Była niezwykła. Wnikliwie obserwowała czasy, w których przyszło jej żyć, i otwarcie je komentowała, nieraz narażając się na niebezpieczeństwo. Znał ją cały świat. Dziennikarka, korespondentka wojenna, pisarka. Często wściekła i dumna. Wyjątkowo utalentowana i zawsze perfekcyjnie przygotowana. Cechowała ją wielka siła rozumu i odwaga, gdy rozmawiała z możnymi tego świata albo przebywała na terenach konfliktów zbrojnych. Uwielbiana albo nienawidzona – zarówno jej osoba, jak i twórczość nikogo nie pozostawiały obojętnym. W obliczu śmiertelnej choroby krucha jak lód i przekonana, że jeszcze przed odejściem, na podstawie losów własnej rodziny, musi stworzyć autoportret. Uważała bowiem, że to geny przodków złożyły się na jej unikatową osobowość, na jej nieprzeciętne cechy charakteru, na to kim była i do czego została powołana. Chciała odwdzięczyć się za to tym, którzy byli przed nią. Dlatego właśnie pieczołowicie „wgryzała się” we własne drzewo genealogiczne, zawierające dziesiątki dat i mnogość postaci.
Oriana Fallaci w 1960 roku
Długotrwałe poszukiwania – czy może raczej żmudne śledztwo, które pochłonęło dziesięć lat jej intensywnej pracy – zaowocowały niezwykłą publikacją, zakończoną niestety przedwcześnie, bo w momencie śmierci pisarki, w 2006 roku. Kapelusz cały w czereśniach, zredagowany już po śmierci Fallaci, jest zatem nie tylko jej literackim testamentem, ale i pięknym świadectwem wielkiej siły i godnej podziwu odwagi kobiety, piszącej w bardzo zaawansowanym stadium choroby nowotworowej. W autobiografii widać nie tylko kobiecą wrażliwość, z jaką pochylała się nad tekstem, ale także dbałość o szczegóły, wierność datom i wydarzeniom historycznym. Język autorki jest doskonały; wiernie przedstawia barwną paletę zdarzeń – głównie, choć nie tylko, na tle przeszłości ukochanych Włoch. Jednak to nie jej piękna ojczyzna odgrywa tu zasadniczą rolę, lecz nieprzeciętni mieszkańcy. Nie dziwi zatem, że saga rodziny włoskiej dziennikarki sprzedała się tam w ponadpółmilionowym nakładzie. Sukcesu nie należy upatrywać jedynie w znanym nazwisku autorki, ale i w fakcie, że Włosi, podobnie jak Polacy, lubią opowieści o przodkach i nadal cenią rodzinę ponad wszystko.
Metodologia pracy
Pełna pasji Oriana Fallaci zaczęła przeszukiwać historię własnej rodziny, a podróżując wstecz, straciła wszelkie hamulce. Efektem jej pracy jest sto rzetelnie sportretowanych lat z życia jej krewnych, pełnych zawirowań i niesprawiedliwej polityki, która z jednej strony bez zahamowań niszczyła człowieka, a z drugiej – nie broniła mu prawa do miłości, namiętności i szczęścia. Włochy, Hiszpania, Polska i Stany Zjednoczone, tysiące kilometrów, pięć pokoleń ludzi z krwi i kości, mnogość losów, w których radości przeplatały się tragedią. Oriana Fallaci solidaryzowała się ze swoimi bohaterami, starała się ich zrozumieć, kreśląc ich rys charakterologiczny i wyjaśniając czasy, w których żyli. Mamy tu więc i wojny napoleońskie, i wojnę secesyjną; liczne powstania i bunty, ale też bezprecedensowy rozwój nauki i techniki. Autorka skupiła się jednak bardziej na ludziach niż datach, co nie znaczy, że saga nie zainteresuje miłośników historii. Braki w informacjach skrupulatnie uzupełniane są nie tylko domysłami czy wyobraźnią pisarki, ale, w przeważającej części, danymi czerpanymi z setek dokumentów pochodzących z archiwów, urzędów stanu cywilnego, ksiąg parafialnych. Dziennikarka dużo podróżowała podczas pracy nad Kapeluszem…, dzięki czemu jej opisy stały się niezwykle wierne. Zadbała również o szczegóły dotyczące ówczesnego prawodawstwa, polityki, rozwoju techniki, elementów stroju, obyczajów, zachowań. To sprawiło, że jej dzieło stało się jeszcze bardziej cennym i barwnym źródłem informacji o dziejach włoskiej ziemi i jej mieszkańców.
Kim jestem? Tym, kim byli moi przodkowie
Napisanie tej książki było wielkim marzeniem Oriany Fallaci. Zrobiła to, by zrozumieć, kim jest i skąd się wywodzi: Wszyscy ci dziadkowie, babcie, pradziadkowie, prababcie, prapradziadkowie, praprababcie, praszczury i praszczurzyce, krótko mówiąc – wszyscy ci moi rodzice stali się moimi dziećmi. Ponieważ tym razem to ja ich urodziłam, dałam, a raczej przywróciłam im życie, które wcześniej od nich dostałam. W Kapeluszu… nie znajdziecie ostrego języka i ciętego pióra, z których słynęła pisarka. Odkryjecie za to brak kompleksów i zahamowań przed ujawnieniem swego drzewa genealogicznego. Jak wiadomo, Fallaci nie pochodziła z najznamienitszych rodów, więc wśród jej krewnych brakuje znanych nazwisk. Są za to niezłomni żołnierze-amatorzy, zwykli-niezwykli żeglarze oraz odważne żony, matki i córki. To głównie postaciom kobiecym autorka złożyła hołd swoim dziełem. Wszystkie przedstawicielki płci pięknej w jej linii są mężne, silne, wierne sobie, bezkompromisowe. Odznaczają się cechami, których niejednokrotnie brakowało i brakuje mężczyznom.
Opowieść o swojej rodzinie autorka sławnych na świecie wywiadów rozpoczyna w 1773 roku w Toskanii, której wizerunek kusi bajecznym krajobrazem i bogatą fauną. To właśnie tam, w zgodzie z naturą i Bogiem, żyli jej przodkowie: bez pośpiechu, chorych ambicji i rywalizacji. Za to z piecem, w którym wypiekali pachnący chleb, i bujnym ogrodem, dającym życiodajny pokarm. Kobiety stały na straży ogniska domowego, rodziły dzieci i wiernie trwały przy boku swych wybranków; dokształcały się (często na własną rękę), a zdobytą wiedzę ochoczo przekazywały dalej. Były kreatywne i waleczne. Swoją siłę czerpały z miłości do mężczyzn i potomstwa, a także z nadziei pokładanej w przyszłość.
Florencja – rodzinne miasto Oriany
Anonimowe heroiny
Choć każda inna, żadna z przodkiń Fallaci nie była przeciętna czy nijaka. Miały w sobie pasje, namiętności, siłę, a często i bunt. Wierzyły w siebie i własne przekonania. Permanentnie parły do przodu i choć nie zawsze wszystko szło po ich myśli, nie poddawały się. Ona była taka sama. Oriana Fallaci to spadkobierczyni wszystkich tych niezłomnych kobiet i ich wyjątkowych cech charakteru. Ich heroizm podkreśla autorka Kapelusza… takimi oto słowami: Na placach naszej ojczyzny brakuje jeszcze jednego pomnika. Pomnika nie mniej zasadnego, nie mniej sprawiedliwego od tych, które powinniśmy wznieść dla Rozczarowanego Żołnierza, towarzysza i rywala Nieznanego Żołnierza. Pomnika wszystkich kobiet (…). Nieustraszonych niewiast, które walczą na wojnach bez strzelby, uciekając pod gradem bomb z dzieckiem na ręku. Heroicznych żon, bohaterskich matek, które wygrywają bitwy, walcząc samotnie z lękiem i udręką. Męczennic, które pozostawione samym sobie, odpowiadają dobrze-dobrze. W gronie zacnych heroin znalazła się spalona na stosie heretyczka Ildebranda i wrażliwa Caterina, która z analfabetki, za sprawą swego męża, stała się kobietą piśmienną, służąc ochoczo nabytymi umiejętnościami wieśniakom. Montserrat – przez wszystkie pokolenia stawiana za wzór matki – miała wybitny talent do wychowywania, edukowania i dbania o dzieci, które kochała nade wszystko, ale wszystkie straciła. Zapłaciła za to najwyższą cenę: najpierw obłąkaniem, a później własną śmiercią. Marguerite Ferrier nie miała szans na szczęśliwe życie małżeńskie ze swym ukochanym – polskim rewolucjonistą, katolikiem z Krakowa. Mając opinię heretyczki, wróżki i czarownicy w jednym, będąc w zaawansowanej ciąży, musiała zniknąć, by nie plamić więcej honoru rodziny. Na osłodę podarowano jej 1600 krów… Z przeciwnościami losu musiała sobie radzić także jej córka, urodziwa kokietka, Anastasia. Związana początkowo z pisarzem Edmondo de Amicisem, później tajemniczym Bezimiennym. By dotrzeć do wymarzonej Ameryki, odrzuciła wiarę w Boga, podobnie jak i własne dziecko: Giacomę Ferrieri – późniejszą babcię Oriany.
Fallaci ułożyła autoportret dzięki genom tych nieprzeciętnych kobiet, ich przeżyciom, doświadczeniom, emocjom. Kapelusz cały w czereśniach jest, jak pisze sama autorka, odtworzeniem historii i poznaniem losów wielu osób, którym zawdzięczała swoje narodziny. Opowieścią o sobie samej, urzeczywistniającą się w przodkach (głównie płci żeńskiej), napisaną przez kobietę świadomą tego, jakie bogactwa otrzymała od nich w spadku. To spłacenie długu wdzięczności, mające niezwykle osobisty wydźwięk, zafascynowało czytelników na całym świecie bogactwem intrygujących życiorysów i gwałtownych przemian historycznych.
Kapelusz cały w czereśniach to książka przesiąknięta prawdziwymi emocjami, głębokimi wzruszeniami, ważkimi detalami i nieśpieszną akcją. To saga, która niesie swoim czytelnikom siłę i nadzieję oraz uzmysławia im, że genów nijak nie da się oszukać.
Cytaty za: Oriana Fallaci, Kapelusz cały w czereśniach, tłum. J. Mikołajewski, M. Woźniak, Kraków 2012.
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W trzecim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!
Co łączy naszą tożsamość z tożsamością starożytnych Greków? Po co są nam barbarzyńcy, kim są “my”, a kim “oni”? Czy przez ostatnie 2500 lat nauczyliśmy się czegoś na swoich błędach? Co powiedziałby Tukidydes o wojnie w Ukrainie albo tej na Bliskim Wschodzie? Czy dokonał się już upadek mitu śródziemnomorskiego? O tym wszystkim opowiada nam Marek Węcowski – wybitny historyk i znawca starożytności, autor książki Tu jest Grecja! Antyk na nasze czasy (Iskry 2023).
Prowadzenie: Julia Wollner i Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak
⚓Zapraszamy do zakupu najnowszej książki Marka Węcowskiego – w naszym sklepie dostępne są egzemplarze z autografem!
Znajdziesz je TUTAJ.
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”: Rozmowa z Markiem Węcowskim: Wybory 2023: Czego uczy nas demokracja ateńska?
Upał, czarnoskórzy sprzedawcy przy ulicznych straganach, boczne ulice i zaułki zawalone śmieciami, wojskowe transportery patrolujące ulice. Stereotypowy obrazek z kraju Trzeciego Świata? Nie, to widok, na jaki trafiam, wychodząc z dworca w Neapolu. Mimo że formalnie jestem w Unii Europejskiej i to w jednym z najbogatszych jej krajów, to faktycznie znalazłem się już jedną nogą na globalnym biednym Południu. Oczywiście nie cały Neapol wygląda tak jak plac Garibaldiego, gdzie przez bliskość dworca trafia większość imigrantów z Afryki i Azji. Są tu też ładne i porządne dzielnice klasy średniej, są też jednak rozległe slumsy zamieszkane przez kolejne pokolenia zasiedziałej włoskiej biedy, wylęgarnie przestępczości i innych społecznych patologii. Trudno rozróżnić, gdzie kończy się emigrancka nędza, a zaczyna rodzima; trudno też wyznaczyć, gdzie kończy się Europa, a zaczyna inny kontynent.
