Posted on

Kapka Kassabova, W stronę Ochrydy. Podróż przez wojnę i pokój

Kapka Kassabova to bułgarska poetka i autorka książek podróżniczych. Po upadku komunizmu wyemigrowała z rodziną do Nowej Zelandii, a od kilkunastu lat mieszka w Szkocji. Opublikowała między innymi nagradzane teksty Street without a name oraz Granica. Na krawędzi Europy – oba na temat pogranicza grecko-bułgarskiego (drugi z nich został wydany także w Polsce). Wraz z książką W stronę Ochrydy. Podróż przez wojnę i pokój tworzą one trylogię o Bałkanach i o życiu samej Kassabovej. Jej przodkowie pochodzą z Północnej Macedonii, babka urodziła się w Ochrydzie, nad jeziorem Ochrydzkim mieszkała też duża część jej najbliższej rodziny. Następnie wszyscy przenieśli się do Bułgarii; tam urodziła się i wychowała Kapka.

Jak informuje we wstępie autorka, historia jej rodziny ma stać się swoistą bramą do poznania historii regionu. Kassabova przywołuje tu greckie znaczenie słowa ἱστορία, które należy rozumieć jako wieloaspektową, interdyscyplinarną, narratywną eksplorację przedmiotu. Podaje przykład Dziejów Herodota, w których mamy do czynienia nie tylko z opisem wojen toczonych między Grecją a Persją, ale z zapisem ludzkich losów, rozgrywających się na rozległych obszarach pamięci, przestrzeni i czasu.  Właśnie takie ujęcie interesuje Kassabovą – mamy więc w jej książce oryginalną mieszankę wielkiej historii (od starożytnego Królestwa Macedonii po czasy współczesne) i osobistej podróży przez dzieje.

Punkt wyjścia dla jej opowieści stanowią Jezioro Ochrydzkie oraz Jezioro Prespa. Oba znajdują się na pograniczu: Ochrydzkie na macedońsko-albańskim, Prespa na grecko-macedońsko-albańskim. Oba leżą też przy starożytnej Via Egnatia – bałkańskiej drodze zbudowanej przez Rzymian, a biegnącej od Dyrrachium (dzisiejsze Durrës w Albanii) aż do Bizancjum. Kassabowa odbywa podróże do obydwu jezior, doświadczenie to uważając za rodzaj wewnętrznego rozrachunku i próbę zrozumienia historii rodziny.

Jezioro Ochrydzkie i Prespa autorka utożsamia przy tym z paradoksem ludzkiego losu. Pierwsze z nich stanowi symbol światła, drugie – ciemności. Ochryda to ruch, cywilizacja, rozwój, a jednocześnie duchowość. Przed wiekami zwana była bałkańskim Jeruzalem, gdyż u jej brzegów znajdowało się ponad 365  świątyń. Prespa to natomiast symbol ciemności – czarna tafla wody, czarne stroje bałkańskich kobiet, bliskość tajemniczej, dzikiej przyrody. Te dwa przeciwieństwa połączone są siecią podziemnych wód; jedno jezioro zasila drugie.

