłużej niż dwa lata; wszyscy też umierali przedwcześnie, nierzadko śmiercią nagłą (jak piszą współcześni: gwałtowną). Znamienne jest to, że Dioklecjan rządził ponad dwadzieścia lat, po czym abdykował, zaszywając się w swoim pałacu w Splicie. Władza nie wydawała się być dla niego celem ostatecznym.

Z tetrarchią wiązał się ważny aspekt funkcjonowania państwa: nowy podział administracyjny. To, co Laktancjusz nazywa narzędziem terroru, Krawczuk tłumaczy koniecznością kontroli nad rosnącymi w siłę lokalnymi namiestnikami, których ambicje stawały się dla władzy centralnej coraz bardziej niebezpieczne. Rozdrobnienie administracyjne, o którym wspomina Laktancjusz, nie miało miejsca: tam, gdzie istniała potrzeba, poszczególne jednostki łączyły się w tak zwane diecezje (dioecesis).

Laktancjusz zarzuca Dioklecjanowi nadmierne rozbudowanie aparatu biurokratycznego, jednak Krawczuk broni tej decyzji, twierdząc, że służyło ono sprawiedliwemu podziałowi obciążeń, nie zaś samemu zwiększeniu liczby urzędników. Uporządkowanie całego aparatu poprawiło ściągalność podatków i innych danin, co według Laktancjusza jest przejawem chciwości – Krawczuk nazywa to usprawnieniem funkcjonowania systemu. Nie zgadzają się także w kwestii zwiększenia liczebności wojsk. Według Laktancjusza było ono nieuprawnione, Krawczuk zaś przekonuje, że w przypadku administrowania tak dużym terytorium stanowiło absolutną konieczność. Imperium narażone na stałe ataki z zewnątrz musiało mieć silną i liczną armię; utrzymanie granic od Dunaju i Renu na północy po Eufrat na Bliskim Wschodzie, Nil i pustynie Sahary wymaga inwestycji w wojsko. Ludność zamieszkująca rubieże imperium mogła spać spokojnie: napady rabunkowe zdarzały się rzadziej, grabieżcy rzadziej zapuszczali się w głąb kraju.

Dziwi złośliwość Laktancjusza w stosunku do Dioklecjana i jego słabości do Nikomedii. Było to bowiem miasto, w którym autor pamfletu na cesarza zamieszkał właśnie dzięki Dioklecjanowi. Powołany został do pracy w charakterze nauczyciela wymowy łacińskiej tamże, gdyż miasto to było stosunkowo słabo zromanizowane, dominował w nim język grecki. Zadaniem Laktancjusza było więc doskonalenie łaciny u młodej kadry urzędniczej w tym mieście. Być może rozczarowanie i awersja do cesarza spowodowana była faktem, że praca nauczyciela w cesarstwie była słabo opłacana, w dużej mierze zależała od liczby uczniów, a tych ponoć Laktancjusz w Nikomedii nie miał zbyt wielu. Poświęcił się pracy pisarskiej, czego efektem był, między innymi, dzieło „De mortibus persecutorum” (O śmierciach prześladowców) z wnikliwym, choć subiektywnym portretem Dioklecjana. Drugim powodem, dla którego Laktancjusz nienawidził Dioklecjana, był wspomniany już wcześniej stosunek cesarza do chrześcijan.
Split

Budowanie

I wreszcie ostatni, najpoważniejszy zarzut Laktancjusza: pospieszne i, w jego opinii, pozbawione sensu budowanie. Wydaje się jednak, że większość wymienianych przez niego budowli służyła rozwojowi państwa. W ogromnych halach zwanych bazylikami odbywały się rozprawy sądowe, spotkania, targi; w mennicach bito monety, a warsztaty płatnerskie dozbrajały rosnącą armię. Laktancjusz pomija milczeniem inne, niezwykle ważne budowle wzniesione przez Dioklecjana: umocnienia i fortyfikacje. Dioklecjan jako jeden z pierwszych rozbudowywał je nie tylko wzdłuż granic, lecz inwestował także w umocnienia w głębi kraju.

Kultura zawdzięcza Dioklecjanowi również te budowle, które postawił on z myślą o podniesieniu standardu życia nie tylko swojej rodziny, ale też wszystkich obywateli imperium. Oprócz imponującego pałacu, który postawił w Splicie, wraz z tetrarchą rzymskim Maksymilianem odrestaurował Forum Romanum, odnowił Bazylikę Julijską i teatr Pompejusza, ulepszył liczne wodociągi. Był inicjatorem jednej z najbardziej imponujących inwestycji w stolicy imperium: budowy term rzymskich.  Wybudował też liczne rezydencje w całym cesarstwie. Jedną z najokazalszych postawił w Nikomedii w Azji Mniejszej. Laktancjusz pisze o tym nie bez złośliwości: Pragnął, żeby jego Nikomedia dorównywała Rzymowi. Niewykluczone, że tak było – od czasów Dioklecjana obserwuje się bowiem przenoszenie ośrodka cesarstwa ku Wschodowi. Finał tych działań tego nastąpi później i nazywać się będzie Cesarstwem Wschodniorzymskim ze stolicą w Konstantynopolu.

Ostatecznie ukochana Nikomedia stała się miejscem, które kosztowało Dioklecjana utratę zdrowia i zdecydowało o odejściu w stan spoczynku. Nie wiadomo dokładnie, co najbardziej przyczyniło się do abdykacji; możemy jednak prześledzić poprzedzające ją wydarzenia i stwierdzić, że było ich wiele: chroniczna choroba Dioklecjana, wyniszczający zdrowie psychiczne cesarza konflikt z gminami chrześcijańskimi i prześladowania tej grupy, naciski dotyczące ustąpienia ze strony pozostałych tetrarchów i wysokich urzędników z otoczenia cesarza. Wydaje się, że Nikodemia, wielka miłość Dioklecjana, nie odpłaciła mu wzajemnością. Dioklecjan wrócił na Bałkany Zachodnie, osiadł w Splicie i od tej pory, jak zgodnie podkreślają wszystkie źródła, zajmował się uprawianiem ogródka warzywnego.

