Posted on

Polska matka z Izraela

Dominującym sposobem przedstawiania roli matki w żydowskich książkach jest wciąż opisywanie jej jako opiekunki domowego ogniska. Tradycyjne już określenie żydowskiej matki (jak choćby w utworze Mein jidisze Mame lub w kulturze amerykańskiej – Jewish Mother) stało się synonimem wielkiej miłości, nadopiekuńczej troski oraz stawiania dobra rodziny na pierwszym miejscu. Żydowska matka wszystko wie, nad wszystkim czuwa, o wszystko się troszczy i… we wszystkich wzbudza poczucie winy. Na ile ten portret jest prawdziwy, a na ile karykaturalny, rozstrzygnijmy sami. Pamiętajmy jednak o tym, że w Izraelu określenie żydowska matka się nie przyjęło. Zamiast tego po hebrajsku nadopiekuńczą postać, bez względu na pochodzenie, nazywa się często mianem matki polskiej.

 

Spośród wielu literackich portretów wybrałam kilka, które wywarły na mnie największe wrażenie. Matkę doskonale opisuje choćby Meir Shalev w powieści Chłopiec i gołąb. Znajdziemy w niej niezwykłe opisy przywiązania do rodzinnego gniazda, które traktuje się z szacunkiem i odnosi się do niego jak do jednego z członków rodziny. Tradycyjnie za naukę tych wartości odpowiada kobieta, która wychowuje i karmi swoje dzieci strawą duchową. Ale nie tylko – bohaterka książki Shaleva, troszcząc się o dwóch synów, ma na głowie przede wszystkim ich dobrostan fizyczny. Matka bliźniaków stwierdza, że zamierza karmić ich piersią przez całe wieki, bo ssą tak łapczywie, że niemal traci przytomność, a ona wręcz nałogowo uwielbia ten moment, kiedy «cycki się opróżniają, a dzieci wypełniają», wszystko jest jakby odrobinę za mgłą, ciało staje się lekkie i prawie unosi się w powietrzu, a jej synowie, którzy stają się coraz bardziej najedzeni i coraz ciężsi, są niczym worki z piaskiem utrzymujące ją na ziemi. Opis tej (meta)fizycznej jedności matki z dzieckiem to jeden z najciekawszych fragmentów odnoszących się do rodzicielstwa, z jakim spotkałam się w izraelskich książkach.

 

W końcu to ty jesteś ich rurą do karmienia i musisz wziąć się do tych garów. Od tego nie ma ucieczki ani odpoczynku. (…) Od bycia «matką karmiącą» wakacji nie ma – dodałaby do powyższego fragmentu Simona, bohaterka powieści Krasnoludki nie przyjdą Sary Shilo. Jest jedną z najdzielniejszych matek, o jakich czytałam – wdowa z szóstką dzieci pośrodku konfliktu, z morzem katiusz nad głową. Jej życie po śmierci męża jest niewyobrażalnie ciężkie – nawet nie z tego powodu, że straciła ukochaną osobę, ale dlatego, że przytłacza ją codzienna rzeczywistość, zaś rodzina zmarłego męża się od niej odwróciła. Czytając o jej dramatycznych losach, chce się ją otulić współczuciem, ale ona tego nie potrzebuje – to bohaterka, która na skraju wyczerpania zasługuje przede wszystkim na podziw i szacunek. Książka Shilo jest hymnem o sile kobiety, jej wytrzymałości, dzielności i zdolności do pokonania każdej przeszkody.

W hebrajskiej literaturze pięknej znajdziemy nie tylko postaci fikcyjne. Zarówno Amos Oz, jak i Etgar Keret, najbardziej znani literaci współczesnego Izraela, opisują także własne matki. O ich życiu możemy przeczytać w autobiograficznej powieści zmarłego przed rokiem Oza Opowieść o miłości i mroku oraz w pamiętniku Kereta Siedem dobrych lat. Obie kobiety urodziły się na terenach historycznie należących do Rzeczpospolitej Polskiej na początku XX wieku, zatem obie łączą w sobie tak ducha żydowskiego, jak i słowiańskiego. Dla jednej z nich było to przekleństwem, a dla drugiej błogosławieństwem.

 

 

Fania Klausner urodziła się w Równem, by potem wyjechać do Palestyny i – wraz z mężem i synem – być świadkiem narodzin państwa Izrael. Oz w monumentalnej Opowieści o miłości i mroku poświęca jej wiele uwagi, jednak głównie skupia się na tragicznej śmierci. Odeszła, mając zaledwie trzydzieści osiem lat. Pisarz nigdy się z tym odejściem nie pogodził, przez całe życie odczuwając ogromne poczucie winy, że nie udało się temu zapobiec. Za jej wieloletnią walkę z depresją winił między innymi słowiańskiego ducha, który zaszczepił w niej niezbywalną melancholię i dojmujące poczucie osamotnienia. W jego opus magnum czytamy: A może już coś w owych obietnicach dzieciństwa od samego początku było skażone jakimś fatalnym, romantyczno-trującym pierwiastkiem, łączącym muzy ze śmiercią? Coś w nazbyt wyrafinowanej diecie gimnazjum Tarbutu? A może jakieś mieszczańsko-słowiańskie piętno melancholii (…)? Coś, co sprawiło, iż moja matka, ponieważ jej życie nie spełniło żadnej z obietnic młodości, zaczęła przedstawiać sobie śmierć jako kochanka – namiętnego, a przy tym opiekuńczego i niosącego ukojenie, ostatniego, podobnego muzom kochanka, który opatrzy wreszcie rany jej samotnego serca?

 

 

Inaczej los potraktował Ornę Keret, która, przeżywszy piekło wojny, w tym warszawskie getto, szczęśliwie odnalazła spokój w Izraelu i tam założyła rodzinę. Mimo że z dziećmi w domu rozmawiała tylko po hebrajsku, to doskonale wyczuwała ducha Polski w znanych już na całym świecie opowiadaniach Kereta. W jednym z nich, zatytułowanym Dżem, pisarz wyjaśnia: Mama nigdy nie wróciła do Polski, ale moje powodzenie w kraju, w którym się urodziła, było dla niej bardzo ważne, nawet ważniejsze od sukcesu w Izraelu. Pamiętam, że po przeczytaniu pierwszego tomiku w polskim przekładzie, powiedziała: «Ty wcale nie jesteś pisarzem izraelskim. Jesteś pisarzem polskim na wygnaniu». Jak widać, w Izraelu nie tylko matka może być polska.

 

Polecamy także lekturę o Polkach, które swoje rodziny założyły w Izraelu. Wspaniały reportaż Sylwii Borowskiej dostępny jest tutaj.

 

 

Proza Sary Shilo została przełożona przez Agnieszkę Podporę.
Proza Meira Shaleva została przełożona przez Magdalenę Sommer.
Proza Amosa Oza została przełożona przez Leszka Kwiatkowskiego.
Proza Etgara Kereta została przełożona przez Agnieszkę Maciejowską.

 

Posted on

Cicisbeo. Towarzysz zamężnej damy

Jak podają encyklopedie, cicisbej – bo tak brzmi polski odpowiednik osiemnastowiecznego terminu włoskiego – był przyjacielem rodziny adorującym panią domu, a nierzadko także jej kochankiem. Zdarzało się, że wybierali go wspólnie mąż i żona; wachlarz możliwości mieli przy tym szeroki, bowiem cicisbejem zostać mógł zarówno młody kawaler, jak i mężczyzna żonaty. Podróżujący do Italii obcokrajowcy, a także lokalni moraliści, obserwowali tę praktykę z niedowierzaniem i zgorszeniem; wielu porównywało ją do zalegalizowanej formy cudzołóstwa. Potępiali ją także ludzie Kościoła, choć nie w sposób kategoryczny – w zwyczaju tym widzieli raczej coś podobnego w swej frywolności do tańca lub teatru.

Jak pisze profesor Sara F. Matthews-Grieco w swoim eseju Ciało i seksualność w Europie w czasach Ancien Régime’u, tradycja cicisbeja wynikała z faktu, że aż do końca XVIII wieku arystokracja, wolne zawody i środowiska kupieckie we Włoszech podtrzymywały praktykę małżeństw aranżowanych. Dzieci zmuszane do układania sobie życia z partnerami wybranymi im przez rodziców szukały możliwości spełnienia emocjonalnego i fizycznego.

Postać dochodzącego adoratora pojawia się w osiemnastowiecznej literaturze i teatrze; wykpiwał ją chociażby oświeceniowy satyryk Giuseppe Parini, wielokrotnie wspominał o niej sam Carlo Goldoni. Mówi się o niej także w dziełach operowych, jak chociażby w Weselu Figara Mozarta czy Włoszce w Algierze Rossiniego. Powyżej: ilustracja pt. Cicisbeo Luigiego Ponelato w jednym z wydań dzieł Goldoniego

Według historyczki jednak wcale nie wszystkie związki kobiet z dochodzącymi towarzyszami kończyły się w łożu – przytacza ona źródła, wedle których w Wenecji na 500 cicisbejów tylko 50 rzeczywiście sypiało ze swoimi paniami. Kobiety, z szacunku do religii, zawierały zwykle specjalny pakt z Bogiem w czasie spowiedzi – ślubowały, że cavalier servente będzie mógł pozwolić sobie na wszelkie poufałości, jeśli tylko powstrzyma się od tzw. “aktu zasadniczego”.

Podobne zjawisko można było obserwować w osiemnastowiecznej Hiszpanii – tamtejszego adoratora kobiety zamężnej nazywano cortejo lub estrecho; także tam relacje takie uchodziły za normę społeczną i nie łączono ich z pojęciem zdrady małżeńskiej.

 

Zródło: Historia ciała redakcją Georges’a Vigarello, tłumaczył Tomasz Stróżyński, wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2020
Zdjęcie główne: Jean-Honoré Fragonard, The Musical Contest, 1754–55, Wallace Collection, Londyn

 

Posted on

O egipskich matkach

Kiedy myślę o egipskich matkach, do głowy przychodzi mi postać córki faraona, która przygarnęła maleńkiego Mojżesza wyłowionego z Nilu. Jest to jeden z piękniejszych obrazów biblijnych i jeden z najpiękniejszych dowodów na to, jak potężna jest miłość macierzyńska. Starożytne Egipcjanki uważały macierzyństwo za dar bogów, błogosławieństwo i przywilej. tym bardziej, że przed tysiącami lat życie niemowląt i małych dzieci do mniej więcej dwóch lat było niezwykle kruche.

Egipska matka była matką kochającą, czułą i troskliwą. Nie bez powodu jej symbolem stała się Izyda, wielokrotnie przedstawiana z małym Horusem u piersi. Mianem matki określano życiodajny Nil; kochającą matką dla czwórki swoich dzieci była ostatnia królowa Egiptu – Kleopatra.

Jakimi matkami są współczesne Egipcjanki? W tej materii doprawdy niewiele się zmieniło na przestrzeni ostatnich… tysiącleci.

 

W Egipcie bycie matką stanowi sens życia kobiet. Egipcjanki odnajdują się w macierzyństwie, czują się spełnione, posiadając dzieci. Ktoś może powiedzieć, ze jest to sprowadzanie kobiety do pewnej roli, narzucanie jej określonego sposobu życia. Wróćmy zatem do pięknego biblijnego obrazu Asiji, córki faraona, która z czułym uśmiechem tuli dziecko znalezione w koszu. Egipska kobieta to matka, niezmiennie, od tysięcy lat… Na zdjęciu: egipska matka na ulicy w Kairze, 1922 rok. Fot. Donald McLeish


Od obowiązku do nadziei

 Zostać mamą – oto marzenie niemal każdej Egipcjanki. Marzenie, ale również obowiązek, można nawet rzec – wymóg. Kobiety nad Nilem od dziecka przygotowywane są do roli żon, a co za tym idzie, matek. Małżeństwa zawierane są przede wszystkim w celu prokreacji, a zatem od kobiety wymaga się, aby spełniła swoją powinność wobec męża i obdarzyła go potomstwem. Jakkolwiek islam nie odrzuca niepłodnych kobiet, to jednak żony nie mogące wydać na świat dzieci bywają zastępowane takimi, które ów wymóg spełnią; ewentualnie muszą zgodzić się na to, by mąż poślubił drugą żonę w wiadomym celu. O swej powinności pamiętają głównie za sprawą teściowych. Te żywo interesują się jeśli nie samym pożyciem małżeńskim swych synów, to przynajmniej jego owocami lub ich brakiem. Posiadanie dzieci w oczach Egipcjan dodaje kobiecie godności, czyni z niej pełnoprawną żonę i podporę głowy rodziny. Paradoksalnie można powiedzieć, że to nie noc poślubna czyni z młodej dziewczyny kobietę, ale wydanie na świat potomka.