To nie geografia wyznacza cywilizacyjne granice, ale historia. Południowa Italia, Il Mezzogiorno, od dawna funkcjonuje w wyobraźni ludzi Zachodu, w tym także Włochów z bogatej północy, jako odrębny świat, przynależący w jakiś sposób do Europy, ale bardziej – do Afryki albo Bliskiego Wschodu. To stare tradycyjne południe, które ominął postęp i gospodarcza prosperity; świat, w którym nie rządzą cywilizowane zasady, a przemoc jest codziennością. Ta dzika kraina była jednak od dawna dziwnie pociągająca dla ludzi pochodzących z bezpiecznych, spokojnych i stabilnych miejsc. To tu narodziła się turystyka, sięgająca swoimi korzeniami Grand Tour – podróży przez Włochy podejmowanej od XVII wieku przez młodych Anglików z wyższych sfer. Mowa o turystyce bardzo specyficznej, w której, obok podziwiania pięknych krajobrazów i dzieł sztuki, chodziło też o pokazanie swojej cywilizacyjnej wyższości w kontraście do nieokrzesanych tubylców. O ile po północnych Włoszech podróżowano w celu obcowania z dziedzictwem antyku i renesansu, to do Neapolu i na Sycylię zapuszczano się głównie po to, by oglądać malowniczą nędzę i związane z nią szokujące obyczaje. Jednym z nich było jedzenie na ulicy, w brudzie, w sposób najbardziej prymitywny, bez sztućców, talerzy, bezpośrednio rękami. Historycznie biedota jadała w ten sposób na ulicy w całej Europie, jednak wraz z postępami nowoczesności praktyki te stopniowo znikały. W południowych Włoszech ta bogata tradycja przetrwała długo, w wielu miejscach do dziś, czasem w formie niezmienionej od wieków.
W Neapolu uliczne jedzenie rozkwitło w czasie, gdy miasto doświadczyło gwałtownego wzrostu populacji, stając się najludniejszym ośrodkiem we Włoszech. Tysiące biednych ludzi napływających do miasta z całego regionu gnieździło się w małych lokalach, które trudno nazwać mieszkaniami – były to ciasne pokoje pozbawione nie tylko takich luksusów jak łazienka czy bieżąca woda, ale także pozbawione kuchni czy nawet kąta, w którym można by coś ugotować. Brak kuchni wynikał nie tylko z niedostatku miejsca, ale także z regulacji przeciwpożarowych – ogień często niszczył gęsto zabudowane miasta, czemu próbowano przeciwdziałać, ograniczając ilość domowych palenisk. Swoją drogą, z analogiczną sytuacją mamy do czynienia w innych wielkich miastach, które wykształciły bogatą kulturę street food: w Indiach, Południowo-Wschodniej Azji czy Meksyku. Podobnie, z tego, co jesteśmy w stanie odtworzyć, musiał też wyglądać Rzym w starożytności.
Neapol, ok. 1903 r., fot. Library of Congress/LC-USZ62-93324
Pizza za jednego solda, spaghetti za dwa
W takich właśnie okolicznościach powstała klasyczna pizza neapolitańska. U swych początków była ona jedzeniem jak najbardziej ulicznym, wymyślonym, by wykarmić najbiedniejszych mieszkańców. Matilde Serao (1856–1927), włoska pisarka i dziennikarka, w swej słynnej książce Il ventre di Napoli (Brzuch Neapolu), napisanej w 1884 roku, w bardzo realistyczny sposób opisuje nędzę miasta – w tym bardzo szczegółowo to, co mieszkańcy jedzą. Już wówczas najważniejszym daniem jest właśnie pizza, jednak spożywana w sposób jakże daleki od dzisiejszego: (…) pizza jest zaliczana do szerokiej kategorii artykułów spożywczych kosztujących jedno soldo [pięć centów], które są spożywane na obiad lub kolację przez bardzo dużą liczbę biednych mieszkańców Neapolu.W nocy pizzer produkuje w swoim sklepie bardzo dużo takich krążków cienkiego, płaskiego, gęstego ciasta, przypalonego na zewnątrz, ale niedopieczonego do końca, nadzianego niemal surowymi pomidorami, czosnkiem, pieprzem i oregano: te pizze, pokrojone na tyle kawałków, żeby sprzedać je za solda, powierza się chłopcu, który idzie sprzedawać swoje towary na jakimś rogu ulicy, gdzie wystawia je na wózku; siedzi tam prawie cały dzień z tymi kawałkami pizzy, które zamarzają na mrozie, żółkną na słońcu i są zjadane przez muchy. Są też plastry sprzedawane za dwa centesimi uczniom; do wieczora producent pizzy uzupełnia wózek, gdy tylko zapas się skończy.Wieczorem są też chłopcy, którzy chodzą alejkami, niosąc na głowie wielką wypukłą blaszaną tacę załadowaną tymi kawałkami pizzy. Ze specjalnym okrzykiem oznajmiają okolicy, że mają pizzę z pomidorem i czosnkiem, z mozzarellą i solonymi anchois.Biedne kobiety siedzące na schodkach przed swoim parterowym mieszkaniem (basso) kupują kawałki i jedzą na obiad lub kolację, czyli posiłek na cały dzień, pizzę za jednego solda (przekład własny autora – przyp. red.).
Uliczny rodowód ma także drugie z najbardziej popularnych neapolitańskich dań, czyli spaghetti – obecnie jedno z primi, czyli dań pierwszych, elegancko podane na talerzu po przystawkach (antipasti), a przed secondi, czyli daniem głównym. W dawnych czasach neapolitańskie spaghetti było jednak zupełnie inną potrawą. Zaznaczmy, że przez wieki podstawowy posiłek mieszkańców stolicy Kampanii stanowiła zupa z warzyw liściastych, czasem z dodatkiem mięsa. Neapolitańczyków, dziś nierzadko nazywanych mangiamaccheroni (kluskożercami), określano mianem… liściożerców (mangiafoglie). Makaron pojawił się w Neapolu pod koniec XVII wieku, wraz z wprowadzeniem pierwszych technik, które z czasem stały się podstawą przemysłowej produkcji żywności. Wytwarzano go z lokalnej odmiany twardej pszenicy grano duro – taniej, bo nienadającej się na delikatną mąkę. Stosowano do tego wydajną metodę wyciskania z mosiężnej formy przy pomocy prasy śrubowej. Wysuszony na powietrzu mógł być przechowywany długo i szybko przygotowany do spożycia. Sprzedawano go najczęściej na ulicznych stoiskach, o których tak pisała cytowana już Matilde Serao: Gdy tylko mają dwa soldy, biedacy z Neapolu kupują talerz gorącego makaronu z sosem. Na każdej ulicy w czterech biednych dzielnicach miasta jest jedna tawerna z wystawionym na zewnątrz kotłem, w którym zawsze gotuje się makaron, w garnkach bulgocze sos pomidorowy, a obok piętrzą się góry tartego pikantnego sera cacio, który pochodzi z Crotone. (…)Makaron ten sprzedawany jest na talerze, w dwu- lub trzysoldowych porcjach, a biedni neapolitańczycy używają skrótów odnoszących się do ceny: nu doie („dwójka”) i nu tre („trójka”). Porcje są małe, a klient kłóci się z oberżystą, bo chce trochę więcej sosu, trochę więcej sera i trochę więcej makaronu.
W opisywanych przez Serao czasach przełomu XIX i XX wieku spaghetti, mimo ulicznej formuły, to już danie w dzisiejszej formie – z sosem, serem, jedzone z talerza. Wcześniej, choć trudno to sobie wyobrazić, był to po prostu makaron bez żadnych dodatków, brany rękami bezpośrednio od ulicznego sprzedawcy. Najprostsze uliczne danie, jakie może istnieć.
Neapol, koniec XIX w., fot. Library of Congress/LC-USZ62-113417
Ciasto na sznurach prania
Nędzny wygląd tych stoisk znamy z licznych grafik i zdjęć, był to bowiem popularny motyw pocztówek z Neapolu. Równie często portretowano biedaków, którzy unosili gorący makaron w ręku i zjadali w charakterystyczny sposób, odchylając do tyłu głowę. Sceny te stały się dla Anglików i Amerykanów podróżujących po Włoszech specyficzną atrakcją turystyczną miasta: ku ich uciesze uliczni żebracy, za kilka drobnych monet, gotowi byli na pokaz konsumować makaron w ten właśnie fascynująco prymitywny sposób. John Lawson Stoddard (1850–1931), amerykański autor książek podróżniczych, opisuje, jak w ciągu jednej nocy, przejeżdżając przez targ, kupił 20 talerzy pełnych makaronu tylko po to by obserwować, jak jedzą go miejscowi ludzie: W chwili, kiedy jeden z nieszczęśników dostawał talerz, tuzin innych doskakiwał do niego, chwytając pełne garści dymiącej masy i wpychając sobie tę prawie parzącą miksturę prosto do gardeł (Florence, Naples, Rome, 1897, tłum. własne). Okrutna zabawa szybko stała się popularna wśród turystów, dla których celowo organizowano takie spektakle. Wiele podobnych opisów znajdziemy także w innych relacjach angielskich i amerykańskich podróżników aż do lat trzydziestych XX wieku. Oprócz fascynacji skrajną biedą nie brakuje w nich również sugestywnych opisów złych warunków higienicznych, w jakich makaron jest spożywany, a także produkowany. Zarówno produkcja, jak sprzedaż, a później konsumpcja odbywała się wszak na ulicy. Wspomniany Stoddard opisuje „brudnych ludzi” rozwieszających wielkie płaty makaronu pośród kurzu, szmat i nędzy neapolitańskich ulic. (…) Mojemu przyjacielowi robiło się niedobrze na samo wspomnienie, że jadł tu makaron zeszłej nocy, i nic już by go nie skłoniło, by jeszcze raz choć tknąć to danie.
W bardzo popularnej, wydanej pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku książce The Food of Italy, jej autor Waverly Root (1903–1982) wspominał: Podczas mojej pierwszej wizyty tam, w 1929 roku, nabrałem niechęci do makaronu, przynajmniej w Neapolu, ponieważ jego niezdrowe dziedzińce były dżunglą. Bezwładne pasma wisiały na sznurkach do suszenia, brud wirował w powietrzu, muchy osiadały na odsłonięty makaron, gołębie bombardowały go z góry, dzieci wymyślały gry, aby się nim bawić… (przekład własny autora – przyp. red.).
Neapol, ok. 1850 r.
Biedni, obszarpani Włosi gotujący i jedzący na brudnej ulicy stanowili wspaniały kontrast zarówno dla garniturów dżentelmenów, jak i mundurów amerykańskich oficerów. Kontrast na wszelkie możliwe sposoby podkreślany. Taka kolonialna, pełna wyniosłego dystansu postawa, dla przyzwoitości maskowana czasem współczuciem, dominowała w narracjach podróżników bardzo długo, ale w pewnym momencie, około lat dwudziestych XX wieku, w Neapolu pojawili się turyści patrzący na miasto w nowy sposób.
Zdecydowało o tym kilka czynników. Za sprawą powolnej, ale jednak stale zachodzącej poprawy warunków życia, neapolitańska nędza przestawała być tak spektakularnie skrajna. Z drugiej strony, turystyka stała się bardziej demokratyczna i inkluzywna – do południowych Włoch nie docierały już tylko europejskie i amerykańskie elity finansowe, ale także formująca się nowoczesna klasa średnia, w tym intelektualiści. Zawdzięczamy im nowe patrzenie na kulturę miejskiej biedoty – również z dystansu, ale nie manifestowanego otwarcie; raczej intelektualnego niż materialnego. Pojawiając się w takich miejscach jak południowe Włochy, szukali w nich pozytywnych aspektów. Szczególnie fascynował ich żywiołowy i kreatywny potencjał braku formalności przeciwstawiony sztywności uporządkowanego życia miejskiego panującej tam, skąd przybywali.
Neapol, ok. 1903 r.
