Posted on

Marianna Orańska. Wolna kobieta… europejska

 Niniejszy tekst stanowił treść referatu wygłoszonego na konferencji “Marianna Orańska – królewna z przyszłości”, zorganizowanej 9 maja 2024 w Kamieńcu Ząbkowickim.

Marianna Orańska, dzisiejsza jubilatka i bohaterka naszych wspólnych rozważań, w jednym ze swoich listów nazywa siebie wolną kobietą holenderską. Przyglądając się temu sformułowaniu, trafnie podsumowującemu całość egzystencji Marianny, chciałabym zaprosić Was do wspólnej refleksji nad budującymi je przymiotnikami. Po pierwsze: do zastanowienia się nad kwestią wolności w czasach królewny, po drugie: do parafrazy słów Marianny, dzięki której, zyskamy, być może, szersze spojrzenie na tę niezwykłą postać. Uczynimy to oczywiście w myśl przekonania, że jej życiowa postawa przekraczała zarówno granice geograficzne, jak i czasowe, co pięknie podkreśla tytuł dzisiejszej konferencji.

Czy Marianna Orańska była zatem wolną kobietą europejską?

Marianna w 1832 r., widziana oczami Karla Wilhelma Wacha
Marianna w 1832 r., widziana oczami Karla Wilhelma Wacha


Marianna – kobieta wolna

Oczywiście ramy czasowe naszego spotkania nie pozwalają na głębsze rozważania o tym, czym jest wolność – jedno z podstawowych pojęć filozoficznych, politycznych i ekonomicznych. Zgodzimy się jednak zapewne wszyscy, że w najprostszym ujęciu wolność to sytuacja charakteryzująca się brakiem zewnętrznego przymusu.

Wiek XIX, w którym przyszło żyć Mariannie Orańskiej, okazał się stuleciem naznaczonym walką o wolność, na wiele sposobów.

Przede wszystkim, był to czas wojen narodowo-wyzwoleńczych; na terenach niemal całego Starego Kontynentu odbywały się walki mające na celu wyzwolenie danej grupy etnicznej spod jarzma ciemiężyciela, zjednoczenie i stworzenie nowego państwa czy też wyrażenie ogólnego niezadowolenia z panującej sytuacji społecznej. Marianna Orańska była, jak pamiętamy, córką Wilhelma Orańskiego, przywódcy powstania przeciwko Habsburgom i symbolu walki o niepodległość Niderlandów. Z całą pewnością rozważania na temat istoty wolności były więc obecne w jej życiu już od najmłodszych lat. I choć nie możemy  precyzyjnie określić, jak wpłynęły one na jej postrzeganie wolności osobistej, to z pewnością nie możemy takowego wpływu wykluczyć.

Po drugie, warto przypomnieć, że XIX stulecie to czas rodzenia się feminizmu – ruchu bazującego na przekonaniu, że kobiety są przedmiotem dyskryminacji, a więc: że ich wolność ograniczona jest w porównaniu z wolnością mężczyzn. Motyw feministyczny jest bardzo widoczny w biografii Marianny, która, jak pamiętamy, rozwiodła się z niewiernym mężem Albrechtem Pruskim; co więcej, wbrew konwenansom, związała się z mężczyzną pozbawionym tytułów i znacznego majątku, Johannesem van Rossumem, urodziła mu dziecko i postanowiła to dziecko wychować. Zauważmy, że o ile dla mężczyzn relacje pozamałżeńskie stanowiły wówczas niechlubną normę, o tyle kobieta przyznająca się do romansu, na dodatek – z osobą bez arystokratycznego pochodzenia, a następnie decydująca się na urodzenie pozamałżeńskiego dziecka, stawała się automatycznie bohaterką skandalu. Współczesne królewnie niderlandzkie feministki, jak chociażby słynna Wilhelmina Drucker (1845–1925), ostro krytykowały w swoich pismach fakt, że w identycznych sytuacjach inaczej traktuje się mężczyzn, a inaczej kobiety. Drucker, będąca świadkiem niemoralnych zachowań własnego ojca, opublikowała głośny tekst na temat tych podwójnych standardów. Podkreślmy, że, z lęku przed ostracyzmem, wydała go pod pseudonimem. Marianna natomiast wcielała feministyczne ideały w życie, w sposób odważny i otwarty, biorąc za nie pełną odpowiedzialność i walcząc tym samym o swoją niepodległość. Za dowód niech posłuży nam chociażby fakt, że mimo postawy dworu, krewnych i dygnitarzy, z dumą pokazywała się z nową rodziną na rozmaitych oficjalnych wydarzeniach.

Ukochany Marianny, Johannes van Rossum, widziany oczami J. P. Koelmana w 1852 r.

 

Kolejny wyraz wolności królewny – a także jej niezaprzeczalnej zaradności i wielkiej inteligencji – stanowiła jej niezależność finansowa. To właśnie element ekonomiczny, także dzisiaj, w XXI wieku, jest przecież jednym z najważniejszych czynników decydujących o wyborach życiowych kobiet. Marianna, jak wiemy, odziedziczyła po matce kamieniecki spadek, jednak to poczynione przez nią liczne rozsądne inwestycje sprawiły, że majątek, który sama zarobiła, okazał się znacznie większy od dóbr otrzymanych po rodzicach. Mądrość i przedsiębiorczość królewny uczyniły z jej późniejszych spadkobierców najbogatszą gałąź rodziny Hohenzollernów! Działalność ekonomiczna Marianny – od budowy sieci górskich dróg, przez zakładanie stawów hodowlanych, gospodarkę leśną i zarządzanie kamieniołomami marmuru, po produkcję biogazu z wykorzystaniem ścieków stajennych – miała charakter niezwykle racjonalny i skuteczny. Co najważniejsze jednak, ułatwiała jej ona wytrwanie w niełatwych życiowych decyzjach, które skutkowały przecież ostracyzmem ze strony jej własnej grupy społecznej, o dworach królewskich nie wspominając.

Do potocznego znaczenia słowa wolność najbardziej sugestywnie odwołuje się jednak jeszcze inny element biografii Marianny: jej umiłowanie podróży. Warto uświadomić sobie, że mówimy o czasach poprzedzających narodziny masowej turystyki; pokonywanie większych dystansów wymagało nie tylko znacznych nakładów finansowych, ale, przede wszystkim, prawdziwej woli odbycia podróży, znacznie bardziej skomplikowanej organizacyjnie niż dzisiaj. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że podjęcie takiego wyzwania oznaczało ciekawość świata, otwartość na nowe doświadczenia i poznanie Innego – cechy, które rzeczywiście przypisujemy postaci Marianny, jednocześnie łącząc je z pojęciem mentalnej nowoczesności. Królewna jeździła po świecie dużo i często, szczególną sympatią darząc kraje środziemnomorskie. Bardzo bliskie były jej sercu Włochy. To właśnie w Italii odpoczywała po pięciu trudnych ciążach i porodach jeszcze w czasie trwania swojego małżeństwa, a w 1843 roku zakupiła willę Sommariva w miejscowości Tremezzo nad jeziorem Como. W roku 1849, kilka miesięcy po ogłoszeniu rozwodu, podczas kolejnej podróży przyszło na świat jej ostatnie dziecko, ze związku z van Rossumem. Mały Johannes Wilhelm urodził się w miasteczku Cefalù na Sycylii – włoskiej wyspie od wieków podlegającej wpływom helleńskim i wchodzącej w skład tzw. Wielkiej Grecji (Magna Graecia). Może to właśnie tam Marianna, powoli ogarniając myślą rewolucję, która zaszła w jej życiu, dobitnie zrozumiała słynną grecką maksymę panta rhei (wszystko płynie)? Słowa te, leżące u podstaw filozofii Heraklita z Efezu, wyrażają ważne dla starożytnych Greków przekonanie, że jedynym stałym elementem rzeczywistości jest zmiana, a prawdziwą duchową wolność dać może tylko zaakceptowanie tego faktu.

Villa Carlotta, dawniej Sommariva, nad Como, fot. Diego Bonacina / Wikimedia, CC BY-SA 4.0

 

Niedługo po urodzinach syna Marianna udała się z van Rossumem w podroż po południowej Europie i Bliskim Wschodzie, odwiedzając Egipt, Palestynę i Syrię, aby wreszcie, w roku 1851, osiąść na kilka lat w Rzymie. Na swoją siedzibę wybrała wówczas piękną Villa Mattei na wzgórzu Celio, zwaną dzisiaj Villa Celimontana. W Wiecznym Mieście leczyła rany po rozwodzie, cieszyła się bliskością ukochanego i syna, prowadziła ożywione życie towarzyskie, zapraszając do swej siedziby licznych znakomitych gości, oraz rozpoczęła kolekcjonowanie włoskich i starożytnych dzieł sztuki.

O śródziemnomorskich podróżach Marianny wspominam tu nie tylko dlatego, że kultura krajów basenu Morza Śródziemnego stanowi główny obszar moich zainteresowań badawczych. Mówię o nich także ze względu na fakt, że to właśnie ten rejon świata uważany jest za ojczyznę wielu pojęć fundamentalnych dla rozważań o wolności jednostki. Szczególnie istotne wydaje się tu pojęcie humanizmu, którego ojczyzną, w wydaniu renesansowym, są właśnie ukochane przez Mariannę Włochy. Humanizm, przypomnijmy, opierał się na dwóch filarach: fascynacji kulturą starożytnej Grecji i Rzymu, bliską także naszej bohaterce, oraz, przede wszystkim, na  antropocentryzmie. Stawianie w centrum zainteresowania pojedynczego człowieka pozwoliło stworzyć fundamenty współczesnego indywidualizmu – przekonania, że najważniejsze jest dobro i omawiana tu dzisiaj szeroko wolność jednostki.

Rzymska siedziba Marianny – Villa Celimontana, fot. Philip Mallis / Flickr, CC BY-SA 2.0
Rzymska siedziba Marianny – Villa Celimontana, fot. Philip Mallis / Flickr, CC BY-SA 2.0

Marianna – kobieta europejska

Dziedzictwo regionu Morza Śródziemnego stanowi jedno z najważniejszych, a dla niektórych: najważniejsze, źródło europejskiej tożsamości. Jak pisał T.S. Eliot, religia chrześcijańska i języki klasyczne, a więc kultura starożytnych Grecji i Rzymu, są dziedzictwem wszystkich Europejczyków; stanowią pień, z którego wszyscy wyrastamy. Bliski związek, w jakim pozostawała z nim Marianna Orańska, dobitnie świadczy moim zdaniem o tym, że jej tożsamość nosiła głęboko europejski rys, wychodzący poza granicę kraju urodzenia (Prusy) czy wychowania (Niderlandy).

Jak już wspomnieliśmy, królewna żyła w czasach, w których idea Europy zyskiwała nowy kształt. To w XIX wieku tworzyły się granice zbliżone do tych, które znamy do dzisiaj; to wówczas rodziło się coraz silniejsze poczucie narodowej odrębności, zmieniała tożsamość mieszkańców kontynentu. Także na tym tle Marianna jawi się jako kobieta niezwykle nowoczesna – czy wręcz kobieta z przyszłości – spoglądająca na świat w sposób zadziwiająco bliski naszemu podejściu. Ceniła ona umocowanie w tradycji, interesowała się historią, w tym historią starożytną, była głęboko religijna. Z drugiej strony, jak już wspomniano, akceptowała fakt, że rzeczywistość podlega ciągłym przeobrażeniom, zaś swoją tożsamość budowała czynnie, w ulubiony przez siebie sposób: poprzez eksplorowanie, działanie, naukę i dialog. Wymienione już wcześniej śródziemnomorskie podróże pozwalały jej nie tylko na wypoczynek, zwiedzanie miejsc kultu religijnego czy powiększanie kolekcji dzieł sztuki, ale także na kontakt z kolebką europejskiej kultury, poznawanie nierzadko odmiennych zwyczajów i, w rezultacie, poszerzanie granic wspomnianej już tożsamości – poznawane zwyczaje mogła bowiem uczynić swoimi. Starając się zachować pewną kronikarską skrupulatność, dodajmy, że Marianna, poza odwiedzaniem krajów Południa, znała też dobrze liczne krainy zachodniej Europy. Mam tu na myśli rodzinne Niderlandy, przez Prusy, w których przyszła na świat, po Austrię, gdzie przez pewien czas mieszkała.*

Pałac w Kamieńcu Ząbkowickim, fot. Jacek Halicki, CC BY 3.0
Pałac w Kamieńcu Ząbkowickim, fot. Jacek Halicki, CC BY 3.0

 

W kontekście śródziemnomorskich lekcji i europejskości – która, notabene, do dzisiaj nie doczekała się jednej obowiązującej definicji – niezwykle ważny wydaje mi się szczególnie jeden element życiowej postawy Marianny, a mianowicie jej dbałość o tzw. małą ojczyznę. Koncepcję heimat często kojarzy się oczywiście ze światem germańskim, jednak jest ona również nierozerwalnie związana z kulturą śródziemnomorską, szczególnie z Italią i historią tzw. comuni; Włosi do dziś uważani są za mistrzów celebracji własnego miejsca zamieszkania. Niewykluczone więc, że to właśnie we Włoszech królewna postanowiła przyjąć postawę nadzwyczajnej dbałości o okolicę, która stawała się w danym momencie jej domem, choćby nie była to ojczyzna przodków, a kraina świadomie i z rozmysłem wybrana w dorosłym życiu. Spójrzmy chociażby na Dolny Śląsk czy, później, jej siedzibę w Schloss Reinhartshausen. W obu wypadkach mamy do czynienia z przestrzenią stającą się dla królewny punktem zakorzenienia, z którego się czerpie, ale i miejscem, o które należy dbać, sprawować nad nim pieczę i czule kształtować. I tak np. na Dolnym Śląsku posunięcia  Marianny przyciągające osadników miały pozytywny wpływ na rozwój gospodarki wydobywczej, leśnej i handlu, a w nieco późniejszym okresie, na rozwój turystyki w okolicy, dzięki czemu Marianna tworzyła nieustannie tysiące miejsc pracy. Niestrudzona była też jej działalność dobroczynna: budowała kościoły, finansowała remonty domów swoich poddanych, otwierała domy opieki dla sierot. Nic dziwnego, że do dziś mówi się tu o Mariannie Dobra Pani, z uznaniem dla jej zasług dla regionu.