Przyszła egipska mama jest rozpieszczana od momentu ogłoszenia światu wielkiej nowiny o spodziewanym powiększeniu rodziny. Rozpieszczana w dosłownym sensie, ponieważ nad stanem jej zdrowia czuwają niemal wszyscy krewni, a w każdym razie wszyscy, którzy mogą sobie na to pozwolić. Bardzo często zdarza się, że przyszła młoda matka okres ciąży spędza w domu rodziców, bowiem jej małżonek przebywa na kontrakcie w innym kraju. Można wówczas mówić o pewnej dozie szczęścia, ponieważ kobieta dostaje się wówczas pod opiekuńcze skrzydła własnej rodzicielki, która dokłada wszelkich starań, aby oczekiwaniom na przyjście na świat dziecka towarzyszyły wszelkie wygody i jak najmniej stresu. Ciężarna otrzyma zatem wszystko, czego w danej chwili zapragnie, a nawet to, czego by sobie absolutnie nie życzyła, ale co „służy dziecku”. Może też liczyć na codzienne wizyty zatroskanych cioć, babć, kuzynek, szwagierek i dalszych kobiecych krewnych; od czasu do czasu wpadnie też ten czy tamten wujek, brat lub kuzyn, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku i czy przypadkiem nie jest pilnie wymagana obecność męskiego krewnego. Nienarodzone dziecko od samego początku swego istnienia otoczone jest troską, miłością i opieką.

Jeżeli natomiast mąż jest w kraju, czyli w domu, opieka nad ciężarną podzielona jest między matkę a teściową. Ta ostatnia pojawia się w domu syna nader często, wiedziona zarówno troską, jak i ciekawością oraz chęcią czuwania nad ładem i porządkiem. Służy wszelką pomocą, dobrą radą i opieką – wszystko w imię dobra dziecka. Dlatego też we własnym domu przyszła matka może liczyć na takie same wygody jak w domu rodziców – poduszkę pod nogi, świeże owoce na tacy, wygodne kapcie i czego tylko dusza zapragnie.

Większość egipskich kobiet nie pracuje zawodowo, zaś te, które to robią, w ciąży biorą zwolnienia lekarskie – odmienny stan w gorącym saharyjskim klimacie, szczególnie latem, może być trudny do zniesienia. Większość przyszłych matek spędza w tym czasie większość dnia w chłodzie czterech ścian domu, wychodząc na zewnątrz po zmroku, kiedy temperatura na to pozwala lub poruszając się po mieście samochodem. Powyżej: egipska matka widziana oczami malarza Guido Bacha (1876 r.)


Witaj, maleństwo

Narodziny dziecka to wielkie święto w każdej egipskiej rodzinie; dodajmy przy tym, że zarówno synowie, jak i córki wita się z jednakowym entuzjazmem. Częstym widokiem na ulicach egipskich miast jest obrazek dumnego tatusia niosącego nosidełko ze śpiącym brzdącem. Ojcowie na równi z matkami uczestniczą w skomplikowanym procesie opieki nad dzieckiem, jakkolwiek ich role są bardzo wyraźnie podzielone.

Jeszcze do niedawna kobiety w Egipcie rodziły same; obecnie na porządku dziennym są porody rodzinne, z tym, że w krytycznym momencie mąż bywa grzecznie wypraszany do drugiej sali, aczkolwiek i to nie jest regułą. Co ciekawe, jeżeli nie dzieje się nic złego, oboje – mama i maluszek – wypisywani są do domu tego samego dnia, bez względu na to, czy dziecko przyszło na świat siłami natury czy przez cesarskie cięcie. Bardzo często zdarza się, że na świeżo upieczoną mamę czeka w domu komitet powitalny złożony z członków rodziny oraz przyjaciół. Kobieta w dalszym ciągu otaczana jest opieką – czy sobie tego życzy czy nie, co może być odrobinę męczące. Każdy chce powitać niemowlę, złożyć gratulacje mamie, a także w jakiś sposób pomóc – przynieść coś do jedzenia, podać szklankę z wodą, czuwać nad dzieckiem. Dla nas, Europejczyków, taka sytuacja wydaje się absurdalna, jednak Egipcjanki przyjmują to w sposób naturalny. Jakkolwiek zgodnie z zasadami islamu kobieta w połogu jest nieczysta, nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Nie istnieje też pojęcie „odpoczywania po porodzie”. Egipcjanka na ogół wraca do domowych czynności następnego dnia po wydaniu na świat dziecka, jakkolwiek wspomagana mocno przez obie babcie. Rozpoczyna się w jej życiu najważniejszy etap, który będzie trwał już do końca – macierzyństwo.

 

Matka troskliwa

Jak już powiedzieliśmy, większość egipskich matek jest czuła i kochająca. Swoim dzieciom poświęcają ogromnie dużo uwagi, miłości i troski. Na ogół na jednym potomku się nie kończy; standardem jest troje lub czworo dzieci. Życie kobiet, o ile nie pracują zawodowo, upływa na dbaniu o rodzinę. Przejawia się to na rozmaite sposoby; jednym z nich jest choćby bogata garderoba egipskich pociech w wieku niemowlęcym, o którą dba każda szanująca się egipska mama. Ważnym aspektem matczynej troski jest jednak w Egipcie coś zupełnie innego, od czego w dobie mleka z puszki już się odchodzi – karmienie piersią obcych dzieci. Był to przez wiele wieków powszechnie praktykowany zwyczaj; w przypadku, gdy rodzona matka nie miała dość pokarmu, aby wykarmić swoje dziecko, wyręczała ją inna kobieta, która mleka miała dość dla swoich i cudzych dzieci. Między dziećmi powstawało tak zwane „mleczne” pokrewieństwo. Zazwyczaj o mamkę nie było trudno – wystarczyło szepnąć słówko tej czy innej sąsiadce. Obecnie liczba „mlecznych dzieci” w Egipcie jest znacznie niższa niż kilka dekad temu, jednak w ubogich dzielnicach Kairu czy innych miast zwyczaj ten bywa nadal praktykowany.

Egipska mama nie ustaje w trosce o dzieci, kiedy te dorastają. Co istotne, to ona dba o ważny kulturowo i religijnie element codzienności: uczy je modlitwy. Egipcjanie mówią, że matka jest pierwszym łącznikiem między człowiekiem i Allahem – i tak jest w istocie. Kilkuletnie dzieci uczą się skomplikowanego rytuału modlitewnego na kolanach matek. Jest to jedna z matczynych powinności, a zaniedbanie tego obowiązku jest nie tyle źle widziane, ile wręcz potępiane.

Egipska mama to osoba, która stanowi centrum domu i rodziny. To ona dba o wszystkich jej członków. To ona wstaje bladym świtem, by przygotować wszystkim dzieciom posiłek przed wyprawieniem ich do szkoły; troszczy się, aby po powrocie z lekcji czekał na dzieci gorący obiad. To ona wykonuje wszystkie domowe czynności, a przy tym znajduje czas dla każdego dziecka. Życie egipskich kobiet toczy się w większości przypadków w domach, nawet jeśli wykonują one pracę zawodową – to rola mamy jest najważniejsza. Egipska matka to oaza bezpieczeństwa na pustyni życia. Do jej łona tulą się dorosłe córki przed dniem ślubu, płacząc, że odchodzą z domu. Nad jej policzkiem pochylają się synowie, idąc prosić o rękę kandydatki na żony. Mama w Egipcie nie krzyczy, najwyżej upomina. Od podnoszenia głosu (i niekiedy ręki) jest ojciec. Na ogół szacunek do matki jest tak wielki, że wystarczy upomnienie, rozmowa, prośba, aby dziecko przestawało psocić lub, w starszym wieku, zachowywać się nieodpowiednio. Mama jest zazwyczaj łagodna, ale stanowcza, egzekwuje swoją wolę w zdumiewająco skuteczny sposób. Zwykle nawet dorosłe dzieci liczą się z jej zdaniem – co powie mama, to jest „święte”.

Matka-swatka

W wielu przypadkach w rolę mamy wpisana jest troska o wybór odpowiednich partnerów życiowych swoich dzieci. W XXI wieku o małżeństwach w Egipcie nadal decydują rodzice, jakkolwiek dzieci mają prawo nie zgodzić się na proponowanego kandydata czy kandydatkę. Wybór ten wiąże się z ogromną odpowiedzialnością, gdyż należy go dokonać mądrze, aby nie skrzywdzić i unieszczęśliwić własnego dziecka – kobiety długo poszukują więc na rynku matrymonialnym odpowiedniej osoby dla swojego dziecka. Jakkolwiek zdarza się coraz częściej, że synowie sami dokonują wyboru (który musi być oczywiście zatwierdzony przez rodziców przyszłej narzeczonej), o tyle małżeństwo córek nadal jest aranżowane przez rodziców i to właśnie matka posiada tu decydujący głos. Jeśli kandydat na zięcia nie spełni jej oczekiwań, nie ma co liczyć na szczęśliwy finał. W tym aspekcie matka bywa czasem bezlitosna i nawet łzy córki nie pomogą, jeśli rodzicielka stwierdzi, że potencjalny narzeczony nie przypadł jej do gustu. Na ogół pod uwagę brany jest przede wszystkim status materialny mężczyzny, ale także jego cechy charakteru.

Kontraktowe mamy

Na początku trzeciego tysiąclecia młodzi egipscy mężczyźni zaczęli znajdować zatrudnienie w prężnie rozwijających się krajach Półwyspu Arabskiego; bardzo wielu z nich udawało się tam na kilkuletnie kontrakty. Duża część została i osiedliła się w Emiratach Arabskich, Katarze czy Arabii Saudyjskiej. We wczesnych latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia w podobnej sytuacji znalazło się wiele egipskich kobiet, które do tej pory pracowały zawodowo; one jednak podróżowały w kierunku zachodnim – do Libii. W początkach rządów Kadafiego Libia przeżywała boom gospodarczy, przy czym brakowało tam różnego rodzaju specjalistów, w tym z sektora służby zdrowia (nota bene, zatrudnienie w tym kraju znalazła spora grupa polskich lekarzy specjalistów). Jeśli chodzi o Egipt, swą „zieloną kartę” otrzymały głównie pielęgniarki, lekarki o różnych specjalizacjach, oraz farmaceutki. Owe „kontraktowe mamy” wyjeżdżały na rok, zostawiając dzieci pod opieką mężów i swoich matek (oraz teściowych); dopiero po 12 miesiącach mogły sprowadzić do siebie rodzinę. Było to swoiste poświęcenie egipskich mam, które w imię poprawy sytuacji materialnej godziły się na długą rozłąkę ze swoimi dziećmi. Wiele egipskich rodzin w tym czasie żyło w ubóstwie, a szansę wyjazdu żony na kontrakt uważano za mannę z nieba. Mamy opowiadające o swym pierwszym roku pobytu w Libii mają zazwyczaj zamglone, nieobecne spojrzenie. I nic dziwnego, szczególnie w przypadku tych, które zostawiały wówczas malutkie dzieci. Dla kobiety, która swoje dziecko nosi na rękach, w chuście, a potem na biodrze przez większą część dnia, rozłąka z nim stanowi niemal fizyczne cierpienie. Niemniej po roku tęsknoty rodzina najczęściej zamieszkiwała razem w Libii do końca kontraktu, zaś dowodem na silne rodzinne więzi jest całkiem przyzwoity odsetek egipskich dzieci urodzonych w Libii w połowie lat osiemdziesiątych.

Egipskie mamy bardzo często żartują, że oprócz małych dzieci mają jeszcze jedno dorosłe – mowa tu oczywiście o mężu. Na głowie egipskiej mamy spoczywa większość domowych obowiązków, z obsługą męża włącznie. Fot.: VIRIN / www.incirlik.af.mil

 

Na straży domowego ogniska

Egipska mama to strażniczki domowego ogniska. Choć panuje powszechne przekonanie, że w islamie to mężczyzna wiedzie prym, tak naprawdę osią każdego domu jest kobieta. Jej pozycja jako matki rodziny jest niepodważalna, a szacunek do niej wpajany jest dzieciom od najmłodszych lat. Na ogół jest to mama wielodzietna, która każdemu dziecku oddaje całą siebie. Egipska mama to czarodziejka – potrafi wyczarować czas dla wszystkich, chociaż przytłoczona jest obowiązkami nie mającymi końca. Pomiędzy zakupami, praniem i gotowaniem wysłucha problemów każdego dziecka, przytuli, doradzi, czasami zgani, a wszystko to z dobrotliwym uśmiechem na ustach. Jeżeli gdzieś na świecie dzieci mogą liczyć na prawdziwą matczyną miłość i troskę, to właśnie w Egipcie. Tam macierzyństwo to prawdziwa instytucja. Czy będzie to młoda mama z maluszkiem przytroczonym do biodra, czy czekająca pod szkołą na swoje pociechy, czy wreszcie dojrzała matrona wysłuchująca trosk i problemów swoich dorosłych potomków, będzie niezłomnie trwać w swojej roli, która jest rolą życiową. Bez najmniejszego wstydu powie, że jej powołaniem jako kobiety jest być mamą. Dopiero potem może być kimś innym. Najważniejszy dla egipskiej mamy jest dom – a dom to mąż i dzieci. Nic nie jest ważniejsze dla egipskiej mamy niż dobro najbliższych. Taka właśnie jest – pełna matczynego ciepła, dająca bezkresne poczucie bezpieczeństwa.