Porowatość miasta
W latach dwudziestych XX wieku Neapol wybrała sobie na miejsce spotkań grupa lewicowych intelektualistów z Frankfurtu – miasta skrajnie odmiennego. Był wśród nich wielki Walter Benjamin (1892–1948), który w znanym eseju z 1924 roku, napisanym wspólnie z przyjaciółką Asją Lacis (1891–1979), zauważa „porowatość” Neapolu – brak ustalonych granic, rozmywanie się i przenikanie tego, co prywatne i publiczne. Ulica jest przestrzenią, gdzie ludzie żyją i na widoku robią to, co w uporządkowanych niemieckich miastach ukrywa się w miejscach prywatnych; dotyczy to także jedzenia. Przybyszów z wyższych europejskich sfer napawało to współczuciem i odrazą, ale dla niemieckiego filozofa stanowiło świeża alternatywę dla uporządkowanego świata, z którego pochodził. Przechadzając się po mieście, Benjamin dostrzegał w nim piękno i powab. Sztukę jedzenia makaronu rękami, ciągle prezentowaną cudzoziemcom za wynagrodzeniem, określił mianem wirtuozerii, a uliczne jedzenie opisywał z fascynacją godną współczesnego foodie:
Im biedniejsza dzielnica, tym liczniejsze jadłodajnie. Z kuchni na otwartej ulicy każdy, kto może, bierze, co mu potrzeba. Te same potrawy smakują inaczej na każdym stoisku; rzeczy nie robi się przypadkowo, ale według sprawdzonych receptur. Sposób, w jaki w oknie najmniejszej trattorii ułożone są na widoku sterty ryb i mięsa, jest niuansem, który wykracza poza wymagania konesera. Na targu rybnym żeglarze stworzyli sanktuarium morskie, tak wspaniałe, jak te w Holandii. Rozgwiazdy, raki, mątwy z wód zatoki, które roją się od stworzeń, pokrywają ławki i często są pożerane na surowo z odrobiną cytryny (esej Neapol, tłum. własne autora – przyp. red.). „Porowatość” dostrzega Benjamin nie tylko w jedzeniu, ale także w tym, jak mieszkańcy pracują, śpią, zajmują się dziećmi, modlą i kłócą. Podobnie widzą Neapol inni intelektualiści: Ernst Bloch, Theodore Adorno, Bertold Brecht. Nieuporządkowane miasto staje się w oczach lewicowych myślicieli egzotyczną idyllą, odtrutką na zło, które lęgnie się w do bólu uporządkowanych miastach ich rodzinnych Niemiec. Projektują na nie swoje utopijne wizje, nie do końca świadomi, że ich perspektywa pozostaje kolonialna i protekcjonalna. Inicjują jednak obecny sposób postrzegania Neapolu przez turystów.
Neapol, ok. roku 1903, fot. Library of Congress/LC-DIG-GGBAIN-07961
Smakołyk do ręki
Dzisiaj uliczne jedzenie jest częścią prawdziwego życia miasta i ważnym elementem tożsamości, choć na ulicy jest zwykle tylko sprzedawane – większość biznesów mieści się w lokalach w budynkach. Najbardziej znane są oczywiście liczne pizzerie, w tym te oferujące uliczne wersje pizzy. Wśród nich warta uwagi jest choćby mała pizza śniadaniowa zwaną pizza a portafoglio (kieszonkowa, portafoglio to portfel), pizza con la scarola nadziewana duszoną endywią lub boćwiną, parigina z nadzieniem z sera i szynki między plackiem drożdżowym i warstwą ciasta francuskiego oraz pagnotiello – miękka bułka z ciasta do pizzy nadziewana salami, serem i jajkami na twardo. Wszystkie pomyślane tak, aby można było je wziąć do ręki i zjeść w drodze do pracy.
W mieście działają też dziesiątki smażalni zwanych friggitoria, często połączonych z pizzerią. Kiedyś były to w większości uliczne stoiska, ale prawie wszystkie zostały zlikwidowane i przeniosły się do lokali. Można tam kupić pastacresciute, zwane także zeppole (małe kawałki smażonego ciasta na pizzę), panzerotti di patate i crocchè(krokiety ziemniaczane), frittatina di pasta (smażony makaron wymieszany z sosem beszamelowym, groszkiem i szynką), białe i czerwone arancini (wywodzące się z Sycylii smażone w panierce nadziewane kulki z ryżu), scagliozzi (trójkątne plastry smażonej polenty), sciurilli (kwiaty cukinii), smażone plastry bakłażana w cieście. Te smażone na głębokim tłuszczu drobiazgi często serwowane są jako mieszanka w cuoppo (rożku z szarego papieru). Tradycyjne neapolitańskie cuoppo zawiera pastacresciute, panzerotti i arancini a w wersji na bogato, frittura di paranza, smażone rybki i kalmary. Po drugiej wojnie światowej, kiedy znaczna część pieców do pizzy była zniszczona, upowszechniło się też kolejne popularne uliczne danie: pizza smażona na głębokim tłuszczu czyli pizza fritta. Może mieć postać placków z nadzieniem (calzone fritto), być polana sosem pomidorowym i serem (montanara). W filmie L’oro di Napoli (Złoto Neapolu) Vittoria de Siki z 1954 roku takie właśnie zwykłe smażone na tłuszczu placki sprzedaje przechodniom z wystawionego przed dom straganu uroczo roztrzepana Sophia Loren.
Sophia Loren w filmie L’oro di Napoli, 1954 r.
Dzikość Mezzogiorno
Mieszkańcy Neapolu kochają swój street food i są z niego dumni. Uliczne jedzenie jest częścią rytuałów codzienności, takich jak droga do pracy i wieczorne życie towarzyskie. Większość stoisk z opisanymi powyżej ulicznymi przysmakami, jako miejsce na szybkie śniadanie w biegu, największe oblężenie przeżywa rano. Wieczorem tłumy gromadzą się wokół ulicznych stoisk z granitą, a także przy lodziarniach u cukierniach. Turyści całkowicie zaakceptowali tradycyjne uliczne jedzenie włoskiego Południa, bowiem zmieniło się ich postrzeganie takich potraw, one same zaś dostosowały się do nowoczesnych reguł. W Neapolu uliczne jedzenie jest dzisiaj częścią hedonistycznego doświadczenia kuchni włoskiej, elementem dolce vita. Nic dziwnego, że jako takie jest traktowane przez turystów jako atrakcja, sposób na poczucie się jak Włosi w najprzyjemniejszych chwilach dnia. Żaden z tych turystów nie byłby zainteresowany zleżałą zimną pizzą, po której łażą uliczne muchy, ani łapaniem rękami makaronu. To już dawno zapomniana historia. Dzięki miejscowym przysmakom przybysze mogą też doświadczać tej ciągle żywej dzikości Mezzogiorno – w bezpieczny sposób. Poprzez jedzenie tego samego, co tubylcy, chłonie się ich rzeczywistość bardzo głęboko, bo wszystkimi zmysłami. Jedzenie koduje też te atrakcyjne dla przybysza cechy lokalnej kultury: jej żywiołowość, różnorodność, południową intensywność. Atrakcyjne są nie tylko wyraziste smaki, tak różne od łagodnej i nudnej kuchni północnej Europy, ale także okoliczności, w jakich się je. Nie przy stole w jadalni lub restauracji, nie sztućcami, nie w czystych naczyniach, ale w pyle ulicy, często ciągle podane brudnymi rękami, w towarzystwie ludzi miejscowych, a więc odmiennych od nas.
Na koniec wspomnijmy o nurcie ulicznego jedzenia całkowicie przez turystów ignorowanym, choć doskonale oddającym ten ciągle niebezpieczny, żywiołowy charakter miasta pod Wezuwiuszem, który wzbudzał takie emocje w amerykańskich bogaczach i niemieckich intelektualistach. Są nim kuchnie imigranckie. Wróćmy w okolice dworca. Obok senegalskiego targu przy Via Bologna, afrykańskich salonów fryzjerskich, straganów sprzedających rękodzieło z Maghrebu, trafiamy na otwarte miejsca z kebabem i indyjskim curry, arabskie cukiernie, sklepiki z produktami ze wschodniej Europy. Nie jedzą tam ani turyści, ani rodowici Włosi. Ja też tam nie jadłem. A przecież podczas ostatniego pobytu mieszkaliśmy nieopodal, w tanim hotelu przy placu Garibaldiego, którego górna część przyjmuje turystów, dolną zaś zamieszkują młodzi czarnoskórzy mężczyźni, przesiadujący na placyku przed budynkiem i toczący niekończące się rozmowy z rodzinami w Afryce. Chcąc zanurzyć się jak najszybciej we włoskie życie miasta, mijaliśmy prędko tę rzeczywistość, nie mniej, a chyba wręcz bardziej autentyczną. Ona też stanowi o dzisiejszej tożsamości Neapolu. Kto wie, może następnym razem spróbuję?
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W trzecim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!
Taormina, znana z koncertów w niezwykłej przestrzeni tamtejszego Teatro Greco, stała się dla nas pretekstem do opowieści o tożsamości miejsc, ich przeobrażeniach i fascynującej historii. Muzycy koncertują w Taorminie od połowy lat 50-tych, ale oczywiście ślady obecności sztuki w tym miejscu są dużo starsze i sięgają III wieku p.n.e.! Jak Morze Śródziemne uczyło nas czerpania przyjemności dla ducha? Dlaczego mówi się o Sycylii, że jest buziakiem od Boga? Skąd się wzięły amfiteatry? I czy Włosi najbardziej kochają muzykowanie w plenerze?
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:
🔹 różni autorzy: Sycylia
Kuchnia Katalonii jest dosyć zróżnicowana. W głębi lądu króluje wieprzowina — podawana z białą fasolą grillowana kiełbasa botifarra to jedno z flagowych dań regionu, a sama Katalonia jest jednym z głównych hiszpańskich producentów wyrobów wieprzowych. Na wybrzeżu popularne są oczywiście ryby i owoce morza, przede wszystkim krewetki, kalmary i dorsz, także solony. Podaje się go np. w letniej sałatce esqueixada de bacalao, z drobno posiekanymi soczystymi pomidorami, cebulą i oliwkami.Obie tradycje spotykają się w katalońskiej koncepcji mar i muntanya, “morze i góry”, która łączy mięso i ryby. Do dań tego nurtu należą m.in. sipia amb mandonguilles — mątwa gotowana w gęstym sosie z groszkiem i wieprzowymi klopsiki, oraz pollastre amb llagosta, gulasz z kurczaka z homarem i picadą — pastą z migdałów, chleba i czosnku, używaną w Katalonii do zagęszczania i doprawiania sosów. Migdały to także składnik katalońskiego sosu romesco, blendowanego z pieczonych pomidorów, czosnku, prażonych migdałów i orzechów laskowych oraz suszonych słodkich papryczek ñora. Rybacy z Tarragony, skąd pochodzi romesco, podawali sos jako dodatek do ryb; na jego bazie przygotowuje się też romesco de peix, aromatyczny gulasz z ryb i owoców morza. Dzisiaj sos romesco — choć nadal chętnie podawany z rybami i mięsem — kojarzy się przede wszystkim z grillowanymi calçots, cebulkami podobnymi do dymek, których sezon przypada na zimę i wczesną wiosnę.
Escalivada wzięła swoją nazwę od katalońskiego czasownika escalivar, który oznacza „gotować w popiele” i nawiązuje do tradycyjnego sposobu przygotowania warzyw na rozżarzonych węglach. Latem warzywa można przygotować na grillu, zimą upiec w mocno rozgrzanym piekarniku. Escalivada świetnie sprawdza się jako część uczty tapas, można też podać ją jako dodatek do mięsa, ryby lub serów. Jest pyszna na ciepło, ale można też marynować warzywa dłużej i przechowywać w lodówce. Sałatkę proponuję wzbogacić dodatkiem anchois, tuńczyka z puszki albo, w wersji wegetariańskiej, białej fasoli.
Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z regionem Emilia-Romania.
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W trzecim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!
Renesansowi architekci rozplanowali ją tak, aby wygodnie żyło się w niej nawet za 500 lat. Ma szerokie ulice, mnóstwo zieleni, otwarte przestrzenie pozwalające na zaczerpnięcie oddechu. Tworzyli w niej wielcy literaci i studiowali genialni uczeni, a jej bramy otwarte były na różne kultury i tradycje. Władający nią książęta za żony brali sobie niezależne i postępowe kobiety, ale w jej dziejach nie brakowało też skandali i wielkich namiętności. Zapraszamy do Ferrary – najnowocześniejszego ze starych włoskich miast!
Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”: Beata Zatońska: Lukrecja Borgia
Co roku w drugiej połowie stycznia otrzymuję wiadomość ze szkoły i przedszkola: Przypominamy, że jutro dzieci przychodzą ubrane na zielono! I choć za oknem polska zima, w mojej półizraelskiej rodzinie jest to pierwszy sygnał wiosny. Oto nastało święto zwane Nowym Rokiem Drzew (Tu bi-Szwat, ט״ו בשבט) – jedno z moich ulubionych.
Nazwa święta ma związek z datą: celebruje się je 15 dnia miesiąca Szwat. W tym czasie najwcześniej kwitnące drzewa Ziemi Świętej budzą się do życia i rozpoczynają nowy cykl owocowania. Izraelskie rodziny swiętują ten moment w ogrodzie, sadząc kwiaty i krzewy. Szkoły organizują akcje sadzenia drzew. Jest to także moment na rozmowy o ekologii i wszelkie rozważania związane ze środowiskiem naturalnym. Dla osób wierzących ich podstawę stanowią słowa zawarte w Torze, wedle których człowiek jest drzewem pola. Podobnie jak rośliny, także i my rodzimy się, wzrastamy, by na koniec powrócić w objęcia Matki Ziemi. Z okazji Tu Bi-Szwat w niektórych regionach szczególnie chętnie sieje się pietruszkę, która od czasów starożytnych symbolizuje hart ducha, męstwo i wygraną. Jej polska nazwa zdaje się pochodzić od łacińskiego rzeczownika petra –“skała”, przypominając, że troskliwie pielęgnowane ziarno daje piękny owoc, bogaty w siłę, odporny na zło.
W Nowy Rok Drzew zakłada się zielone ubrania
Obchodzenie tej uroczystości zapoczątkowano za czasów Drugiej Świątyni, budowanej po powrocie Żydów z Babilonu, a więc w latach ok. 550–520 p.n.e. Święto rozpoczynało swego rodzaju nowy rok podatkowy, czyli rok składania dziesięciny z owoców drzew. Przeznaczano ją na potrzeby pomocników świątynnych zwanych lewitami, a także osób ubogich. W średniowieczu z okazji Tu Bi-Szwat urządzano wieczerze, podczas których spożywano liczne gatunki owoców. W XVI w. grupa mistyków skupiona wokół Izaaka Lurii, kabalisty z Safedu w Palestynie, nadała obrzędowi wymiar symboliczny, któremu towarzyszyło odczytywanie stosownych fragmentów Pisma oraz wygłaszanie błogosławieństw nad winem. Dziś w świąteczny wieczór również podaje się dary ziemi: zboża (w postaci ciasta), winogrona, figi, daktyle, oliwki oraz granaty.
Bez względu na to, czy Tu Bi-Szwat jest świętem, które obchodzimy, czy nie, warto wspomnieć w tym dniu piękną analogię między drzewem a człowiekiem, jak również uświadomić sobie, że w barwnych, aromatycznych i smakowitych owocach rodzonych przez drzewa największa moc kryje się w maleńkim ziarenku. To ono daje początek kolejnej roślinie, ta zaś – następnym pokoleniom drzew.
Jože Plečnik urodził się 23 stycznia 1872 roku w Lublanie, prowincjonalnym wówczas mieście monarchii habsburskiej. Był lublańczykiem z urodzenia, ale, co ważniejsze, przede wszystkim lublańczykiem z serca i duszy. Mimo ogromnych trudności z ukończeniem szkoły, wyrokiem nieprzewidywalnego losu został architektem – i to w Wiedniu, u boku samego Otto Wagnera. W stolicy Austrii Plečnik zostawił pierwsze ślady swojego geniuszu, by przez praskie Hradczany i Vinohrady powrócić do ukochanej Lublany i tu, przez kilkadziesiąt lat, przekształcać, przebudowywać i nadbudowywać tkankę miasta.
Jože Plečnik (1872–1957)
Jego wkład w dzisiejszy układ urbanistyczny stolicy Słowenii jest nie do przecenienia. Wyznaczył jej nową oś lądową, zaś oś wodną, czyli Lublanicę, przebudował, ubierając ją w funkcję i symbole; wyznaczył miejską promenadę, zaprojektował parki i tereny zielone, wydobył na światło dzienne i wyznaczył właściwe miejsce ruinom rzymskim. Zaprojektował ogromną liczbę budynków użyteczności publicznej, takich jak: Biblioteka Narodowa i Uniwersytecka (NUK), hale targowe (Tržnice), Izba Handlu, Rzemiosła i Przemysłu, Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych, siedziby szkół (Križanke, gimnazjum urszulińskie). Jako człowiek wielkiej wiary zaprojektował kościoły (św. Franciszka z Asyżu, św. Michała na Barju) i w jedyny w swoim rodzaju sposób przebudował największy lublański cmentarz (tzw. Žale).
Podczas zwiedzania Lublany nie da się uniknąć spotkania z dziełem Plečnika. Ślady jego twórczości i geniuszu spotykamy na każdym kroku; dzieje się tak również dlatego, że za swoje zadanie uważał dopilnowanie każdego najdrobniejszego szczegółu. Był architektem totalnym: projektował budynki, ale też okna, lampy, latarnie miejskie, kolumny, a nawet klamki czy tralki w balustradach. To dlatego omiatając wzrokiem każdy zakątek centrum Lublany, zawsze znajdziemy to Plečnikowe „coś”.
Detal w NUK. Pegaz czy motyw ludowy? Fot. sLOVEstory
Gdyby pozbawić Lublanę dzieła Plečnika, zostałoby nam jedno ze środkowo-europejskich, dawnych austro-węgierskich miast. Oczywiście nie oznacza to, że bezwartościowe. Jednak to właśnie dzięki Plečnikowi-Pigmalionowi Lublana, niczym mitologiczna Galatea, stała się unikatowa, jedyna i jako taka z pewnością warta poznania.
Porównanie Jožego Plečnika do Pigmaliona wydaje się całkowicie uprawnione. Architekt czuł się kontynuatorem tradycji klasycznej, w Lublanie zaś widział bezpośrednią dziedziczkę tradycji śródziemnomorskiej. Swoje projekty osadzał, nadbudowywał nad już istniejącą architekturą, nie burząc jej, nie zwalczając, a raczej dostosowując ją do potrzeb dwudziestowiecznego miasta. Dawniejsza zabudowa Lublany wynikała z jej położenia geograficznego i kontekstu kulturowego – stanowiła mieszankę wpływów austriackich i włoskich. I to właśnie do tych ostatnich szczególnie chętnie nawiązywał Plečnik, dodając doń od siebie środkowoeuropejskie, słoweńskie serce.
Szczegół: rozeta jednej z kaplic cmentarnych; fot. sLOVEstory
W 2021 roku Lublana doczekała się prawdziwego światowego uznania. Spuścizna Plečnika została wpisana na listę dziedzictwa UNESCO. Warto podkreślić, że tytuł ten został nadany ze względu na uniwersalne, ogólnoludzkie przesłanie architektury Plečnika, a więc: głęboko humanistyczny projekt miasta. Jednostka i jej dobrostan stanowiły punkt odniesienia na każdym etapie tworzenia miejskiej tkanki – jej funkcji, symboliki, układu przestrzennego. To dlatego Lublana jest tak zielona, pełna harmonii, właściwych proporcji. Jednocześnie całą sobą ma nam tyle do opowiedzenia! Co ważne, każdy element architektury Plečnika wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO jest dostępny bezpłatnie. Wszyscy możemy korzystać z niej na równych prawach – po prostu jako ludzie.
Plečnik z psem, ok. roku 1933
Gdy (następnym razem) odwiedzicie Lublanę, spójrzcie na nią z perspektywy geniuszu Jožego Plečnika. Poszukajcie wspomnianego humanistycznego pierwiastka, delektujcie się harmonią i pięknem tego niezwykłego miasta. A gdy już nasycicie się Plečnikiem w Lublanie, wybierzcie się w podróż po Plečnikowej Słowenii. To też będzie niesamowita przygoda!
Autorka, wraz z mężem Piotrem Pilchem-Dobrowieckim, jest lokalnym przewodnikiem po Słowenii. Prowadzi fanpage sLOVEstoryPL.
Tracja. Thraki (Θράκη). Bodaj najmniej znany i najmniej rozpoznany z greckich regionów. Ziemia przygraniczna, ze słabo rozwiniętą turystyką, wciśnięta między żyzne ziemie Macedonii (od zachodu), łańcuchy Rodopów (od północy), Morze Egejskie (od południa) i kapryśną graniczną rzekę Ewros (Έβρος, bułgarska Marica/Марица, turecki Meriç). Dla Greków Tracja dionizyjska i Orfeuszowa. Ale współcześnie także częste miejsce odbywania służby wojskowej. Fragment rozległej, historycznej oraz mitycznej ziemi Traków i innych ludów, którzy w przemarszu dziejów zakładali tu swoje osiedla, w starożytności i po niej. Trakowie, Hellenowie, obywatele Cesarstwa Rzymskiego i późniejszego Wschodniorzymskiego. Osmanowie. Grecy, Bułgarzy, Turcy, Żydzi, Ormianie. Od wieków mozaika kultur, języków i wyznań. Żywa mozaika. Namacalna i poruszająca swoją innością. Dosłownością i kontrastem. Miejsce, o którym tak niezwykle pisze Kapka Kassabova (Granica. Na krawędzi Europy). Trudno bowiem poznawać ten region wyłącznie w kontekście każdego z trzech jego „odłamków”, stanowiących dziś część różnych państw. Wiele aspektów Tracji przynależy do świata tego, co trwa ponad granicami, co łączy, a nie dzieli.
Tracja trwa ponad granicami, fot. Mehmet Talha Onuk198
Pod miastem – w przełomie rzeki Nestos, fot. Tomasz P. Kozłowski
Szaleństwo zmysłów
Tracja grecka, do której dziś zaglądamy, dzieli się na trzy subregiony. Dwa z nich zawdzięczają swoje nazwy miastom – Xanthi (Ξάνθη; zachodni) i Komotini (Κομοτηνή; centralny). Trzeci, wschodni, ze stolicą w nadmorskim mieście Aleksandrupoli (Αλεξανδρούπολη), nosi nazwę wielkiej i z mnóstwa powodów ważnej rzeki. To wspomniany Ewros. O każdym z tych subregionów można z osobna napisać bardzo wiele; dużo między nimi podobieństw, ale i różnic. Podobieństwem jest z pewnością owa kulturowa mozaika. Ta żywa, namacalna i przemawiająca do nas głęboką odmiennością od tego, z czym Grecja potocznie się kojarzy. W Tracji umysł wędrowcy zbacza z leniwego, wyspiarskiego, nierzadko dość oczywistego szlaku. Pracuje tu na najwyższych obrotach. Oczy widzą egejski błękit, ale i typowo bałkańskie góry. Nadmorskie gaje oliwne, ale i las… świerkowy na zboczach Rodopów (las Elatia / Ελατιά). Prawosławne cerkwie i minarety meczetów. Obywateli Grecji podobnych do tych z innych zakątków kraju, ale i miejscowe kobiety w chustach. Napisy po grecku, jak i po turecku. Uszy pobudzane są nie mniejszą różnorodnością. Dzwony wież kościelnych współbrzmią z wibrującym śpiewem muezzina.