***

Kiedy Marianna miała osiem lat, niemiecki lekarz i pomolog Adrian Diel nazwał na jej cześć pewną odmianę gruszy, zwaną odtąd Prinzessin Marianne. Skupiwszy sporą część naszych rozważań na związkach królewny ze Śródziemnomorzem – kolebką europejskiej kultury, którą często odwiedzała, manifestując swoją osobistą wolność – przypomnijmy na koniec, że w mitologii śródziemnomorskiej grusza i gruszka stanowią dwa bardzo ważne symbole. Związane były z postaciami Hery i Afrodyty, potężnych olimpijskich bogiń, opiekunek kobiet. Kształt owocu, przypominający krągłości ciała, kojarzył się starożytnym z pojęciami kobiecości, ale i matczynej miłości; jednocześnie wytrzymałość drzewa czyniła zeń symbol długowieczności i wytrwałości. Wydaje się, że w istocie jest to właściwy znak dla postaci Marianny Orańskiej: kobiety walczącej o swoje prawa, nieugiętej i silnej, domagającej się szacunku świata dla siebie i swoich wyborów, dla swojej miłości, dla swojego ukochanego dziecka, które, niestety, przedwcześnie straciła. Kobiety konsekwentnej, cierpliwej i dobrej, której pamięć przetrwała wszędzie tam, gdzie królewna się pojawiła, choćby, jak w wypadku ziemi kłodzkiej po II wojnie światowej, dokonała się tam całkowita wymiana ludności.

W rocznicę urodzin życzę Mariannie wszystkiego najlepszego; jej, czyli wolnej kobiecie europejskiej. Aby wolna pozostała, czerpiąc z przeszłości, ale patrząc z ufnością w przyszłość. Aby umiała walczyć o siebie, nie bała się zmian i czule dbała o swój dom, także też nasz wspólny, europejski właśnie. My, inne europejskie kobiety, będziemy zaszczycone, mogąc ją naśladować.

* Wybierając pałac w Bilej Vodzie, leżącej wówczas na terytorium Austrii, na swoją siedzibę, miała możliwość swobodnego odwiedzania swoich włości, wychodząc zwycięsko z konfrontacji z okrutnym zakazem pruskiego króla, wedle którego na pruskiej ziemi nie wolno jej było przebywać dłużej niż 24 godziny.

Posted on

Mattia Corrente, Ucieczka Anny

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Mówi, że ma słabość do Calvina, Hemingwaya i Pavesego; fascynują go także historie opowiadane przez rybaków ze Stromboli. Urodził się na Sycylii, niedaleko Mesyny, nie ma jeszcze 40 lat. Wydał jedną powieść. Zachwycił tysiące.

Ucieczka Anny Mattii Correntego, która ukazała się właśnie w Polsce nakładem wydawnictwa Bo.Wiem (Uniwersytet Jagielloński), ma teraz szansę trafić do kolejnych tysięcy – tym razem polskich odbiorców. Tych wymagających, gotowych na lekturę w skupieniu, skorych do refleksji. Od literatury oczekujących intelektualnej przygody, duchowego poruszenia oraz przyjemności obcowania z pięknem słowa. To wszystko znajdą oni w tekście znakomicie przełożonym przez Tomasza Kwietnia, niedawnego laureata Nagrody Literackiej im. Leopolda Staffa.

Anna, szukając wolności, szuka siebie. Nam zaś zostaje przypomniane, że wolność zawsze ma swoją cenę.

W swojej niewielkich rozmiarów powieści Corrente przedstawia historię kobiety, tytułowej Anny, która, po wielu latach małżeństwa, bez zapowiedzi i wyraźnego powodu pewnego dnia znika bez śladu. Rok później jej mąż, starszy już mężczyzna, postanawia wyruszyć na poszukiwania, wędrując po Sycylii i odwiedzając miejsca, które okazały się istotne dla ich wspólnej biografii. Spotyka dawnych znajomych, konfrontuje się ze wspomnieniami, na nowo przeżywa minione radości, ale i dramaty. Wraca myślą do trudnych wyborów, nierozwiązanych problemów i spraw, o których więcej milczano, niźli rozmawiano. Próbuje zrozumieć i określić siebie, ale przede wszystkim – zaginioną żonę. Kobietę, którą ukochał bardziej niż kogokolwiek innego, a która nie potrafiła zgodzić się na zamknięcie jej w ciasnych ramach małżeństwa i macierzyństwa. – To książka o tożsamości, którą warunkuje wolność – komentuje Tomasz Kwiecień. – Wolność jest tu tematem wiodącym, mechanizmem napędowym całej opowieści. Corrente bardzo silnie zaznaczył także wątek kobiecy: historię dziewczyny, która nie chce zostać zaszufladkowana, pragnie sama decydować o sobie, wbrew konserwatywnym sycylijskim obyczajom. Szukając wolności, szuka siebie; nam zaś zostaje przypomniane, że wolność zawsze ma swoją cenę. Płacą ją ci, którzy wolność wybierają, ale także ich bliscy, którzy zostają gdzieś w tyle, za nimi.

Książkę zamówisz w naszym sklepie – zapraszamy TUTAJ.
Książkę zamówisz w naszym sklepie – zapraszamy TUTAJ.

 

W swoim tekście Corrente zdaje się podążać tropem największych twórców literatury – włoskiej i nie tylko. Proponuje nam historię, która rozwija się powoli, a jednoczeście w sposób zadziwiająco angażujący czytelnika. Spora w tym zasługa niezwykłej plastyczności opisu, który sprawia, że tekst jawi się jako bardzo zmysłowy, choć przecież stworzony przy wyraźnej oszczędności środków. – Corrente potrafi, mówiąc niewiele, powiedzieć bardzo dużo – potwierdza tłumacz. – Porusza scena, w której starzec, chorujący na cukrzycę, zajada się lodami; zapada w pamięć historia zakupu nowego kapelusza czy wspomnienie zwykłych damskich bucików należących do matki Anny, o których wiemy tylko, że były niebieskie. Autor buduje akcję, odnotowując, że na podłogę spadł z wieszaka pled, a na szybie widnieje ledwie widoczna rysa. Opowieść tworzą drobne szczegóły, na pierwszy rzut oka nieistotne, a jednak pełne wymowy. Każdy z tych elementów ma bowiem swoje znaczenie i symbolikę. Surowość znana z prozy Hemingwaya, poetyckość Pavesego i kompozycja utworu nawiązująca do szkatułkowych form lubianych przez Calvina są tu obecne i wyraźnie widoczne.

“Ucieczka Anny” to niezwykle zmysłowy tekst, choć stworzony przy wyraźnej oszczędności środków.

W pewien sposób jednak najbliżej jest Ucieczce Anny do historii przywoływanych przez sycylijskich rybaków – albo raczej tego, jak je sobie wyobrażam. A wyobrażam sobie, że akceptują oni brutalną prawdę, wedle której, jak napisał Mohamed Maalel w Giornale di Sicilia”, wolność przeplata się na świecie z przemocą, a szczęście z nieszczęściem. Niczym gęsta rybacka sieć, opowieść Correntego układa się między życiowymi dramatami bohaterów, łapiąc jednocześnie światło chwili obecnej, którą zawsze, bez względu na okoliczności, warto przeżywać świadomie i z zachwytem.

Takim, jaki towarzyszył mi podczas lektury tej książki.

Mattia Corrente, Ucieczka Anny, tłumaczył Tomasz Kwiecień, Bo.wiem (WUJ) 2024

 

Posted on

Baskijska piperada

Piperade — pikantny gulasz z cebuli i papryki duszonych w pomidorach — pochodzi z północnej, francuskiej części Kraju Basków. Niektórzy twierdzą, że danie jest inspirowane kolorami baskijskiej flagi: czerwone pomidory, zielona papryka, biała cebula. Słodka, lekko dymna i przyjemnie ostra piperada może być podawana na ciepło lub na zimno, jako dodatek do mięsa — np. popularnej w Pirenejach jagnięciny — i ryb: tuńczyka albo dorsza. W barach nad Zatoką Biskajską piperadę podaje się też z jajkami — sadzonymi lub jajecznicą, z dodatkiem dojrzewającej szynki bajońskiej.

Kraj Basków leży w Pirenejach Zachodnich, na pograniczu Francji i Hiszpanii — w skład historycznej krainy wchodzą autonomiczne wspólnoty País Vasco i Nawarra w północnej Hiszpanii oraz Pays basque français na południowym zachodzie Francji. Tradycje gastronomiczne to ważny element baskijskiej tożsamości, a lokalna kuchnia jest ceniona na całym świecie. San Sebastián w hiszpańskim País Vasco słynie z największego zagęszczenia restauracji z gwiazdkami Michelin per capita, a kreatywna Nueva Cocina Vasca, “nowa kuchnia baskijska” — rozpoczęty w latach 70. styl gotowania łączący francuską nouvelle cuisine z lokalnymi tradycjami i tutejszą kuchnią produktu — wywarła ogromny wpływ na trendy światowej gastronomii. Położenie nad zatoką sprawia, że baskijska kuchnia jest bogata w ryby i owoce morza: przygotowuje się tu gulasz z tuńczyka, marmitako, chrupiące croquetas z solonego dorsza, morszczuka w zielonym sosie z natką pietruszki i małżami, albo txangurro — pieczonego jeżokraba. W głębi lądu przeważają mięsa: przede wszystkim jagnięcina — po pirenejskich zboczach przechadzają się prowadzone przez pasterzy stada owiec — oraz cielęcina, wieprzowina i dziczyzna: pieczone, wolno gotowane w gulaszach albo przerabiane na pikantne kiełbasy i dojrzewające szynki. W Baskonii popularne są także omlety i dania na bazie fasoli. Dużą wagę przywiązuje się do pochodzrnia produktów: szczególnie ceniona jest czarna fasola z Tolosy, karczochy z Tudeli, szparagi z Mandavii. Warzywa pochodzące z Ameryki — ziemniaki, pomidory i papryka — dotarły do Kraju Basków za sprawą kolonizatorów i na stałe wpisały się w lokalne kulinarne dziedzictwo. Bazująca na papryce i pomidorach piperada to jedno z ikonicznych baskijskich dań, które ma własny festiwal, który odbywa się co sierpień w Salies-de-Béarn.

Pikantne nuty piperady pochodzą z piment d’espelette, ostrych papryczek uprawianych we francuskiej gminie Espelette w Pirenejach Atlantyckich. Mieszkańcy zbierają je późnym latem, a czerwone girlandy z suszących się papryczek ozdabiają balkony i ściany domów przez cały wrzesień. Piment d’espelette trafiło do Francji z Meksyku w XVI wieku. Początkowo ostre papryczki uprawiano jako roślinę leczniczą, dzisiaj to jedna z najważniejszych przypraw kuchni baskijskiej, najbardziej znana jako nieodłączny składnik piperady. Smak piment d’espelette jest bardzo charakterystyczny: słodkawy, nieco dymny, mocno owocowy, o zbalansowanej ostrości. Słoiczki zmielonej papryki z Espelette kupimy w specjalistycznych delikatesach, ale jeśli nie mamy jej pod ręką, możemy wykorzystać mieloną ostrą paprykę albo płatki chilli. Dobrymi zamiennikami są też pul biber, czyli papryka Aleppo, albo sproszkowana meksykańska papryka ancho.

 

Przepis: Piperada z jajkami

1 duża cebula, posiekana w kostkę
3 papryki (zielone i czerwone), pokrojone w paski
3 duże pomidory, sparzone, obrane i pokrojone w kostkę
2 łyżki oliwy
2 łyżeczki piment d’espelette (można zastąpić ostrą papryką lub płatkami chilli)
duża szczypta soli

Na dużej patelni rozgrzewamy oliwę.

