Posted on

Tożsamości kulturowe w Europie Zachodniej

Kiedy, w zeszłym roku, poczułam fascynację tematem tożsamości, szukałam lektur na ten temat. Zdarzyło mi się wpisać hasło „tożsamość” w wyszukiwarkę Allegro i przeglądać bardzo różne propozycje wydawców – często mało znane i niedostępne w stacjonarnych księgarniach. Jedną z książek, którą znalazłam tym sposobem, jest propozycja Pracowni Kultury Politycznej INP UW pt. Tożsamości kulturowe w Europie Zachodniej pod redakcją Piotra Załęskiego i Agnieszki Syliwoniuk. Ukazała się ona w serii Kultura i Polityka. Zgodnie z tym tytułem skupia się na roli, jaką kultura (w tym język i pamięć historyczna) oraz polityka pełnią w budowie tożsamości wybranych narodów.

Publikację otwiera wprowadzenie do rozważań o tożsamości kulturowej, zaś jej trzon stanowią teksty poświęcone kolejno: Maltańczykom, Duńczykom, Katalończykom, Walijczykom, Szkotom i Korsykanom. Tym, co zainteresowało mnie najbardziej, były oczywiście fragmenty skupiające się na tematyce śródziemnomorskiej.

Rozdział autorstwa Agnieszki Syliwoniuk pt. Tożsamość kulturowa Maltańczyków może stanowić doskonałe uzupełnienie podcastu, który nagrałam niedawno z Karoliną Miller. Róża Warszawik w swoim tekście na temat Katalończyków skupia się na pamięci historycznej, języku i symbolach tej największą w Europie grupie językowej pozbawionej własnego państwa, natomiast Anna Grochulska przedstawia wspólnotowość i nacjonalizm w tożsamości kulturowej Korsykanów.

Autorki w chwili powstawania książki były absolwentkami europeistyki i politologii i rozpoczynały dopiero swoją drogę naukową. Teksty przygotowano jednak nad wyraz rzetelnie; co więcej, zdradzają one pasję do podjętego przez badaczki tematu. Znalazłam w nich wiele bardzo ciekawych informacji i obserwacji. Jeśli więc nie boicie się sięgać po opracowania naukowe, a temat tożsamości kulturowej interesuje Was podobnie jak mnie, to wiedzcie, że warto zajrzeć do publikacji INP.

Tożsamości kulturowe w Europie Zachodniej, red. naukowa: Piotr Załęski, Agnieszka Syliwoniuk, Instytut Nauk Politycznych, Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, Uniwersytet Warszawski, Warszawa 2012

Posted on

Muzyka z pistacjową nutą. O lirze na Eginie

W czerwcu na Eginie – wyspie, do której na weekend chętnie uciekają mieszkańcy przeludnionych Aten – panują już spore upały, które mogą doskwierać szczególnie przybyszom z północy Europy. Słysząc dźwięk ukochanego instrumentu boga Apollona, nietrudno jest odnieść wrażenie, że jakąś czarodziejską mocą przenieśliśmy się w czasie lub… doświadczyliśmy wyjątkowo silnego udaru słonecznego. Na szczęście prawda jest zupełnie inna! Choć jeszcze do niedawna wydawało się, że lira należy do przeszłości, wykorzystywana jedynie jako element zdobniczy, to na Eginę zjechało się z całego świata ponad dwadzieścia osób, które na nowo wprowadzają ten instrument do muzycznego obiegu.

Pistacje – skarb Eginy. Fot. kobi schutz / Wikimedia, CC BY-SA 3.0
Pistacje – skarb Eginy. Fot. kobi schutz / Wikimedia, CC BY-SA 3.0


Ajgina i weterynarz

Na chwilę zostawmy Eginę oraz cały archipelag Wysp Sarońskich i udajmy się na północ. Wystarczy kupić bilet na prom, by po zaledwie kilkudziesięciominutowym rejsie znaleźć się w Pireusie – porcie Aten. Można także wybrać nowocześniejszą jednostkę i dotrzeć tam dwa razy szybciej, jednak podróż większym statkiem, choć wolniejsza, daje więcej możliwości podziwiania niezwykłego wyspiarskiego krajobrazu. Nie wspominając o towarzyszących podróżnym mewom, które odtańcowują prawdziwy balet w powietrzu! Z Aten, historycznej stolicy regionu zwanego Attyką, przemieszczamy się do sąsiedniej – i rywalizującej z nią w przeszłości – Beocji. To okolica znana z historii króla Edypa i jego córki Antygony, mieszkających w najważniejszym mieście regionu, Tebach, oraz z rzeki Asopos, nad której brzegami mieszczą się Plateje. To tam, w 479 roku p.n.e., Grecy pokonali Persów. Dla nas jednak ważniejsze jest dzisiaj co innego. Według mitologii, personifikacja rzeki, bóg Asopos, miał piękną córkę o imieniu Ajgina (Egina to oczywiście łacińska wersja tego imienia). Została ona dostrzeżona przez samego króla Olimpu, Zeusa, który, oczarowany, porwał ją i umieścił na wyspie Ojnone. Do jej historii powrócimy za chwilę; tymczasem udajemy się jeszcze bardziej na północ.

Starożytne ruiny na Eginie
Starożytne ruiny na Eginie

Mijamy Tesalię i docieramy do kolejnej krainy, zwanej Macedonią. Jej największym miastem (drugim w całej Grecji) są Saloniki, gdzie zatrzymamy się najdłużej. Znajduje się tam muzeum instrumentów antycznych Seikilo. Nie jest to ani placówka miejska, ani państwowa; to prywatna inicjatywa rodziny Koumardzis, odpowiedzialnej za wspomniane na początku zgromadzenie muzyków na Eginie. Artystyczna historia rodziny zaczyna się w niewielkim mieście Evropos, położonym kilkanaście kilometrów od Salonik. Mieszkający tam Anastasios, z zawodu weterynarz, pasjonuje się muzyką i majsterkowaniem. Zaczyna własnoręcznie konstruować instrumenty znane z nowożytnego folklorystycznego instrumentarium greckiego; z biegiem czasu dołącza do nich lira. Niebawem coś, co zaczęło się jako hobby, któremu oddaje się po godzinach, przeradza się w duży rodzinny interes. Anastasios ma trzech synów, którzy dziedziczą pasję ojca. Powstaje duża pracownia lutnicza z międzynarodowym systemem sprzedaży, wydawane są książki, w tym podręczniki do nauki gry na lirze. Założona zostaje Akademia Liry, oferująca lekcje gry przez Internet. Przedstawiciele rodziny Koumardzis wystepują na koncertach na całym świecie, w programach telewizyjnych, mają własny kanał na platformie YouTube. Co jednak najważniejsze, spełnia się ich główne marzenie: powrót liry do obiegu muzycznego. Dowodem jest pierwszy letni obóz dla grających na tym starożytnym instrumencie.

Fot. LUTHIEROS Music Instruments.
Podczas obozu na Eginie większość uczestników gra na lirach o większej liczbie strun niż te starożytne. Największy instrument ma ich 13. Fot. LUTHIEROS Music Instruments


Wyspa nimfy i gubernatora

Na Ojnone Egina wydała na świat syna Ajakosa, który w przyszłości miał się stać jednym z sędziów w królestwie Hadesa. Kochał on swą matkę tak bardzo, że wyspę, na której go urodziła, nazwał jej imieniem. Z czasem wyspa Egina stała się potęgą handlową, a pamiątkę po tym okresie stanowią imponujące ruiny świątyni miejscowej bogini, Afai. Z głównego portu można dostać się do nich taksówką lub autobusem – za jedyne 2 euro. Na wycieczkę warto się zdecydować, bo miejsce to robi duże wrażenie, a położone tuż obok klimatyzowane muzeum, w którym obejrzeć można sporo ciekawych obiektów, pozwala na chwilę wytchnienia podczas upałów.

Fot. Julia Wollner
Świątynia Afai na Eginie, fot. Julia Wollner

Niestety Egina leżała zbyt blisko Aten – wzrost potęgi miasta oznaczał zmierzch wyspy. W epoce nowożytnej, oprócz pistacji, znana jest ona jako miejsce zamieszkania Nikosa Kazantzakisa. To właśnie tu powstać miała jego najsłynniejszą powieść: Grek Zorba. Dom pisarza ciągle istnieje; nie jest jednak udostępniany turystom. Obejrzeć można natomiast siedzibę pierwszego gubernatora niepodległej Grecji, Joanisa Kapodistriasa. Wielka willa, nosząca obecnie nazwę Oikia Karapanou, znajduje się w rękach prywatnych. Właściciele nie chcą, by zamieniła się w kolejny butikowy hotel dla bogaczy, i starają się zachować ją w niezmienionym kształcie – do dziś chodzić można po oryginalnych drewnianych podłogach pamiętających czasy Kapodistriasa. Rezydencja wynajmowana jest artystom, udostępniana na szkolenia, warsztaty czy też kameralne występy. Z miejscem tym związany jest Kleopas Thanasis, muzyk, który dziewięć lat temu zamienił gitarę na lirę. Od tego momentu współpracuje też z rodziną Koumardzis i to z jego rekomdacji Oikia Karapanou została wybrana na miejsce pierwszego letniego obozu dla grających na lirze.

Choć siedmiostrunna lira jest ulubionym instrumentem Apollona, to wynaleziona została przez Hermesa, który w ten sposób chciał udobruchać boga sztuki za wyrządzonego mu psikusa. Powszechnie uważa się ją za najważniejszy instrument starożytnych Greków. Fot.: LUTHIEROS Music Instruments


Seikilos i Melina

Anastasios Koumardzis nie  jest oczywiście jedynym lutnikiem, który produkuje liry. Nie jest też pionierem badań nad muzyką antyczną, które są stare jak archeologia. Obecnie do najważniejszych badaczy muzyki starożytnej Grecji należą m.in. prof. Stefan Hagel z Wiednia oraz Armand d’Angour z Oxfordu. Temat ten zaistniał na chwilę także w Polsce: wystarczy wspomnieć słynny Ośrodek Praktyk Teatralnych Gardzienice. W 1997 roku, podczas realizacji spektaklu na podstawie tekstu Apulejusza, pracowano w Gardzienicach również nad rekonstrukcją greckiej muzyki, co zaowocowało nagraniem dobrze przyjętej płyty. W przypadku rodziny Koumardzis chodzi jednak nie tyle – albo nie tylko! – o rekonstrukcję muzyki starożytnej, ile o przywrócenie do życia samej liry. Większość uczestników letniego obozu to ludzie nieposiadający dużej wiedzy o muzyce antycznej. Zakochali się za to w delikatnym brzmieniu instrumentu, które, co warto wiedzieć, ma właściwości terapeutyczne. Nic dziwnego, że każdy dzień zaczynał się od sesji medytacyjnej, na którą, oprócz muzyki wykonywanej przez jednego z instruktorów, składały się fragmenty pism stoików (Marka Aureliusza, Epikteta i Seneki) oraz elementy jogi.