To z pozoru prozaiczne zajęcie pozwala domniemywać, że stał się zwykłym śmiertelnikiem. Nic bardziej mylnego: Krawczuk twierdzi, że Dioklecjan wciąż darzony był wielkim szacunkiem, miał ogromny autorytet wśród otoczenia. Trudno też uwierzyć, że imponująca rezydencja w Splicie może być zamieszkiwana przez „zwykłego śmiertelnika”. Pałac jest tak ogromny, że właściwie stanowi kompletną dzielnicę miasta. Nieuświadomiony turysta błądząc pomiędzy kolumnami otaczającymi perystyl pałacowy, lub też po jednej z wewnętrznych ulic zapyta: „Gdzie jest właściwie ten pałac?” Nie wie, że cały czas przebywa w jego centrum.
Trudno uwierzyć, że imponująca rezydencja w Splicie mogła być zamieszkiwana przez zwykłego „uprawiającego ogródek”. Pałac jest tak ogromny, że właściwie stanowi kompletną dzielnicę miasta. Nieuświadomiony turysta, błądząc pomiędzy kolumnami otaczającymi perystyl pałacowy lub też po jednej z wewnętrznych ulic, zapyta: „Gdzie jest właściwie ten pałac?” Nie wie, że cały czas przebywa w jego centrum.

 

Jaki właściwie był Dioklecjan? Wspaniałomyślny czy okrutny? Łagodny czy surowy? Kierujący się rozumem czy szalony? Chciwy czy wręcz przeciwnie – szczodry, a nawet rozrzutny? Cechowała go małostkowość czy wizjonerstwo? Jednoznacznej odpowiedzi nigdy nie poznamy.

Jedno jest pewne: spacerując po splickiej Rivie, pijąc kawę w pałacowych podcieniach z widokiem na turkusowe wody Adriatyku, jesteśmy w stanie uwierzyć bardziej Krawczukowi i Uwe Radzie: to niezwykły cesarz, dzięki któremu możemy dziś spędzać rozkoszne chwile w wyjątkowym otoczeniu.

 

Źródła:
Uwe Rada, Adriatyk. Miejsca, ludzie, historie, Kraków 2014
Aleksander Krawczuk, Konstantyn Wielki, Warszawa 1970

 

 Zdjęcie główne: Ken Mayer / Flickr, CC BY 2.0
Posted on

Uwe Rada, Adriatyk. Miejsca, ludzie, historie

Książka opublikowana przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego łączy treści historyczne i podróżnicze z sentymentalnymi zapiskami z młodości Rady, który, jak wielu mieszkańców Europy północnej i środkowej, kojarzył Adriatyk z beztroskimi wakacjami w Rimini czy samochodowymi wyprawami do słonecznej Jugosławii. Razem z nim wracamy myślą do czasów dzieciństwa, a także cofamy się wieki wcześniej, poznając bohaterów regionu – od Dioklecjana po Felliniego – raz po raz zatrzymując się na kieliszek anyżówki albo wybornego wina. Warto jednak podkreślić, że mimo elementów rodem z Dolce vita, region opisywany przez autora jawi się raczej jako drażliwy lew niż jako kraina łagodności.

Pomysł na książkę miał Uwe Rada przedni: uczynienie z tekstu podróżniczego osobistej opowieści zanurzonej w szerokim kontekście kulturowym. Jestem wielką miłośniczką przeplatania narracji subiektywnej i obiektywnej, więc moje oczekiwania wobec Adriatyku były bardzo wysokie. Publikacja spełniła je z pewnością pod względem treści – znajdziemy tu doskonale udokumentowany materiał historyczny okraszony reminiscencjami z minionych dekad, które bliskie wydadzą się wielu czytelnikom. To, czego książce zabrakło, to odpowiedni ton. Rada waha się między stylem znanym ze szkolnych podręczników historii a dziennikarskim dyskursem o dowcipnym, czasem nawet zaczepnym zabarwieniu. Mieszanka ta niestety nie porywa, czasem wręcz nuży, nie pozwalając ustawić tej ciekawej przecież pozycji na jednej półce z dziełami Braudela, Matvejevica czy Magrisa.

W jednym z wywiadów Uwe Rada powiedział, że morskie dzieje mogą być fascynującą przygodą intelektualną. Jak łatwo sobie wyobrazić, redakcja Lente podziela tę opinię w stu procentach!
W jednym z wywiadów Uwe Rada powiedział, że morskie dzieje mogą być fascynującą przygodą intelektualną. Jak łatwo sobie wyobrazić, redakcja “Lente” podziela tę opinię w stu procentach!

Bez względu na powyższe, warto podkreślić, że autor bezsprzecznie wykonał olbrzymią pracę. Jego tekst, choć pozbawiony walorów porywającej gawędy, pozostaje wartościowy pod wieloma względami, także dlatego, że jest to chyba jedyne opracowanie w całości poświęcone tej części Europy. Co jednak najważniejsze, Rada rozprawia się z fałszywym stereotypem Adriatyku jako łagodnej krainy pięknych krajobrazów i przyjemnego klimatu: jego dzieje, zarówno te dalsze, jak i nam najbliższe, pełne są napięć i niepokojów. Zważywszy na wielką popularność opisywanego regionu wśród naszych rodaków (tylko Chorwację odwiedza podobno ponad milion Polaków rocznie), Adriatyk wydaje się lekturą, po którą sięgnąć powinno wiele osób.