Dodajemy posiekaną cebulę, podsmażamy na złocisto.

Dodajemy paprykę, smażymy, mieszając, aż zmięknie, około 10 minut.

Zmniejszamy ogień, dodajemy pokrojone pomidory, piment d’espelette i sól.

Dusimy na wolnym ogniu przez 25 minut, co jakiś czas mieszając.

Podajemy z jajkami sadzonym i chrupiącym pieczywem.

Gotową piperadę możemy przechowywać w lodówce i podgrzać przed podaniem albo serwować na zimno jako dodatek do mięsa, ryb lub serów.

Posted on

Tożsamość w starożytnym Rzymie. Spotkanie z Michałem Kubiczem. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E9

Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

Dziś przed naszym mikrofonem gościmy Michała Kubicza – miłośnika starożytności, autora powieści, których akcja rozgrywa się w antycznym Rzymie. To właśnie dawna stolica świata, a może raczej jej mieszkańcy, stają się głównym bohaterem naszych rozważań. Jak żyli bohaterowie książek Michała, w tym Julia, córka cesarza Augusta? Co decydowało o ich tożsamości, co ją kształtowało? Rozmawiamy także o różnicach w postrzeganiu świata przez nas i przez Rzymian oraz zastanawiamy się, jak obcowanie z kulturą Caput Mundi wpływa na nasze widzenie rzeczywistości.

Prowadzenie: Julia Wollner
Produkcja: Magda Miśka-Jackowska i Michał Woźniak

 

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:
🔹 Julia Wollner: Julia Michała Kubicza
🔹 Julia Wollner rozmawia z Michałem Kubiczem: Kobiety starożytnego Rzymu bohaterkami powieści
🔹 Michał Kubicz: artykuły o rzymskich niewolnikach
Posted on

O irysach

Włoski poeta Corrado Govoni (1884–1965) uważał, że zapach irysów przypomina kolor nieba. Przyklaskuje mu wiele osób doświadczających synestezji – perfumy z nutą irysa często określane są jako delikatne, melancholijne i… błękitne, jak choćby słynne L’Heure Bleue (Niebieska godzina) stworzone przez francuski dom mody Guerlain. Jednak irysowe związki z niebem nie ograniczają się ani do barwy – także płatki tego kwiatu są często niebieskie – ani do zapachu. Jest ich o wiele więcej.



Egipt

Piękne irysy znali już starożytni Egipcjanie. Wiemy, że mniej więcej od XV w. p.n.e. wykorzystywali te rośliny w medycynie i kosmetyce, a także przy produkcji magicznych mikstur. Do dziś wizerunek irysa, a dokładnie – Iris Oncocyclus, podziwiać można w świątyni Amona-Re w Karnaku, a to dzięki postaci faraona Totmesa I, który miał rzekomo rozpocząć sprowadzanie irysów z Syrii. Totmes III (1481–1425 p.n.e.) natomiast zwykł podobno trzymać kwiat irysa w dłoni w czasie swoich triumfalnych pochodów po wygranych wojnach, co sprawiło, że Egipcjanie zaczęli traktować roślinę jako symbol zwycięstwa – zesłanego, oczywiście, przez bogów, prosto z niebios.


Grecja

Jeszcze bliżej było do nieba irysom w Grecji. To właśnie Helladzie te piękne kwiaty zawdzięczają zresztą swoją nazwę, być może ze względu na fakt, że występują w wielu wersjach kolorystycznych. Nazwa „irys” pochodzi od greckiego rzeczownika ἶρις (iris) oznaczającego tęczę. Tak samo brzmiało imię bogini uważanej za posłankę mieszkańców Olimpu, rozpinającej na niebie łuk tęczy, który łączył świat Nieśmiertelnych z krainą ludzi. Iris towarzyszyła także duszom kobiet i dziewcząt, odprowadzając je po śmierci do zaświatów. Z tego względu irys stał się w Grecji kwiatem wiecznego snu. Podobnie widzą go do dziś muzułmanie, dla których jest on kwiatem nagrobnym, symbolizującym wiarę w życie po śmierci.

 


W hymnie homeryckim poświęconym Demeter poeta przedstawia scenę zbierania kwiatów przez Persefonę w towarzystwie nimf, chwilę przed tym, jak porwał ją Hades. W tekście pojawiają się m.in. róże, krokusy, fiołki, lilie, hiacynty oraz rośliny, które dzisiejsi badacze utożsamiają z tzw. irysem attyckim (Iris attica). Tym samym staje się kosaciec kwiatem łączonym także z… piekłem. Maria Immacolata Macioti w Mitach i magiach ziół pisze zresztą, że jest to roślina lubiąca cień i mroczne czary. Badaczka przypomina także, że już od klasycznej starożytności miłość i śmierć zawsze tworzyły nierozdzielną parę, co tłumaczyć ma związki irysa zarówno z tym, co dobre i piękne, jak i z tym, co ciemne i smutne. Włoszka podkreśla jednak, że nade wszystko irys jest kwiatem tęczy, znakiem uspokojenia się nawałnicy. Jako taki stanowi więc symbol cichnących żywiołów, spokoju i odnalezionej równowagi.


Rzym

Szacunek do irysów przejęli od Greków starożytni Rzymianie, którzy, będąc z natury wojownikami, od razu spostrzegli podobieństwo irysowych płatków do swoich ostrych mieczy. To właśnie od łacińskiego gladius pochodzi włoska nazwa tych kwiatów: giaggioli. Analogicznie, w języku polskim nazywamy je kosaćcami – wyrazowi temu blisko do ostrej i złowieszczej kosy. Jednak wbrew groźnej nazwie, Rzymianie widzieli w irysach przede wszystkim doskonałe lekarstwo na wiele dolegliwości, od zatrucia po bolesne ząbkowanie niemowląt. Pliniusz (23–79 r. n.e.) w swojej Historii naturalnej wymienia aż 41 medykamentów bazujących na rozmaitych częściach rośliny. Niestety nie wiemy, czy jego racjonalni do bólu krajanie widzieli w tym fakcie objaw niebiańskich interwencji.

Iris nosi szaty w kolorach tęczy, irys tedy może być niebieski, fioletowy, żółty, biały. (Maria I. Macioti)


Chorwacja

W Chorwacji rośnie 12 odmian irysa; najpiękniejsze spotkać można w paśmie górskim Samoborsko gorje oraz Parku Narodowym Krka w południowej części Dalmacji. Nic dziwnego, że kraj ten wybrał kosaćca na swój narodowy symbol, po raz kolejny przypominając nam o związkach kwiatu z niebiosami. W Chorwacji irys nazywany jest perunika, od imion pary najwyższych bóstw tamtejszej mitologii: Peruna i Peruniki. W dawnych czasach wierzono, że wyrastał wszędzie tam, gdzie Perun cisnął swoją błyskawicę. W północno-zachodniej i środkowej części Chorwacji żonę Peruna nazywano Ljelją, stąd kwiat określa się mianem ljeljuji; w okolicach Dubrownika ma zaś prawdziwie boską nazwę: bogiša.

Francja

W Europie zachodniej irysy rozpowszechniły się dzięki Arabom, którzy przywieźli je do Hiszpanii, oraz dzięki Karolowi Wielkiemu (742–814), który wprowadził ich uprawę we Francji. W XI wieku irysy zaczęto kojarzyć z monarchią francuską, tak znalazły się w tamtejszej heraldyce. Według legendy, król Ludwik VII Młody, wygrawszy ważną bitwę, zobaczył pole usiane kosaćcami. Zaraz potem postanowił używać błękitnej tarczy z żółtymi kwiatami jako swojego herbu. Irysa nazwano na jego cześć fleur de Luis (kwiat Ludwika), co z biegiem lat, ze względu na podobieństwo brzmienia, zamieniło się na fleur de lys (kwiat lilii). To dlatego dziś mówi się o francuskich liliach w herbie Paryża, a także o lilijce harcerskiej – obie, na dobrą sprawę, są irysami. O kosaćcach chętnie wspominali francuscy poeci i pisarze, w tym Marcel Proust (1871–1922) czy Paul Valéry (1871–1945), podkreślający jego szlachetność i umiłowanie samotności – irys rośnie wszak chętnie na uboczu.

Florencja

Podobnie jak z francuską figurą heraldyczną ma się sprawa z symbolem dzisiejszej stolicy Toskanii – czerwonym irysem zwanym lilią. W okolicach Florencji wszechobecne są irysy białe, które od wieków porastały mury obronne miasta i, przedstawiane na czerwonym tle, były z nim kojarzone. Barwy odwrócił ród Medyceuszy, który, doszedłszy do władzy, postanowił zasygnalizować w ten sposób nowy porządek. Jednak czerwony irys nie istnieje w naturze – może dlatego herb Florencji tym chętniej określa się mianem lilii. Co ciekawe, w 1954 roku ogłoszono konkurs na stworzenie hybrydowej odmiany irysa w kolorze czerwonym, jednak, póki co, nagrody nikomu nie wręczono. Warto wiedzieć, że we Florencji znajduje się najsłynniejszy irysowy ogród Europy: Giardino dell’Iris. Jest on otwarty tylko w kwietniu i maju.

Manuskrypt z personifikacją Florencji
Manuskrypt z personifikacją Florencji


Malarstwo

O ile we francuskiej czy florenckiej heraldyce odbiega się od koncepcji irysa jako kwiatu związanego z niebiosami, o tyle wyraźna jest ona w licznych dziełach sztuki, gdzie kosaciec łączony jest zwykle z Matką Bożą. Na wielu obrazach trzyma go w dłoni archanioł Gabriel zwiastujący Maryi Dobrą Nowinę. Ciekawostkę stanowi w tym kontekście fakt, że irys wybrany został na symbol izraelskiego miasta Nazaret, z którego pochodziła Boża Rodzicielka i w którym miał wychować się sam Zbawiciel. Niebiańskie konotacje mają być może związek z budową kwiatu: trzy płatki w środku i trzy opadające na zewnątrz zdają się odwoływać do koncepcji Świętej Trójcy. Roślina symbolizuje tym samym wiarę, odwagę i mądrość.

Związek irysa z tym, co boskie, jednak w starożytnej perspektywie, przypomniał jeden z najwybitniejszych śródziemnomorskich malarzy, Włoch Sandro Botticelli (1445–1510). Namalował on kosaćce na swoim słynnym obrazie Wiosna. Poza nimi toskański mistrz wyobraził ponad 70 innych gatunków kwiatów, po których stąpają niebiańskie postaci, w tym Wenus i Merkury.

Irysy Claude'a Moneta (1914-1917)
Irysy Claude’a Moneta (1914-1917)

We Francji kosaćce malował Claude Monet (1840–1926) oraz Vincent Van Gogh (1853–1890). Kwiaty te zachwyciły go najpierw podczas pobytu w wypełnionym słońcem prowansalskim Arles; później wrócił do motywu irysów, przebywając w szpitalu psychiatrycznym w Saint-Rémy-de-Provence pod koniec swego nieszczęśliwego życia. Początkowo kojarzyły się więc ze światłem i dobrem; później bliżej im było do kwiatów piekielnych niż tych, które wypaść mogły z bukietu pogodnej bogini Iris. Starożytna dychotomia wraca tu znów do głosu, przypominając nam, że to, co śródziemnomorskie, stworzone jest z kontrastów i sprzeczności.

Zdjęcie główne: Magiczny Giardino dell’Iris we Florencji, fot. Sailko / Wikimedia, CC BY 3.0 DEED

 

 

Posted on

Śródziemnomorski Paryż

Hasło „miasto śródziemnomorskie” mało komu przywodzi na myśl Paryż. Gorący Neapol, malowniczy Dubrownik, a nawet atlantycką przecież Lizbonę, ale Paryż? Miasto ludzi zasznurowanych w surdutach konwenansów, chłodnej rezerwy i kartezjańskiej logiki, stonowanych barw i nieuprzejmych kelnerów. Od Morza Śródziemnego dzieli go prawie tysiąc kilometrów i wielka przepaść kulturowa. Wielbiciele dzikich temperamentów i ludzkiego ciepła nie mają tu czego szukać.

To prawda, ale jak mawiał ksiądz Tischner, istnieje jeszcze „też prawda” i nawet pod sztywnym surdutem można dopatrzyć się miękkiej podszewki. A tropienie śladów Środziemnomorza w mieście (sztucznych) świateł pozwala wyjść z kolein kliszy.

Po pierwsze populacja. „Prawdziwych” paryżan jest mało, prawie każdy przyjechał tu skądś, a wielu właśnie znad morza – za pracą, na studia, dla kariery. Francja jest krajem niezwykle scentralizowanym (wystarczy spojrzeć na mapę połączeń kolejowych, żeby przekonać się, że wszystkie drogi prowadzą do stolicy) i bez „rubryczki Paryż” żaden życiorys nie jest kompletny. Nie brak tu więc nicejczyków, marsylczyków czy nawet przybyszów z egzotycznych terytoriów zamorskich, którzy w szarych paryskich klitkach tęsknią za bryzą i lazurem. Bardzo liczne są też diaspory: włoska, hiszpańska i portugalska, bo długa tradycja kontaktów z Francją i kryzysy gospodarcze przywiodły ich tu za chlebem. A skoro już tu są, to próbują przeszczepić trochę swoich tradycji. W Paryżu można bez trudu kupić włoską oliwę, zjeść prawdziwe pastéis de nata czy uraczyć się paellą. Działają też stowarzyszenia, instytuty kulturalne i księgarnie. Wystarczy trochę się postarać, żeby znaleźć południową enklawę.