Fot.: LUTHIEROS Music Instruments
Poranna sesja medytacyjna: joga, muzyka i teksty stoików.Fot.: LUTHIEROS Music Instruments

 

Większość uczestników obozu gra na lirach o większej liczbie strun (największy instrument ma ich 13), jednak kilka osób dzielnie trzymało się wersji siedmiostrunowej i szczątkowego repertuaru antycznego. Obie grupy połączyła fascynacja Seikilosem. Jego epitafium uważane jest za najstarszy kompletny utwór muzyczny pochodzący ze starożytnej Grecji. Obecnie przyjmuje się, że pochodzi on z II wieku n.e., choć wcześniej uważano, że powstał w epoce hellenistycznej. Zapis tej króciutkiej kompozycji wyryty jest na kamiennej, owalnej steli, odkrytej w 1883 roku w miejscowości Tralles koło Efezu, na terenie dzisiejszej Turcji. Obecnie przechowuje ją muzeum w Kopenhadze. Sam utwór to melodia łatwo wpadająca w ucho, tekst zaś opowiada o tym, by korzystać z czasu, jaki mamy, bowiem życie jest bardzo krótkie. Podczas czerwcowego obozu Epitafium Seikilosa rozbrzmiewało na terenie willi codziennie, bowiem każdy chciał zmierzyć się z tym legendarnym tematem muzycznym.

Fot.: LUTHIEROS Music Instruments
Fot.: LUTHIEROS Music Instruments

 

Jednak to inna melodia żegnała uczestników spotkania, wykonana przez nich wszystkich podczas ostatniego wspólnego wieczoru. Były to Dzieci Pireusu (gr. Τα Παιδιά του Πειραιά) wypromowane przez słynną grecką aktorkę i ministrę kultury, Melinę Mercouri. W Polsce piosenkę z powodzeniem wykonywała popularna grupa Filipinki.

Już za rok odbędzie się druga edycja niezwykłego wydarzenia dla miłośników liry. Może dołączycie?

 

Przydatne linki:

Dla osób chętnych na własną lirę:
https://luthieros.com/

Internetowy kurs:
https://lyreacademy.com/

Kanał na YouTube, gdzie można posłuchać liry solo, a także w dialogu z instrumentami reprezentującymi inne kultury: https://www.youtube.com/@SEIKILO

Zdjęcie główne: © LUTHIEROS Music Instruments

 

Posted on

Tożsamość Maltańczyków – rozmowa z Karoliną Miller. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E15

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszamy Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

 

Zapraszamy Was do wysłuchania fascynującej rozmowy z Karoliną Miller – mieszkanką Malty i podróżniczką, która wraz z mężem, Piotrem Andruszko, prowadzi blog Rude i Czarne. Zapytałam Karolinę o wszystko, co nurtowało mnie w związku z maltańską tożsamością: tajemniczą historię i zabytki starsze od egipskich piramid; niezwykły język, w którym elementy włoskie i angielskie pobrzmiewają tuż obok arabskich; katolickie kościoły, w których wierni zwracają się do Boga per Alla. Gawędzimy także o pięknych miejscach do zwiedzenia, pysznych daniach do spróbowania i o tym, czy na archipelagu maltańskim rzeczywiście nie lubi się mieszkańców Gozo.

Prowadzenie: Julia Wollner
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹 Karolina Miller: Wakacje na Malcie
🔹  Michał Głombiowski: Malta, wyspa niezmienna
🔹 Julia Wollner: Malta. 5 praktycznych informacji
Posted on

Skąd się wzięli Chorwaci?

Maciej Czerwiński, autor monografii poświęconej historii Chorwacji, pisze, że opowieść o niej jest opowieścią o głównym biegu rzeki wraz ze wszystkimi dobiegającymi do niego strumieniami. Żeby zrozumieć ów główny nurt, należy zdać sobie sprawę z każdego małego dopływu, a są one bardzo liczne. Znaczenie ma też sposób budowania zróżnicowanej tożsamości: Czerwiński podkreśla, że Chorwacja to jedyny znany mu kraj, w którym kultura słowiańska wchłonęła istniejącą tam wcześniej kulturę romańską i antyczną oraz gdzie zetknęły się trzy wielkie ludy europejskie: romańskie, germańskie i słowiańskie. Co więcej, Chorwaci wyparli z wybrzeża adriatyckiego jeden z najstarszych ludów Europy – Ilirów. Skąd jednak wzięli się oni sami?

Split
Split


Biała Chorwacja

Istnieją trzy hipotezy dotyczące pochodzenia Chorwatów. Pierwsza z nich mówi o tzw. Białej Chorwacji, która miała istnieć na terytorium dzisiejszej Małopolski. „Biali Chorwaci” uważani są przez niektórych historyków za protoplastów Lachów, a nawet Polaków. Inni historycy kwestionują Małopolskę jako miejsce, z którego Biali Chorwaci wyruszyli w VI wieku; wskazują, że były to raczej dzisiejsze Czechy albo terytoria naddudajskie położone między Niemcami, Węgrami i Serbią. Wielu jednak zgadza się co do tego, że istotnie miało miejsce przejście ludów słowiańskich z północy na południe.

Wędrówka Chorwatów na wybrzeże Adriatyku, a następnie ekspansja Węgrów w środkowej Europie spowodowały, że dzisiejsi Słowianie południowi stracili łączność ze swoimi braćmi na północy. Jednak każdy, kto choć raz był w Chorwacji, wie, że pokrewieństwo językowe pomiędzy nami jest bardzo silne i wciąż żywe. Większość słownictwa związanego z życiem codziennym, relacjami rodzinnymi, człowiekiem, światem uczuć, fauną i florą, ukształtowaniem terenu wykazuje znaczne podobieństwa. Podobna jest także gramatyka wszystkich języków słowiańskich: zarówno tych z północy, jak i z południa.

Zagrzeb
Zagrzeb


Pochodzenie irańskie

Druga hipoteza mówi o irańskim pochodzeniu Chorwatów. Dowód na takie korzenie stanowią również pewne elementy językowe: według zwolenników tej teorii nazwa „Chorwaci” ma perski odpowiednik „Harahvati”. W języku chorwackim istnieje również niewielka liczba zapożyczeń z perskiego, co także ma poświadczać ich irańskie pochodzenie. Przeciwnicy irańskiej genezy Chorwatów wskazują na słabość argumentów lingwistycznych i niedostateczną liczbę podobieństw lingwistycznych, twierdząc, że wiele nazw własnych ma źródła w innych językach. Przykładem jest słowo „Francja” pochodzące od germańskiego plemienia Franków. Co więcej, zapożyczenia są naturalnym procesem nabywania słownictwa w każdym języku, trudno więc za ich pomocą budować podwaliny tożsamości narodu.

Goci

Trzecia teoria dotycząca pochodzenia Chorwatów mówi o źródłach gockich. O Gotach – utożsamianych z ludnością germańską – pisali przede wszystkim kronikarze średniowieczni. Ich hipotezy wydają się jednak najbardziej zawodne, ponieważ najczęściej „wrzucali do jednego worka” wszystkich przybyszów z północy, przypisując im wspólną cechę – barbarzyństwo. Teoria gocka szczególną popularnością cieszyła się w czasie drugiej wojny światowej, w kręgach polityków kolaborujących z Niemcami – pozwalała bowiem oddalić się od historii o Białej Chorwacji.

Dubrownik
Dubrownik


Pochodzenie w służbie polityki

Aleksandra Wojtaszek w swojej błyskotliwej i nierzadko bardzo zabawnej książce Fjaka. Sezon na Chorwację pisze, że dyskusje na temat pochodzenia Chorwatów ożywają nie w momencie, w którym archeolodzy znajdują dowód w sprawie lub udaje się odkryć nieznany zabytek piśmiennictwa. Na ogół dzieje się to w związku z klimatem politycznym, w którym łatwo nagiąć fakty do obowiązującej w danej chwili ideologii. Jeśli fakty przeczą użytecznej z politycznego punktu widzenia teorii, tym gorzej dla faktów – twierdzi nie bez ironii Wojtaszek. Powiedzieliśmy już, że teorię gocką wykorzystywali kolaboranci w latach 40.; teoria o słowiańskich źródłach Chorwatów i wędrówkach z północy na południe Europy była zaś szczególnie popularna w okresach zjednoczenia. W ramach państwa jugosłowiańskiego Chorwaci i Serbowie zgodnie wierzyli więc w istnienie Białej Chorwacji i Białej Serbii, które to krainy dały początek ich istnieniu i trwaniu na południu Europy. Warto dodać, że sama nazwa „Jugosławia” oznacza południową Słowiańszczyznę (jug to „południe” zarówno po serbsku, jak i chorwacku).

W okresie konfliktów pomiędzy braćmi Słowianami tendencja była zgoła odwrotna: Chorwaci, chcąc zdystansować się od Serbów, podkreślali swe rzekome bliskowschodnie korzenie. W latach 90. chętniej skłaniali się więc ku tezie, wedle której mieliby należeć do najstarszych narodów świata, z historią sięgającą 6 tysięcy lat wstecz i pochodzeniem z terenów dzisiejszego Iranu. Na dobrą sprawę nie zmieniło się to do dziś. Wzajemne animozje, niezabliźnione rany, europejskie ambicje Chorwacji – wszystko to tworzy klimat dystansu wobec dawnych słowiańskich współbraci. Warto też dodać, że niebagatelną rolę odgrywa tu religia: katoliccy Chorwaci uważają swój kraj za „przedmurze chrześcijaństwa” (antemurale christianitatis), oddzielające Zachód od prawosławnych „dzikusów” ze Wschodu.

Pag
Pag


Byle nie Bałkany

W ostatnich dekadach w chorwackim dyskursie politycznym najmocniej wybrzmiewa nuta antybałkańska, a przynajmniej dystansująca się od szeroko pojętego kulturowego Wschodu. Mimo że w literaturze przedmiotu, szczególnie tej, która stworzona została przez przedstawicieli Zachodu, kulturowe Bałkany zaczynają się już pod Wiedniem (Metternich), czy w węgierskim Debreczynie (Kaplan), to utożsamianie Chorwacji z Bałkanami nie zostanie przyjęte pozytywnie w Zagrzebiu czy w Splicie. Zdanie „odwiedzam Chorwację, bo uwielbiam podróżować po Bałkanach” spotka się ze zdecydowanie negatywną reakcją każdego Chorwata: „Chorwacja to nie Bałkany”. Współcześnie Chorwaci identyfikują się raczej z Unią Europejską, do której ich kraj wstąpił w 2013 roku, niż z mieszkańcami byłej Jugosławii.

Warto również wspomnieć, że sytuację tożsamościową dodatkowo komplikuje głagolica. Ten pierwszy słowiański alfabet stworzony przez Cyryla i Metodego, który Chorwaci traktują jako rodzaj politycznego klina między rzymską łaciną i bizantyjską greką, stanowi symbol wielowiekowej próby zachowania niezależności w specyficznej sytuacji geopolitycznej i wyznaniowej. Najzagorzalsi propagatorzy głagolicy w Chorwacji negują wręcz jej cyrylometodiańskie pochodzenie, wskazując na genezę iliryjską. Po ostatniej wojnie na Bałkanach (1991–1995) obserwuje się odrodzenie ruchu głagolickiego. W 1993 roku założono Towarzystwo Przyjaciół Głagolicy (Društvo prijatelja glagoljice), w ramach którego popularyzuje się kursy tego alfabetu, organizuje wykłady i prelekcje w szkołach i muzeach, w radiu i telewizji.

Selce
Selce

Trzy teorie o pochodzeniu Chorwatów, mozaika kulturowa, mieszanka Śródziemnomorza, Europy Środkowej i Bałkanów wraz z bogatą kulturą ludową i dziedzictwem osmańskim, mikroseparatyzm Dalmacji i Istrii, mnogość oraz żywotność dialektów, wreszcie alfabet głagolicki nie ułatwiają zadania amatorom podróżowania po Chorwacji i osobom zgłębiającym temat chorwackiego pochodzenia.