 

Uwe Rada, Adriatyk. Miejsca, ludzie, historie, Wydawnictwo UJ, Kraków 2016, tłumaczył Andrzej Robak
Posted on

Sadzonka z Aleksandrii

Carlo Mazzacurati, włoski scenarzysta i reżyser filmowy, zacytował kiedyś w jednym z wywiadów bliską mi frazę, którą później wielokrotnie mu przypisywano: Ogni persona che incontri sta combattendo una battaglia di cui non sai nulla. Sii gentile, sempre. Na język polski przetłumaczymy ją mniej więcej tak: Każdy, kogo spotykasz, jest w trakcie walki, o której nic nie wiesz. Bądź uprzejmy, zawsze. Zamiast “uprzejmy” napisać moglibyśmy: “miły”, “przyjazny”, “ciepły”, “wyrozumiały”. Ludzki.

 

W rzeczywistości frazy tej nie wymyślił znany filmowiec z Padwy, a najprawdopodobniej Filon z Aleksandrii. Był to żyjący dwa tysiące lat temu filozof żydowski, pozostający pod wpływem kultury greckiej, a tworzący w Egipcie – syn konglomeratu kultur i tradycji, jakim od zawsze było Śródziemnomorze. Jednak wbrew temu, czego można się spodziewać z racji kontekstu, w jakim się spotykamy, nie zamierzam nikogo przekonywać, że słowa Filona wyrażają śródziemnomorskie podejście do życia. Z każdym dniem coraz dalsza jestem od idealizowania mojego ukochanego regionu, który, jak każdy inny, ma swoje piękne, jasne strony, ale równocześnie wiele grzechów na sumieniu. Tak czy owak, to właśnie tam, na południowo-wschodnim brzegu Mare Nostrum, ktoś – może właśnie pochodzący z Judei helleński myśliciel mieszkający w kraju faraonów – zapisał wytyczną, o której, wiele wieków później, pamięta się ciągle zbyt rzadko.

 

Morze Śródziemne łagodne nie jest, co najwyżej bywa. Zdarza się mu wydać subtelnym, przyjaznym i dobrotliwym, ale jeszcze częściej jawi się jako intensywne i gwałtowne. Na szczęście wśród kontrastów jest miejsce dla delikatności, którą warto chwytać i przeszczepiać na swój grunt. Dziś chwyćmy więc zdanie Filona – i nieśmy wśród ludzi sadzonkę łagodności, dobroci, wyrozumiałości.

 

 

 

Fot.: Jens Johnsson / Unsplash
Posted on

Balony nad Kapadocją

Kapadocja jest regionem położonym w centralnej części tureckiej Anatolii. Kilkadziesiąt milionów lat temu przykrył ją pył trzech wulkanów –Melendiz, Hasan i Erciyes Dağı. Teren żłobiły następnie rzeki, śnieg i wiatr, a efekt erozji do dziś zaskakuje podróżników. Jak bardzo bywa fantazyjny, niech zilustruje zdjęcie wulkanicznych stożków z tzw. Doliny Miłości:

Dolina Miłości w Kapadocji. Jak nietrudno się domyślić, posiada ona również kilka innych, mniej przyzwoitych nazw, związanych z fallicznym kształtem tamtejszych skał.
Dolina Miłości w Kapadocji posiada również kilka innych, mniej przyzwoitych nazw, związanych z fallicznym kształtem tamtejszych skał.

Porowaty tuf, czyli połączenie pyłu wulkanicznego z piaskiem, okazał się być też wdzięcznym materiałem w dłoniach człowieka. Pierwsi osadnicy, którzy pojawili się w Kapadocji ok. 2 000 lat p.n.e., szybko okiełznali naturę, drążąc w skałach korytarze, które zimą dawały schronienie przed śniegiem, zaś w skwarne lato zapewniały przyjemny chłód. Z czasem pod ziemią zaczęły powstawać całe miasta – do tej pory odkryto ich 36. Według badaczy mogło je zamieszkiwać nawet 10 tysięcy osób! W skałach rzeźbiono gospodarstwa, miejsca pochówku i świątynie. Tych ostatnich niemało przetrwało do dnia dzisiejszego, bo w czasach Imperium Rzymskiego kryli się w Kapadocji prześladowani chrześcijanie. Duchowe wspólnoty budowali tu ojcowie kapadoccy, czyli wczesnochrześcijańscy teolodzy: święty Grzegorz z Nyssy, święty Grzegorz z Nazjanzu i święty Bazyli. Dziś, oprócz skalnych kaplic, zespołów klasztornych i kościółków, w Muzeum Göreme można podziwiać świetnie zachowane freski dawnych chrześcijan.

Co ciekawe, w XXI wieku wiele skalnych domów w Kapadocji wciąż jest zamieszkałych, choć, co zrozumiałe, współcześni tubylcy wybierają raczej tradycyjne budownictwo. Turyści mogą jednak spędzić noc w skalnym pensjonacie, wyposażonym w elektryczność, wodę i wszelkie nowoczesne udogodnienia. Na zdjęciu: Open Air Museum w Göreme.

 

To wszystko zostawimy daleko w dole, wsiadając – jak tysiące przybywających do Kapadocji turystów – do kolorowego balonu. Tradycja lotów o wschodzie słońca jest tyleż zjawiskowa, co młoda, bo zaledwie 22-letnia. Gigantyczny turystyczny popyt sprawił, że dziś balony nad Kapadocją unoszą się codziennie (z wyjątkiem bardzo wietrznych poranków), zabierając na pokład ponad pół miliona osób rocznie. Liczba ta robi szczególne wrażenie, jeśli weźmiemy pod uwagę ceny lotów: zaczynają się one od 125 euro za lot w grupie, osiągając pułap nawet kilku tysięcy euro za lot prywatny. Piloci balonów kształcą się w specjalnej szkole zawodowej, ćwicząc przed rozpoczęciem lotów pięć razy dłużej, niż koledzy po fachu z innych części świata. Jednak nawet praca w tak niezwykłym miejscu ma swoje minusy – choćby to, że trzeba do niej wstawać na długo przed wschodem słońca! Cóż, czego się nie robi dla bajecznych widoków…