Oreo – wieś Pomaków, fot. Tomasz P. Kozłowski
Spacer po Xanthi, fot. Mehmet Talha Onuk
Na ulicy i na targu, zwanym tu po wschodniemu pazari (το παζάρι), nowogrecki miesza się tu z językiem tureckim, ale i… ze słowiańskim dialektem Pomaków. Znaczna różnorodność dźwięków spotka nas też na trackich falach radiowych. Doznania smakowe dopełnią oszołomienia. Wejdźmy tylko do cukierni: czekoladki według zachodnich przepisów kuszą obok sznurów lokum, tac z aromatycznym künefe (gr. kiunefe / το κιουνεφέ) czy miseczek z pysznym aşure. A gdy nasze zmysły zatopią się już w trackiej różnorodności, nieoczywistości i zagadce, spróbujmy zrobić krok w tył i rozpocząć poznawanie na spokojnie. Zagłębianie się w wielopoziomowej tajemnicy Tracji. Rozumienie. Kto raz zakocha się w tej krainie, nie przestanie jej miłować…
W zaułkach miasta Xanthi, fot. Tomasz P. Kozłowski
Wielopoziomowa Tracja, fot. Mehmet Talha Onuk
Granica światów
W naszej podróży zatrzymajmy się dziś w bodaj najefektowniejszym z miast greckiej Tracji: w Xanthi. Miejscowość ta, o rodowodzie sięgającym III wieku p.n.e., a rozkwitła za czasów bizantyjskich, rozłożyła się na skraju żyznej rolniczej równiny. Mało gdzie w Grecji spotkamy tak efektowne plantacje drzew granatowca, jak na tych równinach; nie brakuje tu również pól bawełny, zbóż, jak i wspomnianych już gajów oliwnych. Te ostatnie srebrzą się częściej już bliżej morza i niedużych, acz ciekawych ruin starożytnej Abdery – miasta filozofów Demokryta czy Protagorasa. Tam, gdzie klimat pewniejszy, łagodniejszy, gdzie zimą rzadziej sięga przymrozek bałkańskich gór. Na ziemi tejdoskonale widać Braudelowską granicę Śródziemnomorza, wytyczoną naturalnym limitem wytrzymałości drzewa oliwnego. Przebiega tu ona właśnie w okolicach Xanthi. Z jednej strony miasta oliwka wciąż jest. Z drugiej cofa się, ustępuje miejsca żywicznej zieleni sosen czy znajomo wyglądających buków. Świadomość doświadczania tej metaforycznej granicy światów jest tu przyjemnością samą w sobie… Smakowaniem rozstania i powrotu, skumulowanych na małym obszarze fitosocjologicznej i biogeograficznej strefowości. Bo to, co trzeba teraz podkreślić to fakt, że po drugiej stronie Xanthi piętrzą się góry. Przedgórza opiewanych w pieśniach (szczególnie bułgarskich) Rodopów, nowogreckiej Rodopi (Ροδόπη), w pełni tożsamej z antyczną Rodope.
Ziemia pełna mitów, fot. Odysseas Chloridis
Xanthi – miasto z widokiem na góry, fot. Tomasz P. Kozłowski
Przypomnijmy tu sobie ważny mit: starogrecką opowieść o noszącej to imię trackiej królowej i jej małżonku Hajmosie – dwojgu zakochanych, owładniętych uczuciem tak płomiennym, że porównywali siebie do samych Hery i Zeusa. Okrutny jest gniew olimpijskich bogów, którzy na tracką zuchwałą parę zsyłają swój wyrok… Oto zakochani staną się górami. I tak królowa Rodope zmienia się w pasmo Rodopów, a jej małżonek Hajmos – w bałkańskie wierzchołki Hajmos (Stara Płanina we współczesnym nazewnictwie) po drugiej stronie rwącej rzeki I do dziś to zielona Rodope przynosi tej okolicy najwięcej życiodajnego deszczu, spływającego przez rejon Xanthi malowniczą, głęboką doliną rzeki mniejszej niż Ewros, ale zdecydowanie bardziej urodziwej – Kosinthos (Κόσυνθος). Z zielenią okolicznych lasów, szumem pieniącej się górskiej wody, z gniazdami kolorowych żołn… Deszcz jednak spływa w tej okolicy i inną doliną. To druga z najważniejszych rzek Tracji: Nestos (Νέστος), Mesta Bułgarów (to w Bułgarii zaczyna swój bieg), tworzący niedaleko Xanthi wyjątkowo efektowny kanion z widowiskowo wykutymi w nim linią kolejową i tunelami. Wiodła tędy jedna z tras Orient Expressu. Miejsca tego, tej ścieżki w kanionie, nie może zabraknąć na trasie żadnego trackiego podróżnika, a wszelkie trudy wędrówki wynagrodzą widoki, zachód słońca pośród wyjątkowego pejzażu oraz wiosenne irysy kwitnące przy skałach.
Uliczki Xanthi, fot. Tomasz P. Kozłowski
Tracja to miejsce unikatowe w skali Grecji, fot. Mehmet Talha Onut
Barwny ceremoniał
Gdy już zorientujemy się w śródziemnomorsko-bałkańskiej topografii tej ziemi, rozpocznijmy spacer po samym Xanthi. Wiekowe Stare Miasto (Palia Poli / Παλιά Πόλη), z bogactwem architektury osmańskiej, wyraźnie odcina się od dzielnic nowych – typowych gęstych skupisk charakterystycznych dla wielu greckich miast. Niech jednak nie zwiedzie nas znana z przewodników pokusa podążania tylko za tym co stare, co zabytkowe i opiewane. W pozornie zwyczajnej plątaninie ulic nowego miasta pojmiemy lepiej, bardziej namacalnie, czym jest Tracja i jej wielokulturowa mozaika. To tu zobaczymy też główny meczet miasta, a w centrum, na placu, w każdą sobotę, doświadczymy niezwykłego zespolenia wszystkich kultur, języków, ubiorów, spotykających się na pazari – wielobarwnym, unikatowym w skali Grecji targowisku, w innych regionach kraju zwanym powszechnie laiki (ηλαϊκή), tu zaś trwającym przy nazwie wschodniej, bardziej uniwersalnej, łatwiejszej do zrozumienia dla wszystkich. Ksantyjskie pazari, z którego tutejsza ludność jest szczerze dumna, to cała instytucja. Magnes. Doświadczenie. To ceremoniał żywy i wciąż autentyczny, ważny dla wszystkich mieszkańców miasta, dla prawosławnych i dla muzułmanów. Wszyscy oni zmierzają tu w sobotni poranek na zakupy i na spotkanie. Na rozmowę i wymianę wiadomości. By później, także i z siatkami czy torbami, zasiąść na dłuższą chwilę na kawę, na placu przy miejskim zegarze (Roloi/ το Ρολόι).
Widok na stare miasto Xanthi, fot. Tomasz P. Kozłowski
Feeria barw w Xanthi, fot. Mehmet Talha Onuk
To na pazari spotkamy wszystkich, cały ten tracki korowód, wszystkie społeczności Xanthi zamieszkujące razem. Po sąsiedzku, ulica w ulicę. Cały ten „kulturowy kalejdoskop”, współistniejący w mieście relatywnie niewielkim, ludnym nie bardziej niż polskie Biała Podlaska, Świdnica czy Zgierz. W Xanthi, dość równo podzielonym na społeczność prawosławną i muzułmańską, chyba bardziej niż gdziekolwiek indziej w tych stronach odczuwamy pozostałość osmańskich i bałkańskich milletów, panującej między nimi zasady dobrosąsiedztwa, obopólnego szacunku. Przywołam tu krótką definicję Adama Balcera, która trafnie opisuje ten porządek: System milletów polegał na podziale administracyjnym poddanych osmańskich na wspólnoty religijne, które posiadały autonomię polityczną, konfesyjną, finansową oraz kulturową (Turcja. Wielki Step i Europa Środkowa, s. 133). Spacerując ulicami Xanthi ma się nieodparte wrażenie, że w nowym świecie granic, podziałów i systemów, w warstwie symbolicznej czy obyczajowej, przetrwało tu coś z tamtych osmańskich reguł, jakby zamrożonych w czasie. Muzułmanie Xanthi nie są przy tym grupą jednorodną. To płynny świat wielu tożsamości i ich odcieni. Są oni obywatelami państwa greckiego, a wielu z nich uważa się po prostu za muzułmanów „miejscowych”, z rodów sięgających historią czasów, o których milczą księgi. Istnieje też grupa skłaniająca się ku tożsamości tureckiej.
Rękodzieło Pomaków, fot. Tomasz P. Kozłowski
W Xanthi współistnieją różne tożsamości, fot. Tracja trwa ponad granicami, fot. Mehmet Talha Onuk
Są wreszcie i Pomacy (gr. Pomaki/ οι Πομάκοι), górale z wiosek ponad miastem, z tak zwanych Pomakochoria (Πομακοχώρια): lud trudniący się pasterstwem i uprawą tytoniu, niegdysiejszego złota tych okolic. Jest to lud pochodzenia słowiańskiego, mówiący językiem pokrewnym bułgarskiemu, także ze słownictwem lokalnym oraz naleciałościami języków greckiego i tureckiego. Mowa ta brzmi zatem jak opis ziem, w których powstała i wyewoluowała. Z czasem część Pomaków odeszła od życia pośród gór i osiadła w miastach Tracji, w tym w Xanthi. Spotkamy ich tu bez większego problemu. Wreszcie, do muzułmanów zalicza się część miejscowych Romów. Nie wszyscy jednak, bowiem społeczność ta podzielona jest w Tracji wyznaniowo między islam i prawosławie. Ludność grecka (grekoprawosławna) również jest tu dość zróżnicowana pod względem korzeni i pochodzenia. Obok Greków wywodzących się z samej Tracji nie brak tu i dawnych przesiedleńców, do dziś pieczołowicie pielęgnujących tradycje opuszczonych ziem. To między innymi Grecy kapadoccy czy Grecy z wybrzeży Morza Czarnego, z Pontu, tzw. Grecy pontyjscy (gr. Pondii/ οι Πόντιοι), którzy trafili na ziemie współczesnej Grecji po akcji przesiedleńczej zarządzonej w 1923 roku na mocy traktatu w Lozannie. To również tzw. Rosopondii (Ρωσοπόντιοι), grecka ludność pontyjska, która po tym samym 1923 trafiła nie do Grecji, a do republik radzieckich, skąd, w wyniku zawirowań historii, przybyła tu dość masowo w latach 90. XX wieku. Wreszcie, w Xanthi spotkamy też potomków tradycyjnej społeczności półnomadycznej – Karakaczanów (gr. Sarakatsani / οι Σαρακατσάνοι), a także współczesnych greckich Odyseuszy – ludzi z różnych powodów zmieniających adres zamieszkania. Podczas wyjątkowo barwnego Festiwalu Starego Miasta Xanthi, organizowanego w początkach września każdego roku, różnorodność greckich stowarzyszeń (kulturalnych, tanecznych itp.) jest wyjątkowo dobrze widoczna. Pośród stoisk miejscowych Pontów, Ewrites (Greków trackich z regionu Ewros) czy Karakaczanów wypatrzyłem raz nawet… Związek Kreteńczyków w Xanthi. Do tej uproszczonej wyliczanki etnosów, regionalizmów i tożsamości dodajmy jeszcze – nielicznych już dziś – potomków ksantyjskich Ormian. Otrzymamy obraz społeczności, w której „tracka mozaika” nie jest zdawkowym hasłem, lecz pulsującą energią codziennością.
Życie nocne w zaułkach Xanthi, fot. Tomasz P. Kozłowski
Życie codzienne w Xanthi, fot. Mehmet Talha Onuk
Czas na zwiedzanie
Teraz gdy poznaliśmy nie tylko topografię miejsca, ale i jego strukturę etniczną czy wyznaniową, gdy zrozumieliśmy nieco to fascynujące trackie współistnienie, rozpocznijmy wędrówkę szlakiem turystycznych atrakcji, które jawią się li tylko jako wisienki na trackim torcie-przekładańcu, pobudzającym zmysły smakiem, aromatami i barwami. Zanurzmy się w świat pięknych osmańskich rezydencji, którymi upstrzone jest tutejsze Stare Miasto. Przy wielu z nich w staranny sposób opisano ich historię. Jedna ze starych willi, niedawno pieczołowicie wyremontowana, stoi na granicy starówki i nowej części Xanthi. Wyróżnia się w sposób szczególny: to miejsce, w którym urodził się i wychował jeden z najwybitniejszych kompozytorów muzyki Grecji, Manos Chadzidakis (ΜάνοςΧατζιδάκις, 1925–1994) – autor mnóstwa pieśni, do dziś kochanych i wyśpiewywanych przez Greków, ale i kompozytor muzyki filmowej rozpoznawanej na całym świecie. To on skomponował choćby Dzieci Pireusu – piosenkę z filmu Nigdy w niedzielę z Meliną Merkuri w roli głównej, która stał się jednym z hymnów filhellenów całej ojkumene i za którą Chadzidakis otrzymał w 1960 roku Oscara.