Z drugiej strony powyższe komponenty wraz z pięknem krajobrazu, klimatem oraz przyjaznym, gościnnym nastawieniem mieszkańców wybrzeża adriatyckiego tworzą uwodzicielską mieszankę, która powoduje, że rokrocznie tysiące naszych rodaków udają się na urlop do Chorwacji. W roku 2023, zgodnie z danymi przekazanymi przez Przedstawicielstwo Chorwackiej Wspólnoty Turystycznej w Polsce, w Dalmacji, na Istrii i w Zatoce Kwarner odpoczywało ponad milion Polaków. Chorwacja jest też najchętniej wybieranym kierunkiem wakacyjnym przez Czechów, wysoko plasuje się w rankingach popularności wśród Słowaków. Trudno powstrzymać się od refleksji: skoro tak dobrze czujemy się w Chorwacji, to może hipoteza o słowiańskim rodowodzie Chorwatów jest jednak najbardziej prawdopodobna?

 

Źródła:
M. Czerwiński, Chorwacja, dzieje, kultura, idee, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2020
R. D. Kaplan, Na wschód do Tatarii. Podróże po Bałkanach, Bliskim Wschodzie i Kaukazie, tłumaczył Janusz Ruszkowski, Czarne, Wołowiec 2015
Barbara Oczkowa, Język chorwacki, [w:] Słowiańskie języki literackie, Kraków 2011
Maria Dąbrowska-Partyka, W poszukiwaniu nowego kanonu. Reinterpretacje tradycji kulturalnej w krajach postjugosłowiańskich po 1995 roku, Kraków, 2005
Aleksandra Wojtaszek, Fjaka. Sezon na Chorwację, Czarne, Wołowiec 2023

Posted on

Maciej A. Brzozowski, Boskie. Włoszki, które uwiodły świat

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Znak Horyzont.

Książek o Italii i ich mieszkańcach ukazuje się mnóstwo; tylko na stronie najpopularniejszej polskiej księgarni sieciowej znajdziemy blisko 200 publikacji z tagiem „Włochy”.  Ile z nich powstało na podstawie oryginalnego pomysłu? Ile, oprócz chwili przyjemności, dostarcza czytelnikowi porcji solidnej wiedzy? Niewiele. Akurat tyle, by czasem opisać je na naszych łamach.

Na takowe opisanie zasługuje bez wątpienia książka Macieja A. Brzozowskiego Boskie, która właśnie ukazała się po raz drugi – w nowej, wzbogaconej wersji proponowanej nam przez wydawnictwo Znak. Sięgnęłam po nią z radością i prawdziwym zainteresowaniem, do których niemało przyczynił się podtytuł: Włoszki, które uwiodły świat. Biografie inspirujących kobiet należą wszak do tekstów, które czytam wyjątkowo chętnie.

Wszystkie są boskie, moje „Boskie, bo to wybór od początku do końca subiektywny

W pierwszej kolejności, studiując spis treści, zwróciłam uwagę na ciekawy dobór bohaterek – to chyba jedyna książka o Italii, w której nawet zdaniem nie wspomina się o Sophii Loren! Z okładki wita nas wprawdzie równie sławna Monica Bellucci, jednak w środku znajdziemy nie tylko wielkie współczesne gwiazdy. Obok tekstu o filmowej Malenie czeka na nas rozdział o influencerce Chiarze Ferragni oraz o byłej pierwszej damie Francji, Carli Bruni, jednak miłośnicy historii również nie będą rozczarowani. Mnie zafascynowały sylwetki szesnastowiecznej feministki Olimpii Maidalchini, nazywanej papieżycą, oraz wpływowej dziewiętnastowiecznej kurtyzany, Virginii Oldoini. Bez względu na to, czy mamy do czynienia z postacią, o której wcześniej nie słyszeliśmy, czy też z z nazwiskiem doskonale nam znanym, poszczególne rozdziały czyta się znakomicie. I nic dziwnego – pisanie o ludziach to specjalność Brzozowskiego. – Zaczynałem w „Twoim Stylu” reportażami o kobietach z małych polskich miast – wspomina zapytany o swoje pierwsze dziennikarskie poczynania. – Później przerzuciłem się na Włochów jako nację, aby wreszcie zacząć opisywać rozmaite fascynujące osoby. To wielka przyjemność odkrywać fakty, łączyć wątki, przeżywać wydarzenia znane z innych źródeł.

Książkę Boskie zamówić można w naszym sklepie – kliknij TUTAJ

Ta przyjemność udziela się czytelnikowi – także dlatego, że  w tekście czuć sympatię do opisywanych historii i ludzi, którzy je tworzyli. Co ważne, sympatia ta nie ma nic wspólnego z bezkrytyczną apoteozą wszystkiego, co łączy się z Włochami. – Nie mogę nie lubić opisywanej bohaterki, bo od razu ustawiałoby mnie to w kontrze do niej; nie mogę też okazywać pełnego uwielbienia, bo dystans pomaga nam zachować odpowiednie proporcje – tłumaczy Brzozowski. I z właściwym sobie poczuciem humoru dodaje: – Nie wskażę ci, które z Boskich cenię najbardziej, ale mogę wyznać, z którymi pojechałbym osobowym z Rzeszowa do Szczecina. Na pewno z Sonią Gandhi – kobietą o niezwykle ciekawym życiorysie, który, niestety, naznaczyło cierpienie i liczne tragedie. Zaprosiłbym też Eddę Ciano, aby czytelnicy odkryli w niej jeszcze więcej, niż ja opisałem w Boskich, a Curzio Malaparte w swojej książce Kaputt. Naszą Włoszko-Polkę, czyli Jadwigę Toeplitz-Mrozowską, wypytałbym o romans z Boyem i o Wyspiańskiego, bo to moi idole. Chciałbym też poznać i zrozumieć Luisę Casati, ale ona nigdy nie wsiadłaby do osobowego. Niestety Orient Express jeszcze u nas nie kursuje…

 

To wielka przyjemność odkrywać fakty, łączyć wątki, przeżywać wydarzenia znane z innych źródeł

Tych, których Boskie, zgodnie ze swym tytułem, uwiodą i zachwycą, ucieszy fakt, że  książka być może doczeka się kontynuacji lub kolejnego, poszerzonego wydania. – Uważam, że polscy czytelnicy powinni poznać lepiej Ritę Levi-Montalcini, włoską noblistkę i cudowną kobietę – mówi autor, wymieniając pomysły na następne Boskie. – I choć nie jestem dobry w pisaniu o aktorkach, warto byłoby przedstawić jeszcze dwie: Paolę Cortellesi, która swoim „Jutro będzie nasze” dostarczyła mi wielu wzruszeń, i Kasię Smutniak – za to, co przeszła, co robi, nie tylko w kinie, ale i w ramach swej fundacji. Chętnie opisałbym także Donnę Marellę, żonę głównego akcjonariusza FIAT-a, Gianniego Agnellego. Miałem zaszczyt ją poznać, a zachwyt, który we mnie wywołała, pozostaje ze mną do dzisiaj.

Przedtem jednak czeka na nas tuzin fascynujących spotkań z już opisanymi Boskimi. Boskimi, czyli jakimi? – Na tytuł wybrałem przymiotnik będący synonimem słów takich, jak „wspaniałe” czy „piękne”. Ot, wyrazy z czasów, kiedy wobec kobiet można było sobie bezkarnie pozwalać na komplementyżartuje Maciej, ja zaś sprawdzam encyklopedyczną definicję „boskich”. W znaczeniu przenośnym przymiotnik ten znaczy: „będąca ponad zwykłą miarę”.

I takie, rzeczywiście, są Maciejowe bohaterki. Cieszę się, że mogłam je spotkać.

 

Maciej A. Brzozowski, Boskie. Włoszki, które uwiodły świat, Znak Horyzont, Kraków 2024
Posted on

Mikołajewski i Camilleri. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E14

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszamy Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Noir sur Blanc, w ofercie którego znajdziecie liczne książki Andrei Camillerego. 10 lipca 2024 roku ukazało się trzecie wydanie Głosu skrzypiec w tłumaczeniu Jarosława Mikołajewskiego.

Camilleri to nie tylko kryminały, śledztwa, Sycylia i mafia. Włoski pisarz w fabułę kryminalną wpisywał problemy społeczne; był niestrudzonym obserwatorem i komentatorem rzeczywistości. W naszym podcaście wspomina go dziś Jarosław Mikołajewski – pisarz, poeta, reporter i tłumacz wielu książek Camillerego, z którym połączyła go serdeczna przyjaźń. Posłuchajcie, jak mędrzec opowiada o mędrcu.

Prowadzenie: Julia Wollner
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

 

Posted on

Odszedł Jerzy Stuhr. Był mocno związany z Włochami

Włosi mówili na niego „Dżersi”, próbując odczytać polski odpowiednik ichniego „Giorgio”. Było ich wielu – przyjaciół, znajomych, współpracowników, bo Stuhr jeździł do Italii dużo i często; dla przyjemności, ale i w sprawach zawodowych. Wyreżyserował tam kilka sztuk teatralnych, zdubbingował sam siebie do włoskiej wersji „Historii miłosnych”, grywał we włoskich filmach, wykładał na tamtejszych uczelniach. Podobno zaczęło się przypadkiem, który nosił jednak zupełnie konkretne nazwisko: Giovanni Pampiglione. Ten włoski reżyser po studiach w Polsce, tłumaczący na swój język teksty Witkacego, w 1980 roku doprowadził do zorganizowania w Pizie sesji naukowej poświęconej Witkiewiczowi. W ramach wydarzenia wystawiono dramat „Oni”, w którym zagrał Stuhr, muzykę zaś napisał Stanisław Radwan. Włosi byli zachwyceni, posypały się zaproszenia na sceny teatralne w największych miastach. Dwa lata później za rolę w „Mątwie” Witkacego, pokazanej na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym w Spoleto, Jerzy otrzymał Nagrodę Krytyki Włoskiej dla najlepszego aktora zagranicznego we Włoszech. Podkreślono, że zostaje ona przyznana za „opanowanie języka włoskiego oraz jakość interpretacji”. I tak już zostało.

Były też włoskie filmy. Zagrał m.in. u Guido Chiesy („Io sono con te”, 2010), u Luki Manfrediego („L’ultimo papa re”, 2013), Antonia Morabity („Rimetti a noi i nostri debiti”, 2018) oraz Umberta Spinazzoli („Non morirò di fame”, 2023). Trzykrotnie wystąpił u genialnego Nanniego Morettiego (w „Il Caimano” w 2006 roku, w „Habemus papam” w 2011 oraz w „Il sol dell’avvenire” w 2023). W jednym z wywiadów dla TVN mówił, że praca z Morettim stanowi prawdziwe wyzwanie. – On potrafi po 30-40 dubli robić, a ja po 5-6 zaczynam umierać i jestem coraz gorszy, i mylę się w tekście, bo mnie to nudzi już. A on dopiero się nakręca – tłumaczył.