Od Dedala po Leonarda da Vinci – skonstruowanie maszyny latającej przez wieki było marzeniem wynalazców. Spełniło się ono dopiero 5 czerwca 1783 roku we francuskim Annonay, gdy w niebo uniósł się balon na gorące powietrze – dzieło braci Montgolfierów. Balon wzniósł się wtedy na wysokość 2000 m i w czasie 10-minutowego lotu przebył niemal 2 kilometry. Choć od tej pory lotnictwo, nomen omen, rozwinęło skrzydła, ten przełomowy wynalazek (zwany długo „mongolfierą”) do tej pory cieszy się popularnością. Szczególnie w Kapadocji, gdzie niemal każdy dzień świętuje się wypuszczeniem w niebo setek balonów.
Od Dedala po Leonarda da Vinci – skonstruowanie maszyny latającej przez wieki było marzeniem wynalazców. Spełniło się ono dopiero 5 czerwca 1783 roku we francuskim Annonay, gdy w niebo uniósł się balon na gorące powietrze – dzieło braci Montgolfierów. Balon wzniósł się wtedy na wysokość 2000 m i w czasie 10-minutowego lotu przebył niemal 2 kilometry. Choć od tej pory lotnictwo, nomen omen, rozwinęło skrzydła, ten przełomowy wynalazek (zwany długo „mongolfierą”) do tej pory cieszy się popularnością. Szczególnie w Kapadocji, gdzie niemal każdy dzień świętuje się wypuszczeniem w niebo setek balonów.

Informacje praktyczne:
– najlepszym miejscem do lotu nad Kapadocją jest wspomniana miejscowość Göreme, gdzie funkcjonuje kilka firm organizujących tę atrakcję; często współpracują one z hotelami
– godzina wylotu może różnić się w zależności od pory roku; zwykle zbiórka odbywa się bardzo wcześnie, w okolicy godziny 4 rano (organizator często zapewnia śniadanie i kawę)
– lot balonem trwa ok. 90 minut; zwykle kończy się wspólnym toastem, a uczestnicy otrzymują pamiątkowe dyplomy.

Posted on

Zabaglione i owoce w winie marsala

Podobno Włosi odmierzają ilość potrzebnych składników za pomocą skorupek jaj. Na każde żółtko przypada pół skorupki wypełnione cukrem i pół skorupki wypełnione słodkim winem. Wybór wina zależy od regionu – w Toskanii do zabaglione dodaje się vin santo, w Piemoncie moscato d’Asti, a na południu Włoch marsalę.

Korzenie deseru nie są do końca ustalone. Najstarszy przepis na zabaglione znaleziono w neapolitańskiej książce kucharskiej. Inni źródła podają, że krem był znany już wcześniej w Turynie, gdzie nazywano go crema di San Baylon, na cześć Paschalisa Baylona, świętego patrona kucharzy i cukierników.

Deser podaje się z owocami lub ciasteczkami: kocimi języczkami albo piemonckimi herbatnikami paste di meglia. Krem wykorzystuje się też jako dodatek do ciast: nadziewa się nim lombardzką torta Ostiglia albo polewa kawałki ciast orzechowych.

 

Przepis: Owoce w winie marsala z puszystym zabaglione

 porcja dla 2 osób

 Owoce w winie marsala:

 2 pomarańcze

ziarna z 1 małego granatu

2 łyżki wina marsala

1 łyżeczka brązowego cukru

Zabaglione:

2 żółtka (w temperaturze pokojowej)

2 łyżki wina marsala

2 łyżki drobnego cukru

Pomarańcze obieramy i filetujemy – ostrym nożem wykrajamy cząstki miąższu pomiędzy błonkami. Kroimy na mniejsze kawałki.

Z reszty pomarańczy wyciskamy sok. Mieszamy go z winem marsala i brązowym cukrem.

W dużej misce mieszamy powstały sos z kawałkami pomarańczy i ziarnami granatu.

Przekładamy do dwóch miseczek.

Żeby zrobić zabaglione, przygotowujemy kąpiel wodną – będziemy potrzebować garnka i odpowiednio szerokiej miski, którą ustawimy na garnku.

Garnek z niewielką ilością wody (1-2 cm) stawiamy na małym ogniu i doprowadzamy do delikatnego bulgotania.

W misce roztrzepujemy żółtka za pomocą trzepaczki (możemy też użyć miksera).

Stopniowo dodajemy cukier, cały czas mieszając.

Cukier powinien się rozpuścić, a cała masa stać jaśniejsza i bardziej puszysta.

Może to zająć 3-4 minuty.

Miskę stawiamy na garnku z wodą – tak, aby dno garnka nie dotykało powierzchni wody.

Cały czas roztrzepując masę, dodajemy wino.

Mieszamy przez kilka minut, aż masa będzie bardzo jasna i puszysta.

Gotowe zabaglione nakładamy na owoce i od razu podajemy.

Posted on

Fata Morgana. O tym, jak pewna wróżka uratowała Sycylię

Wody Cieśniny Mesyńskiej kryją w sobie wiele tajemnic; pełne są zdradliwych wirów morskich, które od tysięcy lat przerażały płynących tamtędy marynarzy. Nie mniej przerażające są dwa do dziś czające się w ich otchłaniach potwory: Scylla i Charybda. Według jednej z licznych wersji legendy, Scylla była niegdyś piękną nimfą, w której zakochał się równie urodziwy rybak, Glaukos. O jego względy walczyła z kolei zazdrosna wróżka Kirke. Chcąc pozbyć się rywalki, zamieniła ją w odrażające monstrum. Charybda z kolei została zaklęta w potwora przez Zeusa, którą ukarał ją za żarłoczność i chciwość. Od tamtej pory pochłania ona i wypluwa ogromne masy wody morskiej, wraz z okrętami i promami. Przed podróżą przez Cieśninę lepiej zatem dobrze się zastanowić…

Cieśnina Mesyńska potrafi jednak także zauroczyć i zadziwić, zwłaszcza kogoś, kto ma tyle szczęścia, aby ujrzeć niezwykły spektakl rozgrywający się pomiędzy wodą i powietrzem. Jest to przedstawienie w innym, magicznym wymiarze. Zdarza się bowiem, że nad szmaragdowymi wodami dzielącymi Italię kontynentalną od Sycylii ujrzeć można materializującą się nagle ogromną górę skapaną w fioletowym blasku lub miasto drżące w słońcu i zadziwiające wyrafinowaną linią strzelistych wież i soczystą zielenią wiszących ogrodów. Spektakl ten nosi nazwę fatamorgana.