I, co ciekawe, w języku arabskim słowo „mama” brzmi tak samo jak w naszym.

Posted on

Jeansy, dżinsy. Wcale nie z USA!

Po bliższym zapoznaniu się z historią niebieskiego materiału okazuje się, że dżinsy wcale nie są wynalazkiem amerykańskim. Wymyślono je bowiem jakieś 500 lat temu w śródziemnomorskim – a dokładniej liguryjskim – mieście Genua. Ten włoski port, zwany przez ówczesnych miejscowych Genoa, przez Francuzów z pobliskiej Prowansji określany był jako Gênes. Nie trzeba wyczucia językoznawcy, by zorientować się, że nazwa blue jeans to przekręcony francuski termin bleu de Gênes (błękit Genui).

Wiele fabryk płótna dżinsowego szybko otworzono także za pobliską granicą francuską, szczególnie w miejscowości Nîmes. Od tego toponimu wywodzi się równie popularne słowo “denim” (de Nîmes, czyli dosłownie “z Nîmes, pochodzący z Nîmes”). Do tego oksytańskiego miasta genueńczycy w ogromnych ilościach dostarczali wymyślony przez siebie piękny błękitny barwnik.

Ciekawostką jest także fakt, że podobno genueńscy marynarze – ci sami, którzy pływali z Krzysztofem Kolumbem – bardzo lubili nosić wytrzymałe, niebieskie spodnie uszyte z bawełnianego materiału. O Kolumbie mówi się nawet zresztą, że jego okręty miały żagle z dżinsowego płótna.

Posted on

Roberto Salvadori, Moja Florencja

Moja Florencja to krótki szkic o mieście zapamiętanym z dzieciństwa. Zgodnie z zainteresowaniami Salvadoriego, sporo tu architektury i rozważań estetycznych – bardzo ciekawych, bo innych od tych, do których przyzwyczaiły nas popularne książki o Florencji. Zamiast blasku renesansu mamy tu raczej faszystowską bryłę, place, które matce autora przypominały obrazy De Chirica oraz stare, czarno-białe fotografie, które zastępują reprodukcje barwnych płócien Odrodzenia.

Roberto Salvadori ma charakterystyczny styl, który bardzo lubię. Nie jest on nadmiernie liryczny; raczej, jak często we włoskiej prozie bywa, odrobinę chłodny, rzeczowy. Chłód i rzeczowość nie wykluczają jednak podskórnej pasji i mozaiki uczuć, które raz po raz, w jakimś na pierwszy rzut oka niepozornym wersie, dochodzą do głosu jasno i wyraźnie.

Książkę Moja Florencja kupić można tutaj.

Spojrzenie na stolicę Toskanii niepozbawione jest nostalgii; mimo to, na pierwszy plan wybija się całkowity brak złudzeń w odniesieniu do florenckiej rzeczywistości. Salvadori mówi o niej, że nadal istnieje, daje się podziwiać naszym oczom,  jednak dla niego jest martwa, jak kamienne ciało, z którego dusza się ulotniła. Czy sprawiły to tłumy turystów, które zagarniają miasto dla siebie? A może fakt, że kojarzony z Florencją niedościgniony, drastycznie doskonały wzór piękna dla dzisiejszego florentyńczyka stanowi przede wszystkim ciężar? Może najbardziej winny jest brak widoku na Viale Milton, pociągowych szyn i babki, która karmiła małego Roberta starymi herbatnikami z metalowej puszki? Zapewne wszystko po trochu. To przecież jego Florencja, którą zapamiętał, naszkicował, ale nieuchronnie, jako człowiek dorosły, na zawsze opuścił.

 

Roberto Salvadori, Moja Florencja, tłumaczyły Halina Kralowa i Katarzyna Skórska, Austeria, Kraków 2019
Posted on

Adam Wodnicki, Szuadit

Króciutka książeczka Adama Wodnickiego (pierwotna wersja tekstu ukazała się w Notatkach z Prowansji) opowiada o wymarłym języku romańskim: żydowsko-prowansalskim, znanym na południu Francji od XI wieku. Autor pokrótce przedstawia historię szuadit, w tym jego agonię i koniec; przytacza też związane z nim lokalne legendy, jak choćby tę, która dała początek majowemu świętu Trzech Świętych Marii, obchodzonemu 24 dnia miesiąca.

Według podań, gdy na rozkaz Heroda w Jerozolimie rozpoczęły się prześladowania pierwszych chrześcijan, uwięziono Marię Magdalenę, Marię – matkę Jakuba Młodszego oraz Marię Salomeę – matkę apostoła Jana. Wraz z nimi pojmano także, między innymi, Martę i Łazarza, Józefa z Arymatei oraz służebnicę trzech Marii, niejaką Sarę. Skrępowano ich sznurami i, w pięknym porcie w Jaffo, wsadzono na barkę bez żagli, która miała ponieść ich ku nieuchronnej śmierci. Po długim dryfowaniu, łódź wylądowała jednak bezpiecznie w delcie Rodanu, tam, gdzie dziś na urlopowiczów czeka kąpielisko Les-Saintes-Maries-de-la-Mer (dosłownie: Święte-Marie-z-Morza). Rozbitkowie dali początek wspólnotom żydowskim w Prowansji, zaś pomocnica Sara obrana została świętą patronką Cyganów. W jej święto, 24 maja, nie uznawane zresztą przez Watykan, do Les-Saintes-Maries-de-la-Mer zjeżdżają corocznie cygańskie tabory z Francji, Hiszpanii i innych krajów. Romowie koczują na plaży, paląc ogniska i muzykując, a następnego poranka, z figurą ukochanej świętej na ramionach, wchodzą daleko w fale, śpiewając i modląc się.

Słowa, słowa… Nasi sprzymierzeńcy, świadkowie, sędziowie; żyjemy z nimi, obok nich, widzimy, jak się rodzą, jak żyją, jak umierają. Jedne, choć czas ich minął, opierają się, walczą o przetrwanie, inne odchodzą cicho, niezauważenie. Ileż słów odprowadziliśmy na zawsze, ile pogrzebaliśmy na cmentarzyskach ¬pamięci. Słów, które umarły, nie da się przywrócić do życia, można je tylko opłakiwać. Ale cudem i tajemnicą jest to, że w ich miejsce rodzą się nowe. Prawdziwym dramatem jest śmierć języka, bo razem z nim w otchłań niepamięci zapada część naszej tożsamości, naszej historii, nas samych. Płacząc nad taką śmiercią, opłakujemy własne przemijanie. (fragment książki)

 

Francusko-żydowskich opowieści jest w Szuadit więcej; ich gwiazdą w miarę upływu stron staje się prowansalski poeta Frédéric Mistral, dążący do odnowy kulturowego dziedzictwa regionu. W 1904 roku uhonorowano go Nagrodą Nobla. Mistral walczył o odrodzenie rozbitego na wiele odmian dialektalnych języka oksytańskiego; wśród nich znajdował się oczywiście szuadit. Niestety jego starania przyniosły rezultaty tylko na krótką metę. Ostatnim użytkownikiem dialektu wydaje się być pisarz Armand Lunel, zmarły w 1977 roku. I tak oto dziś o szuadit i uciekinierach z Jaffo przypomina nam w swym króciutkim szkicu krakowski profesor, ocalając ich od zupełnego zapomnienia.

 

Adam Wodnicki, Szuadit, Austeria, Kraków 2019
Posted on

Lemuria albo Lemuralia

W tych dniach miały zapewne miejsce pewne obrzędy państwowe: wiemy na przykład, że westalki przygotowywały wówczas specjalne ciasto z solonej mąki wytwarzanej z pierwszej, młodej pszenicy – mola salsa. Najważniejsze celebracje związane ze świętem Lemuraliów odbywały się jednak w poszczególnych gospodarstwach domowych, nocą.

His redimo meque meosque fabis

Ojciec rodziny przechodził przez wszystkie izby, odpędzając złe duchy; następnie wychodził boso na dwór i, umywszy ręce w źródlanej wodzie, bez odwracania głowy, rzucał za siebie ziarna grochu lub bobu. Dziewięciokrotnie wypowiadał przy tym formułę: “przez ten bób wykupuję siebie i swoich” (His redimo meque meosque fabis). Następnie odpukiwał w metalowy garnek lub miednicę i prosił duchy, by opuściły jego dom.

Do dziś nadejście prawdziwej wiosny rzymianie rozpoznają po tym, że wszyscy zaczynają zajadać się bobem. Fava e pecorino to dziś ulubione danie piknikowe mieszkańców włoskiej stolicy

 

Dzień po Lemuraliach odbywały się tzw. ofiary argejskie (Argei lub sacra Argeorum). Składano wówczas bogom dar z życia ludzkiego – zapewne na pamiątkę 27 Greków pochodzących z Argei, straconych w III w.p.n.e. na mocy wyroków ksiąg sybillińskich. Niektóre źródła podają zaś, że zwyczaj pochodził z jeszcze bardziej zamierzchłych czasów, kiedy wszystkich ludzi powyżej 60 roku życia uważano za sędziwych starców i wrzucano do Tybru. Ofiarami rytuału stawali się najczęściej przestępcy i niewolnicy; w pewnym momencie Rzymianie zastąpili ich słomianymi kukłami ciskanymi do rzeki.

Rzymski Panteon

 

W maju za mąż wychodzą złe dziewczęta

Podczas Lemuraliów zamknięte były wszystkie świątynie; nie wolno także było zawierać związków małżeńskich. W konsekwencji za pechowy i nieodpowiedni dla ożenku uważano w zasadzie cały miesiąc; powstało nawet powiedzenie Mense Maio malae nubunt (“W maju za mąż wychodzą złe dziewczęta”).

W 609 lub 610 roku, 13 maja, a więc ostatniego dnia Lemuriów, papież Bonifacy IV poświęcił pogańską świątynię wszystkich bogów – Panteon w Rzymie. Ustanowiony tam kościół oddany jest odtąd pod opiekę Najświętszej Marii Panny od Męczenników (Sanctae Mariae ad Martyres). Święto Lemuraliów z czasem przemianowano na Dzień Wszystkich Świętych i przeniesiono na 1 listopada, kiedy Celtowie obchodzili Samhain. W 835 roku papież Grzegorz IV oficjalnie wprowadził obchodzenie uroczystości na jesieni.

Posted on

Tymianek – nie tylko dla odważnych

Cenili go już Egipcjanie, wykorzystując do balsamowania zwłok. W swych dialogach wspominał o nim Platon – Grecy chętnie stosowali zioło do kąpieli i aromatyzowania pomieszczeń; uważali je także za remedium na problemy z drogami moczowymi. Rzymianie przyprawiali nim sery i likiery. Wierzyli też, że stanowi doskonałe antidotum na większość trucizn.

Etymologia nazwy tej rośliny jest niepewna. Według wielu badaczy słowo “tymianek” pochodzi od greckiego “thymon” (“odważny”), co tłumaczyłoby wiarę w to, że może być lekiem na nieśmiałość. W starożytności uważano wszakże, że tymianek dodaje odwagi i pewności siebie, a jeszcze w średniowieczu damy wręczały jego gałązki rycerzom udającym się na wojnę. Inni twierdzą, że nazwa zioła wywodzi się od rzeczownika “thumos” czyli “dym”. Rzeczywiście chętnie używano go do okadzania świątyń, domów i budynków użyteczności publicznej, wierząc, że pomaga pozbyć się złych mocy.

Do Polski tymianek, zwany także macierzanką, przywędrował w czasach królowej Bony, przywieziony zapewne przez włoskich zakonników.

Posted on

Twoja, aż do śmierci. Maja Francisca Goi

Wyobraź sobie, że wpadła na pomysł, bym jej uszminkował usta – tak o kolejnej modelce pisał w liście do przyjaciela Francisco Goya, nadworny malarz Burbonów i ulubieniec arystokracji. Nieobyczajna poza, śmiałe, wręcz bezczelne i prowokujące spojrzenie – o nie, jeszcze nigdy rozebrana piękność nie wabiła w ten sposób. Zazwyczaj spuszczała cnotliwie wzrok, podążając myślami jakby w zupełnie innym kierunku. A ta poza! Nieskazitelne alabastrowe ciało, jakby od niechcenia przeciągające się leniwie na jedwabnych poduszkach, a w dodatku – ręce swobodnie założone za głowę. Co więcej, po raz pierwszy w sztuce zachodnioeuropejskiej artysta odważył się namalować kobiece włosy łonowe… Tego już za wiele! Obraz z miejsca uznano za pornografię, a w 1814 roku Goya został wezwany do złożenia wyjaśnień przed hiszpańską inkwizycją. Przebieg procesu nie jest znany; wiadomo jednak, że malarz nie został uwięziony.