Można powiedzieć, że to obecność namiastkowa – próba przeszczepienia kawałka ojczyzny na obcy grunt. Na szczęście jest on całkiem żyzny, gdyż wbrew pozorom nawet pod beżową bluzeczką paryżanki i czarnym golfem paryżanina bije romańskie serce. A tym, co wyróżnia kulturę romańską, jest między innymi (i w dużym uogólnieniu) stosunek do przyjemności. Bardzo pozytywny. Tam gdzie protestanccy Germanie trzymają dyscyplinę, a katoliccy Słowianie walczą z poczuciem winy, Francuzi bez oporów sprawiają sobie przyjemności. Na co dzień i od święta, drobne i bardziej ekstrawaganckie. Philippe Delerm rozpływał się nad pianką na zimnym piwie, Amelia uwielbiała wkładać rękę do worka ze zbożem. Postawą francuskiej sztuki dobrego życia są właśnie drobnostki. Szukanie wszelkich sposobów na umilanie sobie życia.

Nie chodzi tu o rozbuchany hedonizm, raczej dbałość o szczegóły. Nastawiony na ciężką harówkę Polak czy energiczny Amerykanin musi się przyzwyczaić, że tu przerwa obiadowa trwa godzinę, dzieci co sześć tygodni mają wakacje, a po najlepszą bagietkę warto swoje odstać. Kawę, owszem, można wypić w domu, ale przyjemniej zajść do kawiarni. A już najprzyjemniej usiąść na zewnątrz i wystawić twarz do słońca, więc nawet najmniejszy lokalik dumnie szczyci się swoim terasse. W supermarketach pełno czekolad, ale o ile pyszniej od czasu do czasu zajść do prawdziwej czekoladziarni i kupić cukiernicze cudeńko w ładnym puzderku. Czemu pić z grubego kubasa, skoro można mieć ładną filiżankę? Albo nosić bawełniane barchany, skoro, nawet w podeszłym wieku czy zaawansowanej ciąży, można sprawić sobie koronkową bieliznę? Katować się na siłowni, skoro można porozciągać się parku albo pójść na łagodną sofrologię. Owszem, pocałunek na przywitanie, la bise, to konwencja, ale całowanie i inne cielesne przyjemności są tu w cenie. Przyjemność odmieniania jest tu przez wszystkie przypadki, przy stole i w sypialni, na co dzień i od święta. Owszem, życie jest ciężkie, metro zapchane, a dzień pracy długi. Ale to tym bardziej powód, żeby wypełniać szczeliny istnienia pianką przyjemności.

Zdjęcie główne: Ogrody Luksemburskie

 

Posted on

Irene Vallejo, Nieskończoność w papirusie

Termin bestseller kojarzy mi się z tekstami, które nie wymagają zbyt wiele od czytelnika; ja zaś lubię czuć, że lektura stanowi dla mnie jakiś rodzaj wyzwania: każe zadać sobie pytania, pogłębić wiedzę, zmienić punkt widzenia. Sięgając po obszerny, bo kilkusetstronicowy esej Vallejo, nie spodziewałam się zbyt wiele –  wiedziałam wszak, że prawa do jego publikacji sprzedano do ponad 40 krajów.

Okazuje się jednak, że źle oceniłam nie tylko samą książkę, ale także liczne grono czytelników, dzięki którym Nieskończoność w papirusie bestsellerem się stała. Jakże piękna to pomyłka, ileż daje nadziei na przyszłość! Okazuje się bowiem, że tysiące ludzi na całym globie chcą czytać o historii starożytnej; chcą spędzać czas, uczestnicząc w dialogu bogatym i zachęcającym do głębokiej refleksji; wreszcie: kochają książki i wszystko, co się z nimi łączy. To w końcu o książkach właśnie traktuje ta wspaniała publikacja.

Podzielono ją na dwie zasadnicze części: pierwszą, poświęconą starożytnej Grecji, i drugą, skupiającą się na Rzymie. Z tych antycznych krain trafiamy nierzadko do Wenecji, Filadelfii czy Londynu, podróżując zarówno w przestrzeni, jak i w czasie. Przyglądamy się pierwszym książkom w historii; obserwujemy teksty spisywane w kamieniu i glinie, na skórze, jedwabiu czy drewnie, ale też na papierze i ekranach komputerów. Odwiedzamy dawne biblioteki, gładzimy zwoje ułożone na tamtejszych półkach i siadamy przy biurkach wraz z największymi mędrcami w historii. Ruszamy też na pola bitwy pełne krwi, bo o książki toczono wojny, ryzykując życie, dobytek i reputację. Czy tego chcemy, czy nie, naszą cywilizacją od wieków rządzi przecież słowo…


To, co w opowieści Vallejo zachwyca najbardziej – obok wiedzy, skrupulatnie przeprowadzonej kwerendy, gawędziarskiej swady i potoczystości stylu – jest nieustanne odnoszenie dawnej historii do współczesności. Z warsztatów skrybów wielokrotnie przenosimy się do znanych europejskich czytelni, Safona inspiruje nas do rozważań o kobiecych głosach w literaturze, a Seneka prowadzi wprost do dyskusji o postprawdzie. Dochodzą do tego wspomnienia samej autorki, która dzieli się refleksją z niejednej lektury, wspomnieniami z dzieciństwa, studiów czy podróży. Dzięki temu wyprawa do świata sprzed wieków przestaje być akademickim ćwiczeniem czy nudną szkolną lekcją, a staje fascynującą, wielowątkową przygodą. Aby ją przeżyć, wystarczy lubić czytać.

Nieskończoność w papirusie okazała się książką, którą przeczytałam jednym tchem zaraz po jej zakupie. Teraz, kilka miesięcy później, nadal trzymam ją pod ręką, by zaglądać do niej raz po raz. Okładka jest już sfatygowana, nosi ślad spotkania z kawą… Czytam na wyrywki, fragmentami: a to o Aleksandrii i Kleopatrze, a to o procesach sądowych pisarzy ironistów. Serwuję sobie kilka stron o Owidiuszu i cenzurze albo wypisuję cytaty o niebezpieczeństwie, które czyha na pożyczających książki. Z radością odkrywam porównanie mojego ukochanego Levinasa do Herodota albo przenoszę się myślą do renesansowej florenckiej biblioteki, której budowę sfinansował Kosma Medyceusz. Jak już mówiłam, rzadko czytam bestsellery. Tym razem ogromnie cieszę się, że to uczyniłam.

Irene Vallejo, Nieskończoność w papirusie. Fascynujące dzieje książki od czasów starożytnych, tłumaczyła Zofia Siewak-Sojka, Post Factum (G.W. Sonia Draga), 2021

 

Posted on

Podcast o Rzymie, znowu! Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E8

Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

O Rzymie powiedziano już wszystko, a jednak, po raz kolejny, zapraszamy Was do rozmowy o nim. Co to znaczy być rzymianinem? W jaki sposób Rzym dotknięty jest procesem gentryfikacji? Co ma Rzym do pałaców, a co do groteski? Z tego odcinka podcastu dowiesz się również, jakie jest znaczenie nazwy “Rzym”, jaki mało znany szlak odkryłam tam ostatnio, dokąd udać się po najwspanialsze rzymskie smaki oraz jakie skarby mogą skrywać się w piwnicach tamtejszych banków.

Prowadzenie i montaż: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak

 

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie tutaj:
🔹 Julia Wollner: La Panella. Rzymskie śniadanie
🔹 podcast: Podróże w czasie
🔹 podcast: Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu
🔹 Pilar Fogliati: Dialetti romani
Posted on

Jestem tysiącami lat historii. Słów kilka o marokańskiej tożsamości

Na marokańską tożsamość składają się stulecia niczym nieograniczonej wolności, przeplatane długimi okresami niespodziewanych podbojów, dziedzictwo rdzennej ludności kraju, długie lata kolonializmu francuskiego, hiszpańskiego oraz portugalskiego, kojarząca się z niepodległością monarchia, współistnienie wielu, czasem zupełnie różnych kultur, języki, które stały się odbiciem tej różnorodności, terytorium i kwestia Sahary Zachodniej silnie jednocząca większość mieszkańców Królestwa Zachodu, aż wreszcie przynależność do kontynentu afrykańskiego przy jednoczesnej bliskości Europy. Zacznijmy jednak od samego początku.

 

Imazighen – rdzenni mieszkańcy Maroka

W starożytności, zanim ziemie północnej Afryki padną ofiarą najazdów obcych ludów, wśród których znajdą się między innymi Fenicjanie, Rzymianie, Bizantyjczycy, a w końcu Arabowie, Maroko zamieszkują liczne plemiona. Niektóre z nich prowadzą osiadły tryb życia; inne, nomadyczne przenoszą się z miejsca na miejsce. Są dumne i zupełnie niezależne. Nazywają siebie „Imazighen” (w liczbie pojedynczej „Amazigh”) – „Wolnymi ludźmi”. Wieki później to prawdopodobnie Rzymianie przezwą ich pochodzącym z greki słowem „barbaros”, oznaczającym kogoś, kto mówi niezrozumiałym językiem, a więc trudno się z nim porozumieć. Tak rodzi się określenie „Berberowie”, którego rdzenni mieszkańcy Maghrebu nie lubią z powodu skojarzeń, jakie nieuchronnie budzi. W Maroku nazywani są zazwyczaj Chleuh.

Imazighen, wśród których znajdują się także animiści, mają swoje własne politeistyczne wierzenia, przenikające się z wierzeniami reszty antycznego świata, swój własny język oraz alfabet zwany tifinagh. Za czasów wojen punickich tworzą własne państwa: królestwo Numidii oraz wspaniałe królestwo Mauretanii. Ich rozległe ziemie ciągle od nowa przemierzają obcy najeźdźcy. I mimo że każdy z nich pozostawia za sobą trwały ślad, żadnemu nie udaje się podporządkować dumnych Chleuh.

Islam

Taki stan rzeczy trwa aż do VII wieku, kiedy to na horyzoncie pojawia się wzbudzająca postrach kawalkada nieznanych jeźdźców. Flagi, które powiewają w rozgrzanym wietrze i przez chwilę zasłaniają słońce, wykrzykują imię Boga. Przynoszą wiarę, która jest tu zupełnie obca. Jednak to ona właśnie pozostanie na tych terenach na zawsze, a Imazighen z czasem odwrócą się od dawnych bóstw. Zepchnięci na margines nigdy nie zapomną, kim są, nie utracą swojego języka ani swoich rytuałów. Rozpoczyna się arabskie panowanie, a Islam staje się już na zawsze jedyną religią.

Za pierwszego władcę Maroka uznaje się emira Idrissa ibn Abdallaha, który w VIII wieku zakłada dynastię Idrissów, a w niedalekiej przyszłości staje się również założycielem królewskiego miasta Fez. Przez następne stulecia władzę sprawują kolejne dynastie, kolejni emirowie, wezyrowie oraz sułtani.

Kolonializm, monarchia oraz inne historyczne wydarzenia

W 1927 roku, początkowo jako sułtan, na tronie zasiada Muhammad V. Okres jego panowania nie należy do najłatwiejszych. Od 1912 roku Marokańczycy cierpią pod jarzmem francuskiego protektoratu, a władca popiera ich walkę o niezależność. Jego postawa naturalnie nie podoba się kolonizatorom. Zostaje zesłany na Madagaskar, skąd wraca po dwóch latach, z miłością witany przez swoich podwładnych. Dla Marokańczyków staje się uosobieniem walki o wolność. Nadchodzi ona w 1956 roku: Maroko odzyskuje niepodległość (oprócz Francuzów wycofują się również Hiszpanie, których protektorat był jednak relatywnie spokojny), a w 1957 Muhammad V zostaje pierwszym królem kraju.

Po jego śmierci tron obejmuje kolejny legendarny władca Hassan II. Król studiuje prawo na francuskim uniwersytecie w Bordeuax. Słynie z inteligencji, elokwencji, oczytania, a także z tego, że rządzi żelazną ręką. Próbując zdemokratyzować kraj, tworzy pierwszą marokańską konstytucję, jedocześnie czyniąc Islam religią państwową. Zapomina jednak o rdzennych mieszkańcach Maroka, którzy cały czas walczą o własne prawa oraz uznanie ich kulturowego dziedzictwa. W 1973 roku kolejny już raz występują przeciw dyskryminującej polityce rządu. W górach Atlas wybucha brutalnie stłumione powstanie. Podobnie dzieje się siedem lat później w paśmie Rif.