Jak przeczytać można w książce Guida alla Calabria misteriosa autorstwa Giulia Palange, w latach siedemdziesiątych włoski senat odrzucił niestety propozycję jednego z parlamentarzystów, aby na promenadzie w Reggio utworzyć studio telewizyjne RAI, które mogłoby na żywo transmitować zjawisko fatamorgany.
Jak przeczytać można w książce Guida alla Calabria misteriosa autorstwa Giulia Palange, w latach siedemdziesiątych włoski senat odrzucił niestety propozycję jednego z parlamentarzystów, aby na promenadzie w Reggio utworzyć studio telewizyjne RAI, które mogłoby na żywo transmitować zjawisko fatamorgany. Na zdjęciu: Cieśnina Mesyńska.

 

Naukowe wyjaśnienie tego zjawiska, zwanego również mirażem, odwołuje się do załamania światła w warstwach atmosfery o różnej temperaturze, a co za tym idzie, o różnej gęstości. Jakże jednak zaakceptować tę encyklopedyczną definicję, tak bardzo odartą z magicznej tajemnicy? Tym bardziej wiedząc, że prawda jest zgoła inna…

A mianowicie, dawno, dawno temu, był sobie król barbarzyńca, którego żądza władzy była tak wielka, że żadna przeszkoda nie była mu straszna. Wierzył, że może zapanować nad całym światem i konsekwentnie podbijał kolejne krainy, odprawiając po każdej wygranej bitwie taniec zwycięstwa okupionego krwią tysięcy wojowników. Gdy dotarł na koniec Półwyspu Apenińskiego, do Reggio, musiał zatrzymać się w swym szaleńczym tańcu, aby obmyślić plan, jak przedostać się na druga stronę Cieśniny Mesyńskiej i zdobyć Sycylię, zwaną Wyspą Słońca. Wówczas zjawiła się u niego urodziwa niewiasta. Zaproponowała mu dobrowolne oddanie innej wyspy, której była panią. Król, widząc tak łatwy łup, długo się nie zastanawiał. Spojrzał tylko na piękną krainę leżącą niedaleko brzegu, prawie na wyciągnięcie ręki, dosiadł konia i rozkazał swym żołnierzom jechać za nim. Oczywiście wyspa okazała się mirażem, a nad chciwym królem i jego armią zamknęły się morskie fale, pochłaniając ich na wieki. Panią znikającej wyspy była zaś królowa wróżek (fata po włosku znaczy „wróżka”) o imieniu Morgana, która do dziś przypomina czasem o swoich cudownych mocach oraz ostrzega tych, których złudzenia pociągają bardziej niż rzeczywistość…

 

Zdjęcie główne: Bjoern Schwarz / Flickr, CC BY 2.0

 

Posted on

Navigare necesse est

Tekst powstał późną wiosną 2015 roku.

To było w Jafo. Pięknym miejscu o pięknej nazwie, bo yafah znaczy po hebrajsku urodziwa. Morze wdziera się tu z impetem w ląd, który flirtuje z nim, szumiąc zalotnie liśćmi wszechobecnych palm, a zarazem stawia barierę wysokiego klifu, z którego roztacza się urzekająca panorama pobliskiej metropolii. Pod rozpalonym od słońca kamieniem rozpościera sie antyczne miasto, w którym kiedyś stacjonowały wojska Aleksandra Wielkiego; nad nim, jak to w środziemnomorskich krajach bywa, kwitnie handel pamiątkami, pobrzmiewa dźwięk kawiarnianych sztućców i podekscytowane okrzyki turystów, którzy wśród współczesnego zgiełku szukają śladów świętego Piotra.

Na wzgórzu z widokiem na port stoi franciszkański kościół pod wezwaniem pierwszego papieża. Barwna, ceglana fasada, niecodzienny akcent w krainie wzniesionej z beżowego kamienia, jednych przyciąga, innych zniechęca do wizyty za ciężkimi wrotami. Decyduję się uchylić je dzisiaj po raz pierwszy. Według mojego kalendarza jest wielkanocna niedziela; rodzina mojego męża, choć zupełnie świecka, celebruje właśnie święto Paschy. Z czułością gładzę swój rosnący brzuch – mój osobisty symbol wspólnoty kultur. Wchodzę.

Wnętrze świątyni, choć nawiązujące do wystroju europejskicj katedr, nie zaskakuje pięknem architektury. Za to w ławkach zachwyca kolorowa etniczna mozaika. Rozmaite barwy skóry, mieszanka języków. Wspólna radość z pięknego, słonecznego dnia. Z Dobrej Nowiny, choć pewie każdy pojmuje ją trochę inaczej. W tle – trwający od wieków romans ziemi z morzem.

Podczas katolickiej, wielkanocnej mszy w arabskiej dzielnicy Jafo, spoglądajacej ufnie na izraelską część Naszego Morza, moje dziecko po raz pierwszy funduje mi lekkiego kopniaka. Czyżby podzielało matczyny zachwyt kulturowym tyglem? Najwyraźniej. Myśl płynie w kilku rozbieżnych, a zarazem zaskakująco spójnych kierunkach. Do Wiecznego Miasta, w którym Piotr pytał Jezusa Quo vadis?; do Grecji, ojczyzny Perseusza, który do Jafo przybył, by ratować Andromedę. Do pobliskiego ogrodu moich izraelskich teściów, gdzie pod drzewem mango nieraz redagowałam teksty do prowadzonego niegdyś przeze mnie, na wskroś włoskiego czasopisma. Do drzew pomarańczowych w Andaluzji i do efemerycznej Artemidy w Efezie. Północ, południe, wschód, zachód. Wspólna historia, która kształtuje współczesną wrażliwość. Świadectwa przeszłości, panoptikum podobieństw i różnic. Wziosła kultura i coś znacznie prostszego: najprzyjemniejszy na świecie styl życia.