Co prawda, obok nieprzyzwoitego aktu, powstał też wizerunek tej samej kobiety odzianej w przylegającą do ciała białą suknię, jednak tak szczelnie oblepia ona wydatny biust, nogi i łono, że nie pozostawia żadnego pola dla wyobraźni. Za to rodzi pytania: kim jest ta gorsząca zmysły, nieprzyzwoita kobieta? Spekulacji pojawiało się co niemiara: jedni widzieli w niej charyzmatyczną królową Marię Ludwikę, inni – najpiękniejszą kobietę epoki i niespełnioną miłość Goi, księżną de Alba, którą miał sportretować w wersji publicznej (ubraną) i prywatnej (nagą). Rodzina de Alba jeszcze w latach ’40 XX wieku walczyła z tym, jak to określano, pomówieniem – zdecydowano nawet o ekshumacji księżnej w celu porównania budowy jej szkieletu z ciałem pokazanym na obrazie. Jak łatwo się domyślić, nie przyniosło to wymiernych rezultatów.

Maja desnuda, Muzeum Prado w Madrycie
Maja desnuda, Muzeum Prado w Madrycie

 

Tytuł pracy, który wcale nie musi być imieniem ani pseudonimem modelki, nakazuje szukać jej wśród ślicznotek z ludu – terminem majas (czyt. “mahas”) określano młode dziewczęta z niższych warstw społecznych, które, aby wziąć udział w festynach i lokalnych zabawach, przywdziewały stroje narodowe, takie jak mantylki zakrywające włosy i ramiona czy szarfy przepasające długie suknie. Wbrew ówcześnie panującej modzie, faworyzującej wzorce francuskie i angielskie, ich swobodnie opadająca koafiura sprawiała wrażenie niedbałości; mawiano wręcz, że nigdy nie używają grzebienia. To wszystko niknie jednak, gdy spojrzymy bliżej na sylwetkę zamawiającego. To w niej, najprawdopodobniej, tkwi odpowiedź; tłumaczy także, dlaczego Goya nie został uwięziony przez inkwizycję. Zleceniodawcą malowideł, jak się zdaje, był ktoś blisko powiązany z władzami katolickiej Hiszpanii…

Manuel Godoy, w którego inwentarzu, w listopadzie 1814 roku, znaleziono dwa obrazy Goi określone wspólnym tytułem Cyganki, pełnił obowiązki oficera gwardii królewskiej. Był zręcznym politykiem, a z czasem dyktatorem kraju obsypanym wszelkimi dobrami, zaszczytami i tytułami. Ambitny, pracowity i bezwzględny; w dodatku libertyn, rozpustnik i bigamista. O jego temperamencie krążyły legendy – kler zarzucał mu deprawację Hiszpanek ze wszystkich klas społecznych, włączając w to samą królową. Największe oburzenie wzbudzał wieloletni konkubinat Godoya z Pepitą (Josefą) Tudó, czarnowłosą pięknością o odważnym spojrzeniu. Bynajmniej nie była ona kobietą lekkich obyczajów, jaką chcieli w niej widzieć ówcześni strażnicy moralności, a córką gubernatora madryckiego Parku Retiro, z czasem hrabiną de Castillo Fiel i damą dworu Marii Ludwiki. Kobietą wykształconą w duchu oświecenia i obytą towarzysko, zachęcającą kochanka do lektury poezji, wizyt w teatrze i operze. Łączyła ją z Godoyem wieloletnia namiętność, miłość, przyjaźń i przywiązanie, niesłabnące pomimo upływu czasu i perturbacji życiowych. Królowa Maria Ludwika, sama zainteresowana politykiem, liczyła na odciągnięcie jego uwagi od Pepity poprzez zmuszenie do małżeństwa z Marią Teresą Burbon. W kolejnych latach Godoy utracił władzę, został zesłany za granicę; Pepicie nakazano wyjazd do Pizy, a następnie Genui. Opuszczeni przez wszystkich, pozostali wierni jedynie sobie. Ich ożywiona korespondencja do samego końca pełna jest wyrazów czułości i oddania: Pepita wszystkie listy do ukochanego kończyła słowami „Twoja kochająca przyjaciółka” oraz „cała Twoja, aż do śmierci”. Tudó zmarła w 1869 w swoim madryckim mieszkaniu przy ulicy Fuencarral w dość dramatycznych okolicznościach – jej szata zajęła się ogniem z paleniska. Miała 90 lat, została pochowana na cmentarzu św. Izydora w Madrycie. Czy była Mają, ślicznotką z obrazów Goi? Tego już pewnie nigdy się nie dowiemy.

 

Zdjęcie główne: Maja desnuda, Muzeum Prado w Madrycie

 

Hiszpania wiosną pachnie kwiatem gorzkiej pomarańczy… Olejek neroli w pięknym kryształowym flakonie kupisz w sklepie Lente (tutaj)

Posted on

Gerald Durrell, Trylogia z Korfu

Książka Geralda Durrella Moja rodzina i inne zwierzęta – stare wydanie, opublikowane przed laty bodajże przez Prószyńskiego  – leżała na mojej półce od dawna. Sięgnęłam po nią nawet raz czy drugi, ale nigdy nie przeczytałam więcej niż kilka stron. Może dlatego, że zawsze bardziej interesowała mnie botanika niż zoologia, a może dlatego, że, jak mawiali starożytni, habent sua fata libelli. Większość z nich wcale nieprzypadkowo czeka na swój moment, kiedy jesteśmy już gotowi do lektury i lekcji, jakiej chcą nam udzielić.

W 2016 roku na podstawie książek Geralda Durrella powstał brytyjski serial telewizyjny

W odosobnieniu, gdy czas zdaje się płynąć wolniej, a zmysły tęsknią za pieszczotą południowego słońca, wreszcie przewracam kartki opowieści Durrella z przyjemnością. Jak tysiące czytelników przede mną, poznaję losy brytyjskiej rodziny, która w latach ’30 ubiegłego wieku decyduje się porzucić Zjednoczone Królestwo i rozpocząć nowe życie na greckiej wyspie Korfu. Ich perypetie przedstawia nam najmłodszy z czwórki rodzeństwa, Gerry – wówczas niesforny dziesięciolatek, zafascynowany egzotyczną fauną gorącej Hellady; później słynny zoolog i propagator wiedzy przyrodniczej, a przy okazji brat słynnego powieściopisarza Lawrence’a Durrella, który, naturalnie, również występuje na kartach trylogii. Przygody Durrellów rozgrywają się w cieniu oliwnych gajów, ale nie tylko: w centrum opowieści Gerry’ego pozostają bowiem zwierzęta, których świat poznaje niestrudzenie przez cały pobyt na wyspie. Rozległe opisy zwyczajów lokalnych żuków, ślimaków, skorpionów czy pająków kiedyś zapewne zanudziłyby mnie na śmierć; dziś rozkoszowałam się zdobywaną wiedzą z dziedziny, o której nie mam pojęcia, i zachwycałam mądrością świata, którą w ostatnich dziesięcioleciach tak bardzo przez nas ucierpiał.

Wydawnictwo Noir Sur Blanc opublikowało niedawno dwie pierwsze części Trylogii z Korfu; niebawem dołączy do nich trzeci tom

Uważny i świadomy czytelnik  z całą pewnością nie oprze się refleksji, że i tej historii, rozgrywającej się blisko sto lat temu, daleko do sielanki, którą zdaje się być na pierwszy rzut oka. Nie zawsze zachwyca stosunek Brytyjczyków do mieszkańców wyspy, dziwi zupełny brak zainteresowania niektórych członków rodziny wobec miejscowej kultury, uwierają niektóre metody, którymi wiedzę o zwierzętach zdobywa mały badacz. Czy fakt, że autor zdaje się tych spraw zupełnie nieświadomy, powinien zaważyć na naszej ocenie trylogii? W moim przypadku tak się nie stało; zaprowadziło raczej do wnikliwszej oceny własnego stosunku do ukochanego regionu, do innych narodowości i do przyrody. To chyba właśnie ta lekcja, którą chciał mi dać Durrell i jego libelli.

Gerald Durrell, Trylogia z Korfu, tłumaczyła Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Noir sur Blanc, Warszawa 2019 i 2020
Posted on

Zagrzebskie Muzeum Zerwanych Więzi

Kompulsywne zakupy, topienie smutków w alkoholu czy inne tego typu przyziemne aktywności nie wydały się artystom pomocne w momencie przechodzenia przez życiową próbę. Wymyślili więc Muzeum Zerwanych Więzi – symboliczną przestrzeń, w której kolekcjonują historie i przedmioty związane z trudnymi emocjami. Dawni życiowi partnerzy stali się wspólnikami w projekcie wyróżnionym w 2011 roku nagrodą EMYA im. Kennetha Hudsona za innowacyjność i odwagę w tworzeniu nowego obiektu kultury.

Artystom zależało na tym, aby pokazać, jak poprzez działania kreatywne przezwyciężać życiowe kryzysy. W tym celu zebrali imponującą kolekcję przedmiotów – niemych świadków relacji między ludźmi. Na stronie muzeum znajdziemy interaktywną mapę pokazującą pochodzenie tychże przedmiotów wraz z ich krótką historią. Twórcy projektu zachęcają do dzielenia się swoimi przeżyciami i udostępniania pamiątek po zerwanych relacjach. Samo muzeum prezentuje wszystkie te przedmioty wraz ze stosownym opisem.

Przyznam, że kiedy wybierałam się do Muzeum Zerwanych Więzi, spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Nie znałam genezy jego powstania, a ponieważ podróżując po Bałkanach nastawiałam się na poznawanie i zgłębianie najnowszej historii, oczekiwałam relacji związanych z wojną w byłej Jugosławii i dramatami ludzi, którzy tracą bliskich. I te historie także w tym muzeum znalazłam – wśród osób, które zdecydowały się opowiedzieć o swoich rozstaniach, znalazły się także ofiary ostatniej wojny.

Fot.: Patty Ho / Flickr
Muzeum i jego strona internetowa to rodzaj empatycznej podróży, która przybliża nam to, co sami znamy, a o czym chcielibyśmy zapomnieć. Fot.: Patty Ho / Flickr, CC BY 2.0

 

Ku mojemu zdziwieniu odkryłam też bardzo wiele opowieści, pod którymi każdy z nas mógłby się podpisać. Nie mają one tak dramatycznego przebiegu jak te, których doświadczali mieszkańcy regionu; nie znaczy to jednak, że nie były bolesne. Mamy więc historię utraty więzi matki i syna,  dwójki przyjaciół i, oczywiście, pary kochanków. Każda z nich przedstawiona oryginalnie, wciągająco, czasem zabawnie.

Podchodzę do gabloty, w której widnieje wałek do ciasta. Wyobraźnia podpowiada mi stereotypowy obraz żony czekającej na męża wracającego w środku nocy po mocno zakrapianej imprezie. Tymczasem opis przy wałku mówi coś innego… To rzecz podarowana muzeum przez pewnego syna, który tęskni za smakami dzieciństwa i za szczęśliwymi chwilami, które spędzał w kuchni z ukochaną matką. Po stracie matki syn postanowił podarować wałek autorom kolekcji w Zagrzebiu.

Inny obraz: przede mną czerwona sukienka, którą pewna panna młoda kupiła na swój ślub. Opis przy kreacji nie pozostawia złudzeń: inwestycja nie okazała się trafiona. Panna młoda pisze, że wiele było słów, mało czynów; za wszystko zapłaciła ona. I za suknię, i za zobowiązania kredytowe niedoszłego małżonka.

Dalej mamy ozdobny pojemnik na lekarstwa opatrzony komentarzem: „Wspólny biznes zakończył się miłością. Ani jedno, ani drugie nie przetrwało.” Jest też zdjęcie rutera, który miał umożliwić regularny kontakt internetowy. Niedoszli kochankowie twierdzą, że okazał się niekompatybilny, a uczucie w „naturalny” sposób umarło.

Przy wyjściu z muzeum można kupić wiele gadżetów ułatwiających rozstanie: gumkę wymazująca złe wspomnienia, czekoladę i wino na poprawę humoru.

 

Muzeum Zerwanych Więzi, Zagrzeb, ul. Ćirilometodska 2

 

Posted on

#Iorestoacasa

Magnolie na tarasie Instytutu Europejskiego we Florencji zakwitły wyjątkowo wcześnie. Światło na początku lutego wyglądało jak na włoskich obrazach, a ja nadchodzącą wiosnę wyobrażałem sobie jak u Botticellego. Karnawał trwał w najlepsze. Zwyczajowo spotykaliśmy się z przyjaciółmi na aperitivo, by przy winie dyskutować o polityce, kulturze i książkach. Wirus pojawiał się w rozmowach, ale fizycznie wciąż był w dalekich stronach.

W ostatnią sobotę karnawału we Włoszech zmarła pierwsza osoba. Na ulicach wciąż leżało confetti przypominające o wieczornej zabawie. Powoli rozstawiano na nim namioty sanitarne. Ich sterylność mocno kontrastowała z odcieniem renesansowych kamienic. Czuć było pierwsze poruszenie. Włosi wykupili prawie cały makaron. Na półkach pozostał tylko jeden rodzaj. Mówi się, że nawet w czasach kataklizmu Włosi nie tkną gładkich penne. Przynajmniej producenci zaoszczędzili miliony na badaniach konsumenckich. Stosunkowo mało było informacji o tym, jak wirus się przenosi i które objawy mogą zwiastować coś więcej, niż zwykłe przeziębienie. Europa dowiadywała się tego przecież razem z Włochami.