W 1975 roku Hassan II wpada na pomysł, który na zawsze pozostanie w pamięci Marokańczyków. Zwołuje słynny „Zielony Marsz”. 6 listopada tego samego roku trzysta pięćdziesiąt tysięcy nieuzbrojonych poddanych króla rusza w wielkim pochodzie na Saharę Hiszpańską, dziś zwaną Saharą Zachodnią. Niosą ze sobą tysiące flag, wypełniając niekończącą się przestrzeń pieśnią. Zgodnie z zamysłem władcy ten symboliczny marsz ma przekonać Hiszpanię, aby swoje wieloletnie zwierzchnictwo nad spornym terenem przekazała marokańskiemu królestwu. Mimo że kwestia Sahary Zachodniej do dziś pozostaje nierozstrzygnięta i budzi spore kontrowersje, 6 listopada staje się świętem narodowym, co roku hucznie obchodzonym przez Marokańczyków.

W 2001 roku, już za panowania nowego króla, reformatora Muhammada VI, powstaje Królewski Instytut Kultury Amazigh (IRCAM). W lipcu 2011 roku na fali Arabskiej Wiosny Maroko przyjmuje nową konstytucję. Znajduje się w niej jeden z długo wyczekiwanych zapisów – język ludów Amazigh zostaje uznany obok arabskiego za język oficjalny. Od 2019 roku zgodnie z ustawą Marokańskiej Komisji Edukacji, Kultury oraz Komunikacji tamazigh ma być zapisywany alfabetem tifinagh i nauczany we wszystkich państwowych placówkach edukacyjnych. Cztery lata później Nowy Rok Imazighen zwany Yennayer staje się oficjalnym świętem państwowym.

Żydzi

Marokańscy Żydzi od zawsze stanowią ważną cześć społeczeństwa. Przed założeniem państwa Izrael w kraju żyje ich ponad 250 tysięcy. Jest to największa społeczność żydowska w muzułmańskim świecie, posługująca się tamazigh, a także językiem judeomarokańskim lub judeohiszpańskim. W 1940 roku nazistowski rząd Vichy próbuje narzucić w Maroku antysemickie dekrety, zgodnie z którymi Żydzi mają być wyłączeni ze sprawowania funkcji publicznych, umieszczeni w gettach i częściowo deportowani do Europy. Ówczesny sułtan, a później pierwszy król Maroka Muhammad V, odmawia.

W 2021 roku Muhammad VI również wykonuje ważny gest w stronę tej społeczności. Rozpoczyna proces renowacji setek miejsc związanych z dziedzictwem żydowskim w Maroku. Są wśród nich synagogi, cmentarze (między innymi ogromny, bo liczący tysiące grobów cmentarz żydowski w Fezie). W planie jest również przywrócenie nazw niektórych żydowskich dzielnic. Pod koniec 2022 roku na Politechnice Mohammeda VI w Marrakeszu zostaje otwarta pierwsza synagoga uniwersytecka arabskiego świata.

Afrykańskość oraz europejskość

Skomplikowana historia Maroka i wynikająca z niej różnorodność etniczna oraz kulturowa, o których pisałam powyżej, są nieodłącznymi składnikami tożsamości mieszkańców północnoafrykańskiego królestwa. Dziedzictwo Imazighen, tak długo marginalizowane przez kolejnych władców, nabiera coraz większego znaczenia. Bardzo wielu młodych ludzi nadal walczy o prawa rdzennej ludności Maroka, nie tylko z radością odkrywając swoje korzenie, ale także, w znacznej mierze, inspirując się nimi. Niezwykle ważna jest też przynależność Marokańczyków do świata arabskiego, z którym łączy ich wspólna religia – islam, a w związku z tym również język świętej księgi Koranu – arabski. Maroko to także kraj afrykański i serca Marokańczyków biją właśnie dla tego kontynentu: wystarczy przez chwilę doświadczyć, jak celebrują Puchar Narodów Afryki. Jednocześnie zwracają się ku Europie, a przede wszystkim ku demokratycznym wartościom Śródziemnomorza, którego są częścią. I tak w 2004 roku wchodzi w życie nowy Kodeks Rodzinny, zmieniający znacznie sytuację kobiet, a w 2011 zostaje utworzona Narodowa Rada Praw Człowieka. To pierwszy państwowy organ zajmujący się tą niezwykle ważną kwestią tak długo tu zaniedbywaną, a także nieraz ulegającą bardzo poważnym naruszeniom.

Aby lepiej zrozumieć Marokańczyków oraz ich kraj, warto zapamiętać piękne słowa zawarte we wstępie do jego nowej konstytucji: Jako suwerenne państwo muzułmańskie, przywiązane do swojej jedności narodowej oraz integralności terytorialnej, Królestwo Maroka zamierza zachować w całej pełni i różnorodności swoją jedną i niepodzielną tożsamość narodową. Jego jedność, narodzona dzięki współbrzmieniu elementów arabsko-islamskich, Amazigh i saharyjsko-Hassani, była zasilana i wzbogacana przez wpływy afrykańskie, andaluzyjskie, hebrajskie, a także śródziemnomorskie.

 

Posted on

Włosi – życie to teatr. Spotkanie z Maciejem Brzozowskim. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E7

Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

Spotykamy się dziś z Maćkiem Brzozowskim – italianistą, tłumaczem i publicystą, znawcą Włoch i autorem książki Włosi. Życie to teatr. Rozmawiamy o tym, jacy są Włosi. Dlaczego tak bardzo nas fascynują? Co oznaczają słynne słowa Massima D’Azeglia: Stworzyliśmy Włochy, teraz musimy stworzyć Włochów? Czy Włochy to tylko pojęcie geograficzne? Gdzie przebiega granica między włoską naturalnością a teatrem? Zapraszamy do wspólnego przyjrzenia się ulubionej nacji wielu Polaków.

Prowadzenie i montaż: Julia Wollner i Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak

 

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w tym odcinku podcastu, zapraszamy serdecznie do wysłuchania 20 audycji Julii Wollner i Magdy Miśki-Jackowskiej poświęconych wszystkim włoskim regionom. Emitowało je radio RMF Classic. Dostępne są tutaj.
Posted on

Cypr, Anglia i Furia. Rozmowa z Alexem Michaelidesem

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem WAB.

 

Spotykamy się dzień przed premierą Twojej najnowszej powieści, zatytułowanej Furia, której akcja rozgrywa się na małej greckiej wyspie. Od razu zauważyłam informację podaną na okładce, że furia to rodzaj wiatru wiejącego na Morzu Egejskim. Mnie, miłośniczce mitów, słowo to kojarzy się raczej z Eryniami, boginiami zemsty.

Mamy jeszcze furię jako rzeczownik pospolity, czyli gwałtowny napad złości. Wiatr, który hula nad greckimi wyspami, bywa do takich napadów bardzo podobny. Oficjalnie nikt nie nazywa go furią – skorzystałem tu z mojej licentia poetica. Jadąc do Grecji i trafiając na to zjawisko, zrozumiesz jednak doskonale, że moje skojarzenie jest trafne. Co ciekawe, turyści odwiedzający greckie wyspy nie są świadomi, jak bardzo wiatr może wpłynąć na ich wakacyjne doświadczenia. Ja, mając jakieś 20 lat, spędzałem letni urlop na Mykonos. Wiało tak mocno, że przez kilka dni do portu nie zawijały żadne statki; nie można też było się z wyspy wydostać.

Biedny Alex, uwięziony na Mykonos… Znam gorsze życiowe dramaty!

(śmiech) Ja też, ale przyznasz, że dla autora powieści kryminalnych może to być inspirujące. Naprawdę nie ma stamtąd jak uciec! Wspomnienie uziemienia na Mykonos pozostało ze mną na długie lata; czekałem poniekąd, by je wykorzystać. Fakt, że Furie – po grecku w zasadzie Erynie, bo Furie są ich rzymskim odpowiednikiem – to także boginie gniewu i zemsty, zamieszkujące Ereb, czyli najciemniejszą część Hadesu, również prosił się o wykorzystanie. Mitologia grecka stanowi dla mnie wielkie źródło inspiracji i ważną część mojego kulturowego dziedzictwa – urodziłem się przecież na Cyprze. W szkole nie czytamy tam Szekspira, tylko uczymy się o Afrodycie! Wychowawszy się na wyspie, wiem, że na  niewielkim kawałku ziemi emocje potrafią sięgać zenitu; stają się bardziej intensywne niż na kontynencie. Na wyspie wszystko podlega pewnemu rodzajowi wzmocnienia, jest jakoś dodatkowo podkręcone. Bohaterowie mojej książki też tego doświadczają. Wydawało mi się więc, że Furia to dobry pomysł na tytuł. Lubię takie znaczeniowe zbiegi okoliczności.

Alex Michaelides, fot. Kuba Celej
Alex Michaelides, fot. Kuba Celej


Rozmawiasz z miłośniczką Marka Aureliusza, który mawiał, że świat to siatka połączeń. Uwielbiam je tropić, a w wypadku Twojej powieści nie mogło być inaczej. Od razu, kiedy otworzyłam książkę, zauważyłam, że podzielona jest na akty, niczym w teatrze. Bawisz się konwencją dramatu, który też jest przecież greckim wynalazkiem. Twoja grecka tożsamość cały czas dochodzi do głosu! Świadomie dajesz jej przemówić?

Teatr mam we krwi. Nie wiem, czy to kwestia pochodzenia, ale pasjonuje mnie on i to z wielu perspektyw, także tej aktorskiej. Przez lata zajmowałem się amatorsko graniem – to wspaniała przygoda. Wątek teatru jest w Furii obecny na różne sposoby, choćby ze względu na zawody wykonywane przez głównych bohaterów. Jeden z nich prowadzi ciągły dialog z czytelnikiem.

Przedstawiłem w tej powieści świat, który bardzo dobrze znam, bo poza pisaniem książek zajmuję się również scenopisarstwem. Mam wielu przyjaciół wśród reżyserów, wśród aktorów teatralnych i filmowych. Wracając zaś do zbiegów okoliczności czy, jak je nazywasz, połączeń – dla mnie bardzo ważne jest, by książka była czymś więcej, niż tylko opisem pewnej historii z zaskakującym zakończeniem. Interesuje mnie psychologia – to zresztą kolejna rzecz, którą zajmowałem się w życiu na poważnie, bo studiowałem psychoterapię.

Chcę i lubię przyglądać się ludziom, a potem, na podstawie tych obserwacji, lepić swoich bohaterów. W najbliższych latach mam zresztą zamiar wydawać książki trochę rzadziej – właśnie dlatego, że chcę delektować się procesem obserwacji, a następnie tworzenia.

Mówisz, że chcesz, by Twoje książki były „czymś więcej”, a mnie od razu przypomina się Twoja mama, Brytyjka. Na stronie internetowej alexmichaelides.com, na której nie brakuje humorystycznych fragmentów, określasz ją mianem literackiej snobki, która nigdy nie sięgnęłaby po kryminał.

Oczywiście, to jej zasługa. Geny to geny; wychowanie też robi swoje. Sam mam w sobie sporo ze snoba; nudzą mnie historie pozbawione głębszego dna. Jako nastolatek dorwałem się do kolekcji książek Agathy Christie, które należały do mojej siostry. Przeczytałem je wszystkie jednym tchem. Na pewno miały one wpływ na drogę, którą wybrałem, ale powiedzmy sobie szczerze: choć świetnie napisane, nie są one niczym więcej, niż czytadłami.

W Pacjentce, mojej pierwszej książce, próbowałem podzielić się doświadczeniami z pracy na oddziale psychiatrycznym, gdzie byłem kiedyś zatrudniony. To skomplikowany świat, który jest dla mnie czymś więcej, niż tylko tłem dla pewnej sekwencji wydarzeń. Swoją drogą, dzisiaj nie używa się już tak często określenia „kryminał” – zauważ, że przeważa „thriller”. Z mojego punktu widzenia są to wszystko kategorie, które pewnie ułatwiają pracę wydawcom i specjalistom od marketingu, ale niekoniecznie przystają do moich powieści. Furię widzę bardziej jako studium psychologiczne. Może to właśnie powód, dla którego nawet moja mama zaczęła dzisiaj czytać kryminały – często więcej w nich psychologii niż klasycznych historii o detektywach.

Fot. Laura Bielak
Fot. Laura Bielak


Ja byłam zaskoczona, przeczytawszy w materiałach otrzymanych od wydawcy, że greckie wyspy to doskonałe tło dla historii kryminalnej. Domyślam się, że nie chodzi o piękne krajobrazy czy zachwycającą przyrodę.