W języku Dantego mówił tak dobrze, że w pewnym momencie złożono mu propozycję zagrania rodowitego Włocha, nestora słynnego rodu Olivettich. Nie przyjął jej jednak, twierdząc skromnie, że mieszkańcy Półwyspu mogliby mu nigdy nie wybaczyć. Zamiast udawanym Włochem, wolał być gościem i obserwatorem, co pozwalało mu na delektowanie się pięknem kraju i jego kulturalnych bogactw. Uwielbiał Wenecję, w której, w ramach stypendium, studiowała kiedyś jego żona Barbara; z zachwytem opowiadał o Wiecznym Mieście. Kochał włoskie jedzenie. W wywiadzie dla Vivy! w 2016 roku zwierzał się Beacie Nowickiej: – Jak przyjeżdżam do Rzymu, raz na dwa-trzy miesiące, zawsze zaczynam od cacio e pepe: musi być specjalne tonnarelli, do tego prawdziwe pecorino romano, pepe i nic więcej. Niente di più. A potem lecą wszystkie inne rzymskie dania: trippa alla romana – flaki po rzymsku, coda alla vaccinara – duszone w winie ogony wołowe. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie iść, my mamy swoje ulubione miejsca.

Podziwiał włoską kinematografię, tamtejsze podejście do historii, do tematów trudnych, do narodowych traum. Uwielbiał włoską młodzież – to dla niej wielokrotnie odwiedzał Perugię, Mediolan, Bolonię, Palermo. Na włoskich uczelniach prowadził kursy aktorskie i seminaria dla studentów. Przybywali tłumnie.

Teraz nie tylko oni będą za Nim bardzo tęsknić.

 

Zdjęcie główne: Jerzy Stuhr w 2018 roku, fot. Grzegorz Gołębiowski / Wikimedia Commons
Posted on

Asida

Asida – słodki, pachnący przyprawami pudding z daktyli i prażonej mąki – to jeden z najbardziej popularnych arabskich deserów, rozpowszechniony w Afryce Północnej, Sudanie i Etiopii, na Półwyspie Arabskim i Bliskim Wschodzie. Podana z filiżanką doprawionej kardamonem i wodą różaną kawy stanowi klasyczny poczęstunek w wyłożonych poduszkami madżlis (dosłownie: miejsca do zasiadania”), jak określa się miejsca do przyjmowania gości w arabskich domach.

Korzenie asidy sięgają średniowiecza i łączą się z historią beduińskich plemion Afryki Północnej – Maroka, Libii i Tunezji. Proste danie przygotowywane z kilku podstawowych składników było jednym z filarów kuchni Beduinów, pozwalającym koczownikom przetrwać w surowych pustynnych warunkach. Najstarszy, najprostszy przepis wymagał dodania mąki z prażonego jęczmienia do gotującej się nad ogniskiem wody i szybkiego, energetycznego mieszania masy patykiem, aż osiągnie konsystencję ciasta. Powstałą mamałygę przekładano potem na talerz, wydrążając w środku płytki otwór, do którego wlewano klarowane masło, olej arganowy albo inny dostępny tłuszcz. Biesiadnicy jedli asidę ze wspólnego półmiska, odrywając kawałki elastycznego ciasta, formując je w dłoniach i maczając w tłuszczu. Do dzisiaj w wielu krajach jest to typowy sposób podawania asidy.

Przez wieki danie rozpowszechniło się tak bardzo, że dzisiaj istnieją niezliczone wersje przepisu. Asida może być słodka lub wytrawna, podawana jako sycące śniadanie albo świąteczny deser na Id al-Fitr – najważniejsze muzułmańskie święto, kończące ramadanowy post. Najczęściej przygotowywana jest z lekko prażonej mąki z jęczmienia lub pszenicy i doprawiana korzennymi przyprawami: kardamonem, goździkami i imbirem. Wytrawne wersje podaje się z mięsnym bulionem, pikantną harissą, ziołami i cebulą, słodkie z daktylami, syropem z karobu, miodem i orzechami. Asida może mieć konsystencję lejącej się owsianki albo zwartej kluski.

Moja wersja asidy – serwowana w kokilkach i gotowana na parze – nie wymaga intensywnego mieszania i jest zdecydowanie deserowa, przygotowywana z dużą ilością daktyli i przypraw.


Przepis: Asida

szklanka daktyli
¾ szklanki mąki pszennej
łyżeczka mielonego kardamonu
łyżeczka mielonego imbiru
½ łyżeczki zmielonych goździków
2 + 2 łyżki rozpuszczonego masła (podzielone)

Daktyle zalewamy wrzącą wodą, namaczamy przez 10 minut.
Odcedzamy i blendujemy na gładką masę.
Mąkę przez kilka minut prażymy na suchej patelni na złocisto, przesiewamy.
Do zblendowanych daktyli dodajemy mąkę, przyprawy i 2 łyżki rozpuszczonego masła.
Przekładamy do kokilek i gotujemy na parze (w garnku lub koszyczku do gotowania na parze) przez 10 minut.
Polewamy pozostałym masłem i podajemy na ciepło.

*Jeśli nie mamy sprzętu do gotowania na parze, możemy przygotować deser w piekarniku. W tym celu piekarnik nagrzewamy do 240 stopni. Kokilki układamy w żaroodpornym naczyniu i wlewamy tyle wrzącej wody, żeby sięgała do połowy ich wysokości. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika na 10 minut.

Posted on

Ismail Kadare, Most o trzech przęsłach

I znowu odszedł Gigant. Tego ranka otworzyłam drzwi kurierowi – podał mi kopertę z cienką książką w środku. Rozdarłam papier, w środku czekał Kadare. A potem powiedzieli w radiu, że umarł.

Porównywano go z Orwellem i Kafką, bo pisał o państwie totalitarnym, choć jego biografia nie była kryształowa. Obawiając się prześladowań, przez długi czas nie potępiał jednoznacznie dyktatury Hoxha; później, by stawić opór reżimowi, wybrał drogę alegorii i mitu. Słuszną, bowiem osiągnął w nich prawdziwe mistrzostwo. Z wirtuozerią operował słowem, łącząc język literacki z lokalnymi albańskimi dialektami, i czynił to, na co pozwala się tylko nielicznym: bezlitośnie piętnował to, co w narodzie złe, jednocześnie kochając swój kraj do szaleństwa.

Wydana właśnie w Polsce powieść Most o trzech przęsłach w Albanii ukazała się w 1978 roku, podczas wzmożonych represji reżimu komunistycznego, kiedy Kadare został internowany i wysłany do kołchozu. Podobnie jak wiele innych tekstów autora, wykorzystuje motyw starej albańskiej legendy. Akcja toczy się w drugiej połowie XIV wieku, jednak nietrudno zauważyć nieustanne odniesienia do dzisiejszej rzeczywistości. Chrześcijański mnich Gjon opowiada w swej kronice o budowie mostu, który miałby poprawić komunikację po antycznej drodze Via Egnatia, stanowiącej kontynuację słynnej Via Appia i łączącej dawną wschodnią prowincję z samym Rzymem. Według miejscowych wierzeń, aby konstrukcja okazała się trwała, należy zapewnić jej przychylność wodnych bóstw, czego warunkiem jest złożenie ofiary z człowieka. W jednym z  przęseł zamurowany zostaje rzekomy ochotnik, wcześniej oskarżany o utrudnianie budowy…

 

Światową sławę przyniosła mu wydana w latach 60. powieść Generał martwej armii, na podstawie której powstał film Luciana Tovolego z Marcellem Mastroiannim w roli głównej. Jej akcja rozgrywa się w powojennej Albanii, do której przybywa włoski dowódca mający na celu przeprowadzenie ekshumacji szczątków włoskich żołnierzy poległych tam podczas II wojny światowej. W trakcie misji generała, podczas kwerendy archiwalnej i rozmów z lokalnymi mieszkańcami, okazuje się, że Włosi wykazywali się niespotykanym okrucieństwem
Światową sławę przyniosła mu wydana w latach 60. powieść Generał martwej armii, na podstawie której powstał film Luciana Tovolego z Marcellem Mastroiannim w roli głównej. Jej akcja rozgrywa się w powojennej Albanii, do której przybywa włoski dowódca mający na celu przeprowadzenie ekshumacji szczątków włoskich żołnierzy poległych tam podczas II wojny światowej. W trakcie misji generała, podczas kwerendy archiwalnej i rozmów z lokalnymi mieszkańcami, okazuje się, że Włosi wykazywali się niespotykanym okrucieństwem


Most o trzech przęsłach
to metaforyczna, wielowarstwowa opowieść o łączeniu światów, Wschodu i Zachodu, Azji i Europy, ale także historyczne exemplum pokazujące, że za każdą zmianę w społeczeństwie ktoś musi zapłacić, a postęp zawsze ma swoją cenę. Stanowi również wnikliwe studium albańskiej tożsamości i spojrzenie na wielowiekowe tradycje kraju. Fascynujące kulturowe bogactwo miesza się tu z gusłami i celebracją aktów zemsty, a skierowanie się ku przedosmańskiemu, chrześcijańskiemu dziedzictwu, czerpiącemu ze związków z antykiem, wydaje się jedyną drogą ratunku od nadchodzącej tragedii. Piękna, oniryczna, baśniowa lektura zadziwia jednoczesnym realizmem; mnie zachwyciła także licznymi odniesieniami do greckiej mitologii i prostym, a zarazem kunsztownym językiem. Wskazała kolejne, nie zawsze uświadomione absurdy ludzkiej rzeczywistości; przypomniała, jak dobrze czytać Mistrzów, którzy widzą, wiedzą, opisują.

Gjon zakończył swą kronikę słowami: Stworzyłem ją w obliczu nadchodzącej katastrofy, ale też z umiłowania naszego świata. Kadare zmarł 1 lipca 2024 roku w Tiranie.

 

Ismail Kadare, Most o trzech przęsłach, tłumaczył Marek Jeziorski, Wydawnictwo Akademickie SEDNO, Warszawa 2024

 

 

Posted on

Geografia – czym jest i jak wpływa na tożsamość miejsc? Rozmowa z Marcinem Nowakiem. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E13

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszamy Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

Przed mikrofonem “Lente” gościmy Marcina Nowaka – geografa, podróżnika, blogera, który wraz z żoną Anią prowadzi niezwykle popularną stronę “Gdzie wyjechać”. Niedawno ukazała się książka, którą firmują swoim nazwiskiem wraz z Karoliną Miller i Piotrem Andruszko: Rzymbook. Jednak dzisiaj rozmawiamy nie tylko o Rzymie, choć nieuchronnie do niego trafimy: na główny temat naszych rozważań wybraliśmy geografię. Czym jest, kto ją wymyślił, jak kształtowała się jej historia? W jaki sposób geografia wpływa na tożsamość danego miejsca? Marcin zdradza także, jakie tajemnice kryją śródziemnomorskie rzeki, z jakiego względu fascynuje go włoskie Friuli i francuskie Camargue i dlaczego uważa, że Śródziemnomorze zaczyna się tuż za Mikulovem.

Prowadzenie: Julia Wollner
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

 

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹 sklep, w którym zakupisz Rzymbook: U Wędrownych Motyli
🔹 Olga Bialer-Young: Motyle. Skrzydlate duchy Śródziemnomorza
🔹 Julia Wollner: Villa Sciarra. Z wizytą u Juliusza Cezara

🔹 Adam Adamkiewicz: Triest. Listy z miasta granicznego
🔹 podcast Lente: Cesarzowa Sisi i Morze Śródziemne
🔹 podcast Wydawnictwa Poznańskiego: Starożytny Rzym

 

Posted on

Motyle. Skrzydlate duchy Śródziemnomorza

Za konsultację naukową dziękujemy dr Januszowi Lewinowi.

Tekst ukazał się drukiem w antologii śródziemnomorskiej Metamorfozy.

 Zdjęcie główne zrobiono w Izraelu.