Zamknięto szkoły, ale teatry i muzea jeszcze funkcjonowały normalnie. W operze, na ostatnim, jak się dzień później okazało, spektaklu, nerwowo dezynfekowałem dłonie podczas antraktu, podobnie jak inni, nieliczni już widzowie, głównie obcokrajowcy. W trakcie przedstawienia nikt nawet nie odważył się kaszlnąć lub kichnąć. Pomyślałem, że są jednak jakieś efekty wychowawcze epidemii, po czym skarciłem się za to w myślach. Niestety, większa część sali była pusta.

Społeczny dystans między Włochami jest teraz taki jak u nas, w Polsce

Wszędzie należało zachować odpowiednią odległość od drugiego człowieka. Rozmowy w sklepie zaczynały się od przestrogi: pamiętaj, jeden metr odstępu! Włosi wypowiadali ją jednak życzliwie, jakby chcieli ukryć niezręczność sytuacji i wytłumaczyć się z niepodanej dłoni, nieucałowanego policzka lub niepoklepanego ramienia – gestów tak dla nich ważnych. Niektórzy żartowali, że teraz ich kulturowy dystans społeczny jest taki jak mój; ten, który przywiozłem z Polski.

O planowanym zamknięciu północnych Włoch dowiedziałem się od przyjaciółki, która tego wieczoru próbowała wrócić z Mediolanu do Florencji. Tysiące ludzi szturmowały Stazione Garibaldi, główny dworzec Mediolanu, by dostać się na południe kraju jeszcze przed wejściem w życie nowego prawa. Zakazywało ono przemieszczenia się poza własną gminę. Fuga da Milano (“Ucieczka z Mediolanu”) określana była przez media jako wielki akt nieodpowiedzialności Włochów. Jakby krytykujący zapomnieli albo nie chcieli pamiętać, że w Mediolanie, jednym z najdroższych miast włoskich, wielu przyjezdnych z biedniejszego Południa pracuje albo całkiem na czarno, albo na umowach śmieciowych. Zostanie w Lombardii oznaczałoby dla nich brak możliwości przeżycia i utrzymania się przez kilka niepewnych tygodni. Być może ich decyzja o wyjeździe nie była aż tak nieracjonalna lub nieodpowiedzialna, jak niektórzy chcieliby ją widzieć?

Razem z częścią obcokrajowców obawialiśmy się tego, co może wydarzyć się dalej. Pamiętam, jak następnego dnia obudziło mnie nagranie odtwarzane z głośników. Męski głos za oknem powtarzał bezemocjonalnie to samo zdanie. Pomyślałem, że Florencja zostaje włączona do czerwonej strefy. Słownik elektroniczny mnie jednak uspokoił. Szło bowiem o “Dobrej jakości garnki w przystępnej cenie”.

Sąsiedzi najpierw kupili fortepian; dziś zaczęli grać na trąbce

Kilka godzin później premier Giuseppe Conte zgrabnie stwierdził, że nie ma już stref czerwonych i pomarańczowych, jest tylko jedna chroniona strefa, Italia. Oznaczało to zamknięcie całego kraju: 60-milionowego państwa członkowskiego UE. Pojawiły się wątpliwości: czy powinienem zostać, czy „uciekać” do Polski? Jeśli uciekać – to czy i kiedy będę mógł tu wrócić, by zabrać pozostawione rzeczy? Niektórzy znajomi zdecydowali się wyjechać od razu. Nie wszystkich zdążyłem nawet zobaczyć. Spieszyli się przed zamknięciem lotnisk. Ociągających się z wyjazdem żegnałem zaś z odległości, bez podania ręki. Nie wiedziałem, kiedy znowu ich zobaczę.

Fot. Bartosz Kwiecień

 

Wyjścia z domu z kompletem dokumentów stały się normalnością. Podczas jednego spaceru minęło mnie aż sześć radiowozów. Żaden z nich mnie nie zatrzymał, ale chyba tylko dlatego, że miałem przy sobie dobre alibi: mojego 10-letniego psa, który początkowo zdawał się nie zauważyć różnicy. Dopiero w drugim tygodniu izolacji z radością odkrył, że zostaję z nim w domu na stałe. Zaczął to więc uporczywie wykorzystywać, nie oglądając się, czy akurat siedzę na kanapie, czy przy komputerze. Codziennością stało się też noszenie maseczek. Niekiedy tylko z ruchów brwi widzę, że ktoś, mijając mnie, promiennie się do mnie uśmiecha. Zazwyczaj towarzyszy też temu pozdrowienie – tak, by podkreślić, że przechodzenie na drugą stronę spowodowane jest jedynie troską o wspólne zdrowie.

Czuję tu wspólnotę. Włosi wyszli na balkony, by razem śpiewać włoskie przeboje. Znajomi w internecie przesyłali sobie terminarz i repertuar kolejnych sąsiedzkich koncertów. Wszystko po to, by w tych trudnych momentach być razem. Moi sąsiedzi ewidentnie nie chcieli być gorsi i – zaraz na początku kwarantanny – kupili fortepian. Wniosło go czterech rosłych mężczyzn w rękawiczkach i maskach na twarzy. Niestety dziś usłyszałem u nich także trąbkę.

Jeszcze będzie pięknie, jeszcze będziemy… szczupli

Toskania jest stosunkowo mało dotknięta przez wirusa (do tej pory zmarły tu 842 osoby), ale z niepokojem spogląda się na Północ. Może to naiwne, ale na samym początku epidemii, by nie zwariować, postanowiłem zwracać uwagę głównie na pozytywne sytuacje. Mam świadomość skali problemu i wciąż nie umiem odnaleźć się w absurdalnej choreografii, którą wykonuje się na ulicach, by zachować wymagany odstęp. Nie widzę jednak wrogości. Strach zamienił się w solidarność, nie w agresję. W wielu oknach pojawiły się włoskie flagi oraz transparenty z napisem Andrà tutto bene (“Wszystko będzie dobrze”). Są też takie z żartobliwą wersją: “Wszyscy będziemy jeszcze szczupli”.

Magnolie już przekwitły. We Włoszech wyzdrowiało ponad 75 tysięcy ludzi, a liczba nowych zachorowań powoli spada. Trudno powiedzieć, czy scenariusz, którym podążały Włochy, był najlepszym z możliwych i czy warto było brać z nich przykład. Nie sądzę, aby którykolwiek z krajów okazał się idealnie przygotowany na to, co się wydarzyło. Możliwe, że Włochy miały to nieszczęście, że były po prostu pierwsze w UE. Może inne państwa członkowskie powinny to docenić?

 

Zdjęcie główne: Pietro Luca Cassarino / Flickr, CC BY-SA 4.0
Posted on

Epidemie w literaturze śródziemnomorskiej

Wydaje się nam – i całkiem słusznie – że epidemia, która dotknęła współczesny świat, jest wydarzeniem doświadczającym nas w okrutny sposób. Musimy jednak pamiętać, że pandemie towarzyszą nam od zarania dziejów. Zarazy, które w ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat nawiedziły Europę, wielokrotnie opisywane były w tekstach literackich.

Zaraza Ateńska u Tukidydesa

W 430 roku p.n.e., a zatem tuż po wybuchu najdłuższej i najokrutniejszej w historii Hellady wojny zwanej peloponeską, w Atenach pojawiła się epidemia. Była to choroba, której nikt wcześniej nie znał, a która w ciągu bardzo krótkiego czasu zebrała żniwo obfitsze, niż wojna zdołała to uczynić przez 27 lat. Zaczęła się niespodziewanie, a Tukidydes sądził, że przybyła do Aten z Etiopii, nawiedzając po drodze Egipt i Libię. De facto zaraza ta nie ograniczyła się do samych Aten, zaatakowała bowiem całą Attykę, jednak to w mieście uczyniła najwięcej szkody – polis stanowiły wówczas największe skupiska ludności. Dodatkowym czynnikiem przyspieszającym rozprzestrzenianie się choroby był fakt, że spora część ludności Attyki schroniła się w tym czasie w mieście, aby uniknąć konsekwencji najazdu ze strony Spartan.

 

Nieznany i – jak dotąd – niezidentyfikowany wirus miał w Atenach znakomite pole do popisu. Tukidydes pisał więc, że zaraza ta przewyższała wszystko, co się da opisać. Wybuchała z niebywałą siłą. Gdy ktoś zachorował, nie było dla niego w zasadzie ratunku; zdrowieli nieliczni. Nie było też ponoć żadnego lekarstwa, którego zastosowanie zapewniałoby powrót do zdrowia – to, co pomagało jednym, szkodziło drugim. Pierwszym objawem choroby była gorączka i pieczenie oczu. Później dochodziły duszności i uporczywy kaszel, język puchł, utrudniając oddychanie. Wszyscy cierpieli przez wymioty i biegunkę, a gorączka prowadziła w końcu do śmierci – większość nieszczęśliwców umierała w siódmym lub dziewiątym dniu choroby. Jeśli ktoś przeżył, najczęściej musiał liczyć się z utratą jakiejś części ciała, gdyż, jak pisał Tukidydes, choroba rzucała się na genitalia, na palce rąk i nóg i powodowała utratę tych części ciała, u niektórych także i oczu.

Zaraza ta przewyższała wszystko, co się da opisać. Wybuchała z niebywałą siłą

Najbardziej znaną ofiarą tej epidemii był Perykles, wybitny ateński wódz i strateg. Sam Tukidydes również chorował, udało mu się jednak wyzdrowieć. Opisywał za to ogólne rozprężenie, jakie towarzyszyło tej strasznej zarazie. Ateńczycy bynajmniej nie zostawali w domu, ale wprost przeciwnie – w obliczu nieuniknionego używali życia jak nigdy wcześniej i nigdy później. Do codzienności należały libacje i orgie na ulicy, podobnie jak rabunki, napady, kradzieże i morderstwa. Na ulicach piętrzyły się ciała zmarłych – zaniedbano także święty obowiązek pogrzebu. Ateny wyszły z epidemii osłabione militarnie, politycznie i moralnie. Podczas zarazy zmarła ¼ ludności miasta. Można śmiało stwierdzić, że to właśnie nieznana choroba w głównej mierze przyczyniła się  do porażki Aten w wojnie peloponeskiej.

Paradoksem pozostaje fakt, że do dnia dzisiejszego nie ustalono, jaki wirus odpowiedzialny był za tak straszliwą epidemię. Uczeni na liście „podejrzanych” umieścili tyfus, dżumę płucną lub dymieniczą, szkarlatynę, grypę, ospę lub nawet dengę. Nie można też wykluczyć, że chodziło o kilka chorób naraz. Możliwe również, że wirus czy bakteria, które ją wywoływały, przetrwały do dzisiejszych czasów, ale uległy kolejnym mutacjom, które znacząco zmieniły ich działanie.

Czarna śmierć. Boccaccio, Manzoni, Camus

Dżuma zawitała na nasz kontynent w średniowieczu. Myli się jednak ten, kto sądzi, że dotarła do Europy dopiero w XIV wieku – obecna była już w Konstantynopolu za panowania Justyniana, a zatem w VI stuleciu. Nie wiadomo, skąd się tam wzięła, jednak przypuszcza się, że przybyła z Egiptu. „Dżuma Justyniana” stanowiła epidemię na niespotykaną wcześniej skalę – po Konstantynopolu zalała dosłownie całą Europę, Azję Centralną i Afrykę Północną. Najpierw spustoszyła portowe miasta, zabijając ludzi w takim tempie, że brakowało miejsc do pochówku. Według szacunków naukowców, w samym Konstantynopolu miało dziennie umierać nawet 5 tys. osób, zaś na całym świecie (czyli na starych kontynentach) życie straciło wówczas około 100 milionów ludzi. Wracała co pokolenie aż do roku 750, kiedy to dała ludziom odetchnąć na całe 600 lat.

 

Jej powrót w roku 1348, kiedy to na grzbietach szczurów wkroczyła triumfalnie do Italii, stanowił początek tzw. „czarnej śmierci” – najpotężniejszego i najstraszniejszego ataku dżumy w historii ludzkości. W niektórych rejonach zmniejszyła populację nawet o 80% i spowodowała daleko idące konsekwencje demograficzne, kulturowo-społeczne i polityczne. Symbolem dżumy stał się charakterystyczny ubiór ochronny, noszony w czasie epidemii przez lekarzy: z maską w kształcie dzioba, gdzie wkładano wonne olejki tłumiące fetor rozkładających się zwłok. W kanonie literatury zaraza zapisała się również, a to za sprawą Giovanniego Boccaccia. Pisarz podał ją jako przyczynę ucieczki do w willi poza miastem szlachetnie urodzonych florentyńczyków (7 panien i 3 młodzieńców), którzy przez kolejne dziesięć dni opowiadali sobie dla zabicia czasu rozmaite historie.