Dziedzictwo chrześcijańskie w Xanthi, fot. Tomasz P. Kozłowski
Starówkę wypełniają galerie i klimatyczne knajpki, fot. Tomasz P. Kozłowski
W innej monumentalnej willi, już wewnątrz Starego Miasta, rozgościło się wyjątkowej urody Muzeum Etnograficzne i Historyczne, z ekspozycją wielobarwną jak cała Tracja. To też jedno z miejsc, w których poznamy nieco z historii trackiego tytoniu i jego obróbki; kulturowy wkład rośliny, dzięki której miasta szeroko rozumianego regionu, Xanthi, Komotini czy egejska Kawala, przez wiele dziesięcioleci przeżywały czas prosperity, bogacąc się na handlu dobrej jakości tytoniem z gór Tracji i wschodniej Macedonii. To dzięki niemu tak wiele w Xanthi dawnego, eleganckiego przepychu, widocznego w stylu licznych starych budowli. To też sławne w Grecji przemysłowe zabudowania dawnych magazynów tytoniu, kapnapothikies (οι καπναποθήκες), w środkowej części miasta – magnes dla miłośników dawnej architektury industrialnej. Na starówce czeka na nas jeszcze jedno ciekawe muzeum: „Dom Cienia” (gr. To Spiti tis Skias/ ΤοΣπίτι της Σκιάς), wyjątkowe w swym koncepcie muzeum-galeria artysty Triandafilosa Vaitsisa (ΤριαντάφυλλοςΒαΐτσης), którego konstrukcje, odpowiednio oświetlone i projektowane na ścianę, zamieniają się w postacie z panteonu światowej kultury: w sylwetki Konstandinosa Kawafisa, Johna Lennona, Marilyn Monroe i innych. Gdy opuścimy starówkę, wypełnioną galeriami oraz klimatycznymi knajpkami, i przejdziemy most na rzece Kosinthos, zastanie nas z kolei czarowna plątanina wspinających się na wzgórze zaułków dzielnicy Samakow (Σαμακώβ). Warto tu przyjść dla klimatu uliczek i dla widoku miasta po drugiej stronie rzeki.
Dom Manosa Chadzidakisa, fot. Tomasz P. Kozłowski
Xanthi to jednak nie tylko samo miasto. To również jego wielce interesujące okolice. Wsie Pomaków (wspomniane Pomakochoria), laguny Vistonidy, Porto Lagos z klasztorem na wyspie, starożytna Abdera. Klasztory na wzgórzach ponad miastem, ruiny bizantyjskiego zamku i szlaki piesze tonące w zieleni. Dzikie ostępy górskich mateczników przyrody – Elatii (Ελατιά) czy Chajdu (Χαϊντού). Ι wiele innych miejsc na kolejne opowieści, zagubionych pośród trackiej mozaiki przyrody i kultury. Ludzkiego ciepła i ludzkich wyzwań. Pośród oryginalnego i szlachetnego w swej rzadkości splotu trwania, dialogu i wzajemnego ubogacania… Tracja to miejsce odkrywania wielu nieoczywistych szlaków, to kraina przekraczania widzialnych i niewidzialnych granic, kraina niezapomnianych powrotów.
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W trzecim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!
Nowy sezon zaczynamy od wprowadzenia do tematu tożsamości. Co rozumiemy pod tym pojęciem? Czy istnieje coś takiego, jak tożsamość śródziemnomorska? Jak pojmowali swą tożsamość Grecy i Rzymianie oraz jak ma się do tego tożsamość europejska? W tym odcinku opowiemy też, co oznacza nazwa Europa, skąd pochodzą toponimy takie jak Italia czy Hiszpania, czym jest tak zwany dobry mit Andaluzji i czy identità italiana jest równie wiekowa, jak włoska kultura.
Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie do lektury następujących artykułów:
W trzecią sobotę stycznia w Królestwie Niderlandów celebrowany jest Dzień Tulipanów. Na głównym placu Amsterdamu, Dam, od rana pyszni się 200 000 barwnych kwiatów, które w godzinach popołudniowych mieszkańcy będą mogli zabrać bezpłatnie do domów. I choć tulipany wydają się nierozerwalnie związane z holenderską tożsamością, to ich historia pokazuje, że tożsamość ma często bardzo pokrętną historię…
Tulipan w naturalnych warunkach rośnie w głównie Europie Południowej, w Turcji i Afryce Północnej, a więc nad Morzem Śródziemnym. Przede wszystkim jednak jest kwiatem Wschodu – jego uprawa zaczęła się najprawdopodobniej w X wieku w Persji. I choć ówczesne tulipany były mniej okazałe od dzisiejszych, szybko zaczęto uważać je za kwiaty wyjątkowo piękne i dekoracyjne. Sławił je między innymi trzynastowieczny perski poeta Sadi z Szirazu, jednak znawcy roślin biblijnych utrzymują, że tulipany pojawiają się już w Pieśni nad Pieśniami, datowanej na czas od VI do III wieku p.n.e. W Biblii określa się je mianem nissanim, w nawiązaniu do nazwy wiosennego miesiąca, w którym kwitną czerwone kwiaty. W innych fragmentach występuje natomiast pod nazwą lilia, jednak kontekst sugeruje nam, że chodzi o pospolite kwiaty, które pojawiają się wiosną w Izraelu – w tym tulipan górski.
Kwitnący na jerozolimskich wzgórzach Tulipa aginensis, fot. Dror Feitelson / Wikimedia, CC BY 2.5
Największą miłością darzyli tulipany mieszkańcy Imperium Osmańskiego. Złoty wiek w historii tego państwa określa się mianem ery tulipanów (Lâle Devri), bowiem kwiat ten symbolizował obfitość i dostatek, przywodząc na myśl ziemski raj, boski dar dla ludzi. Turecka nazwa tulipanów, zapożyczona z perskiego, brzmi zresztą lâle – w piśmie arabskim składała się z tych samych liter, co słowo „Allah”.
Od wieków po dziś dzień tulipany przewijają się w tureckiej sztuce, poezji, muzyce; widnieją na tkaninach, ceramice, dywanach. Zwykle mają charakterystyczny, stylizowany kształt i mocno wydłużone płatki, zaś w formie mocno abstrakcyjnej znajdziemy je w logotypie linii lotniczej Turkish Airlines. Na początku kwietnia w Stambule organizowany jest słynny festiwal tulipanów, które zdobią wówczas każdy zakątek miasta, nierzadko układając się w zaskakujące i skomplikowane wzory.
Kiedy tulipany przywędrowały do Europy Północnej? Źródła nie są co do tego zgodne, jednak kwiatów tych próżno szukać na średniowiecznych malowidłach. Do niedawna uważano więc, że w XVI wieku przywiózł je z Konstantynopola do Wiednia ambasador Habsburgów na dworze Sulejmana Wspaniałego. Wówczas powstała także nazwa „tulipan”. Część badaczy twierdzi, że odnosi się ona do kształtu rośliny; inni przytaczają anegdotę, wedle której wspomniany ambasador, podróżując po Turcji, natknął się na dziko rosnące tulipany. Kiedy ujrzał wieśniaka z turbanem na głowie – pisze Bill Laws w książce 50 roślin, które zmieniły bieg historii – zapytał go o nazwę tych kwiatów. Chłop przekonany, że cudzoziemiec podziwia jego nakrycie głowy, odpowiedział „tulipand”, co znaczy turban. Dyplomata zapisał nazwę i dopiero później dowiedział się, że prawdziwa nazwa kwiatu brzmi „lâle”.
W Turcji niektórzy nadal wierzą, że tulipan ogrodowy może działać jak afrodyzjak, a płatki odmiany Tulipa vierge nosi się w portfelu lub kieszeni na szczęście. Fot. fotompue / Flickr, CC BY-ND 2.0 Deed
Dziś nie ma już pewności, czy to rzeczywiście habsburski ambasador jako pierwszy przywiózł tulipany do naszej szerokości geograficznej. W 2016 roku świat obiegła bowiem wiadomość o odkryciu naukowców z Uniwersytetu w Kordobie (Hiszpania), wedle których tulipany miały trafić do Europy przez Andaluzję, 400 lat przed ich pojawieniem się w Austrii i Holandii. Świadczy o tym znaleziony przez nich jedenastowieczny podręcznik botaniki, w którym pojawia się tulipan, określany wówczas mianem „macedońskiego narcyza”.
Jakakolwiek nie byłaby droga tulipanów do Europy, dziś biblijny kwiat i dawny symbol Turcji stanowi największą dumę Holendrów, a także – najczęściej uprawianą roślinę ozdobną na świecie. Jej śródziemnomorska historia znana jest nielicznym, jednak dalej toczy się swym powolnym rytmem, nie tylko w krajach Lewantu. Liczne odmiany kwiatów noszą nierzadko śródziemnomorskie nazwy – weźmy na przykład tulipany Giuseppe Verdi czy Antonio Vivaldi, upamiętniające wielkich włoskich kompozytorów. Na Cyprze – wyspie związanej historycznie z Imperium Osmańskim – wiosną organizowane są festiwale tulipanów; mniej okazałe niż w Stambule, ale jednakowo pełne zachwytu nad przyrodą. Będąc we Włoszech, warto odwiedzić TuliParki w Bolonii, Spoleto i Rzymie, gdzie od marca można zachwycać się kwitnieniem setek odmian. W domu zaś, w każdej bodaj chwili – wstawić barwne tulipany do wazonu, dodając otoczeniu koloru i radości.
Telefon budzi mnie wcześnie rano, jeszcze przed świtem. Sięgam po niego natychmiast, wiedziona przeczuciem, że oto otrzymałam ważną wiadomość. Na ekranie miga nazwa laboratorium oferującego testy DNA. Zaraz potem ukazuje się obraz gwiaździstego nieba, w które wpatruję się niczym żeglarz szukający kierunku. Po chwili pojawia się pełen obietnic napis:
JESTEŚ…
Ileż w nim możliwości, ileż historii, tych dawno przebrzmiałych i tych jeszcze niewypowiedzianych! Czy noszę w sobie grecką mądrość i rzymską odwagę? A może iberyjską potrzebę spoglądania daleko, aż za horyzont? Czy jest we mnie choć ułamek Orientu? Okruch prawdawnej tęsknoty za Ziemią Obiecaną? Jaka przeszłość określić może moją przyszłość?
Wstrzymuję oddech. Klikam.
Blisko połowa mnie to spuścizna Bałkanów, prawie po równo, blisko ćwierci – Europy Wschodniej i Zachodniej. Do tego kropla krwi znad Bałtyku i jeden maleńki procent aszkenazyjskiego dziedzictwa. Pierwsza z grup etnicznych, do których mnie przypisano, obejmuje ludy północnej części ukochanej Grecji, ale przede wszystkim – imperium Habsburgów, skąd wiem, że pochodzili moi pradziadkowie. Wyłączam telefon, spoglądając w ciemność. W kilka sekund ukazano mi historię, którą noszę w środku, ale własną opowieść i tak muszę stworzyć samodzielnie, a potem opowiedzieć ją sobie, przyglądając się światu.
Tożsamość, czyli wizja własnej osoby, jaką ma człowiek, powstaje przecież zawsze w odniesieniu do innych – „mnie” nie ma bez „ciebie”, a „nas” bez „nich”. Aby odkryć siebie, musimy doświadczyć drugiego; aby sprecyzować swój stosunek do nas samych, musimy wiedzieć, jak zapatrujemy się na innych ludzi; określić własne spojrzenie na kulturę i tradycję. Ten ostatni element szczególnie istotny jest w wypadku tożsamości społecznej, która opiera się na związku ze wspólnotą i na naszym poczuciu przynależności do niej.
Kim jestem? Czy jest we mnie Matvejeviciowski człowiek Śródziemnomorza? Kim i czym, wreszcie, jest samo Śródziemnomorze? Oto pytania, które zadaję sobie coraz częściej – i coraz częściej nie znajduję na nie odpowiedzi, choćby laboratoria pełne naukowców przesyłały mi liczby i wykresy udające pewność na tle gwiaździstego nieba.
Odpowiedzi tych nie znajdziecie też na łamach „Lente”. Zamiast nich, czekać będzie na Was nieustanne zaproszenie do tworzenia kolejnych. Zachęta do myślenia, do refleksji, do kwestionowania siebie tak, jak przed wiekami czynili już starożytni Grecy. Płyńmy pchani pytaniami. Gdzieś na końcu tego rejsu odnajdziemy siebie – i siebie nawzajem.
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W drugim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej wędrówki po śródziemnomorskich szlakach, bowiem tematem roku jest PODRÓŻ. Przygotuj plecak, włóż wygodne buty – i nie zapomnij słuchawek!