Motyl sfotografowany na Wyspach Jońskich w Grecji
Motyl sfotografowany na Wyspach Jońskich w Grecji


Są delikatne, bezbronne i lekkie jak piórko. Bez wątpienia należą do najpiękniejszych istot żyjących na świecie. Stanowią również wyjątkowo subtelny symbol przebudzenia i transformacji, wyzwolenia z ograniczających więzów i rozpoczęcia życia na nowo. Kojarzą się nie tylko z przemianą, ale także ze swobodą myślenia, uporem, konsekwencją i niezależnością.

Motyl, czyli dusza

W starożytnej Grecji i Rzymie motyle symbolizowały nieśmiertelną duszę, która ulatuje z ludzkiego ciała, podobnie jak motyl wyzwala się z poczwarki. Ta niezwykle obrazowa metafora związana jest również z dwojakim znaczeniem starogreckiego słowa psyche, które można tłumaczyć albo jako dusza, albo jako motyl. Według mitologii greckiej bogini mądrości Atena, tuż po tym, jak Prometeusz ulepił człowieka z gliny i łez, postanowiła darować nowo stworzonej istocie duszę, symbolicznie kładąc na jej języku motyla. Symbolikę bliźniaczo podobną znajdziemy później na chrześcijańskich malowidłach: dusza, którą Bóg kładzie Adamowi na języku, przedstawiana jest zazwyczaj ze skrzydłami motyla. W schyłkowym okresie antyku sztuka wczesnochrześcijańska przejęła bowiem starożytny motyw motyla, przechodzącego pełen zaskakujących przemian cykl rozwojowy, ilustrując w ten sposób znaną maksymę: „Życie się zmienia, lecz się nie kończy” (Vita mutatur non tollitur). Przeniesiono jedynie niektóre akcenty i zmodyfikowano punkty odniesienia. Etapy rozwoju motyla utożsamiano z etapami ludzkiego życia oraz ideą zmartwychwstania: stadium gąsienicy symbolizować miało marną egzystencję na ziemi, poczwarka – pozorną śmierć i zamknięcie w grobie, zaś motyl – ponowne narodziny do życia wiecznego. Do dziś w chrześcijaństwie motyl symbolizuje duszę, która opuszcza kokon – śmiertelne ludzkie ciało, by wznieść się ku światłu.

François Gérard, Kupid i Psyche
François Gérard  (francuski malarz urodzony w Rzymie), Kupid i Psyche, 1798, Luwr


Wiara, która uskrzydla

Dopełnieniem tradycji związanej ze starożytną, a następnie chrześcijańską symboliką motyla jest znany w licznych wersjach – w tym najpopularniejszej opisanej w II wieku przez Apulejusza – romantyczny mit Amor i Psyche. Zazdrosna o niezwykłą urodę swojej konkurentki bogini Wenus nakazała Amorowi natchnąć Psyche miłością do najbardziej odrażającego człowieka. Amor jednak sam wpadł w sidła miłości i co noc zjawiał się u swojej wybranki, stawiając tylko jeden warunek: nie będzie starała się go zobaczyć. Niestety dziewczyna nie dotrzymała obietnicy – gdy kochanek zasnął, zapaliła lampkę, a kropla oliwy, która spadła na pierś boga, zbudziła go, sprawiając, że natychmiast zniknął. Zrozpaczona, ale także zdeterminowana Psyche postanowiła odszukać ukochanego. W końcu trafiła do pałacu samej bogini Wenus, gdzie zgodziła się wykonywać niewdzięczne, najcięższe prace. Ostatecznie jej wytrwałość i oddanie zostały nagrodzone – Wenus obdarzyła Psyche boską nieśmiertelnością, na zawsze łącząc ją z ukochanym Amorem.

Psyche (gr. tchnienie, oddech, dusza) przedstawiana była w starożytnej sztuce jako niezwykłej urody młoda dziewczyna ze skrzydłami motyla, zaś jej pogmatwane losy – jako skomplikowane dzieje duszy dążącej, pomimo przeciwności losu, do szczęścia i spełnienia. Przygody Psyche dowodzić miały, że jeśli odnajdziemy w sobie silną motywację, wówczas zniesiemy monotonię codziennych czynności i pokonamy niepowodzenia. Cel potrafi przecież uskrzydlać.

Nie możemy jednak zapominać o zupełnie odmiennej konotacji motyla, znanej i popularnej już w starożytności: ze względu na krótkość życia (trwającego średnio około 3 tygodni) i przemijające piękno, motyl symbolizuje również próżność, lekkomyślność, błahość i niestałość w uczuciach. Nie bez powodu mówi się przecież o skakaniu z kwiatka na kwiatek. Nie jest jednak wykluczone, że to symbolika stworzona przez istoty równie zawistne, jak bogini Wenus…

Bernardino Consorti (1790–1859), Psyche (na podstawie rzeźby Antonia Canovy), Rijksmuseum, Amsterdam
Bernardino Consorti (1790–1859), Psyche (na podstawie rzeźby Antonia Canovy), Rijksmuseum, Amsterdam


Wirtuozi przemian

Choć o motylach wiemy już całkiem sporo, to ciągle pozostają one wyzwaniem dla entomologów. Jedno jest pewne: życie motyla pełne jest zaskakujących przemian. Wszystko zaczyna się od złożenia przez samice jaj, z których wykluwają się gąsienice – swoiste maszynki do zajadania roślin. W gęsto tkanym i bezpiecznie osłoniętym kokonie rozwija się niewidoczna dla naszych oczu poczwarka, wewnątrz której zachodzi jedna z najbardziej niezwykłych przemian na kuli ziemskiej: po kilku lub kilkunastu tygodniach z „brzydkiego kaczątka” wyłania się piękna postać motyla (zwana imago), która od razu po wyprostowaniu się i osuszeniu skrzydełek zaczyna je mocno pompować, aby były gotowe do lotu.

Motyle są bardzo ruchliwe i pracowite – wykonują skrzydłami ponad 300 uderzeń na minutę. I choć każdy z nas niejednokrotnie miał zapewne okazję obserwować te wielobarwne owady leniwie wygrzewające się na słońcu z płasko rozpostartymi po bokach skrzydłami, to nie należy dać się zwieść pozorom – motyle nie próżnują, lecz gromadzą energię cieplną, wykorzystując skrzydła jako swego rodzaju panele słoneczne. Temperatura ich ciała musi bowiem sięgać aż 30 stopni, aby w ogóle były w stanie latać.

Motyl na hiszpańskiej wyspie Teneryfie
Motyl na hiszpańskiej wyspie Teneryfie

 

Mistrzowie kamuflażu

Bajeczna i różnorodna kolorystyka motyli nie jest dziełem przypadku czy, tym bardziej, owadziej próżności – pomaga im przeżyć w świecie pełnym drapieżców. Motyle są arcymistrzami kamuflażu. Albo stapiają się kolorystycznie z naturalnym otoczeniem, upodabniając się do liści, kory, porostów czy skał, albo odwrotnie – za wszelką cenę próbują się wyróżnić, udając bardziej agresywne owady, jak osy czy szerszenie, przybierając wówczas rzucający się w oczy żółto-czarny kostium. Co ciekawe, to zazwyczaj przezorne, ostrożniejsze samice stosują najbardziej wyrafinowane techniki kamuflażu, pozwalające im przetrwać, natomiast cieszące nasze oczy wielobarwne motyle to najczęściej samce, których żywa, jaskrawa kolorystyka stanowić ma dowód ich witalności i atrakcyjności płciowej. Klasyczny rytuał godowy motyli przypomina spektakl wykonywany przez samca i polegający na bardzo szybkim trzepotaniu skrzydłami przed ukochaną. Warto również pamiętać, że przepiękne rysunki na skrzydłach motyli to zasługa łusek zachodzących na siebie niczym dachówki. Są one tak delikatne, że sprawiają wrażenie pyłku, ale niestety nawet ich muśnięcie uszkodzi skrzydła, uniemożliwiając latanie.

Najłatwiej jest obserwować motyle podczas pobierania przez nie pokarmu, czyli nektaru kwiatowego. Owady te postrzegają swoje otoczenie w postaci mozaiki złożonej z drobnych obrazków i odróżniają tylko najintensywniejsze kolory: czerwony, zielony i żółty, dlatego wybierają zwykle kwiaty o tych właśnie barwach. Możemy wykorzystać także naturalne łakomstwo motyli, wabiąc je przynętą w postaci bardzo dojrzałych owoców.

Motyle znad Mare Nostrum

Obecnie ponad 150 tysięcy gatunków motyli zasiedla prawie wszystkie kontynenty – oprócz Antarktydy, ponieważ nade wszystko kochają ciepło promieni słonecznych, niezbędnych im do życia. Podążanie tropem motyli, śledzenie ich przeobrażeń, zalotów, ulotnych chwil, gdy rozwijają skrzydła, jest fascynującą przygodą, przynoszącą mnóstwo satysfakcji, a kto wie, może i naukowych odkryć? Wielu entomologów-amatorów w znaczący sposób przyczynia się do poszerzenia naszej wiedzy o tych niezwykłych owadach. Motyla pasja może być także pretekstem do podróżowania do krajów śródziemnomorskich, które obfitują we wszystko, czego motyle potrzebują: gorące słońce, oddalone od cywilizacji górskie szczyty, wzgórza pokryte kwiecistymi łąkami. Co ciekawe, te kruche istoty potrafią być na tyle silne i zdeterminowane, że, podobnie jak ptaki, w poszukiwaniu słońca gotowe są przefrunąc tysiące kilometrów – z północnych, chłodniejszych regionów Europy do krajów skupionych wokół Morza Śródziemnego. A zatem, dlaczego by nie wyruszyć ich śladem?

Motyl sfotografowany w Bolzano w połowie marca
Motyl sfotografowany w Bolzano w połowie marca


Włoskie Dolomity

Choć wysokie, potężne masywy górskie włoskich Dolomitów znane są nie od dziś miłośnikom zimowych szaleństw na stokach, to nadal mało kto wie o tym, że w okresie wiosenno-letnim tereny te przemieniają się w rozległe i pełne spektakularnych widoków schronienie dla najpiękniejszych i najrzadszych gatunków motyli. Na 50 km2 zobaczyć można prawie 150 różnych gatunków, w tym modraszka alpejskiego czy modraszka amandusa. Obfitości tej sprzyjają spore różnice wysokości: od 900 w dolinach do przeszło 2200 metrów n.p.m. w przełęczy Sella Pass w prowincji Bolzano, a także świeże górskie powietrze, nieskażone pastwiska oraz ciepły, śródziemnomorski mikroklimat.

Położona wysoko wśród grzbietów Dolomitów malownicza Val di Fassa jest nie tylko sekretnym schronieniem dla śródziemnomorskich motyli, ale też domem dla wyjątkowych mieszkańców doliny – Ladynów, potomków Retoromanów, zamieszkujących tę część Alp jeszcze przed rzymskim podbojem. Choć populacja Ladynów stanowi obecnie zaledwie kilka procent mieszkańców regionu, to jednak język ladyński, powstały z połączenia łaciny z lokalnym dialektem, jest oficjalnie uznawany przez włoskie władze i nauczany w szkołach. Ladyńskie są napisy w urzędach, sklepach i na drogowskazach, ladyński rodowód mają też nazwy słynnych miejsc, jak Sella Ronda – największa na świecie narciarska karuzela czy pokryty lodowcem najwyższy szczyt Dolomitów – Marmolada (po ladyńsku marmoleda oznacza „błyszcząca”).