Odwołam się znowu do Agathy Christie i książki I nie było już nikogo. Jej akcja również rozgrywa się na wyspie. Zamknięta przestrzeń pozwala ograniczyć liczbę podejrzanych – masz pewność, że nikt, kto mógł być winny zbrodni, nie zniknie nagle z horyzontu. Nie ja wpadłem więc pierwszy na ten pomysł. Druga sprawa to fakt, że lubię pisać o miejscach, które dobrze znam, bo wówczas mogę skupić się na moich bohaterach, a nie na zastanawianiu się, czy dobrze opisałem jakąś lokalizację. W moich wcześniejszych książkach pojawił się więc szpitalny oddział oraz zamknięcie w murach uniwersytetu – wybranego dlatego, że sam studiowałem w Cambridge. Wybór lokalizacji jest zresztą ważny nie tylko ze względu na fabułę, ale z troski o samego siebie. Powieść pisze się kilka lat – dobrze jest spędzić je myślą w miejscu, które jest ci w jakiś sposób bliskie, które nadal cię fascynuje, którego chcesz się w pewnym sensie uczyć. Furię napisałem, będąc na Cyprze. Gdy potrzebowałem inspiracji, wystarczyło, że spojrzałem za okno. Nie bez znaczenia jest też to, co mówiłem wcześniej o mitologii, z którą na wyspach greckich obcuje się na każdym kroku, a która dla mnie jest niewyczerpanym źródłem inspiracji. To truizm, że mity, które mają tysiące lat, pozostają nadal w pełni aktualne. A jednak muszę ten truizm wypowiedzieć! Sięgam do nich nieustannie, bo jest tu wszystko: pasje, namiętności i zwroty akcji, których nie wymyśliłby dzisiaj najlepszy scenarzysta.

Wspominałeś, że grecka starożytność jest częścią Ciebie. Stanowisz, jeśli mogę tak powiedzieć, ciekawą mieszankę genów: masz brytyjską mamę i cypryjskiego tatę, a kultury Cypru nie byłoby bez kultury greckiej.

Grecję i Cypr łączy nie tylko kultura, ale też język, choć wyspa stanowi osobne państwo od 1960 roku; wcześniej była brytyjską kolonią. Dialekt cypryjski to dialekt języka greckiego; posługuje się nim ok. 800 000 osób. Zapisywany jest tym samym alfabetem. W szkołach korzystamy z greckich podręczników; uczymy się tego samego, co greckie dzieci.

Jeśli chodzi o tożsamość narodową, to powiem Ci, że u mnie w domu zawsze panował narodowościowy konflikt. Używam słowa „konflikt” całkiem świadomie, żeby podkreślić, że to nie przelewki! (śmiech) I cieszę się, że poruszamy tu tę kwestię, bo myślałem o niej nie dalej, jak dzisiaj rano – zdecydowałem niedawno, że to właśnie temu „konfliktowi” poświęcę moją kolejną książkę. Mam o czym opowiadać. Z dzieciństwa pamiętam na przykład nieustające walki o jedzenie. Wiesz, jak wielkie dziedzictwo kulinarne wnosi do każdego domu Wielka Brytania (śmiech), i wyobrażasz sobie, jak wspaniale wypada ono na tle kuchni cypryjskiej… Ta zaś jest po prostu nie do opisania. To nie tylko bogactwo kuchni greckiej, ale także silne wpływy bliskowschodnie, obecne ze względu na położenie geograficzne. Pamiętam, że moja babcia, mama ojca, miewała wątpliwości, czy jestem odpowiednio karmiony, i ku oburzeniu mojej mamy potrafiła wysłać mi obiad taksówką!

Cypr, fot. Danny Giebe

 

Mówiąc poważnie – a Ty, mając mieszaną rodzinę, na pewno doskonale mnie zrozumiesz – dzisiaj w swoim pochodzeniu widzę tylko bogactwo, żadnych wad. Mogę czerpać z dwóch kultur, mam dwa domy. Oba kocham tak samo. Kiedy byłem dzieckiem i nastolatkiem – wyjechałem z Cypru dopiero w wieku 18 lat – moje dni były podzielone. W szkole rozmawiałem tylko po grecku, uczyłem się ze wspomnianych greckich podręczników, byłem jednym z wielu grecko-cypryjskich dzieci. Potem wracałem do domu, gdzie witała mnie mama, gdzie mówiliśmy po angielsku i gdzie do czytania podtykano mi Margaret Atwood czy Henry’ego Jamesa. Dzisiaj nieustannie kursuję między Londynem a Cyprem, choć przyznam, że po Brexicie jest mi lepiej poza Anglią. Będąc w Grecji czy na Cyprze, czuję, że jestem w moim europejskim domu – a Europa jako idea kulturowa jest dla mnie bardzo ważna. W Anglii zacząłem zauważać pewien dystans od tej idei. To jednak osobny świat. Niedawno zdałem sobie zresztą sprawę, że nie myślę o sobie jako o Angliku czy o Cypryjczyku, tylko jako o Europejczyku. To właśnie to słowo najlepiej mnie określa.

Piszesz jednak po angielsku.

Owszem, bo tak ułożyło się moje życie: moja edukacja otrzymała brytyjskie ramy. Dziś nie władam greckim tak dobrze, jak bym chciał. Myślę po angielsku. Zaraz po spotkaniach w Warszawie jadę do Aten, ale będzie mi tam towarzyszył tłumacz, bo obawiam się, że nie każdą myśl będę potrafił precyzyjnie wyrazić. Wydaje mi się jednak, że moja emocjonalność jest śródziemnomorska.

Co najbardziej kochasz w Cyprze?

To będzie banał, ale słońce. I jedzenie. Uwielbiam też cypryjską przyrodę. Mamy przepiękne plaże. Nikt nie odbierze mi wspomnień z dzieciństwa, kiedy po lekcjach biegłem z kolegami nad morze i pływaliśmy w ciepłej, krystalicznie czystej wodzie. Cypr był wtedy – i jest nadal, choć może ciut mniej – bardzo bezpieczną wyspą. Pamiętam, że nie zamykało się domów na klucz, zostawiało się otwarte samochody… To cudowne miejsce do dorastania.

Fot. Laura Bielak
Fot. Laura Bielak


A jednak, gdy skończyłeś 18 lat, zostawiłeś to cudowne miejsce i pojechałeś do Anglii, gdzie sporo eksperymentowałeś z rozmaitymi zajęciami. Studiowałeś literaturę angielską w Trinity College, grałeś w teatrze, potem szykowałeś się do zawodu psychoterapeuty, pisałeś i piszesz scenariusze filmowe. Tożsamość to nie tylko narodowość, ale także to, jak postrzegamy siebie w pracy – ważnej części codzienności. Pozwól więc, że spytam: jesteś „pisarzem” czy „także pisarzem”?

Pisarzem, zdecydowanie. To zajęcie jest mi najbliższe i tak o sobie myślę.  I wydaje mi się, że byłem tym pisarzem od zawsze, a przynajmniej odkąd skończyłem 8 lat. Jakimś dziwnym trafem wszedłem później na ścieżkę, która wiodła mnie okrężną trasą, ale wróciłem tam, gdzie być powinienem. Myślę, że każdy czytelnik ma za sobą podobne doświadczenia – w dzisiejszych czasach zdarza się to nam wszystkim. Krążysz, kombinujesz, aż nagle zdajesz sobie sprawę, że, choć robisz tyle różnych rzeczy, to właśnie ta jedna daje ci najwięcej radości. Życie jest krótkie, więc czuję, że mam wiele szczęścia, mogąc pracować właśnie w zawodzie, który daje mi najwięcej frajdy. Jak powiedział kiedyś Noël Coward – uwielbiam ten cytat! – work is more fun than fun. W pracy jest więcej zabawy niż w samej zabawie. Tak właśnie jest u mnie i tego się trzymam.


Na koniec muszę zapytać Cię o dedykację w Twojej książce: „Dla Umy”. To imię kojarzy mi się tylko z Umą Thurman…

Tak, napisałem tę książkę dla niej, to moja kochana przyjaciółka. Pracując nad tekstem, miałem ją cały czas w głowie – główna bohaterka jest nią mocno inspirowana.

A czy wiesz, że Uma Thurman grała Meduzę w pierwszej ekranizacji powieści Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy? Zwróciła mi na to uwagę moja najstarsza córka, przeglądając Twoją książkę, gdy ja szykowałam się do wywiadu z Tobą.

Ojej, tak, rzeczywiście! Nie widziałem tego filmu. I nigdy nie przeszło mi to przez myśl – ja kojarzę Umę raczej z Kill Bill.
Cóż, mity greckie są wszędzie – nawet tam, gdzie ich nie widzimy. Masz rację… nawet nie pomyślałem, że zadedykowałem Furię Meduzie.

Polecamy: Alex Michaelides, Furia, tłumaczyła Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik, WAB 2024
Posted on

Salame di cioccolato

Wbrew nazwie, salame di cioccolato jest w pełni wegetariańskie – suszoną kiełbasę przypomina tylko z wyglądu. Grube plastry słodkiego salami to mozaiki z czekoladowej masy, kawałków herbatników, orzechów laskowych i migdałów. Podobny do polskiego bloku czekoladowego deser jest popularny na świątecznych stołach we Włoszech i w Portugalii.

 

We Włoszech salame di cioccolato towarzyszy wielu uroczystościom, przede wszystkim tym związanym z Wielkanocą. Deser jest popularny w całym kraju, a jego włoska wersja powstała prawdopodobnie na początku XX wieku na Sycylii, gdzie, pod nazwą salame turco, czekoladowe salami uznaje się za tradycyjny produkt regionalny. Nie wiadomo, czy wersja portugalska, salame de chocolate, powstała niezależnie, a jeśli nie, to nie ma pewności, kto był pierwszy. Nie ma jednak wątpliwości, że słodkie salami jest w Portugalii równie popularne, przede wszystkim w okresie wielkanocnym.

Przepis na czekoladowe salami jest trochę inny w każdym domu. Niektórzy robią go z dodatkiem kakao, inni używają gorzkiej czekolady; są wersje z jajkami lub bez, z mlekiem lub tłustą śmietaną, oraz, oczywiście, z różnymi dodatkami. W najprostszej wersji salame można zrobić z samymi herbatnikami; częstym dodatkiem są też orzechy, w różnych konfiguracjach i proporcjach: laskowe, włoskie, pistacje, migdały. Niektórzy dodają do deseru suszone owoce i kandyzowany imbir, albo kawałki torrone, czyli włoskiego nugatu. W Portugalii masę aromatyzuje się dodatkiem słodkiego porto, we Włoszech filiżanką mocnego espresso.

Niezależnie od wersji, salame di cioccolato to bardzo prosty deser, który nie wymaga użycia piekarnika. Przygotowanie go zajmuje kilkanaście minut, co w świątecznym chaosie bywa nieocenione. Można zrobić go wieczorem i zostawić na noc w lodówce (salami musi stwardnieć przez kilka godzin), a kolejnego dnia pokroić i podać.


Przepis: Salame di cioccolato

150 g herbatników
50 g orzechów laskowych
50 g pistacji
100 g masła
80 ml kremówki
200 g gorzkiej czekolady, np. 85% kakao

łyżka cukru pudru, do posypania

 

Herbatniki łamiemy na mniejsze kawałki i przekładamy do dużej miski.

Orzechy laskowe i pistacje prażymy na suchej patelni, dodajemy do miski i mieszamy z herbatnikami.

Czekoladę siekamy na kawałki.

W rondelku z grubym dnem rozpuszczamy masło na małym ogniu.

Wlewamy kremówkę i podgrzewamy przez około minutę, cały czas mieszając.

Zdejmujemy z ognia.

Dodajemy czekoladę, odstawiamy na chwilę, po czym mieszamy na lśniącą i gładką masę, do całkowitego rozpuszczenia się czekolady.

Masę czekoladową wlewamy do mieszanki herbatników z orzechami, dokładnie mieszamy.

Na blacie rozkładamy papier do pieczenia.

Wykładamy na niego masę i formujemy z niej wałek.

Zwijamy papier jak cukierek, mocno zaciskając końcówki.

Dodatkowo możemy przewiązać salami w kilku miejscach sznurkiem.

Wkładamy deser na kilka godzin do stwardnienia w lodówce.

Przed podaniem obtaczamy czekoladowe salami w cukrze pudrze.

Podajemy pokrojone na grube kawałki.

Przechowujemy w lodówce.

Posted on

Tożsamość talerza. Spotkanie z Natalią Mętrak-Rudą. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E6

Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

Dlaczego nie na miejscu jest krytykowanie amerykańskiej wersji kuchni włoskiej? Jak narodziła się pizza z ananasem? Na czym polega prawdziwa dieta śródziemnomorska? W jaki sposób smaki łączą się z naszą tożsamością i jak budujemy ją poprzez jedzenie? Na te i wiele  innych pytań odpowiada nam Natalia Mętrak–Ruda, kulturoznawczyni i dziennikarka kulinarna, autorka strony Przeszłość od kuchni. Dyskutujemy także o tym, czy wegetarianizm rozpowszechnił się w krajach śródziemnomorskich, czy można wskazać, skąd pochodzi hummus oraz co ma jedzenie do polityki.