Dlaczego to właśnie morze jest synonimem podróży? Czego możemy uczyć się od słynnych podróżników? W ostatnim tegorocznym odcinku podcastu śródziemnomorskiego “Lente” zdradzam także, czy mam ulubione cytaty o morzu i które lektury na temat podróży polecam szczególnie.
Prowadzenie i montaż: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie do lektury następujących artykułów:
Boris Dežulović jest chorwackim dziennikarzem; pracował jako korespondent wojenny podczas konfliktu bałkańskiego w latach 1991–1992. Zasłynął także jako autor tragifarsy Pieprzyć teraz to tysiąc dinarów. Bohaterami powieści są żołnierze jednostek specjalnych Chorwacji i Bośni, którzy wyruszają na tajną akcję. Obie grupy wpadają na ten sam pomysł, polegający na przebraniu się w mundury wojsk nieprzyjaciela. Plan, który ma im pomóc w wykonaniu zadania, komplikuje się, kiedy żołnierze wpadają na siebie we wsi Muzaferove Kuće. Książka Dežulovićia zainspirowana została prawdziwymi zdarzeniami, które miały miejsce w tej miejscowości. Dramatyczne zdarzenia przedstawione zostały w jednym z reportaży w „Hrvatskim vitezie”, a powieść stanowi ich swobodną rekonstrukcję.
Historię opisaną przez Chorwata wielokrotnie porównywano do słynnego Paragrafu 22 Josepha Hellera. Pieprzyć teraz to tysiąc dinarów ze słynnym poprzednikiem łączy chociażby idea pokazania absurdu wojny oraz wplatanie elementów humorystycznych do tragicznego kontekstu. Bohaterowie Dežulovićia wpadając na siebie, nie są w stanie ustalić, kto jest „nasz”, a kto „obcy”. Nie mamy tu jednak do czynienia tylko z zabawnym qui pro quo – żołnierze są dawnymi kolegami z podwórka, co dodatkowo podkreśla tragizm sytuacji. Na wojnie stają przeciw sobie członkowie jednej społeczności, jednej rodziny; ludzie, którzy doskonale się znają i lubią, pozostawieni sam na sam ze swoim lękiem i niepewnością, traumą i poczuciem niesprawiedliwości losu.
Tytuł Pieprzyć teraz to tysiąc dinarów to zdanie, którego nie wypowiedział jeden z bohaterów – skutkowało to szeregiem nieszczęśliwych zdarzeń i wplątaniem go w środek wojennej zawieruchy. Co by było, gdyby Pako nie zdecydował się poczekać na resztę, której nie miała wydać lokalna sprzedawczyni? Z pewnością dotarłby do domu wcześniej, nie dostałby powołania do wojska, nie utknąłby w groteskowym przebraniu wraz z innymi towarzyszami niedoli w małej miejscowości pośrodku niczego. W końcu być może udałoby się mu uniknąć śmierci…
Lektura książki Dežulovića przywołuje pytanie o rolę przypadku w życiu człowieka. Na ile wybór takiej, a nie innej drogi wpływa na naszą przyszłość? Po przeczytaniu powieści trudno także powstrzymać się od innych refleksji. Kim jest właściwie bohater wojenny? Co oznacza poświęcenie dla ojczyzny? Czy młody chłopak, który przez przypadek trafił do wojska albo który doznał uszczerbku na zdrowiu podczas działań wojennych, powinien być stawiany na piedestał? Gdzie w tym wszystkim bohaterstwo? Gdzie kończy się rozsądek, a zaczyna zapiekły fanatyzm? Cała powieść rozgrywa się w ciągu jednej doby, a akcję wzbogacają liczne retrospekcje, które pozwalają czytelnikowi poznać bohaterów i ich wzajemne powiązania. Dežulović umiejętnie układa z tego materiału spójną historię. Cięty język, rubaszny humor, często niewybredne dowcipy plus sprawne prowadzenie akcji powodują, że książkę czyta się bardzo wartko. Jednocześnie autor dzieli się wątpliwościami w sens ludzkiej egzystencji, które rodzą się w warunkach wojny i nie pozwala zapomnieć o dramacie swoich bohaterów.
Rade Jarak jest chorwackim poetą, pisarzem i krytykiem literackim. Jego Jugosłowiańskie puzzle to liryczna saga pewnej serbsko-chorwackiej rodziny, niejakich Romićiów z Dubrovnika, której losy splecione są z dwudziestowieczną historią regionu. Akcenty rozłożono tu jednak inaczej niż w powieści Dežulovićia. Dzieje bohaterów nie zależą w tak dużym stopniu od historii; determinuje je fatum, nieprzychylny los. Wielka historia służy tu jedynie uporządkowaniu chronologicznemu wydarzeń, stanowi swoistą oś czasu, na której autor buduje opowieść. Na tytułowe Jugosłowiańskie puzzle składają się bowiem miniatury opowiadające o poszczególnych członkach rodziny i rozrzucone niczym elementy dziecięcej układanki. Według autora taki sposób narracji odpowiada odtwarzaniu wspomnień, które, przywoływane spontanicznie, bywają chaotyczne, pozbawione ustalonego z góry porządku.
Historia rodziny kończy się wraz z upadkiem Jugosławii. Ostatnia żyjąca potomkini rodu Romićiów po roku 1990 chce uciec od rodzinnego dramatu. Wybiera więc życie za granicą, z dala od byłej Jugosławii, czuje bowiem, że porzucenie tego miejsca na ziemi daje jakąś szansę na odwrócenie losu. Próbę zmiany podejmuje za wszelką cenę, podobnie jak jej przodkowie: ciotka Tekla, która po kolejnym zawodzie miłosnym z trudem wykrzesuje w sobie chęć trwania, i jak dziadek, który po utracie żony i córki wierzy, że należy wbrew wszystkiemu iść do przodu.
Autor stawia wiele pytań o sens istnienia, o to, czy warto dążyć do szczęścia, czy może wystarczy zadowolić się chęcią życia. Każe też zastanowić się nad rolą miłości. Romicićiowie pragną jej ze wszystkich sił, a ich egzystencja to pogoń za uczuciem, ale nigdy nie osiągają w nim spełnienia. Czy warto kochać? Czy miłość jako wymyślanie nowego wspólnego świata może się udać? Czy świat przynosi tylko cierpienie i destrukcję? Czy warto podejmować ryzyko? Ta niewielka objętościowo książka, licząca niewiele ponad 170 stron, gęsta jest od refleksji na temat ludzkiej egzystencji. Zmusza do zatrzymania się i stałego rewidowania swojego planu na życie.
Boris Dežulović, Pieprzyć teraz to tysiąc dinarów, tłumaczyła Magdalena Wąs, Wydawnictwo Akademickie Sedno, 2021
Rade Jarak, Jugosłowiańskie puzzle, tłumaczył Maciej Czerwiński, Wydawnictwo Akademickie Sedno, 2023
Za zbiór swoich felietonów publikowanych na łamach “Tygodnika Powszechnego” Paweł Bravo otrzymał Nagrodę Literacką im. Leopolda Staffa. Tessa Capponi-Borawska tak napisała w swojej laudacji:
W kalejdoskopie wnikliwych obserwacji, wspomnień z nostalgiczną nutą i sugestywnych opisów, Paweł Bravo zabiera nas w świat drobnych przyjemności codziennego życia, wśród których jest kuchnia, ta prawdziwa, bez zjawisk mody czy trendów. Smaki, zapachy są tutaj autentyczne i bezpretensjonalne. Włochy są obecne w ludziach, w miejscach, w produktach, w powiedzonkach i naturalnie w przepisach. Książka jest napisana w trzeźwy sposób, bez przesadnych entuzjazmów; nawet słuszna irytacja wobec teatralnych przejawów wątpliwego smaku wyrażona jest w cichy, ale stanowczy sposób.
Ze słowami wybitnej znawczyni włoskiej kuchni trudno się nie zgodzić; warto jednak dodać, że w książce Pawła Bravo docenić można także inne elementy. Podzielona jest ona na rozdziały odpowiadające rytmowi kalendarza, a więc zgodna z ideą sezonowości – jakże bliskiej śródziemnomorskiemu podejściu do kuchni, zdrowemu, a zarazem ekologicznemu. I choć opowiada o codzienności, smakach, kuchennych pomysłach, to daleko jej do kulinarnego poradnika. Weźmy grudniowy felieton poświęcony kompotom. Rozważania autora rozpoczynają się przy warszawskiej ulicy Nalewki, w sercu dzielnicy żydowskiej i getta. O fragmencie historii, który doświadczył ją najboleśniej, niełatwo jest pisać bez patosu, a jednocześnie z zachowaniem najwyższego szacunku dla jej poległych mieszkańców. Pawłowi Bravo udaje się to znakomicie – i oto od najtrudniejszej karty naszej historii pięknie przechodzimy do lokalnych ogródków, których resztki zachowały się wśród zabudowy, i do rosnącej tam mirabelki, o której pisała Hanna Krall. Spod mirabelkowych gałęzi niedaleko już do pysznego przepisu – deseru weneckich biedaków zwanego pinza, który autor określa mianem pestkowego wspomnienia.
Jak dobrze jest je z nim dzielić, kosztując nie tylko na podniebieniu, ale także sercem.
Więcej moich rozważań o książce Pawła Bravo dostępnych jest w poniższym nagraniu – fragmencie audycji La Pausa Italiana w Radiu 357, prowadzonej przez Justynę Godz:
Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z regionem Emilia-Romania.
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W drugim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej wędrówki po śródziemnomorskich szlakach, bowiem tematem roku jest PODRÓŻ. Przygotuj plecak, włóż wygodne buty – i nie zapomnij słuchawek!
W bolońskiej izbie handlowej przechowywana jest wzorcowa tagliatella, czyli idealna makaronowa wstążka. Oto jeden z dowodów na to, że kuchnię traktuje się w tym mieście naprawdę poważnie! Podczas wspólnej wycieczki do kulinarnej stolicy Włoch odwiedzimy jedną z najstarszych knajpek na świecie, spróbujemy lokalnych przysmaków i rozwałkujemy ciasto na makaron. Krążąc pod bolońskimi arkadami zajrzymy także do botteghe storiche, czyli sklepów o nierzadko wielowiekowej historii, i udamy się na spacer na Piazza Maggiore, by poznać tajemnicę boskiego Neptuna.
Na równinie jest wietrznie. Jesienny chorał rozbrzmiewa w dębowych koronach, wśród dębów zaś – pełno rozsypanych murów. Niegdyś, przeszło dwa tysiąclecia temu, było tu szumiące morze, którego fale obmywały brzeg. Obecnie oddalone jest ono o blisko osiem kilometrów i, gdy słoneczne promienie przebiją się przez warstwę chmur, jego wody migoczą gdzieś w oddali. W miejscu dawnego morza rozciągają się pola uprawne, gdzieniegdzie spomiędzy drzew wyłaniają się domy. Trudno uwierzyć, że ten bezkres, na którym latem dojrzewa zboże, stanowił niegdyś miejsce opiewane w najsłynniejszej europejskiej pieśni: Iliadzie.
Pieśń o Troi
Z pomroki dziejów wyłoniła się jako opus altissimum dzieło najwyższych lotów, idealne w swej kompozycji, niezrównane w przekazie, majstersztyk poezji, kunsztowne niczym najdelikatniejsza, misterna biżuteria. Któż z nas nie usłyszał choć raz w życiu jej dumnie brzmiącego tytułu: Iliada. Pieśń o Troi, złotym mieście, dumie Ilosa, wzniesionym przez bogów Apollina i Posejdona, którzy wespół ze śmiertelnymi dźwigali kamienie i wytyczali ulice. Homer przyszedł na świat w momencie, gdy wspaniała epoka brązu odeszła już w zapomnienie, a grecka oikumene pogrążyła się w ciemnościach. A jednak Ilion, ów nieśmiertelny gród Priama, lśnił nadal swym złotym blaskiem, fascynując wędrownych aojdów, którzy z ust do ust przekazywali legendę o wojnie trojańskiej.