Azanus jesous sfotografowany w Północnej Afryce, fot. Bernard DUPONT / Flickr, CC BY-SA 2.0
Azanus jesous sfotografowany w Północnej Afryce, fot. Bernard DUPONT / Flickr, CC BY-SA 2.0


Marokański Wysoki Atlas

Po drugiej stronie Morza Śródziemnego, na długości 700 km, rozciąga się jeszcze wyższy i rozleglejszy masyw górski. Marokański Wysoki Atlas to miejsce szczególne: żyzny teren górski biegnie przez prawie cały kraj, od popularnego turystycznego kurortu Agadir nad Oceanem Atlantyckim aż po wybrzeże Morza Śródziemnego. Na północy ośnieżone czterotysięczniki wznoszą się ponad zielonymi dolinami w pobliżu Marrakeszu, przechodząc stopniowo w wysuszone piaski i nagie przedsaharyjskie wzgórza na południu. Wysoki Atlas jest również samowystarczalną, pilnie strzeżoną „twierdzą” rdzennych mieszkańców Berberów, stosujących analogiczną do motyli sztukę kamuflażu – ich osiedla są zmyślnie wkomponowane w krajobraz, aby były niewidoczne dla postronnych obserwatorów.

Przygodę z Marokiem warto rozpocząć od jego historycznej i turystycznej wizytówki – pełnego intensywnych kolorów, zapachów i smaków Marrakeszu, który jest jednocześnie znakomitą bazą wypadową w wyższe partie gór. Gorący, suchy klimat daje się tu we znaki; wystarczy jednak przejechać około 80 km w głąb Atlasu, a trudno będzie uwierzyć, że nadal znajdujemy się w Afryce. Wypełniona bujną, soczyście zieloną roślinnością, wilgotna i żyzna kotlina Oukaïmeden w okresie letnim stanowi azyl dla kwiatów i motyli: w otoczeniu surowych gór Atlasu Wysokiego i prehistorycznych rzeźb skalnych, wokół kwitnących czerwono-purpurowych kwiatów, fruwają wysokogórskie i północnoafrykańskie gatunki motyli, jak Coenonympha vaucheri czy Berberia lambessanus. W sezonie zimowym kotlina Oukaïmeden przemienia się natomiast w najpopularniejszy marokański kurort narciarski.

Drugą motylą siedzibą są okolice wioski Imlil, położonej na wysokości 1700 m n.p.m. w sercu doliny Mizan. Jest ona główną bazą trekkingową w Parku Narodowym Toubkal – krainie skalistych turni, orłów i zagubionych w górach berberyjskich wsi. Otoczona kasztanowcami wioska słynie także z bardzo żyznych gleb i idyllicznego spokoju – obok pól jęczmienia na zielonych tarasowych łąkach pasą się krowy, a wokół lata błękitno-brązowy Azanus jesous oraz Anthocharis belia, słynąca z pomarańczowych łatek na brzegu skrzydeł.

Motyl Iphiclides podalirius sfotografowany na greckiej wyspie Korfu


Greckie szczyty

Grecja to prawdziwa gratka dla motylich wielbicieli: położone ponad mitycznymi Delfami dwa słynne szczyty Chelmos i Parnassos są mieszkaniem dla przeszło 80 gatunków tych cudownych owadów. Możemy je podziwiać z okien kolejki linowej nad wąwozem Vouraikos, uchodzącej za najbardziej malowniczą grecko-bałkańską trasę kolejową, albo też udać się na pieszą wycieczkę. Pośród gajów oliwnych i owocowych, górskich potoków i łąk, głębokich wąwozów i wąskich tuneli fruwają specyficzne dla tego regionu gatunki, jak błękitny Chelmos Blue (Agrodiaetus iphigenia), a także jeden z najmniejszych motyli na świecie – Chilades trochylus, znany również pod śliczną nazwą Klejnot Traw.

Północno-wschodnie tereny Grecji odznaczają się natomiast wyjątkową jak na warunki południowoeuropejskie florą i fauną – położone na styku różnych światów łączą wpływy obszarów śródziemnomorskich, anatolskich i syberyjskich. Gęsto pokryty unikatowym bałkańskim lasem dębowym teren rozpościera się od Rodopów, gór na granicy z Bułgarią, poprzez wzgórza naokoło rzeki Ewros aż po wzgórza Ismaros schodzące do Morza Egejskiego. Większość miłośników rzadkich owadów przyjeżdża tu zwabionych przez rzadkiego motyla Archon apollinus.

Graellsia isabellae no niezwykle piękny motyl (ćma) z gatunku pawicowatych, występujący we Francji i na Półwyspie Iberyjskim. W Hiszpanii znajduje się pod ochroną. Jej nazwa upamiętnia entemologa Mariana de la Paz Graells y de la Agüera oraz królową Izabelę II z dynastii Burbonów
Graellsia isabellae to niezwykle piękny motyl (ćma) z gatunku pawicowatych, występujący we Francji i na Półwyspie Iberyjskim. W Hiszpanii znajduje się pod ochroną. Jej nazwa upamiętnia entemologa Mariana de la Paz Graells y de la Agüera oraz królową Izabelę II z dynastii Burbonów


Andaluzyjskie wybrzeże

Najwyższe na Półwyspie Iberyjskim pasmo górskie Sierra Nevada opadające do Morza Śródziemnego jest schronieniem rzadkiego motyla Polyommatus golgus, któremu grozi wyginięcie. Może to być wystarczający powód, aby odwiedzić południowohiszpański region Andaluzji; jest ich jednak wiele więcej. Żyje się tu niespiesznie, słońce świeci przez cały rok, piaszczyste plaże są na wyciągnięcie ręki, a architektoniczne osiągnięcia Maurów, zamieszkujących Andaluzję przez prawie 800 lat, zapierają dech w piersiach.

W położonej nad morzem zabytkowej białej wiosce (pueblo blanco) Benalmádena ukryte jest bajkowe miejsce. Naprzeciwko największej europejskiej świątyni buddyjskiej, Stupy Oświecenia, wybudowanej na zboczu gór Sierra de Mijas, znajduje się największa motylarnia Europy. Goszczący ją budynek również stylizowany jest na tajską świątynię, jednak nie dajmy się zwieść pozorom: w środku klimat przypomina raczej amazońską dżunglę. Wilgotność powietrza sięga 80%, a temperatura dochodzi do 30 C. Warunki dla człowieka niezbyt komfortowe, natomiast idealne dla około 1500 egzotycznych motyli z Afryki, Ameryki czy Australii, które unoszą się jak w bajce ponad naszymi głowami. Przefruwają pomiędzy zielonymi palmami, strumykami i wodospadami, a towarzyszą im iguany, żółw brazylijski, kolorowe rybki oraz mały kangurek Wally. Fascynujące jest też podglądanie całego procesu motylej transformacji: od jajeczek umieszczonych na łodygach roślin, poprzez wygłodniałą gąsienicę i szczelnie zamknięty kokon, aż po młodziutkiego motyla, który osusza na naszych oczach swoje skrzydełka.

Motyl sfotografowany w Gaiole in Chianti w Toskanii
Motyl sfotografowany w Gaiole in Chianti w Toskanii


Południe Europy pełne motyli

Chociaż coraz mniej motyli fruwa nad europejskimi łąkami, bagnami i torfowiskami, zamienianymi przez ludzi na tereny budowlane czy uprawne, to jednak na południu Europy znajdziemy jeszcze kilka innych ciekawych motylich miejsc: na Bałkanach, Cyprze i Rodos czy we Francji. Największe parki narodowe Chorwacji – pełen jezior i wodospadów Plitvice, nadadriatycka Paklenica czy masyw górski Velebit – skrywają najpiękniejsze śródziemnomorskie gatunki motyli, łącznie ze zjawiskową Kleopatrą. Słoweński park Goričko zwany jest krainą modraszków (Lycaenidae), ponieważ zgromadziły się tam motyle w wyjątkowych odcieniach turkusu, błękitu i niebieskiego. W Alpach Górnej Prowansji, wznoszących się majestatycznie na wysokości 3000 metrów ponad wybrzeżem Morza Śródziemnego, spotkamy istne zatrzęsienie typowo alpejskich motyli, zaś paradoksalnie we francuskiej części Pirenejów przywita nas cała gama „hiszpańskich gatunków”, iberyjskich przynajmniej w nazwie.

Podziwianie z bliska śródziemnomorskich motyli to czysto estetyczna przyjemność, zaś ich beztroska, swoboda i lekkość pobudza wyobraźnię i prowokuje do przemyśleń. A nuż te wyzwolone z ograniczeń, różnokolorowe i radosne owady podziałają na nas inspirująco, dodając odwagi do kreatywnej przemiany i konsekwentnego kroczenia własną drogą?

 

 

Posted on

Wenecja i Kochanek bez stałego adresu. Rozmowa z Barbarą i Romanem Sosnowskimi. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E12

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Noir sur Blanc,  które opublikowało książkę Carla Fruttera i Franca Lucentiniego pt. Kochanek bez stałego adresu.

Posłuchaj naszych opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszamy Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

 

 

Gościmy dzisiaj małżeństwo italianistów: Barbarę i Romana Sosnowskich. Opowiedzą nam oni o książce Kochanek bez stałego adresu autorstwa włoskiego duetu Carlo Fruttero & Franco Lucentini, która ukazała się właśnie w tłumaczeniu Barbary Sosnowskiej. Kim byli ci dwaj uznani pisarze, w Polsce praktycznie nieznani? Czy o miłości i o Wenecji da się mówić, nie popadając w banał? Czy kryminał może stać się klasycznym dziełem literatury pięknej? Jak odbyć podróż śladami bohaterów Kochanka bez stałego adresu? O tym wszystkim państwo Sosnowscy opowiadają z typową dla siebie pasją: do literatury, do Włoch i do piękna słowa, i zachęcają do lektury książki, która pokazuje Wenecję w zupełnie niespodziewany sposób. Nawet, jeśli wydaje nam się, że tożsamość tego miasta odkryliśmy już dawno, dawno temu.

Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Scenariusz i konsultacja merytoryczna: Julia Wollner
Produkcja: Michał Woźniak

 

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹  Marta Snoch: Oblicza Wenecji w literaturze

🔹  Karolina Janowska: 15 ciekawostek o Wenecji

Posted on

Tonąca Delos

Dwa lata temu spełniłam swoje wielkie marzenie i wybrałam się z rodziną na Delos – świętą wyspę Greków. Aby się na nią dostać, trzeba wcześniej wyprawić się na Mykonos, jak uczyniliśmy my, lub na Naxos, Paros, Tinos bądź Syros (skąd promy odpływają wyłącznie latem). Wizyta na najmniejszej wyspie archipelagu Cyklad trwa zaledwie kilka godzin – krócej niż dojazd. Dla kochających antyk są to jednak godziny szczególne. Wszak na Delos przyszli ponoć na świat Apollo i Artemida, swą siedzibę miała jedna z najsłynniejszych starożytnych wyroczni, a imponujące ruiny zapraszają do fantazjowania o podróży w przeszłość. W 1990 roku tamtejsze stanowisko archeologiczne zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

 

Na Delos popłynęliśmy z Mykonos, dokąd wyprawiliśmy się z Santorini
Na Delos popłynęliśmy z Mykonos, dokąd wyprawiliśmy się z Santorini
 
Odkąd powróciłam z Delos, zastanawiałam się, jaką formę nadać podcastowi lub artykułowi o tym niezwykłym miejscu, aby uniknąć powielania treści dostępnych w encyklopediach czy przewodnikach. Rozmyślania te kontynuowałam także w ostatnich dniach, wychodząc z założenia, że przecież nigdzie nie muszę się spieszyć. I oto nagle świat obiegła informacja, że za kilkadziesiąt lat Delos może po prostu… nie istnieć. Kwestię tę omawiano już kilka lat temu na międzynarodowych konferencjach (m.in. w Zappeionie Atenach w 2019 roku); dziś jej świadomość powoli zaczyna trafiać do szerszego grona odbiorców.