Chorzy mieli dwie możliwości – umrzeć lub wyzdrowieć

Boccaccio zaczyna swe dzieło od prologu, w którym zawarty jest wyczerpujący opis choroby i jej skutków – jakże podobny do opisu Tukidydesa: Choroba nie objawiała się u nas tak jak na Wschodzie, gdzie zwykłym znamieniem niechybnej śmierci był upływ krwi z nosa. Zaczynała się ona równie u mężczyzn, jak u kobiet od tego, że w pachwinach i pod pachą pojawiały się nabrzmienia, przyjmujące kształt jabłka albo jajka i zwane przez lud szyszkami. Wkrótce te śmiertelne opuchliny pojawiały się i na innych częściach ciała; od tej chwili zmieniał się charakter choroby: na rękach, biodrach i indziej występowały czarne albo sine plamy; u jednych były one wielkie i rzadkie, u drugich skupione i drobne. Na chorobę tę nie miała środka sztuka medyczna; bezsilni byli też wszyscy lekarze. Możliwą jest rzeczą, że przyrodzenie choroby już takim było, albo też, że lekarze nic nie wiedzieli. 

Dalej autor przechodzi do opisu rozpusty i upadku moralnego Florencji. Nietrudno sobie wyobrazić straszliwy obraz dżumy szalejącej po Toskanii, dziesiątkującej ludność, która w akcie rozpaczy zrywa się ku temu, co zakazane i niemoralne, by za chwilę ponieść okrutną śmierć w straszliwych męczarniach. Warto nadmienić, że podobnie jak Tukidydes, autor Dekameronu zdawał czytelnikom relację „z pierwszej ręki” – swe dzieło zaczął pisać w roku 1350, kiedy dżuma przeszła już z Italii na północ Europy, by dalej zbierać tam czarne żniwo. Możemy się tylko domyślać, jaki koszmar stał się udziałem średniowiecznej ludności, nie wyposażonej w szczepionki czy choćby jakiekolwiek skuteczne lekarstwa. Chorzy mieli dwie możliwości – umrzeć lub wyzdrowieć. Niestety w większości przypadała im ta pierwsza. Zapewne strach i cierpienie, jakie odczuwali mieszkańcy XIV-wiecznej Italii, były nieporównywalnie gorsze od tych, które są dziś udziałem naszego społeczeństwa.

Epidemia w Narzeczonych pełni swoistą funkcję Nemesis

Dżuma nawiedzała Europę przez kolejnych kilka stuleci, a na karty literatury zagościła ponownie w roku 1827 za sprawą Alessandra Manzoniego. Wybitny włoski pisarz nawiązał do niej w swej powieści Narzeczeni (I promessi sposi), której akcja rozgrywa się dwieście lat wcześniej. Autor opisuje epidemię dżumy mającej miejsce w Lombardii w roku 1630. Choroba została prawdopodobnie przywleczona przez oddziały francuskie i niemieckie, które rok wcześniej dotarły do Mantui. Jak to zwykle bywa, również i ta epidemia szła w parze z okrucieństwami wojny – tym razem wojny trzydziestoletniej – dodając swoją prywatną listę umarłych do ogółu populacji przeznaczonej na śmierć w wojennej zawierusze.

 

Manzoni koncentruje się przede wszystkim na odmalowaniu obrazu Mediolanu, zniszczonego w wyniku działań wojennych, zdziesiątkowanego przez epidemię. Okrucieństwo zarazy ukazał autor w sposób, który na zawsze wbija się w pamięć: oto widzimy matkę trzymającą w ramionach umierającą córkę. Twarz matki jest pełna bólu, rezygnacji, ale także bezradności, gdyż dotarło do niej, że wyrok na dziecko został wydany, a jednocześnie umysł wciąż się przeciwko niemu buntuje – pomimo świadomości, że nie ma przed nim ucieczki. Dżuma w wydaniu Manzoniego jest nie tyle okrutna, co napełniająca lękiem i smutkiem, przede wszystkim tym drugim. Co ciekawe, epidemia w Narzeczonych pełni też swoistą funkcję Nemesis – z jej ręki ginie antybohater powieści.

W odróżnieniu od Włochów Boccaccia i Manzoniego, urodzony w Algierii Albert Camus uczynił dżumę główną bohaterką swego dzieła. Ta wydana w 1947 roku powieść traktowana jest jako utwór o uniwersalnym charakterze, ponieważ wydarzenia rozgrywające się w Oranie odsyłają czytelnika do treści szerszych i bardziej refleksyjnych, takich jak ekspansja zła i skrajnie różne ludzkie postawy. La Peste to powieść paraboliczna, a odnosi się do zagadnień aktualnych w każdym miejscu i epoce. Wszystkie wydarzenia podporządkowane są, a jednocześnie wywołane przez tytułową zarazę (dżumę), którą można interpretować na różne sposoby: dosłownie jako epidemię, która zaatakowała Oran; przenośnie jako wojnę, która bywa postrzegana jako „dżuma”, „plaga”, „epidemia” ludzkości; wreszcie metafizycznie, jako zło tkwiące w człowieku. Utwór Camusa jest silnie związany z filozofią egzystencjalną; autor posłużył się pojemną metaforą epidemii śmiertelnej choroby, by zwrócić uwagę czytelnika na takie zagadnienia jak wojna, zło, samotność, izolacja czy absurd życia.

 

Wspólnym mianownikiem wszystkich wymienionych dzieł poświęconych epidemii jest fakt ostatecznego zwycięstwa nad chorobą. Zarówno u Tukidydesa, jak i u Camusa zło wreszcie odchodzi, jakkolwiek ślady, które po sobie pozostawia, naznaczone są łzami, cierpieniem i strachem. Miejmy nadzieję, że nasza pandemia niebawem też odejdzie do historii. Zostawmy jednak w sercach miejsce dla jej śladów – tych, których zabrała. Ich wspomnienie będzie zapewne długo żywe.

 

Zdjęcie główne: obraz Plaga w antycznym mieście pędzla Michaela Sweertsa (XVII w.)
Posted on

O szparagach

Największą estymą darzyli szparagi mieszkańcy antycznego Rzymu. Co ciekawe, była to jedna z niewielu rzeczy, której nie odziedziczyli kulturowo po Grekach. Ci ostatni znali i jadali zielone pędy, jednak ograniczali się do tych dziko rosnących i nigdy nie zdecydowali się na ich uprawę. Nie przeszkadzało im to uważać tych pysznych warzyw za afrodyzjak, o czym świadczą teksty przyjaciela Arystotelesa, niejakiego Teofrasta z Eresos, pochodzące z 300 roku przed Chrystusem i zatytułowane Historia roślin.

Oprócz kapusty tylko szparagi są warzywem wartym uprawy

Rzymski lekarz greckiego pochodzenia Galen, żyjący w II wieku naszej ery, cenił własności prozdrowotne szparagów. Już 400 lat wcześniej sam Katon Starszy, autor powiedzenia Poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć,  zwolennik sztywnej dyscypliny i surowych obyczajów, pisał w swoim dziele De Re rustica, że oprócz kapusty tylko szparagi są warzywem wartym uprawy. Pliniusz Starszy, który zginął podczas wybuchu Wezuwiusza w 79 roku, odnotował, że trzy blanszowane pędy szparaga z okolic Rawenny ważą ok. 450 gramów. Współczesny mu Lucjusz Columella, pochodzący z Kadyksu w Hiszpanii, wspominał w swoich dziełach o agrotechnice, że najpopularniejszym sposobem podawania szparagów jest serwowanie ich na gorąco z roztopionym masłem, odrobiną soli i pieprzu oraz sokiem z cytrusów – jako że Rzymianie nie znali cytryn, zapewne stosowano cytron. Słynny autor epigramów Marcjalis, również pochodzący z Hiszpanii, wychwalał smak szparagów w swoich utworach i, podobnie jak Pliniusz, wspominał o tych pochodzących z okolic Rawenny – ewidentnie były wyjątkowo pyszne!

Celerius quam asparagi cocuntur

Zdaje się jednak, że największego wielbiciela miały szparagi w postaci samego Oktawiana Augusta – pierwszego rzymskiego cesarza, znanego także z rozmaitych trafnych powiedzonek (to on jest autorem maksymy “spiesz się powoli” – czyli Festina lente). Mówiąc o rzeczach, które zrobić można bardzo prędko, nawiązywał do popularnego w Rzymie zwyczaju suszenia szparagów, aby później, po sezonie, gotować je błyskawicznie w garnku z wodą. Jego powiedzonko celerius quam asparagi cocuntur  (“szybciej, niż gotujemy szparagi”) znaczyło po prostu “bardzo szybko”. O metaforze tej wspomina w swojej kronice Swetoniusz.


W Pompejach odkryto liczne freski i mozaiki ze szparagami w roli głównej, poświadczające ważną rolę, jaką warzywa pełniły w diecie ówczesnych smakoszy. Warto wspomnieć, że dla starożytnych cywilizacji roślina ta, jako znak falliczny, odgrywała ważną rolę symboliczną. Powyżej: malowidło z Domu Wettiuszów

Współcześnie na obszarze śródziemnomorskim szparagi nadal najchętniej jedzone są we Włoszech, a także we Francji i Hiszpanii; rzadziej występują w menu Greków, Turków czy w krajach Afryki Północnej. Sięgając po dokumenty historyczne, dowiadujemy się jednak, że w przeszłości bardzo cenili je Arabowie. Szajch An-Nafzawi w swoim słynnym Ogrodzie rozkoszy – traktacie należącym do kanonu arabskiej literatury erotycznej – pisał, że szparagi smażone z żółtkami w tłustym mleku wielbłądzim i miodzie powodują, iż “męski członek jest w pogotowiu dzień i noc”. Cofając się raz jeszcze do czasów antycznego Rzymu, warto zaznaczyć, że choć i ówcześni smakosze uważali szparagi za afrodyzjak, to jednocześnie rozważali ich działanie antykoncepcyjnie – w celu uniknięcia niechcianej ciąży kobietom zalecano noszenie ich w woreczku pod szatami.

Augmentat sparagus sperma

W średniowieczu, kiedy moda na szparagi przygasła, nadal pamiętano o ich terapeutycznych właściwościach. Pierwsza na świecie szkoła medyczna w Salerno we Włoszech uczyła swoich studentów, że szparagi mają działanie oczyszczające i moczopędne. Jej wykładowcy podkreślali także, że augmentat sparagus sperma – szparagi pozytywnie wpływają na produkcję męskiego nasienia. Przekonanie to przetrwało długie wieki: w miejscowości Bassano del Grappa (Wenecja Euganejska) grube szparagi zwyczajowo podaje się jako danie weselne. Znana jest także estyma, jaką z tych samych powodów darzyli szparagi Ludwik XIV i Napoleon III, którzy jadali je przed spotkaniami z ukochanymi. Dziś wiemy, że że rzeczywiście szparagi mogą wzmacniać potencję – są bogate w witaminy i dobroczynne pierwiastki (B1, B2, C, K, potas, wapń, magnez). Korzyści z ich spożywania znajdziemy jednak dużo więcej. Jak pisze nasz zaprzyjaźniony portal Ulica ekologiczna, zawierają rutynę i glutation – przeciwutleniacze, które korzystnie wpływają na cerę. Stymulują pracę nerek, przyspieszają drenaż limfatyczny oraz wydalanie toksyn z organizmu. Dzięki asparaginie obniżają ciśnienie tętniczne i wzmacniają naczynia krwionośne. Ciekawostką, którą doceniliby lubujący się w winie Rzymianie, byłby zapewne fakt, że, ze względu na specjalne enzymy porcja szparagów spożyta przed wyjściem na zakrapianą imprezę pozwala na szybszy i bardziej efektywny rozkład alkoholu, a dzięki temu – na zmniejszenie przykrych dolegliwości dnia kolejnego.

Sezon na szparagi trwa od połowy kwietnia do połowy lipca – krócej niż asparagi cocuntur! Warto wzorować się na starożytnych rzymskich cesarzach – i nie przegapić!

Posted on

Szczątki Sulejmana Wspaniałego

Sulejman na portrecie anonimowego mistrza

W okolicach węgierskiego Szigetváru, około 30 km od granicy chorwackiej, znajduje się park przyjaźni turecko-węgierskiej. Szigetvár był jednym z ostatnich punktów ekspansji tureckiej na północy Europy, a wojska osmańskie starły się tam z armią habsburską składającą się z Austriaków, Węgrów oraz Chorwatów i dowodzoną przez Nikolę Šubićia Zrinskiego. Popiersia Zrinskiego i Sulejmana Wspaniałego znajdują się na pomniku w centralnej części parku. Park powstał jako miejsce domniemanego pochówku szczątków wielkiego sułtana, a mówiąc bardziej precyzyjnie – jego serca i wnętrzności. Dlaczego tylko serca i wnętrzności? Odpowiedzi na to i wiele innych pytań związanych ze śmiercią sułtana postaramy się przedstawić poniżej.