Tam, gdzie kiedyś szumiało morze, dziś rozciągają się pola uprawne
Homer ukazuje nam Troję jako potężne miasto, którego mury do końca pozostały niezdobyte. Achajowie mozolili się na równinie Skamandra dziesięć lat, zanim ostatecznie udało im się wedrzeć do środka, a i to stało się możliwe tylko dzięki podstępowi. Z pieśni Iliady dowiadujemy się, że żaden z achajskich królów, z potężnym Agamemnonem na czele, nie mógł pochwalić się władzą nad podobnym grodem – nawet Mykeny, jakkolwiek potężne, nie mogły konkurować z Priamowym miastem. Troja homerycka pokazana jest nam od zewnątrz i od środka, w obu wersjach równie okazale, monumentalnie, zachwycająco. Czy stoimy na blankach z Heleną i Priamem, czy towarzyszymy bohaterom w walce pod jej imponującymi murami; czy wreszcie, wraz ze szlachetnym Hektorem, okrążamy je trzykrotnie, by stanąć do boju z boskim Achillem – mamy poczucie, że jesteśmy w miejscu wyjątkowym. Gdy Troja upadnie, jej klęska będzie całkowita i nieodwracalna; nigdy już jej blask nie rozjarzy rozległej równiny Skamandra.
Jaką potęgą musiało być miasto, które zafascynowało aojdów do tego stopnia, że stworzyli pieśń, co przetrwała tysiąclecia?
W blasku zachodzącego słońca koń trojański rzeczywiście wygląda jak dar bogów, za którego niektórzy go uważali
Wzgórze Hisarlık
Nietrudno to odgadnąć, przechadzając się po wzgórzu Hisarlık w miejscowości Çanakkale. Stanowisko archeologiczne znajduje się nieco poza szlakiem – aby do niego dotrzeć, trzeba zjechać z głównej autostrady i niepozorną drogą, żywcem wziętą z dawnych czasów, przejechać kilka kilometrów. O tym, że zbliżamy się do celu, informują nas sporych rozmiarów tablice, więc już na jakiś czas przed dotarciem do starożytnej Troi napięcie rośnie. Na miejscu, za bramkami, wita nas ogromny drewniany koń – replika tego, który zagrał główną rolę w filmie Troja (2004) w reżyserii Wolfganga Petersena. Niewątpliwą atrakcję stanowi możliwość wdrapania się do jego wnętrza i poczucia się przez chwilę jak achajski wojownik. Warto dodać, że prawdziwy filmowy koń znajduje się na jednym z placów miasta Çanakkale, opatrzony stosownymi tabliczkami. Budzi on nie mniejszy zachwyt niż jego trojańska kopia.
Do Troi wkraczamy od „strony” najnowszej, a zatem od miasta rzymskiego. Jak pamiętamy, jej pozostałości odkrył niemiecki archeolog, samozwańczy odkrywca, amator i po trosze szarlatan, Heinrich Schliemann, który od dziecka zafascynowany był starożytnością i marzył o odkryciu tego niezwykłego miejsca. Jego sen ziścił się w 1871 roku, kiedy udało mu się zebrać fundusze na ten cel, a także uzyskać odpowiednie zezwolenia. W miarę jak posuwały się prace wykopaliskowe, oczom archeologów ukazywały się kolejne warstwy starożytnego Ilionu, które oznaczano zgodnie z datowaniem. Dlatego też coraz bardziej niespokojny i podekscytowany turysta – wielbiciel Homera – zmuszony jest przebyć dodatkową drogę w czasie, aby dotrzeć do tej jedynej, opiewanej przez tysiąclecia Troi.
Ruiny miasta rzymskiego w Troi
Cierpliwość wszakże popłaca, ponieważ to, co ukazuje się naszym oczom po dotarciu do Troi VIIa, uzmysławia nam, jak wspaniałym była miastem. Najpierw musimy wdrapać się na miejsce, które ongiś było punktem widokowym. Obecnie gęsto porośnięte dębami, otoczone łańcuchami, w niczym nie przypomina strażniczej wieży. Niemniej widok, jaki się z niego roztacza, sprawia, że łzy napływają do oczu. W tym miejscu zapewne stał kiedyś Hektor, wpatrując się w achajskie ogniska błyskające w ciemności na morskim wybrzeżu. To tutaj Helena opowiadała Priamowi o królach i dowódcach, którzy przypłynęli odbić ją z rąk Parysa. Tu nastąpiło pożegnanie Hektora z Andromachą, stąd zapewne również strącono w przepaść ich syna Astianaksa. Wiatr szarpiący ubranie i wplątujący się we włosy szepcze o tym nieustannie. Smutna pieśń pobrzmiewa w jego westchnieniach.
Za zakrętem wznosi się mur, a w zasadzie jego fragment, jednak już on sam wzbudza szacunek i podziw. Tego muru nie sposób było sforsować. Nachylony delikatnie pod kątem około 25 stopni, w starożytności pokryty był prawdopodobnie gładkim tynkiem. Pozbawiony naturalnych otworów, obecnych zazwyczaj w kamiennych ścianach, uniemożliwiał zaczepienie haka lub umocowanie liny. Mur był zbyt wysoki, by można było bezpiecznie przystawić doń drabinę. Musimy pamiętać, że to, co wznosi się przed naszymi oczami, w epoce brązu było znacznie wyższe, a my, idąc po drewnianych platformach, nie znajdujemy się bezpośrednio u podstaw muru. Samo wzgórze Hisarlık ma obecnie około 30 metrów, możemy więc wyobrazić sobie, jak wysokie były mury Troi, miasta na wzniesieniu. Zachował się wszak niewielki fragment miasta VIIa, które zostało zbudowane na fundamentach poprzednich sześciu osad; wśród nich niewątpliwie najlepiej zachowane są Troja II i VI. To jednak i tak dość, by uznać, że Homer zasłużenie opiewał wspaniałość tego miasta.
Gdy dotknąć muru, okazuje się on taki sam jak każdy inny kamienny wał, nieco chropowaty, nierówny, szorstki. A jednak dotyk ów pali i przeszywa na wskroś, bo oto pod palcami wyczuwa się fragment czegoś, co byś może z dumą pieścił dłońmi sam Hektor, przeprowadzając tu wojskowe inspekcje. Może Achilles, chcąc na moment odpocząć od bitewnego znoju, chroniąc się pod murami, opierał się o nie plecami, ocierając ręką pot z czoła? Niewzruszone, niezmienne, milczące, przez wszystkie ciemne wieki, przez tysiąclecia, trojańskie mury trwają na wzgórzu, strzegąc swej drogocennej historii.
Dotknięcie legendarnego muru to niezwykłe przeżycie
Historyczna duma
Turcy są ze swojej niezwykle mozaikowej historii niezwykle dumni i poczytują się za spadkobierców legendarnej Troi. Jakkolwiek genetycznie i etnicznie nie są związani z dawnymi śródziemnomorskimi ludami zamieszkującymi te tereny (a jeśli już, to w znikomym stopniu, jako że plemiona tureckie przybyły do Azji Mniejszej w XII wieku), to duchowo i emocjonalnie odczuwają głębokie więzy ze wszystkimi antycznymi miastami leżącymi na terenie ich kraju. Co roku w maju lub czerwcu rzesze tureckich uczniów pakowane są w autokary i rozwożone we wszystkie możliwe miejsca posiadające historyczną wartość. Rzecz jasna – również do Çanakkale. Pracownicy stanowiska archeologicznego i tamtejszego niewielkiego muzeum z prawdziwą dumą wyrażają się o samym miejscu, jak i o znaczeniu Troi w szeroko rozumianej kulturze europejskiej. To zdumiewające, że owi rdzenni mieszkańcy centralnej Azji, przybyli między innymi do Troady, utożsamiają się z ludnością przez siebie pokonaną i wchłoniętą. Należy też przyznać, że wykazują wysoką dbałość o zabytki, o czym świadczy chociażby fakt, że zabieranie ze sobą pamiątek w postaci kamieni lub kawałków gruzu ze stanowisk archeologicznych jest karane grzywną, a nawet więzieniem. Stanowisko w Çanakkale prezentuje się doprawdy imponująco, a muzealny sklep oferuje przepiękne wyroby z ceramiki, książki w kilku europejskich językach (w tym również po polsku), a także mniejsze pamiątki, wśród nich obowiązkowe drewniane konie. Błysk w oczach pracowników tego miejsca, gdy mówią „nasza Troja”, jest doprawdy nie do podrobienia.
Pod dębami spotykają się tysiąclecia. Obok pradawnych murów spotkać można także pozostałości rzymskie
Tym, którzy polegli
Troja to nie tylko miejsce historyczne. Nie wolno nam zapominać, że jest to również miejsce pamięci, masowy grób wszystkich tych, którzy pod murami miasta oddali życie. Obecnie wiadomo, że Troja homerowa, zwana VIIa, nie była jedyną osadą w tym rejonie. Miast było aż dziewięć, ostatnie zaś, rzymskie, upadło w czasach bizantyjskich. Nie uświadczymy tu kopca Achillesa i Patroklosa, nie będziemy mogli złożyć kwiatów na ich mogiłach, jak to rzekomo uczynił Aleksander Wielki podczas swej drogi na koniec świata. Nie znajdziemy grobu Hektora, Priama, ani żadnego z herosów, którzy z takim oddaniem bronili miasta. Ich duch jednak nadal pozostaje żywy wśród ruin, a wiatr niesie ze sobą ich słowa, które Homer ułożył we wspaniałą pieśń. Potęga Troi nie przeminęła. Dopóki wzgórze Hisarlık wznosić się będzie nad błękitnymi wodami Dardaneli, pamięć o tym mieście nie przeminie.
Wszystkie zdjęcia: Jose Javier Martin Espartosa / Flickr, CC BY-SA 2.0
Spory o tiramisù są długie i zaciekłe. Trudno się zresztą dziwić, bo deser ten jest dziś popularny w prawie każdej części Włoch. Pretensje do jego autorstwa zgłaszają Lombardczycy, powołując się na lombardzki rodowód mascarpone, oraz Piemontczycy, którzy wskazują na stworzone na dworze sabaudzkim savoiardi, stanowiące biszkoptową podstawę deseru. Za twórców tiramisù uważa się też turyńskich cukierników, a także… właścicieli domów publicznych w Veneto, którzy, według legendy, mieli podawać tiramisù swoim pracownicom i ich klientom, aby przywrócić im siły witalne.
Prawie wszyscy zgadzają się jednak co do listy składników klasycznego tiramisù: biszkopty savoiardi namaczane w mocnej, gorzkiej kawie, krem z mascarpone, jajek i cukru oraz ciemne kakao. Oczywiście na przestrzeni lat powstało sporo wersji mniej klasycznych: z limoncello i letnimi owocami, z brandy i rodzynkami, z kremem wzbogaconym o pastę z pistacji lub orzechów laskowych, a nawet nutellę. Do kawy często dodaje się alkohol: amaretto albo Maraschino, słodkie wino Marsala albo ciemny rum. W bożonarodzeniowym wydaniu proponuję wymieszać kawę z dodatkiem korzennych przypraw — imbiru, cynamonu, czarnego pieprzu, kardamonu, goździków i gałki muszkatołowej, a część kremu rozprowadzić za pomocą rękawa cukierniczego.
Kawę mieszamy z przyprawami i zaparzamy w 200 mililitrach wody.
Odstawiamy do ostygnięcia.
Żółtka oddzielamy od białek.
W dużej misce ubijamy żółtka z cukrem za pomocą miksera na gęsty, jasny krem.
Partiami dodajemy mascarpone, cały czas ubijając, aż krem będzie gęsty i jednolity.
W oddzielnej misce ubijamy białka z odrobiną soli na sztywną pianę.
Za pomocą łyżki delikatnie mieszamy pianę z kremem z mascarpone.
Połowę kremu przekładamy do rękawa cukierniczego z dużą, okrągłą tylką i wkładamy do lodówki do schłodzenia.
Przygotowujemy podłużne żaroodporne lub szklane naczynie.
Biszkopty namaczamy w kawie — każdy przez kilka sekund — i układamy warstwę biszkoptów w naczyniu. Posypujemy cienką warstwą kakao. Przykrywamy je połową kremu. Układamy kolejną warstwę namoczonych w kawie biszkoptów, posypujemy kakao.
Za pomocą rękawa cukierniczego wyciskamy stożki kremu na warstwę biszkoptów.
Posypujemy kakao, przykrywamy folią i schładzamy w lodówce przez co najmniej 4 godziny.
Strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, zgodnie z Polityką prywatności.