Dobrych Nowin otrzymuję w tym roku wiele. Jedną z nich jest ta, którą daję sama sobie.

Czas wyruszyć w rejs.

Navigare necesse est. 

pomaranczk_small

 

Tak w 2015 roku narodziło się Lente – przestrzeń, w której chciałam dzielić się z Wami przeżyciami, doświadczeniami i informacjami związanymi z różnymi zakątkami Morza Śródziemnego, a później także wydawnictwo i restauracja organizująca wydarzenia kulturalne. Lente to przede wszystkim wspólna podróż – raz szybsza, raz bardziej powolna; wspólne spotkanie z kolebką europejskiej kultury, ale i lekcja pięknego, prostego życia. Rozpoczęłam ją, nosząc w sobie moją drugą córeczkę i słuchając Dobrej Nowiny w izraelskim kościele. Dziś, czekając na kolejne maleństwo i znów radując się niezwykłym Bożym błogosławieństwem, życzę Wam, byście w tegoroczne Święto Zmartwychwstania otworzyli serca na nowe wyzwania, nowe podróże, w które jesteście przez Niego zapraszani. Wszystkiego dobrego!

 

signature_page1_image1

 

Zdjęcie główne: Jaffa from the sea, Holy Land, ca. 1895

Posted on

Wyspy Władcy Wiatru. Isole Eolie

Nieco na północ od Sycylii wyłania się z lazurowego Morza Tyrreńskiego niezwykły archipelag złożony z siedemnastu wysp. Siedem z nich to wyspy duże, zamieszkałe przez ludzi i stanowiące niewątpliwą atrakcję turystyczną. Dziesięć pozostałych to niewielkie wysepki przypominające raczej stożki wystające spod powierzchni wody. I rzeczywiście, Wyspy Liparyjskie, bo o nich mowa, są niczym innym, jak wyłaniającymi się z fal grzbietami wulkanicznymi. Ich nazwa pochodzi od greckiego słowa „liparos” – żyzny; posiadają one jednak jeszcze jedno imię: Isole Eolie. Wbrew skojarzeniom bowiem, wyspy te – z wyjątkiem wyspy Vulcano – nie stanowiły siedziby boga ognia, ale Władcy Wiatru, Eola.

Grecka mitologia zna imiona wielu wiatrów, które w języku mieszkańców Hellady nosiły nazwę Ἄνεμοι (Anemoi). Grecy nie wyróżniali czterech stron świata, ale osiem, gdyż wliczali w nie strony pośrednie; taka też była liczba wiatrów. Cała ta czereda stanowiła potomstwo bogini Eos (Jutrzenki, określanej przez Homera jako „różanopalca”) oraz tytana Astrajosa, boga gwiezdnego światła. Wśród licznego potomstwa pary znajdowały się również gwiazdy i planety. O ile jednak ciała niebieskie, jako obiekty nieruchome, nie stanowiły w oczach Greków większego zagrożenia (tylko od czasu do czasu jakaś niesforna gwiazda odkleiła się od firmamentu i spadła na ziemię…), o tyle wiatrów należało się obawiać, gdyż w większości były one nieobliczalne. Mieszkańcy Hellady, kraju niespecjalnie żyznego, uzależnionego od kaprysów pogody, nie bez przyczyny żywili wobec nich głęboki respekt.

Najgroźniejszy z nich był bez wątpienia Boreasz, wiatr północny, którego w mitologii rzymskiej znano pod nieprzyjaznym imieniem Akwilona. Jako wiatr zimny i gwałtowny potrafił wyrządzać wielkie szkody; nie bez powodu wzbudzał więc strach i niechęć mieszkańców Grecji i Rzymu. Jego przeciwieństwo stanowił Zefir, rzymski Fawoniusz, łagodny wiatr zachodni. Przynosił wiosnę i budził przyrodę, latem zaś niósł ze sobą orzeźwienie. Wiatrem południowym był Notos, znany w Rzymie pod nazwą Auster. Niósł ze sobą deszcze i mgły; był gwałtowny, gorący i wilgotny. Ze wschodu natomiast wiał Apeliotes, którego łacińska nazwa brzmi Solanus – wiatr porywisty, chłodny, nieprzewidywalny. Nie mniej ważne i groźne były wiatry pośrednie: północno-wschodni Kajkias, pędzący po niebie ciemne, deszczowe chmury; gorący południowo-wschodni Euros zwiastujący upały, północno-zachodni Skirion, suchy, silny i chłodny, którego bali się rolnicy, gdyż niszczył uprawy, i wreszcie Lips, nieco bardziej łagodny, południowo-zachodni, ciepły i suchy, niosący za sobą kłębiaste białe chmurki.

Boreasz wg Jamesa Stuarta i Nicholasa Revetta, 1794 r.
Boreasz wg Jamesa Stuarta i Nicholasa Revetta, 1794 r.


Podarunek Eola

Spośród wracających spod Troi zwycięzców najbardziej spieszno do domu było Odysowi i to właśnie on najdłużej tułał się po Morzu Śródziemnym, gnany gniewem Posejdona. Gdy udało mu się pokonać wiele niebezpieczeństw, w tym wyjść cało ze szponów Scylli i paszcz Charybdy, dotarł na wyspy, którymi władał król wiatrów, Eol. Tenże, wzruszony opowieścią dzielnego żeglarza, podarował mu drogocenny worek ze skóry wołu, w którym zamknięte były wiatry mogące zaszkodzić Odysowi w dopłynięciu do domu. W ten sposób władca Itaki miał zapewniony bezpieczny powrót na swoją wyspę; zgubiła go jednak ciekawość i zawiść załogi. Spodziewała się ona, że tajemniczy Eol podarował Odysowi wspaniały skarb, którym ten ani myśli podzielić się ze swoimi towarzyszami niedoli. Gdy więc tylko kapitan udał się w objęcia Morfeusza, jego niepokorni majtkowie dobrali się do worka i niczym Pandora uwolnili z niego wszelkie nieszczęścia – czyli przeciwstawne wiatry. Rozpętał się straszliwy sztorm, który zagnał statek z powrotem na wyspę Eola – a przecież przed oczami nieszczęsnych rozbitków majaczyły już brzegi Itaki! Tym razem Odys nie znalazł łaski w oczach władcy wiatrów, który odmówił mu gościny i pomocy, pojąwszy, że król Itaki naznaczony jest przekleństwem Posejdona. Tułaczka Odysa trwała z tego powodu całe dziesięć lat.