 

Jak twierdzi profesor Veronique Chankowski z École française d’Athènes, prowadząca badania archeologiczne na wyspie, od pewnego czasu naukowcy obserwują sygnały wskazujące, że ten starożytny kawałek lądu zaczyna tonąć. W niektórych miejscach brzeg przesunął się w ciągu dekady o 20 m! Oznacza to, że jeszcze w ciągu naszego życia – mniej więcej za 50 lat – Delos może zniknąć z map i atlasów. Obawy badaczki potwierdzają klimatolodzy i specjaliści od katastrof naturalnych, w tym profesor Costas Synolakis z University of Southern California. Co więcej, jeszcze szybciej zniszczeniu mogą ulec wspaniałe zabytki znajdujące się na wyspie. Zimą woda coraz częściej podmywa ściany, zaś latem szkodzi im wyższa niż kiedyś temperatura i, niestety, nieodpowiedzialne zachowania turystów, którzy często zbaczają z wyznaczonego szlaku zwiedzania.

 

Mam wielką nadzieję, że wyspą zajmą się greccy bogowie. Warto wiedzieć, że zanim na świecie pojawił się człowiek, Delos dryfowała sobie po egejskich wodach – wolna i niezatapialna. Do dna umocowała się dopiero wówczas, gdy schroniła się na niej ciężarna Leto, kochanka Zeusa, uciekająca przed gniewem jego żony Hery i gotowa do porodu boskich bliźniąt. Może Posejdon pozwoli Delos wznieść się znowu ponad fale, prowadząc naukowców do opracowania metod, które umożliwią ratowanie wyspy i jej bezcennych skarbów? Coraz częściej myślę też, że w podcaście “Lente” warto byłoby pochylić się nad zagadnieniem wpływu klimatu na nasze dziedzictwo. To, które formowało naszą europejską tożsamość, a teraz, przez nas samych, znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie. Może właśnie w ten sposób opowiem Wam więcej o Delos…

 

 

Zdjęcie główne: / Flickr, CC BY 2.0 ; pozostałe zdjęcia z mojego archiwum prywatnego
Posted on

Jestem każdą i żadną z tych rzeczy. Kuchnia i tożsamość Musy Dağdevirena

„Kultura nie ma nic wspólnego z wykształceniem. (…) Życie wieśniaka, życie pasterza to też kultura. Kultura to życie” – mówi we wstępie do poświęconego mu odcinka serialu dokumentalnego Chef’s Table jeden z najbardziej fascynujących współczesnych kucharzy Musa Dağdeviren. Właśnie skończył przygotowywać na grillu kebab, który podaje z paprykami i pomidorami z rożna, ciepłym chlebem i pospiesznie posiekaną cebulą z sumakiem: najbardziej chyba ikoniczne z tureckich dań.

Musa Dağdeviren w 2009 roku; fot. Carolien Coenen / Flickr, CC BY-NC-ND 2.0

 

Tylko co właściwie oznacza „tureckie danie”? Dağdeviren poświęcił całą swoją karierę temu zagadnieniu, pracując nie tyle jako kucharz, co jako kulinarny etnograf. Jego stambulską restaurację Çiya Sofrasi określa się mianem „kulinarnego muzeum”, bo można tu spróbować tradycyjnych dań, które kucharze pod wodzą właściciela zbierali w wielu regionach kraju.

Sam Dağdeviren pochodzi z Nizip w prowincji Gaziantep we wschodniej Turcji, niedaleko granicy z Syrią. To region znany z dużej populacji Kurdów, Kurdem był także jego ojciec, który podobnie jak wielu okolicznych mieszkańców zajmował się uprawą oliwek i pistacji. Sam kucharz nie określa się jednak jako Kurd, za co bywa krytykowany – ale do jego rozumienia etnicznej tożsamości jeszcze wrócimy. Musa był najmłodszym z szóstki rodzeństwa i, jak mówi, miał wiele szczęścia, bo chociaż w rodzinie „nikt go nie słuchał, bo był najmniejszy”, to miał możliwość spędzania czasu sam na sam z matką, która uczyła go rodzinnych tradycji, zwłaszcza kulinarnych; szybko zauważyła, że chłopiec „widzi więcej niż inni” i niejako powierzyła mu pieczę nad lokalnymi zwyczajami.

Pasterka z okolicy Gaziantep

 

Kulinaria fascynowały go od zawsze, a pracę zaczynał, podobnie jak jego liczni krewni, od pieczenia chleba i placków lahmacun. Choć piekarnie stanowiły centrum kultury kulinarnej regionu, piekarze byli biedni i pozbawieni podstawowych praw pracowniczych. Musa z kolegami postanowili założyć związek zawodowy i po kilkudziesięciu dniach strajku udało im się wywalczyć m.in. ubezpieczenia zdrowotne; to była dla Dağdevirena inicjacja w aktywizm. Otwartość wyrażania lewicowych przekonań miała jednak swoją cenę: Musa musiał wyjechać z Nizip w obawie przed represjami; udał się do Stambułu, miasta – kolosa, miasta – tyglu, miasta – pulsującego życiem organizmu. Miasta, o którym już wszystko napisano, jedynego takiego na świecie.

Chwała twoim dłoniom

Wielobarwność Stambułu z początku była dla Musy inspirująca i szczęśliwa: w 1987 roku założył po azjatyckiej stronie miasta lokal z kebabem, który radził sobie całkiem dobrze i w którym poznał swoją przyszłą żonę. Zeynep opowiada po latach, że początki ich związku nie były szczególnie ekscytujące, bo „dla Musy romantyczne jest tylko jedzenie”. Zeynep była jego klientką, a zwróciła na siebie jego uwagę, kiedy pokłóciła się z kelnerem o regionalną nazwę jednego z dań i okazało się, że ma rację.

Mimo pozornie ułożonego życia, kucharz pozostawał nienasycony; obserwował, że choć na pierwszy rzut oka Stambuł zachwyca wielokulturowością i wielobarwnością, nie jest wcale tak różowo: restauracje regionalne znikają, tradycje ulatniają się, a stawiani przeciwko sobie ludzie różnego etnicznego pochodzenia wchodzą w konflikty, które przejawiają się nawet na poziomie kulinarnym. W latach 90., w okresie silnych politycznych turbulencji i ciągnącego się konfliktu kurdyjsko-tureckiego, do lokalu Musy przyszli dwaj klienci; jeden z nich spojrzał na menu i powiedział: „To kuchnia kurdyjska. Nie jadam takiej”. Ta pogarda wobec cudzego – a przecież wspólnego – dziedzictwa była dla kucharza wstrząsająca.

Sprzedawca kebabu w Stambule

 

Przerażony zanikaniem tradycji i wzajemną wrogością, które obserwował w wielkim mieście, Musa postanowił wrócić do korzeni i wytęsknionych smaków przeszłości. Przyjechał do Nizip, odwiedził krewnych i dawnych znajomych, ale czekał go kolejny wstrząs: jego ukochane tłuste kluseczki, danie najbardziej kojarzące mu się z mamą, już nie istniały; nikt o nich nie pamiętał.

To tylko dodało mu zapału, by rozpocząć szeroko zakrojone badania etnograficzne w czterdziestu różnych wioskach i wyszukać jak najwięcej zagrożonych zniknięciem, bo przecież przekazywanych zazwyczaj oralnie tradycji i przepisów; rozmawiał przede wszystkim ze starszymi ludźmi, z rolnikami, pasterzami, domowymi kucharkami. „Chwała twoim dłoniom” – mówi w jednej ze scen Chef’s Table do kobiety, przygotowującej pomidorowe kluski – „te potrawy przetrwają dzięki tobie”. Po powrocie nie zamierzał już prowadzić jedynie knajpy z kebabem. Po drugiej stronie ulicy, w większym lokalu, otworzył restaurację Çiya Sofrasi.

Kind of green

Jej wnętrze wygląda zwyczajnie, trochę jak stołówka; jedzenie nakłada się na talerze i waży, a strona internetowa lokalu wygląda, jakby została zaprojektowana wtedy, gdy go otwarto. Jednak jest aktualizowana codziennie: w dniu, w którym piszę ten tekst, zjeść można m.in. zupę z soczewicy i mięty, jelito baranie z bulgurem, pulpety z kurczaka i bulguru ze śliwkami, faszerowane karczochy i pilaw z porzeczkami i orzeszkami piniowymi. Co jednak jeszcze ciekawsze, znaleźć na niej można również spis dań, które pojawiły się w niej na przestrzeni lat. Na czytaniu kilkuset zebranych pozycji spędzić by można godzinę albo i kilka, gdyby przy okazji sprawdzać wszystkie nieznane nazwy. Niezwykłe sałatki i dania ciepłe pełne są bowiem zielonych gałązek, gorzkich ziół, korzeni, kiełków i łodyżek dzikich roślin, sezonowych i zebranych na dalekich terenach Turcji. Obok wszechobecnych papryk, pomidorów, bakłażanów, cebuli, fasoli, mamy okrę, portulakę, krokusy, „cygańską sałatkę” z malw, hyzopu i niedojrzałych winogron, dzikie szparagi, pokrzywy, łodygi lilii ogoniastej i moje ulubione składniki opisywane w wersji anglojęzycznej jako „kind of green” i „kind of mushroom”.

Strona internetowa restauracji Çiya Sofrasi
Strona internetowa restauracji Çiya Sofrasi

Desery też są nieoczywiste: są wśród nich, na przykład, kandyzowane warzywa, chrupiące kawałki dyni z tahini i orzechami włoskimi, połówki małych bakłażanów posypane cynamonem i czarne jak smoła orzechy włoskie w słodkiej zalewie, podawane z hojną porcją kajmaku (w Turcji to gęsta, tłusta śmietana z mleka bawolic, podobna do brytyjskiej clotted cream). Nic dziwnego, że opus magnum Musy Dağdevirena, The Turkish Cookbook, to opasły tom, liczący sobie ponad pięćset stron i po brzegi wypełniony recepturami na najróżniejsze dania spotykające się na tureckiej ziemi, od sałatki kisir po falafel, od potrawek z dzikich ziół po baklawę.

Chcę się z tobą dzielić

No dobrze, ale skoro Dağdeviren zatytułował w ten sposób książkę, nie uciekniemy dłużej od pytania, czym jest jego zdaniem kuchnia turecka. „Jedzenie nie ma pochodzenia etnicznego, tylko geograficzne” – mówi Musa w rozmowie z brytyjską dziennikarką i kucharką Yasmin Khan, zamieszczonej w jej znakomitej książce o kuchni wschodniego Śródziemnomorza pod tytułem Ripe Figs. – „Geografia jest dla mnie jak matka troszcząca się o dziecko, przekazująca mu wiedzę, którą ono będzie mogło przekazać dalej. Geografia jest naszą nauczycielką, a kiedy się przeprowadzamy, zabieramy ze sobą daną nam przez nią kulturę i kulinarną wiedzę i przenosimy ją w inne miejsce”.