Od momentu objęcia tronu, czyli od roku 1520, Sulejman Wspaniały planował zwiększenie zasięgów terytorialnych Imperium Osmańskiego i odnosił na tym polu spektakularne sukcesy. Pierwszy z nich przyszedł już w 1521 roku, kiedy to Osmanie zajęli Belgrad zwany “bramą Europy”, a następnie w 1526 roku  rozbili armię węgierską pod Mohaczem. Następne sukcesy miały miejsce dwadzieścia lat później, kiedy Turkom udało się zająć Budę, Siedmiogród oraz zagrozić Wiedniowi i Styrii. Sulejman nie zadowolił się jednak tymi rozstrzygnięciami i pod koniec życia zorganizował jeszcze jedną wyprawę na Wiedeń pod wodzą wielkiego wezyra Mehmeda Paszy Sokollu (zwanego też przez historyków Sokolovićiem z racji serbskiego pochodzenia). Kluczowym punktem wyprawy miał się stać Szigetvár nad Drawą.

Ten, który aż do chwili obecnej był najsilniejszym pośród silnych, musiał rządzić dalej jako martwy.

Sulejman, jak wcześniej wspomniano, wybrał się na podbój Europy pod koniec swojego życia; był zmęczony, źle znosił podróż. Jego wielki wezyr Mehmed Sokollu pisze, że po kilkudniowej jeździe konno sułtan przesiadł się do lektyki i tam już pozostał do kresu wyprawy. Po dotarciu do Szigetváru Sulejman nagle zmarł. Miało to miejsce dwa dni przed decydującą bitwą, dlatego śmierć władcy została zatajona przed wojskiem, żeby nie wywoływać zamętu i spadku morale wśród walczących. Ten, który aż do chwili obecnej był najsilniejszym pośród silnych, musiał rządzić dalej jako martwy – pisze o Sulejmanie Radovan Samardzić w biograficznej powieści poświęconej wezyrowi Mehmedowi Sokolovićiowi. Trzeba go było zawoskowanego postawić przy oknie namiotu, aby wojsko, już trochę wzburzone brakiem kontaktu z sułtanem, mogło go, przechodząc, widzieć i pozdrawiać. Musiano każdego dnia nadal przynosić sułtanowi jedzenie i to tak, aby obsługujący mogli go widzieć z daleka, siedzącego przy miskach, za stołem nakrytym obrusem.

Bitwa okazała się wyjątkowo krwawa: Turcy rzucili przeciw armii Zrinskiego sto tysięcy ludzi. Tymczasem Chorwat dysponował zaledwie siedmioma tysiącami, więc losy starcia były właściwie od początku przesądzone. Z tego powodu historycy nazywają  Szigetvár chorwackimi Termopilami: samobójczy zuchwały atak Chorwatów wydaje się kompletnym szaleństwem wobec znacznie liczniejszej armii osmańskiej. Co więcej, pod Szigetvárem poległ także sam Nikola Zrinski. Dla Chorwatów uważających się za obrońców cywilizacji zachodniej Europy (podobnie, jak Węgrzy i Polacy, nazywają swoje terytorium “przedmurzem chrześcijaństwa”) starcie pod Szigetvárem jest jedną z najbardziej dotkliwych klęsk narodowych, a Zrinski to dla nich prawdziwy bohater.

Ale zwycięstwo Osmanów miało gorzki smak: po rozbiciu oddziałów przeciwnika Turcy rzucili się do zamku, w którym nastąpił wybuch magazynu prochu. Liczba zabitych była ogromna.

Sulejman widziany oczami Agostina Veneziano
Sulejman widziany oczami Agostina Veneziano


Ciało i cała reszta

Turcy w obliczu dotkliwych strat i śmierci władcy zdecydowali się na odwrót. Ponieważ podróż powrotna do Konstantynopola była długa i wyczerpująca, należało zabezpieczyć ciało Sulejmana przed rozkładem. W tym celu wyjęto z niego serce i wnętrzności, po czym dokonano ich pochówku w Szigetvárze. Ciało zostało zabalsamowane, dzięki czemu można było zaplanować ostatnią podróż Sulejmana do ojczyzny.

Tradycja wyjmowania serca i pozostałych wnętrzności znana była już w starożytności: praktykowali ją Egipcjanie, którzy uważali, że ciało ich pozbawione dłużej będzie utrzymane w całości, nie ulegnie rozpadowi. Zwyczaju tego nie stosowali Grecy ani  Rzymianie; ci drudzy nie widzieli takiej potrzeby, gdyż w Rzymie powszechne było palenie zwłok.

Tymczasem pozbawianie ciała wnętrzności powróciło w średniowieczu i było stosowane w całej Europie. “Pogrzeb” serca stał się wyrazem czci, jaką darzy się zmarłego. Najbardziej znane i pochowane osobno serce należało do św. Bonifacego, który zmarł w 755 roku.

Wyjmowanie serca miało podłoże emocjonalne: sami umierający, na ogół przebywający za granicą, wyrażali wolę przewiezienia serca do ojczyzny.

W Polsce tradycja chowania serca w innym miejscu niż reszta ciała przyjęła się nad wyraz dobrze: w samej Warszawie znajdują się serca Fryderyka Chopina, Władysława Reymonta, królowej Ludwiki Marii Gonzagi. Tragiczna jest historia serca Karola Szymanowskiego: miało ono trafić do bazyliki Świętego Krzyża w Warszawie i spocząć obok serca Chopina i Szymanowskiego, jednak nigdy tam nie dotarło; spłonęło bowiem w Powstaniu Warszawskim. W warszawskim Zamku Królewskim znajduje się też serce Tadeusza Kościuszki.

Przyczyną oddzielania serca i reszty wnętrzności były z jednej strony związane z wcześniej wspominanymi względami pragmatycznymi: długo trwające uroczystości pogrzebowe czy wyczerpująca  podróż i inne czynniki sprzyjające rozkładowi zmuszały do zabiegów umożliwiających konserwację ciała. Z drugiej wyjmowanie serca miało podłoże emocjonalne: sami umierający, na ogół przebywający za granicą, wyrażali wolę przewiezienia serca do ojczyzny.

Co ciekawe, współcześni mają do osobnego pochówku ciała i serca stosunek jednoznacznie negatywny. Watykan nie popiera tych praktyk. Właściwie już od XIII wieku odnosił się do tego zabiegu krytycznie:  ogłoszona została wtedy bulla Detestandae feritis,  w której zakazuje się wyjmowania serca. Dzisiejsi hierarchowie kościoła mówią, że przypomina to dawne przedchrześcijańskie obrzędy, a niektórzy wprost nazywają wyjmowanie serca barbarzyństwem.

Gdzie jest serce Sulejmana?

Wróćmy jednak do Sulejmana: na początku zaznaczyliśmy, że miejsce pochówku serca i wnętrzności nie są pewne. W licznych źródłach wspomina się o domniemanym grobie koło Szigetváru. Archeolodzy od dawna zastanawiali się, czy to miejsce w ogóle istnieje! Argumentem przeciw była kultura osmańska, która wykluczała tego typu praktyki. Z drugiej strony za pochówkiem wnętrzności przemawiały względy praktyczne i wspomniany już powszechny zwyczaj średniowiecznego oddawania czci zmarłym. Drugim argumentem jest również sama nazwa wzgórz w okolicach miasta, czyli Turbék.  Pochodzi ona od tureckiego słowa “tűrbe”, czyli “grób”. Zakładamy więc, że grób wnętrzności Sulejmana faktycznie istnieje. Jest jednak wiele  sprzecznych teorii na temat jego precyzyjnej  lokalizacji. Pierwszy punkt orientacyjny to  tablica przy  rzymskokatolickim kościele Najświętszej Maryi Panny w pobliżu Szigetvàru. Informuje ona, że budynek został założony na ziemi, w której pochowano serce Sulejmana. Inna lokalna legenda głosi, że jego narządy zostały pochowane przy brzegach potoku Almás. Tam też w 1994 r. utworzono symboliczny grobowiec Sulejmana w ramach Węgiersko-Tureckiego Parku Przyjaźni. Ale wykopaliska archeologiczne nigdy wcześniej nie ujawniły żadnych rozstrzygających dowodów na istnienie mauzoleum czy choćby skromnego grobu w tych miejscach.

W 2014 roku odkopano sensacyjne ślady osady tureckiej: srebrne monety, fajansowe naczynia z Persji i inne przedmioty codziennego użytku.

Węgierski badacz Norbert Pap z Uniwersytetu w Peczu, który zajmuje się pracami archeologicznymi w pobliżu Szigetváru, mówi, że argumenty na istnienie grobu Sulejmana to za mało: należy znaleźć dowody. Dr Pap uznał, że ani okolice kościoła, ani bezpośrednie sąsiedztwo Parku Przyjaźni Turecko-Węgierskiej to nie jest właściwy trop. Zaczął szukać nieco dalej, w małej rodzinnej winnicy, której właściciel znalazł na swojej posesji nieznane elementy architektoniczne. W 2014 roku odkopano sensacyjne ślady osady tureckiej: srebrne monety, fajansowe naczynia z Persji i inne przedmioty codziennego użytku. Kolejne prace badawcze pozwalały odkryć więcej fragmentów budowli, które po dokładnej analizie nie pozostawiały żadnych wątpliwości: to dowody na istnienie w przeszłości mauzoleum Sulejmana. Co więcej, nowo poznane miejsce, które obejmuje około 10 akrów, zawiera nie tylko fragmenty samego mauzoleum; są tam również ślady tureckiego meczetu, świątyni sufickiej i prawdopodobnie baraków wojskowych. Stanowi świadectwo istnienia w przeszłości na ziemiach europejskich kultury osmańskiej, którą Turcy wykreowali z dala od Stambułu. Jedno z tych, które tworzone były na podbitych przez Osmanów terytoriach.

I tam też prawdopodobnie spoczywało serce Sulejmana Wspaniałego – ostatniego wielkiego władcy. Po jego półwiecznym niemal panowaniu, śmierci przed zdobyciem Wiednia i odwrocie spod Szigetvaru, historycy mówią o punkcie zwrotnym w dziejach Europy – końcu złotej epoki osmańskiej.

Dzisiaj Szigetvar i okolice, a w szczególności wzgórza Turbék ,są miejscem pielgrzymek tureckich entuzjastów Sulejmana, historii Wielkiej Porty i przeszłości Imperium Osmańskiego.

 

Zdjęcie główne: Sulejman na portrecie anonimowego mistrza

 

Źródła:

Adam Balcer, Turcja, Wielki Step i Europa Środkowa, Kraków 2018
Radovan Samardzić, Mehmed Sokolović, Łódź 1982
Krzysztof Varga, Langosz w jurcie, Wołowiec 2016
archaeology.org
turystykakulturowa.eu

 

Posted on

Grand Tour. Meditating Italy


Mikołaj Cempla – rocznik ’92, reżyser i designer, założyciel humanstories.studio. Z Włochami związany licznymi podróżami, a od 2018 roku stałą współpracą z kilkoma klientami w Rzymie; poza tym miłośnik Nero d’Avola, kina Felliniego i Sorrentino. Wideo Grand Tour to dokumentacja wymarzonej od lat podróży po kilkunastu najważniejszych ośrodkach włoskiej sztuki, impresyjny przekrój epok, stylów, postaci i żywiołów. Podróż odbyła się w 2018 roku, trwała 3 tygodnie i stanowiła współczesną próbę nawiązania do XVIII-wiecznej tradycji Grand Tours. Jak widać – udaną!
Posted on

Wybór redakcji: ulubione książki o Rzymie


Julia Wollner

Gdybym mogła, czytałabym tylko o Rzymie – to zdecydowanie moja ulubiona tematyka! Ze względu na archeologiczno-historyczną pasję, najchętniej sięgam po publikacje traktujące o antyku – zarówno beletrystykę (na polskim rynku wyróżniają się tu powieści Michała Kubicza), jak i opracowania popularno-naukowe oraz stricte naukowe. Często kupuję je bezpośrednio we Włoszech – tam z wiadomych względów ukazuje się ich najwięcej. Uwielbiam na przykład Roma dentro Paola Casolariego – książkę, która pokazuje, jak blisko jest Rzymowi starożytnemu do tego, który znamy my. W tej samej kategorii prawdziwym mistrzem jest Alberto Angela, autor perełek takich, jak Jeden dzień w starożytnym RzymieUwielbiam spacerować po Wiecznym Mieście, przyglądając się miejscom przez niego opisanym – robi to w sposób filmowy, niczym operator kamery.

Jeśli chodzi o publikacje historyczne szersze tematycznie, wspaniałe wrażenie zrobił na mnie prawdziwie panoramiczny fresk Roberta Hughesa, zatytułowany po prostu Rzym.