 

Ajolos z Lipari

Kim był wspomniany władca wiatru? Według mitologii – zwykłym człowiekiem, który nieśmiertelność uzyskał, nomen omen, na łożu śmierci. Gdy umierał, Zeus stwierdził, że Eol przyda mu się bardziej żywy niż martwy, i udzielił mu łaski wiecznego życia, nie włączając go jednakże w poczet Olimpijczyków. Istnieją trzy wersje mitu o Eolu: według jednej był synem Hippotesa i Melanippe, według drugiej jego ojcem był władca mórz, Posejdon; trzecia wersja zakłada, że jego rodzicami byli Helen (syn Deukaliona i Pyrry) oraz nimfa Orseis. Cieszył się wielką sympatią bogów, dlatego Zeus powierzył mu pieczę nad niesfornymi synami Eos i Astrajosa. Ponoć więził ich w jaskini na jednej z wysp, którą on sam zamieszkiwał, Lipari; mogli wychodzić z niej jedynie za jego pozwoleniem. Był dumnym ojcem sześciu córek i sześciorga synów, z których wszyscy piastowali godność królewską na archipelagu. Należał do tych postaci mitologicznych, do których sięga się raczej rzadko, toteż jego imię pojawia się przede wszystkim u Homera oraz u Wergiliusza.

Między Trinakrią a Wielką Grecją

Wyspy Eolskie stanowiące mitologiczną siedzibę Eola i jego potomków należą bez wątpienia do jednych z najbardziej malowniczych zakątków Italii, tworząc pomost nie tylko między dawną Trinakrią a Wielką Grecją na Półwyspie Apenińskim, ale również między rozmaitymi kulturami, które je zamieszkiwały. Zasiedlane były nieprzerwanie od XI wieku przed naszą erą, jednak nie znane jest pochodzenie zamieszkujących je wówczas ludów. Od 580 roku datuje się na nich kolonizację grecką – wtedy właśnie wylądowali na nich Grecy z Knidos pod wodzą Pentathlona. Wiek później wyspy przeszły pod panowanie etruskie, a następnie fenickie – Punijczycy ustanowili na wyspach kolonie karne dla najgorszych przestępców, być może z powodu nieustannego zagrożenia ze strony czynnych wulkanów. W wyniku wojen punickich, w 252 roku p.n.e., wyspy przeszły ostatecznie w ręce Rzymian, którzy swoim zwyczajem wykorzystywali bogate miejscowe zasoby (siarki, soli i ałunu). Jako pragmatycy kontynuowali oni także fenicką tradycję zasiedlania wysp elementem politycznie niepożądanym.

Losy Wysp Liparyjskich najbardziej burzliwe były w średniowieczu i u progu czasów nowożytnych – podobnie jak Sycylia, przechodziły na przemian w ręce najeźdźców arabskich, normańskich i hiszpańskich. Ostatecznie, w XIX wieku, stały się częścią zjednoczonych Włoch.

Wieczór na Lipari, fot. kuhnmi / Flickr
Wieczór na Lipari, fot. kuhnmi / Flickr, CC BY 2.0


Osobny świat

Te stosunkowo niewielkie wysepki, porównywane z ogromną Sycylią, wydają się stanowić odrębny, fascynujący i piękny mikrokosmos. Choć geograficznie i administracyjnie przynależą do Italii, mają w sobie coś niezaprzeczalnie greckiego, jakby epoka kolonizacji wcale się nie skończyła. Część z nich zachowała nawet oryginalne greckie nazwy, jak choćby największa Lipari. Jej greckie imię brzmiało Λιπάρα – płodna; mawiano na nią także Μελιγουνίς – rodząca miód. Wyspa ta powstała w wyniku trzech erupcji wulkanicznych w okresie pomiędzy 20 000 lat p.n.e. i 13 000 lat p.n.e. Do ostatniego gniewu Wulkana doszło na niej w czasach rzymskich, kiedy bóg zdecydował się chyba przenieść się na sąsiadującą Vulcano. Co ciekawe, wyspa pokryta jest do dziś pumeksowym osadem oraz obsydianem; pumeks stanowi znakomity artykuł eksportowy. Lipari zamieszkiwana była prawdopodobnie od początków epoki neolitu, stąd do naszych czasów zachowało się na niej najwięcej zabytków z różnych epok – ich większą część oglądać można w Muzeum Eolskim. Odwiedzić warto także najstarszą i najbogatszą z sycylijskich nekropolii, gdzie po dziś dzień zachowały się groby z epoki greckiej i rzymskiej.