The Turkish Cookbook: the culinary traditions & recipes from Turkey – książka Musy Dağdevirena
The Turkish Cookbook: the culinary traditions & recipes from Turkey – książka Musy Dağdevirena

 

Kwestia tureckiej tożsamości jest szalenie skomplikowana: Turcję tworzy mnóstwo różnych grup etnicznych, religijnych i kulturowych. Jej mieszkańcy to Kurdowie, Ormianie, Lazowie, Anatolijscy Grecy, Czerkiesi i Turcy Kreteńscy, a także przybyli niedawno uchodźcy z Syrii, Palestyny i Iraku. „Kiedy tylko zaczynamy nadawać kulturze religijne czy etniczne etykietki, wchodzimy w dysputy” – ciągnie Musa. – „Ale to właśnie te etykietki dzielą nas i powodują konflikty. (…) To granice są problemem”. Dlatego właśnie nie mówi o sobie, że jest Kurdem, przekonując, że w jego rodzinie byli i Kurdowie, i Turcy, a on jest przeciwko etykietkom, które „zmieniają ludzi w potwory”.

W opisie swojej tożsamości idzie jeszcze dalej, określając się jako cygan, włóczęga, kundel. „Czasem jestem buddystą, czasem alewitą (islamska sekta podobna do szyizmu, której członkowie wierzą w mistyczne nauki imama Alego). Czasem jestem sunnitą, a czasami Turkiem; jestem każdą i żadną z tych rzeczy. Jestem mieszanką wszystkich tych elementów”. Porusza go stawianie ludzi przeciwko sobie, będące współcześnie, jak tłumaczy, konsekwencją nie tylko fundamentalizmu religijnego lub nacjonalizmu, ale także – a może przede wszystkim – kapitalizmu. „Kapitalizm woli zabić dla zysku niż podzielić się z innymi, by zachować życie. Stworzył presję konkurencji, presję posiadania coraz więcej i więcej kosztem ludzkości. To dlatego buduje się mury: żeby pokazać, że mogę mieć więcej od ciebie. Ale ja nie chcę murów, chcę się od ciebie uczyć i chcę nauczyć czegoś ciebie. Chcę się z tobą dzielić, wymieniać”.

Romantyczna wizja kucharza, który włóczy się po łąkach, by szukać na nich dzikich roślin i jeździ po zagubionych wioskach, by ocalić od zapomnienia tłuste kluseczki, okazała się tak pociągająca, że Musa wpierw został bohaterem długiego tekstu w „New Yorkerze”, potem wspomnianego odcinka Chef’s Table. Ale, co dla niego ważniejsze, stał się też inspiracją i nauczycielem dla nowego pokolenia tureckich kucharzy, których umysły i dłonie przechowywać będą pamięć smaków, w których zaklęta jest turecka tożsamość.

 

Posted on

O flamenco. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E11

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Pascal, które opublikowało książkę Moniki Bień-Königsman pt. Andaluzja. Tapas, flamenco i gaje oliwne.

Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

 

W tym odcinku podcastu przyglądamy się zjawisku kulturowemu, jakim jest flamenco. Próbujemy zrozumieć jego istotę; pod lupę bierzemy też klisze, wyobrażenia i błędne przekonania na jego temat. Nasze ekspertki: Emilia Dowgiało-Sánchez, Małgorzata Matuszewska i Jadwiga Romanowska, a także autorka książek o Hiszpanii Monika Bień-Königsman, tłumaczą, jaki jest związek flamenco z andaluzyjską i hiszpańską tożsamością, jak wygląda sytuacja flamenco w czasach globalizacji i migracji oraz czy flamenco to oby na pewno taniec wypełniony przede wszystkim zmysłowością.

Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak

 

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹 blog Moniki Bień-Königsman: Hiszpańskie smaki
🔹 fanpage Emilii Dowgiało-Sánchez: Taniec flamenco
🔹 strona Małgorzaty Matuszewskiej: Danza

🔹 kontakt do Jadwigi Romanowskiej: Instytut Studiów Międzykulturowych UJ

🔹 Olga Bialer-Young: Flamenco. Więcej niż taniec
🔹 Julia Wollner: Adam Wodnicki, Duende
🔹 Julia Wollner: Podcast “Andaluzja, mi amor
Posted on

Elif Shafak, Czarne mleko

„Czarne mleko to powieść Elif Shafak, w której autorka opowiada o trudach związanych z macierzyństwem”. Tak głosi wiele opisów książki w Internecie, tak też rozpoczyna się niejedna jej recenzja. Zaskoczeni poczują się jednak ci, którzy, sięgając po tę lekturę, spodziewają się przeczytać gorzkie żale na temat tego, jak trudno jest godzić pracę z wychowaniem dzieci, jak ich posiadanie bywa idealizowane, jak rzadko pokazywane są ciemne strony macierzyństwa i jak mało wspiera się młode mamy. Zamiast tego autorka rozprawia się przede wszystkim z tematem ról społecznych. Z kwestią wymagań, które przed kobietami stawia współczesny świat, i z tym, jak bywają one sprzeczne między sobą. Proponuje nam książkę o trudnych wyborach i o konsekwencjach podejmowania niekonwencjonalnych decyzji. A także, choć nie jest to najważniejszy poruszony tu temat, o depresji poporodowej, której sama doświadczyła.

Tym, co w tekście poruszyło mnie najbardziej, okazał się sposób, w jaki turecka pisarka podchodzi do wieloaspektowości ludzkiej osobowości, pokazując, że żaden człowiek nie jest jednorodnym i jednomyślnym bytem. W mistrzowski sposób przedstawiła wielorakość myśli i emocji, które w sobie tłamsimy, by dopasować się do obrazu stworzonego przez nas same o nas samych. Zamiast tłumić je w sobie, warto byłoby pamiętać, że każda z nas ma wiele twarzy, a naszą osobowość tworzą liczne składowe – żadna z nich nie jest ani lepsza, ani bardziej prawdziwa. Wszystkie istnieją w nas, choć nie wszystkie dopuszczamy do głosu. Najczęściej rodzi to frustracje i komplikuje życie. Dopiero poznanie całej palety elementów składających się na swoje „ja”, zaakceptowanie ich i wprowadzenie do wewnętrznego świata równowagi, może dać nam spokój i szczęście.

Czarne mleko pokazuje nam drogę do poznania siebie, jaką przebyła Shafak. Z dużym dystansem przeprowadza nas ona przez trudne tematy zmagań z własną psychiką i tożsamością. Nie daje jednoznacznych odpowiedzi; nie sugeruje, że jej ścieżka jest jedyną słuszną. Zamiast tego zmusza do refleksji nad tym, czy tak naprawdę już wszystko o sobie wiemy, czy też, być może, wciąż jeszcze mamy sporo do odkrycia.

 

Elif Shafak, Czarne mleko, tłumaczyła Natalia Wiśniewska, Wydawnictwo Poznańskie 2022
Posted on

Gaetano Savatteri, Sycylijki

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Kiedy przyjechałem do Palermo na studia, przekonałem się, że to miasto jest „kobiece” – zaczyna swoją opowieść Gaetano Savatteri, włoski dziennikarz i pisarz urodzony w Mediolanie, a wychowany w Racalmuto niepodal Agrigento na Sycylii. Jako znawca największej śródziemnomorskiej wyspy postanawia rozprawić się ze stereotypowym spojrzeniem na nią i na jej mieszkanki. Dotąd zarówno literatura, jak kino przedstawiały je w mocno stylizowany sposób: odziane zwykle na czarno, pełne pasji i namiętności, zazdrosne, a przy tym w pełni oddane mężczyźnie i rodzinie. Czy jednak wszystkie Sycylijki odpowiadają temu portretowi? Czy rzeczywiście takie właśnie kobiety spotkamy na wyspie, którą zwykło się określać mianem osobnego kontynentu?

Savatteri udowadnia, że Sycylijki, podobnie jak sama Sycylia, to postaci charakteryzujące się przede wszystkim niezwykłą różnorodnością. Przybliża biografie kobiet prawdziwych, ale także tych, które narodziły się w umysłach rozmaitych twórców. Swą opowieść rozpoczyna od świętej Rozalii, znanej także Santuzza, której wotywne kapliczki rozrzucone są po tutejszych miastach i miasteczkach. Przybliża słynną historię Franki Violi, która w latach 60. ubiegłego wieku odmówiła zawarcia małżeństwa ze swym gwałcicielem. Przedstawia postać wybitnej dziennikarki Giuliany Saladino, która jak nikt inny pisała o kobietach i mafii. Przypomina charakterystyczny śpiew Rosy Balistreri, o której mówi się, że jest symbolem Sycylii na równi z Leonardem Sciascią; upamiętnia Elvirę Sellerio, założycielkę słynnego wydawnictwa.

Książkę Sycylijki zamówisz w naszym sklepie pod tym linkiem

 

Wśród naszkicowanych przez niego portretów znajdziemy także rozdział poświęcony tak zwanej octowej staruszce, czyli Giovannie Bonanno – osiemnastowiecznej trucicielce z Palermo, spory fragment o Eleonorze Aragońskiej czy rozważania na temat młodej dziewczyny, która, być może, pozowała Antonellowi z Mesyny do słynnego obrazu L’Annunziata. Savatteri kreśli przebogaty fresk obrazujący wyspę, a jego wymiar kulturowy i społeczny wydaje się równie ważny, jak ten literacki. Opowieść o Sycylijkach, jak podkreśla sam autor, powstała wszak przy użyciu narzędzi pisarskich, nie zaś historiografii czy antropologii.

Kobieta na Sycylii jest osobą niezwykle ważną – podkreśla Savatteri w posłowiu do książki – (…) zwłaszcza w trudnej relacji z mężczyznami, ze wszystkimi możliwymi do wyobrażenia konsekwencjami. Należą do nich, jak wymienia zaraz później, seks, uwodzenie, zazdrość, posiadanie, macierzyństwo, matriarchat, maczyzm. Warto jednak pamiętać, że konsekwencją tej relacji jest także tożsamość Sycylii; charakter wyspy, która bez swoich silnych, wielowymiarowych i nietuzinkowych kobiet nie byłaby już taka sama. Konsekwencją spotkania płci jest również książka, jaką dzisiaj otrzymujemy: fascynujący portret kobiet nakreślony przez mężczyznę, który je podziwia, opisuje i ocala od zapomnienia.

 

Gaetano Savatteri, Sycylijki, tłumaczyła Barbara Bardadyn, Bo.wiem (WUJ) 2024
Posted on

Marianna Orańska i Morze Śródziemne. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E10

Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

 

 

Była niezależna, silna, przedsiębiorcza i piekielnie inteligentna. Nie bała się zaczynać wszystkiego od nowa, choćby miało to oznaczać wymyślenie swej tożsamości od zera. Pomagała jej ciekawość świata, śródziemnomorskie podróże i zakorzenienie w europejskiej tradycji. W podcaście o niderlandzkiej królewnie Mariannie Orańskiej, znanej w Polsce z pięknego pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim, przyglądamy się jej związkom z Italią, tropimy śródziemnomorskie ślady w jej posiadłości i zapraszamy do refleksji nad śródziemnomorską filozofią, która zdawała się silnie wpływać na tę niezwykłą dziewiętnastowieczną kobietę.

Nagrania powstały 9 maja 2024 roku w Pałacu Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim podczas konferencji “Królewna z przyszłości” organizowanej przez Ambasadę Królestwa Niderlandów.

Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹 Julia Wollner: Marianna Orańska. Wolna kobieta… europejska
🔹 Julia Wollner: O małych ojczyznach
🔹 audycja radiowa: Małe ojczyzny
🔹 podcast: cesarzowa Sisi i Morze Śródziemne (odc. 1)
🔹 podcast: cesarzowa Sisi i Morze Śródziemne (odc. 2)