Przed każdym wyjazdem do mojej ukochanej włoskiej stolicy zaopatruję się w notatki na temat nowych punktów wartych odwiedzenia – i choć znam to miasto całkiem dobrze, nadal odkrywam ich bardzo wiele. Kościoły zwiedzałam swego czasu trasą Ewy Bieńkowskiej i jej wspaniałych Spacerów po Rzymie; zupełnie inną, ale również bardzo przyjemną lekturą obfitującą w moje podkreślenia ołówkiem jest książka W Rzymie jak w domu Rosity Steenbeek (polecam wywiad z autorką!). Faworytem pozostaje jednak dzieło mojego serdecznego przyjaciela Jarosława Mikołajewskiego: Rzymska komedia. Opisano w niej miejsca mało znane, położone daleko od popularnych szlaków. Miejsca do odkrywania, smakowania, wspominania, przedstawione tak, jak tylko Jarek potrafi. Przepięknie.

Na koniec chciałabym wspomnieć o nowości wydawniczej, którą proponuje nam w tych dniach Fundacja Terytoria Książki: Wspaniałościach Rzymu Maria Praza, w doskonałym – jak zawsze – przekładzie Joanny Ugniewskiej. Nazwiska autora i tłumaczki, jak również renoma wydawnictwa, gwarantują lekturę najwyższej próby. Koniecznie po nią sięgnijcie.

Kamila Kowalska

Często powracam do książki Drogi prowadzą do Rzymu Jana Gawrońskiego. Wróciłam do niej także w tych dniach przymusowego zamknięcia, bowiem utkwił mi w pamięci fragment wstępu do niej, autorstwa  Zygmunta Kubiaka: Trudno wyobrazić sobie większą przyjemność niż podróże, a trzeba jeszcze dodać, że uciecha ta miewa różne formy. Można wsiąść do pociągu albo samolotu. Ale da się też wędrować, siedząc w fotelu.

Siedzę zatem w fotelu mojego rzymskiego mieszkania i daję się porwać na spacer po Rzymie, kartkując dobrze mi znaną treść. Inaczej teraz nie można. Gdyby jeszcze trzy miesiące temu ktoś powiedział mi, że, mieszkając w Wiecznym Mieście, będę oglądać jego piękno na zdjęciach, raczej bym nie uwierzyła. Teraz to fakt, dlatego też i spacer w wyobraźni wydaje się normalnością. Idę zatem prowadzona przez opowieść  Gawrońskiego po drogach antycznego, renesansowego, barokowego czy papieskiego Rzymu. Mijamy szlagiery, słyszę wspomnienia: “byłem, widziałem, pojechałem”. Ten spacer po mieście jest jak ożywiona rozmowa z bardzo dobrze przygotowanym w temacie przewodnikiem: przeplatają się elementy historii, sztuki, architektury, nieznane ciekawostki oraz dygresje o włoskich zwyczajach i społeczeństwie.

Drogi prowadzą do Rzymu to świetna propozycja na wirtualny wypad do stolicy Włoch w którymkolwiek momencie i skądkolwiek; to przysłuchiwanie się z niemym zaciekawieniem inteligentnej narracji, która kończy się znacznie wcześniej, niż byśmy sobie tego życzyli.

 

Izabela Frankowska

Moja rzymska historia doprawiona jest elementem goryczy, bowiem krąży wokół dwóch powieści Alberta Moravii: Nudy i Pogardy. Nie znajdziemy tu miłych widoków, pięknych zabytków i szczęśliwych ludzi, do których przyzwyczaiła nas popularna beletrystyka, ale atmosferę pełną niepokoju, niespełnionych ambicji, niejednokrotnie rezygnacji. Rzym jawi się jako miasto bogate i eleganckie, ale jednocześnie sztuczne, bezduszne, pozbawione skrupułów, nie wywołujące żadnych pozytywnych emocji. Służy jedynie do przetrwania i powolnej, monotonnej egzystencji. Może to dobry pomysł na lekturę teraz – aby mniej tęsknić?


Anna Cirocka

Im jestem starsza, tym bardziej doceniam w książkach piękny język. Zdarzało mi się czytać i tonąć w słowach, bo nagle język stawał się narzędziem ważniejszym od treści. O Rzymie przeczytałam dziesiątki książek. Co Wam dzisiaj polecić? Niezmiennie Pawła Muratowa i jego Obrazy Włoch. Rzym, bo to indywidualne spojrzenie podróżnika z celnymi uwagami, często wciąż aktualnymi. Jeszcze bardziej cenię Podróż włoską Johanna Wolfganga Goethego. Zapiski w formie dziennika, refleksje na temat Rzymu, ale też wewnętrzne rozterki autora, osobiste przemyślenia o sprawach mniej wielkich, niż rzeźba Michała Anioła, bo, na przykład, o sposobie sadzenia drzew pomarańczowych. Właściwie Rzym należy z opowieści Goethego wyłuskiwać, szukać swojego miejsca w tym tekście, albo stanąć obok… i nie próbować konfrontacji własnych wspomnień z dawnymi przemyśleniami autora.

Moimi ukochanymi lekturami o Rzymie są też dwie książki Kazimierza Chłędowskiego: Rzym. Ludzie odrodzenia  i Rzym. Ludzie baroku. Zachwyca tu zarówno język (zwroty dawne nie przeszkadzają, a wręcz oczekuję ich w kolejnych akapitach!), jak i treść, ułożona według słynnych postaci, biografii rodów arystokracji i papieży. Znajdziemy tu bardzo dużo informacji o codziennym życiu, wplecionych w opowieść o ważnych wydarzeniach historycznych; plotki z dworów papieskich i książęcych, awanturki, romanse, koronacje, święcenia, ceremonie, interesy… A wszystko to widziane przez pryzmat doskonale zbadanej historii i kultury tych dwóch epok.


Beata Zatońska

Po Wiecznym Mieście lubię przechadzać się  z książką Rzym. Wędrówki z historią w tle Bożeny Fabiani. Barwnie, ze swadą i w bardzo osobistym, czasem wręcz intymnym tonie, autorka dzieli się swą ogromną wiedzą o sztuce i mieście, które samo w sobie stanowi dzieło sztuki. Razem z Fabiani można więc wędrować np. śladami Caravaggia, genialnego mediolańczyka, który na 14 burzliwych i bardzo owocnych artystycznie lat osiadł w dzisiejszej stolicy Włoch.  Dzięki autorce dowiedziałam się, że dom, którego framugę uwiecznił malarz na obrazie Madonna pielgrzymów, nadal stoi przy vicolo del Divino Amore.

Z kolei Ewa Bieńkowska odkryła przede mną Rzym Michała Anioła – miasto, z którym artysta zmagał się, ale którego nigdy nie polubił. A przecież, jak napisała Bieńkowska w książce pt. Michał Anioł nieszczęśliwy rzymianin, szesnastowieczny Rzym, który dziś zwiedzamy, nosi piętno Anioła, chociaż towarzyszyli mu inni wielcy artyści (…). Turyści mogą wynieść z podróży niewiele nazwisk – najlepiej, gdy jest jedno, które ma streszczać całą rozmaitość. Bo do Muzeów Watykańskich idzie się z myślą o Sykstynie i naprawdę tylko na nią się czeka. Do Św. Piotra, poza atrakcją ogromu, wchodzi się dla Piety. Ludzie tłoczą się przy Mojżeszu w San Pietro in Vincoli. Rzadko zapamiętują udział Michała Anioła w budowlach miasta. Fontany barokowe są bardziej uderzające.


Karolina Janowska

 
Książek o Rzymie, które uwielbiam, jest cała drużyna, ale skupmy się na medalistach. Pierwszą lekturą dotyczącą Rzymu, po którą sięgnęłam jeszcze jako nastolatka, w szkole podstawowej, a zatem – zanim zaczęła się moja przygoda z językiem łacińskim – było Quo vadis. Sama nie wiem, co sprawiło, że zakochałam się w tej powieści i pochłonęłam ją, niczym ogień  Wieczne Miasto, w zaledwie dwa wieczory. Od tej jednak lektury datuje się moja fascynacja antykiem i Rzymem.
Książką, do której z nostalgią wracam, jest Rzym australijskiej pisarki Colleen McCullough. Autorka skupia się co prawda na romansie Cezara i Kleopatry, jednak Wieczne Miasto pozostaje milczącym, pomrukującym lub buntującym się obserwatorem politycznych i historycznych zawirowań. Samo ujęcie postaci Cezara nie przypadło mi do gustu, niemniej lektura sprawiła mi wiele przyjemności.
Nie sposób mówić o Rzymie, nie przeczytawszy genialnej powieści Ja Klaudiusz. Jest to, jak by powiedzieli Włosi, prawdziwe capolavoro. Czytając to arcydzieło, miałam wrażenie, jakbym przeniosła się w czasy pryncypatu. Powieść Roberta Gravesa w znakomity sposób oddaje ducha tego okresu; ukazuje mozaikę barwnych postaci, z których żadna nie jest jednowymiarowa, za to wszystkie są na swój sposób tragiczne.
Wisienką na torcie jest dla mnie Eneida. To dzieło, niewygładzone do końca pumeksem, przeznaczone na pastwę płomieni i cudem tylko ocalone przez Augusta, a następnie skończone przez obce pióro, jest jednym z największych osiągnięć rzymskiej literatury. Jakkolwiek wzorowane na dziełach Homera i poniekąd mogące stanowić plagiat, jest jednak dowodem na to, że Rzymianie nie stanowili wyłącznie narodu prawników i żołnierzy, i że Erato miała się nad Tybrem równie dobrze, jak w cieniu Parnasu. Poruszający jest wątek miłosny i nieuchronność przeznaczenia, któremu posłuszny jest główny bohater. Jak wiele musiał poświęcić Eneasz – swoje i swej ukochanej osobiste szczęście – by dać podwaliny Miastu, które trwa od niemal trzech tysięcy lat!
Pozwalając sobie na nieco uszczypliwości wobec Wergiliusza, dodam, że heksametr Eneidy jest bardzo skuteczną kołysanką, zwłaszcza, gdy się go nuci. Podobnie ma się sprawa z Iliadą i Odyseją, jednak łacina jest, bądź co bądź, bardziej dźwięczna i łagodna, niż chaotyczna greka. Także ten aspekt sprawia, że wśród książek dotyczących Wiecznego Miasta bezwarunkowo przyznaję Eneidzie pierwsze miejsce.

 

Ewa Nicewicz-Staszowska

Powszechnie wiadomo, że Wieczne Miasto to królestwo kotów. Ale kto by się domyślił, że wśród kotów na placu Argentina zaledwie połowa to koty-koty, z matki kocicy i ojca kocura? Reszta to… Żeby dowiedzieć się, kim tak naprawdę są pozostali mieszkańcy rzymskich ruin, trzeba koniecznie zajrzeć do zbiorku opowiadań i wierszy Gianniego Rodariego Kocia gwiazda. Wyjaśnienie zagadki zaskoczy niejednego czytelnika! Dodajmy, że autorem przekładu opublikowanego przez Wydawnictwo Literackie jest Jarosław Mikołajewski. 



Magdalena Brzeska

Przejdę Placem Hiszpańskim
Niebo będzie jasne.
Ulice otworzą się
na wzgórze z kamieni i pinii.
Zgiełk ulic
nie odmieni tej trwałej aury.
Wokół fontanny kwiaty
nakrapiane kolorami
będą trzepotać rzęsami jak roześmiane
kobiety. Schody
tarasy jaskółki
rozśpiewają się w słońcu.
Otworzy się ulica,
rozśpiewają się kamienie,
serce będzie biło, chlustając
jak woda w fontannach –
właśnie ten głos
wzleci po twoich schodach.
Okna poznają
zapach kamienia i porannego
powietrza. Otworzą się drzwi.
Zgiełk ulic
będzie zgiełkiem serca
w zabłąkanym powietrzu.

Nigdy tak bardzo jak teraz nie pragnęłam zacytować powyższego wiersza Pavesego. To Rzym, o którym dzisiaj marzę. Wieczny i otwarty. Taki, w którym mogłabym się poczuć – jak w ostatnim wersie, pominiętym przeze mnie w tym cytacie – trwała i jasna. Niech słowa poety stanowią teraz źródło, z którego bije nadzieja na piękne lato.

Posted on

Obrazy Włoch. Muratow w “Zeszytach Literackich”

W Palimpsceście nr 7 przedstawiono zarówno fragmenty dzieła wybitnego znawcy Włoch, jak i teksty polskich pisarzy poświęcone Muratowowi – pamięć o powstałej przed wiekiem książce, do dziś nieznanej na Zachodzie, a otoczonej sławą wśród starej rosyjskiej inteligencji, przetrwała staraniem garstki jej wielbicieli, w tym twórców polskich.

Na szczególne zainteresowanie zasługuje także wstęp Katji Petrowskai i posłowie Rity Giuliani (ten ostatni tekst z włoskiego na polski przełożyła Julia Wollner, redaktor naczelna “Lente”) – urzekające i wyjątkowo kompetentne teksty pozwalające zrozumieć, jak niezwykłym twórcą był Muratow.

Zapraszamy na stronę www.zeszytyliterackie.pl/palimpsest.