Prowadzenie i montaż: Julia Wollner i Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:
🔹 Julia Wollner: Historia odczytana z talerza
🔹 Julia Wollner: Historia makaronu w 10 daniach
🔹 Julia Wollner: Podcast “Wokół stołu”
Posted on

Primo Levi, Czy to jest człowiek, Rozejm, Pogrążeni i ocaleni

Wydawnictwo Czarne opublikowało właśnie wspaniały tom pism Prima Leviego (1919–1937). Zebrano w nim trzy książki włoskiego autora, Żyda, więźnia Auschwitz: Czy to jest człowiek, Rozejm oraz Pogrążeni i ocaleni. Jak zauważa w swojej przedmowie Dariusz Czaja, sprawiają one wrażenie jednego długiego tekstu rozpisanego na głosy. Mamy tu bowiem relację z obozu, opowieść o powrocie do rodzinnego domu i oraz studium obozowego świata.

Teksty zebrane przez Wydawnictwo Czarne nie ukazują się w Polsce po raz pierwszy – przykładowo, najsłynniejsza książka Leviego, Czy to jest człowiek (Se questo è un uomo) , wydana we Włoszech w 1958 roku, pojawiła się u nas równo 20 lat później i była dwukrotnie wznawiana. Doskonałym pomysłem wydaje się jednak utworzenie z nich jednego tomu, pozwalającego na prześledzenie drogi, jaką przebył Levi, próbując zintegrować swoje dramatyczne doświadczenia i zrozumieć największą tragedię ludzkości.


Można by rzec, że odyseja obozowa kończy się mimo wszystko szczęśliwie – bohater ocalał. Jednak Levi, podobnie jak wielu innych więźniów nazistowskich obozów, wraca do punktu wyjścia już jako zupełnie inny człowiek: naznaczony, spopielały, z trawiącym go poczuciem wstydu z powodu tego, że przeżył. Levi opuścił Auschwitz, ale Auschwitz nie opuściło go nigdy
– podkreśla Czaja w swoim doskonałym wstępie. Także dla niego warto sięgnąć po tę książkę.
Primo Levi, Czy to jest człowiek, Rozejm, Pogrążeni i ocaleni, tłumaczyli Stanisław Kasprzysiak, Halszka Wiśniowska i Krzysztof Żaboklicki, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024
Posted on

Tożsamość Słoweńca

Terra incognita pomiędzy solnym bogactwem u wybrzeży Adriatyku, owianym borą Krasem, majestatem Alp Julijskich zwieńczonym trzema skalnymi głowami Triglavu i melancholijną Równiną Panońską. Skryta między światami: romańskim, germańskim, madziarskim i bałkańskim. Na mapie z początku XIX wieku widnieje jako południowy kraniec monarchii Habsburgów – pierwszą mapę słoweńskich krain i regionów narysował w 1853 roku Peter Kozler. Po pierwszej wojnie światowej była północnym krańcem Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców, a po 1945 roku – Federacyjnej Ludowej Republiki Jugosławii. Wreszcie, w pomiętym atlasie samochodowym z lat dziewięćdziesiątych, na drodze do ukochanej przez Polaków Chorwacji widnieje Słowenia.

Wstecz.

Weszliśmy do małej karczemki […], tam zastaliśmy chłopów grających w karty i mówiących popsutym językiem chorwackim; popsucie tego języka po tym poznaliśmy, że mieszali wiele włoskich i niemieckich wyrazów albo je wymawiali czysto po włosku i po niemiecku, albo im dawali zakończenia sławiańskie – zapisał w dzienniku z podróży w latach 1826 i 1827 Henryk Bogdański. Mała karczemka zapewne znajdowała się w dzisiejszych granicach Słowenii, jej gośćmi byli najprawdopodobniej etniczni Słoweńcy i bardzo możliwe, że język, jakim się posługiwali, to dialekt języka słoweńskiego. Bogdański wraz z przyjacielem podróżowali z Triestu do Lublany, o której kilka stron dalej umieszcza notatkę, że jej nazwa pochodzi od słowa lubezn, które w języku kraińskim oznacza miłość.

Lublana – ukochana nie tylko przez Słoweńców
Lublana – ukochana nie tylko przez Słoweńców

 

O narodowości nikt nie wspomina

W pierwszej połowie XIX wieku na ziemie zamieszkiwane przez etnicznych Słoweńców dotarła rewolucja francuska. Napoleon na zdobytych terenach utworzył Prowincje Iliryjskie ze stolicą w Lublanie. Zaledwie kilka lat panowania Napoleona stanowiło ważny okres dla rozwoju słoweńskiej tożsamości narodowej. Mieszkańcy, wcześniej poddawani germanizacji, mogli swobodnie posługiwać się językiem ojczystym: Słoweńcy słoweńskim, Chorwaci chorwackim. W 1813 roku ziemie ponownie znalazły się pod panowaniem Habsburgów i powróciła wcześniejsza rzeczywistość.

W naszym domu między sobą rozmawialiśmy zwyczajnie po niemiecku, znaliśmy też słoweński. Nie czuliśmy się ani Niemcami, ani Słoweńcami, bo o narodowości do 1848 roku nikt nie wspominał. Tak zapamiętał te czasy dziewiętnastowieczny polityk Josip Vošnjak.

Dwujęzyczne tabliczki z nazwami ulic w Koprze (Istria)
Dwujęzyczne tabliczki z nazwami ulic w Koprze (Istria), fot. Julia Wollner

 

Wolny jak za naszych dziadów | Niech Słoweńców będzie dom. Myśl o wolnej Słowenii wybrzmiewa w wierszu Toast France Prešerna (obecnym hymnie) z 1844 roku. Cztery lata później, w trakcie Wiosny Ludów, powstał program polityczny Zjednoczona Słowenia. Nadchodził czas zmian. 1 grudnia 1870 roku w Lublanie odbył się kongres polityków południowosłowiańskich, podczas którego wydano oświadczenie dotyczące polityki jugosłowiańskiej.

Położenie śliczne, tylko dziś porwał się wicher bora, postrach tutejszy. W 1894 roku na granice ziem zamieszkanych przez etnicznych Słoweńców dotarła Maria Konopnicka. Do Gorycji przyjechała z Wiednia. Po trzech dniach donosiła córce listownie, że jest taniej niż w stolicy Austrii, gdzie jedna bułka kosztowała dwa centy, a tutaj cztery bułki – pięć centów. Za napisaną w tym czasie nowelkę Niemczaki ,,Gazeta Lwowska” płaciła jej cztery centy za wiersz. Podczas pobytu powstały także dwa obrazki z podróży: Jak słońce zimą w Gorycji wschodzi i Jak w Gorycji słońce zachodzi. W liście do córki Zofii Konopnicka pisała: Lud  mówi  po  włosku,  reszta  po  niemiecku.  Szyldy  włoskie,  nazwy  ulic  też, sama  nie  wiem,  dlaczego  to  się  jeszcze Austria nazywa.

Przełom nastąpił tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej.

“Słoweniec jest o wiele bardziej podobny do Tyrolczyka niż słowiańskiego sąsiada” (Ivan Cankar); na zdjęciu: jezioro Bled

 

Iluzja urzeczywistniona

Utopie mają to do siebie, że lubią się urzeczywistniać – przekonywał zgromadzonych słoweński pisarz epoki modernizmu Ivan Cankar w przemówieniu o przyszłości narodu słoweńskiego, które wygłosił w 1913 roku. Utopią nazywał pomysł stworzenia wspólnego państwa Jugosłowian. Do 1918 roku naród słoweński nie posiadał państwowości. Wówczas stał się częścią Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców, w 1929 roku przemianowanego na Królestwo Jugosławii. Międzywojenne państwo podkreśliło utopijność jugosłowiańskiej wizji. Słoweńcy już wtedy sprzeciwiali się postrzeganiu jego obywateli jako przedstawicieli jednego jugosłowiańskiego narodu; podkreślali, że Słoweńcy są oddzielnym narodem, który ma swój język, swoją kulturę i naukę, a od Serbów inną wiarę. Wspomniany Ivan Cankar jeszcze przed pierwszą wojną światową pisał, że Słoweniec jest o wiele bardziej podobny do Tyrolczyka niż słowiańskiego sąsiada.

Historia pierwszej Jugosławii zakończyła się w 1941 roku i wówczas wielu wydawało się, że po wojnie się nie powtórzy. Przeczyły temu plany partyzantów. W listopadzie 1945 roku nowy rząd, na czele którego stanął Josip Broz Tito, proklamował powstanie Federacyjnej Ludowej Republiki Jugosławii, w 1963 roku przemianowanej na Socjalistyczną Federacyjną Republikę Jugosławii. Jawiła się jako epoka nieskończoności i, jak stwierdził tuż przed jej rozpadem słoweński pisarz Drago Jančar, o tym, że jej ucieleśnienie kiedyś po prostu umrze, nikt z nas nawet nie pomyślał. W dniu urodzin socjalistycznego przywódcy, pod Domem Kwiatów w Belgradzie, gdzie został pochowany, wciąż słychać okrzyki: Tito wiecznie żywy!

Tito nadal żywy, przynajmniej w Koprze (Istria), fot. Julia Wollner
Tito nadal żywy, przynajmniej w Koprze (Istria), fot. Julia Wollner

Josip Broz Tito umarł w 1980 roku. Kres Jugosławii zdawał się być Słoweńcom nieunikniony.

Wcześniejsze dziesięciolecie było dla rozwoju Republiki Słowenii, najbogatszej w federacji, jeszcze lepsze niż wcześniejsze. Jednocześnie w kraju nasilały się napięcia etniczne. Także w Słowenii, pograniczu położonym na styku dwóch stref geokulturowych: środkowoeuropejskiej i bałkańskiej. Słoweńcy za wszelką cenę chcieli odciąć się od Bałkanów, które postrzegali jako synonim wszelkiej bylejakości. Słoweńscy intelektualiści dyskutowali o przyszłości swojego narodu i poszukiwali miejsca dla niepodległej Słowenii w Europie. Wielkie nadzieje pokładali w micie Austro-Węgier, hołubiącym jej różnorodność, choć monarchia wcześniej bywała przecież nazywana więzieniem narodów. Przyszłość Słowenii widzieli w Europie Środkowej.

Triglav – szczyt, który każdy Słoweniec musi zdobyć przynajmniej raz w życiu
Triglav – szczyt, który każdy Słoweniec musi zdobyć przynajmniej raz w życiu

 

Między meteorologią a utopią

W 1985 roku Drago Jančar natrafił w ,,The New York Review of Books” na esej Milana Kundery pt. Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej, opublikowany trzy lata wcześniej we francuskim czasopiśmie „Le Débat”. Kundera mianem Europy Środkowej określił kraje, które kulturowo stanowią część zachodu, ale w wyniku polityki po drugiej wojnie światowej stały się częścią wschodu. Obszar scharakteryzował jako maksimum różnorodności na minimum przestrzeni. Wskazywał, że dla narodowości zamieszkujących te tereny kultura stanowi sanktuarium tożsamości. Słoweniec w tekście dotyczącym Czech, Polski i Węgier odnalazł losy Słowenii, choć na tle państw opisywanych przez Kunderę Jugosławię wyróżniał ustrój polityczny: po konflikcie Tity ze Stalinem Jugosławia podążała trzecią drogą, była państwem socjalistycznym, lecz otwartym na zachód. Esej przekształcił mentalną mapę Europy jeszcze przed upadkiem żelaznej kurtyny. Dla intelektualistów innych krajów stał się punktem wyjścia rozważań nad przyszłością. Drago Jančar o słoweńskim przypadku napisał w esejach Terra incognita oraz Europa Środkowa, między meteorologią a utopią.

 

Dolina Sočy, którą Ernest Hemingway opisywał w Pożegnaniu z bronią: W łożysku rzeki leżały kamienie i głazy, suche i białe w słońcu, a w kanałach nurtu woda była przezroczysta, wartka i błękitna
Dolina Sočy, którą Ernest Hemingway tak opisywał w Pożegnaniu z bronią: W łożysku rzeki leżały kamienie i głazy, suche i białe w słońcu, a w kanałach nurtu woda była przezroczysta, wartka i błękitna

 

Na początku 1987 roku do kiosków trafił 57 numer czasopisma ,,Nova revija” o podtytule ,,Rozważania nad słoweńskim programem narodowym”, w którym szesnastu słoweńskich intelektualistów dyskutowało nad przyszłością Słowenii. Dalsze losy swojej ojczyzny widzieli jako państwa niezależnego od Jugosławii. Dziewięć lat po śmierci Tity jugosłowiańska więź iluzorycznie rozbrzmiewała w słowach przeboju Jugoslovenka Lepy Breny. Słowenia ogłosiła niepodległość 25 czerwca 1991 roku.

Spojrzeniu słoweńskich intelektualistów sprzeciwiał się austriacki pisarz pochodzący z Karyntii, syn Słowenki, Peter Handke. Europę Środkową nazwał zjawiskiem meteorologicznym, a Słowenię widział po wszystkie czasy jako część Jugosławii. Swoje stanowisko przedstawił w eseju Pożegnanie z dziewiątym krajem, który wywołał burzę. Temat kontrowersyjnych wypowiedzi autora na temat rozpadu i wojny w dawnej Jugosławii powrócił, gdy ten otrzymał literacką nagrodę Nobla.