Nie mniej fascynująca jest wyspa Vulcano, która sąsiaduje z Lipari. Składają się na nią trzy odrębne centra wulkaniczne, Monte Aria (500 m), Monte Saraceno (481 m) i Monte Luccia (188 m).  Centralną i północną część wyspy zajmuje wulkan Fossa z kraterem Gran Cratere. Jest to wulkan tymczasowo uśpiony, który jednak od czasu do czasu przypomina o sobie, gdy najdzie go ochota na pogawędki z północno-zachodnim sąsiadem – Stromboli. Już Tukidydes w V w. p.n.e. przekazał informację o wulkanicznej działalności wyspy, a wiadomo z różnych źródeł, że do erupcji dochodziło z dużą regularnością przez całą starożytność. Ostatnie wybuchy miały miejsce w latach 1888–1890. W starożytności wyspa ta nosiła nazwę Termessa; później została przemianowana przez Greków na Ἱερά – święta (uważali, że stanowi ona drugą po Lipari siedzibę Eola). Dopiero Rzymianie, kierując się jak zwykle logiką, nadali wyspie obecną nazwę, doszukując się w niej siedziby bynajmniej nie Eola, lecz groźnego Wulkana, który w jej podziemiach prowadził swoją kuźnię. Nie odstraszało to jednak Rzymian, którzy wydobywali na wyspie ałun i siarkę. Złoża tychże surowców były na tyle bogate, że kopalnie działały jeszcze w XIX wieku, kiedy wyspa zarządzana była przez dynastię Burbonów. Po ostatniej gwałtownej erupcji Vulcano wyludniła się, a nowi mieszkańcy zaczęli napływać dopiero po II wojnie światowej. Dziś przyciąga turystów takimi atrakcjami, jak źródła siarkowe i oryginalne czarne plaże. Największą atrakcję stanowi jednak wspinaczka na krater wulkanu. Jej ostatni etap przypada na wąską skalną półkę z malowniczym widokiem: na morze, wyspę…i przepaść.

Godna wspomnienia jest również wyspa Stromboli, w starożytności nosząca nazwę Στρογγύλη – okrągła. W rzeczy samej jej podstawę stanowi okrąg. Jest ona najdalej wysuniętą na północny zachód wyspą archipelagu. Krater wulkanu sięga 2 km w głąb morza, co sprawia, że ta niepozorna wysepka może być naprawdę groźna. Wulkan na Stromboli nie zasnął nigdy – mniej więcej co 10-20 minut wyrzuca z siebie lawę i popioły na wysokość ok. 10 metrów. Ponieważ popiół stale pokrywa część wyspy, typowo eoliańskie białe domki w czterech osadach – Scari, San Vincenzo, Ficogrande i Piscita – są nieustannie odmalowywane.

Stromboli
Stromboli

 

Na Eoliach czas się zatrzymał. Wydaje się, że fale uderzają o skaliste brzegi tak samo jak w czasach, gdy do Lipari dotarł Odyseusz, udręczony rozbitek chroniący się u Władcy Wiatru. Uliczki dzisiejszych miast są malowniczo wąskie, pełne straganów i kusząco otwartych sklepów z pamiątkami; starożytne mury przeplatają się z białymi domkami ozdobionymi kwiatami w donicach. Na Lipari rządzą koty – przemykają zgrabnie między nogami turystów, drzemią w promieniach słońca, wylegują się na pomostach w porcie. Delikatny wietrzyk niesie niepowtarzalny aromat drzewek owocowych i kwiatów. W lokalnym amfiteatrze panuje wzruszająca cisza przerywana tchnieniem wiatru. Na Vulcano morska bryza chłodzi czoła wspinających się mozolnie na nieczynny krater; niesie odór siarki i zapach słonej wody. Greccy bogowie wciąż odwiedzają te wyspy, uważane w starożytności za błogosławione. Doprawdy, Eol nie zakończył swego żywota, ale po dziś dzień sprawuje na Wyspach Liparyjskich pieczę nad śródziemnomorskimi wiatrami.

Panarea
Panarea

 

 

Pozostałe nazwy wysp archipelagu Isole Eolie:

Salina, po grecku Διδύμη – Bliźniacza Wyspa,

Filicudi, po grecku Φοινικώδης – Palma,

Alicudi, po grecku Ἐρικώδης – Kwiat Wrzosu,

Panarea, po grecku Eὐώνυμος – Dobra Wiadomość lub Dobre Imię.

 

 

 

Zdjęcie główne: Wyspy Liparyjskie, fot. nerdmeister® / Flickr, CC BY 2.0
Posted on

Er Ponentino

O Ponentino pisano piosenki i wiersze, układano porzekadła i rymowanki. Opowiedział o nim nawet wielki Federico Fellini w swoim filmie Roma. Nic dziwnego – Ponentino nie tylko uprzyjemnia porę kolacji, najważniejszego dla Włochów momentu dnia, ale także wyznacza czas relaksu, spotkań i romantycznych schadzek.

 

Miły i przyjazny rzymski wietrzyk w języku włoskim zwie się il Ponentino. Mieszkańcy Wiecznego Miasta mówią nań troszkę inaczej – er Ponentino, udźwięczniając rodzajnik w charakterystyczny dla siebie sposób.
Miły i przyjazny rzymski wietrzyk w języku włoskim zwie się il Ponentino. Mieszkańcy Wiecznego Miasta mówią nań troszkę inaczej – er Ponentino, udźwięczniając rodzajnik w charakterystyczny dla siebie sposób.

 

Te ostatnie szczególnie dużo wietrzykowi zawdzięczają. W poezji i ludowych piosenkach er Ponentino jest cichym posłańcem, opiekunem szeptanych wyznań, strażnikiem z pasją wyśpiewywanych serenad. W słynnej piosence Roma nun fa’ la stupida stasera staje się wymarzonym wspólnikiem zakochanego młodzieńca. Zmierzwia fryzurę dziewczyny – kosmyk włosków opada na policzek, wręcz prosząc się o odgarnięcie i delikatną pieszczotę.

Ponentino znaczy dokładnie tyle, co "wietrzyk zachodni".
Ponentino znaczy dokładnie tyle, co “wietrzyk zachodni”.

Niestety, z wielu powodów, coraz ciężej jest poczuć w Wiecznym Mieście podmuch Ponentino. Gęsta zabudowa nowych osiedli utrudnia cyrkulację powietrza; swoje robią też niekorzystne zmiany klimatyczne. Warto jednak poszukać jego tchnienia podczas wieczornego rzymskiego spaceru. Er Ponentino jest tak samo ważną i historyczną częścią włoskiej stolicy, jak wiekowe marmury i szumiący Tyber.