Drago Jančar (ur. 1948) w 2011 r.; fot. Európai Bizottság/ Dudás Szabolcs / CC BY 2.0
Drago Jančar (ur. 1948) w 2011 r.; fot. Európai Bizottság/ Dudás Szabolcs / CC BY 2.0


Jestem tu, ale mnie nie ma

Kim jestem? Mgłą. Gdzie jestem? Jestem tutaj w Słowenii? Ale czy naprawdę tu jestem? Mgła. Jak gęsta jest ta mgła? – pytają Anja Simončič i Ana Mezga, autorki wspomnień Jestem tu, ale mnie nie ma ze zbioru Historie wykreślonych obywateli, dokumentującego najczarniejsze karty w słoweńskiej historii ostatnich trzydziestu lat. Po ogłoszeniu przez Słowenię niepodległości, w kraju wybuchł agresywny nacjonalizm. Emigranci z innych republik dawnej Jugosławii stali się niechcianymi obywatelami. 26 lutego 1992 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wykreśliło z rejestru obywateli 25 671 osób posiadających obywatelstwo jednej z republik dawnej Jugosławii i pozwolenie na stały pobyt w Słowenii. Wykreśleni stali się w obliczu prawa niewidzialni, nie mogli legalnie pracować, uczyć się, nie byli ubezpieczeni, ale nie mogli też opuścić kraju. Trybunał Konstytucyjny dopiero w 1998 roku orzekł, że decyzja ministerstwa była niezgodna z konstytucją. Piętnaście lat później rząd uchwalił ustawę dotyczącą odszkodowań. W 2022 roku, czyli trzydzieści lat po wykreśleniu, prezydent przeprosił wykreślonych.

Słowo čefúr, pochodzi od turcyzmu čìfut, oznacza emigranta z innej republiki dawnej Jugosławii, ma pejoratywny wydźwięk. A najbardziej mnie wkurwia, jak ktoś napisze Marko Djordjič. […] Oni nie potrafią napisać jednego nazwiska. Đorđić. Ciężko? Sześć liter. Dwa đ i mięk- kie ć. Są na każdej pieprzonej klawiaturze. Tylko że to jest ten nacjonalizm. Oni nienawidzą nas, czefurów, i dlatego specjalnie tak piszą. Specjalnie niby udają, że nie mogą znaleźć đ i ć na klawiaturze. Marko Đorđić to postać fikcyjna, bohater książki Czefurzy raus Gorana Vojnovicia z 2008 roku, ale jego doświadczenia są wspólne dla wielu emigrantów innych republik dawnej Jugosławii mieszkających w Słowenii.  W 2021 roku ukazała się kontynuacja powieści: Marko wraca na lublańskie osiedle Fužine, na którym się wychował, i zastaje inną rzeczywistość.

Mentalną mapę Europy kreślą zmiany polityczne i nastroje społeczne. Dzisiaj Słoweńcy są pogodzeni ze swoją jugosłowiańską przeszłością. Słowenia najczęściej jest określana mianem Europy Środkowej, a dla słoweńskiego społeczeństwa ważne są wartości Unii Europejskiej. Jak przyznała w 2021 roku Suzana Tratnik, jego twórcą jest słoweński pisarz. Tożsamość narodu słoweńskiego ukształtował język i literatura w nim tworzona; rolę polityków zastąpili literaci i lingwiści, a opowieść o narodzie słoweńskim to opowieść o wspólnocie języka, która z czasem dostrzegła swoją odrębność i podejmowała kolejne kroki ku rozwojowi i niezależności.

Codzienność na ulicach Lublany
Codzienność na ulicach Lublany


Mapa mentalna

Oczywiście, geografia nie jest tak ważna, jak wyobraźnia. Tymi słowami zaczął esej o Europie Środkowej Andrzej Stasiuk. Pisarz kreśli cyrklem wbitym we własne miejsce zamieszkania charakterystykę regionu. Każdy posiada własną i unikalną mapę mentalną. Skomplikowana układanka duchowej ojczyzny składa się z symboli, wyobrażeń, przywiązań i własnych wspomnień. Wśród symboli słoweńskiej domovina czy domačija (‘ojczyzna’ – od słowa dom) znajdziemy: knežji kamen – pozostałość kolumny z rzymskiej osady wykorzystywanej podczas koronacji książąt Karantanii, później Karyntii; Triglav – szczyt, który zgodnie z ludowym przekonaniem prawdziwy Słoweniec powinien zdobyć przynajmniej raz w życiu; ulubione drzewo Słoweńców – lipę, odmieńca jaskiniowego (človeška ribica) żyjącego w Jaskini Postojnej oraz konie lipicańskie wyhodowane w stadninie w Lipicy.

Knežji kamen, jeden ze słoweńskich symboli narodowych, znajduje się w... Klagenfurcie w Austrii
Knežji kamen, jeden ze słoweńskich symboli narodowych, znajduje się w… Klagenfurcie w Austrii, fot. Johann Jaritz / CC BY-SA 4.0

 

W jej historii zapisali się: protestancki duchowny, autor pierwszej książki w języku słoweńskim, nazywany ojcem narodu Primož Trubar; słoweński polihistor Janez Vajkard Valvasor, który jako pierwszy opisał ziemie zamieszkane przez swoich rodaków; romantyczny wieszcz, uważany za wskrzesiciela narodu France Prešeren; Ivan Cankar, który przyszłość narodu słoweńskiego widział we wspólnym państwie Jugosłowian; Drago Jančar, który szansę dla Słowenii upatrywał w Europie Środkowej. I bohater fikcyjny, pastuszek Kekec, wciąż popularny mimo upływu dziesięcioleci.

Słowenia to doświadczenie różnorodności. Na zachodzie kraju Piran – pamiątka po czasach Republiki Weneckiej; na wschodzie – równina regionu Prekmurje przez wieki podległego Węgrom. Pineski na mapie wbite są też w dolinę Sočy,  w jeziora Bled i Bohinj, które są tłem dla narodowego eposu Chrztu nad Sawicą, i w Lublanę, w etymologii ludowej – ukochaną. Doświadczyć warto ich wszystkich.

Kekec – ukochana postać Słoweńców

 

 

BIBLIOGRAFIA:

Bogdański Henryk, Dziennik z podróży z lat 1826 i 1827, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980

Antologia poezji słoweńskiej,  tłum. A. Baumgardten i in., wyb. i oprac. M. Piechal, wstęp J. Magnuszewski, Ossolineum, Wrocław 1973

Maria Konopnicka, Listy do synów i córek, wstęp i opracowanie L. Magnone, Wydawnictwo IBL PAN, Warszawa 2010

Drago Jančar, Terra incognita, tłum. J. Pomorska, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1993

Milan Kundera, Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej, tłum. M. Bieńczyk, W.A.B., Warszawa 2023

Peter Handke, Pożegnanie marzyciela z Dziewiątym Krajem. Rzeczywistość, która przeminęła: wspomnienie o Słowenii, w: ,,Krytyka”, 1993, nr 40

Goran Vojnović, Czefurzy raus, tłum. T. Łukasiewicz, Międzymorze, Gdańsk 2010

Andrzej Stasiuk, Jurij Andruchowycz, Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej Środkową, Czarne, Wołowiec 2007

Ernest Hemingway, Pożegnanie z bronią, tłum. B. Zieliński, PIW, Warszawa 1962

 

 

Posted on

Cathy Yandell, Francja. Radość życia

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.

Do lektury książki Francja. Radość życia przekonał mnie wstęp Doroty Maliny, tłumaczki. Pisze ona, że autorka, Cathy Yandell, empatycznie przejmuje punkt widzenia czytelnika amerykańskiego, dla którego Francja jest fascynującą, ale bardzo odległą krainą tradycji i historii. Ze względu na bliskość geograficzną i długą historię kontaktów polsko-francuskich polskiemu czytelnikowi pewne wyjaśnienia mogą się wydać zbędne – uprzedza. Jako czytelniczka od początku czuję się potraktowana bardzo fair – nikt nie twierdzi, że tekst stworzony został dla polskiego odbiorcy; wydanie książki w naszym kraju świadczy jednak o przekonaniu, że, mimo wszystko, także dla polskiego odbiorcy może okazać się ona wartościowa.

I tak jest w istocie. Niby wszyscy w Polsce wiemy, co to jest Wersal; większość z nas chowała się też na komiksach o Asteriksie. Kojarzymy więcej francuskich nazwisk, niż Amerykanie, przeczytaliśmy więcej francuskich powieści czy dramatów, może nawet obejrzeliśmy Świętoszka w teatrze. Jednak kultura danego kraju to nie tylko jego najsłynniejsze zabytki czy najważniejsze dzieła literackie; to także tradycje i codzienność, kuchnia czy specyficzne poczucie humoru mieszkańców. To właśnie tym elementom poświęcona jest książka. Nie znajdziemy tu historii francuskiej filozofii, ale trafi się kilka cytatów z Rousseau w odniesieniu do zbawiennego wpływu, jaki na ludzki organizm mają regularne spacery. Nie znuży nas wykaz dzieł malarskich Henriego Matisse’a, ale zachęci do refleksji kilka uwag o radości chwili, którą umiejętnie przedstawiał na swych płótnach. Kilka stron dalej rozbawi nas przywołany francuski dowcip, a w kolejnym rozdziale zafrapuje opis francuskiego podejścia do… seksu. Wszystko to kwestie ciekawe i, choć nie zawsze związane z kulturą wysoką, nierzadko naprawdę intrygujące i warte poznania.

Książka Francja. Radość życia napisana została przez wykładowczynię akademicką, ale w sposób lekki i dowcipny. To sympatyczna lektura stanowiąca mądrą i inspirującą rozrywkę
Książka Francja. Radość życia napisana została przez wykładowczynię akademicką, ale w sposób lekki i dowcipny. To sympatyczna lektura stanowiąca mądrą i inspirującą rozrywkę. Swój egzemplarz zamów w naszym sklepie TUTAJ!

 

Oryginalny tytuł książki Cathy Yandell to The French Way of Living Well – „Francuski sposób na dobre życie” czy może „Francuska sztuka dobrego życia”. Polski wydawca ograniczył się do „Radości życia” – i chyba słusznie, bowiem to właśnie radość istnienia zdaje się przewodnim motywem tej publikacji. Jest też ważnym elementem kultury śródziemnomorskiej, w ramy której, przynajmniej po części, wpisuje się kultura francuska. Co znamienne, radość ta nie istnieje w oderwaniu od trudności, których w regionie zdecydowanie nie brakuje, ale obok nich czy może: razem z nimi. Z całą pewnością stanowi element, którego warto się uczyć. Książka ta, w sposób lekki i dowcipny, a jednocześnie inspirujący, może stać się w tej nauce bardzo pomocna.

Cathy Yandell, Francja. Radość życia, Wydawnictwo Poznańskie 2024

 

Posted on

Ach, zapach! Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S03E5

Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W trzecim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej refleksji nad kwestią TOŻSAMOŚCI. W jaki sposób widzą siebie mieszkańcy Śródziemnomorza, co ich łączy, a co dzieli? W jaki sposób odczuwają i wyrażają swoją odrębność, jakie historie opowiadają na swój temat? Poznaj je bliżej w naszym podcaście!

Czym pachną śródziemnomorskie algi, gdy zaczynają swój miłosny taniec? Czy można pokochać zapachy brzydkie? Dlaczego Schopenhauer twierdził, że powonienie to zmysł pamięci? O tym wszystkim, a także o wielu innych aromatycznych kwestiach, rozmawiamy z Katarzyną Białousz i Anną Budyńską, autorkami książki Ach, zapach! Wspólnie zastanawiamy się także, co ma woń do tożsamości, które zapachy Śródziemnomorza należałoby zachować dla potomnych oraz ile romantyzmu kryje się w siarczku dymetylu.

Prowadzenie: Julia Wollner i Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak

 

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w podcaście, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:
🔹 zapachy: KLIK
Posted on

Pogadajmy o Grecji. Z Julią Wollner rozmawia Dorota Wellman

Jak pisze firma Grecos, ich podcast „Pogadajmy o Grecji” to przestrzeń, w której króluje Grecja w jej wszystkich barwach: biel budynków, błękit nieba, lazur wody, zieleń roślinności, róż bugenwilli i wiele złotych odcieni greckich plaż. Audycję prowadzi wspaniała Dorota Wellman, która kraj Homera kocha już od dzieciństwa.

W tym odcinku w podcaście gości Julia Wollner, redaktorka naczelna magazynu śródziemnomorskiego „Lente”, ale też żona i mama 3 córek. Zanurzymy się wspólnie w opowieści o tym, czym Grecja pachnie, jak smakuje oraz jakich wyjątkowych wrażeń dostarcza, będąc dumną przedstawicielką krajów basenu Morza Śródziemnego.

Nagranie dostępne jest także na następujących platformach:

YouTube (tutaj)
YouTube Music (tutaj)
Spotify (tutaj)
Apple Podcast (tutaj).

Miłego słuchania!