Urodzone nad Jeziorem Ochrydzkim kobiety z rodziny Kassabovej zmuszone zostały do opuszczenia swojego miejsca na ziemi; wszystkie cierpiały później na fizyczne dolegliwości, których nie dało się zdiagnozować. Podobne przypadłości stały się też udziałem autorki. Podejrzewa ona, że ich źródłem jest „tyga”, po bułgarsku i macedońsku oznaczająca mieszankę smutku i tęsknoty. Słowo to idealnie oddaje stan ducha osoby, która zmuszona jest do emigracji. Ta zaś na Bałkanach niemal zawsze związana jest z wielką polityką, bo jest to region szczególnie dotknięty przez dzieje. Jak mówi jeden z rozmówców Kapki, polityka sprawia, że żyje się gorzej. Siebie i podobnych jej wygnańców Kassabova nazywa dziedzicznymi katastrofistami i niedobitkami historii, którzy przez powrót do rodzinnych stron próbują wydostać się z egzystencjalnej pętli definiującej ich życie. Pisarka czuje, że bez podróży nad jeziora będzie powtarzać dawne rodzinne schematy, co z pewnością ją unieszczęśliwi – osoby, które spotyka na swej drodze, są najlepszym dowodem na to, że fatum zawsze dopada człowieka w ten sam sposób. Ile powrotów nad jeziora będzie potrzebować autorka, żeby móc wyzwolić się ze swoistej „homeostazy rodzinnej” – zjawiska, które zmusza do utrzymywania psychicznego i mentalnego status quo, nawet jeśli nie jest ono zdrowe? W niektórych rodzinach tak rozumiana „homeostaza” to dom: zmuszający do lojalności, przypominający mauzoleum zmarłych i żywych. Mieszkańcy Ochrydy mówią, że domu się nie kupuje, dom się dziedziczy, lecz w zamian zostawia się w nim duszę. Kapka jako emigrantka nie ma domu nad jeziorem, dlatego musi nosić go w sobie. Jej babka i matka przekazują jej pamięć o domu, o stracie, co wciąż powoduje ból, ale i  budzi w niej potrzebę powrotu.

To indywidualne doświadczenie straty, które dotyka pisarkę, może jednak być także doświadczeniem zbiorowym. Nad Jeziorem Ochrydzkim i Prespą żyją i żyli Macedończycy, Grecy, Turcy, Albańczycy, Bułgarzy, Arumuni, Wołosi – ludzie, którzy zawsze funkcjonowali w symbiozie, ale ich spokój i wzajemne współistnienie burzą co jakiś czas politycy. W XXI wieku jesteśmy świadkami kolejnych wojen, politycznych podziałów, rewizjonizmów narodowych, masowych migracji. Według Kassabovej pierwszym krokiem do uniknięcia następnej zagłady jest uświadomienie sobie ciążącego na nas dziedzictwa.

W stronę Ochrydy to podpowiedź dla każdego, kto podejmuje próbę zdefiniowania – nawet dla samego siebie – czym właściwie są Bałkany. Starożytność i Bizancjum, Imperium Osmańskie i Turcja Atatürka, Grecja i Rzym, wojna domowa w Grecji i reżim Tito w byłej Jugosławii, chrześcijaństwo i islam, mozaika etniczna, derwisze i bałkańscy trubadurzy, kultura i natura, duchowość i przesąd, tęsknota i trauma – wszystko to zostaje niezwykle umiejętnie, we właściwych proporcjach, podane w jednym tytule. Nie bez znaczenia jest tu poetycka przeszłość autorki – jej opis jezior, gór, sadów owocowych, słodyczy miejscowych czereśni mają w sobie sugestywną zmysłowość i czar. Wszystko to powoduje, że książka Kassabovej jest idealnym przykładem reportażu literackiego – obowiązkowego dla miłośników tego regionu Europy.

Kapka Kassabova, W stronę Ochrydy. podróż przez wojnę i pokój, tłumaczył Krzysztof Środa, Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2021

Posted on

Palazzo comunale czyli włoski ratusz

Il palazzo comunale, inaczej ratusz – symbol miasta, budynek użyteczności publicznej oraz siedziba władz samorządowych, we Włoszech pojawia się pod koniec XII wieku. Jego świeża obecność w przestrzeni miejskiej symbolizuje siłę i bogactwo władz lokalnych, a także ich rosnącą odrębność od Kościoła. We wcześniejszych latach zebrania samorządów odbywały się w katedrach, na placach lub w wynajętych przez biskupów aulach. Od czasu powstania pierwszych włoskich palazzi comunali, władza lokalna ma już swoje miejsce, gdzie organizuje zgromadzenia i narady. Początkowo budowle włoskich ratuszy mają charakter obronny: masywne, monumentalne, wznoszone w stylu gotyckim lub romańskim, z czasem ustępują miejsca łagodniejszym liniom i kształtom, przekazując rolę obronną nowo powstającym twierdzom.

Florencja i Palazzo Vecchio, fot. Francisco Terranova / Unsplash
Florencja i Palazzo Vecchio, fot. Francisco Terranova / Unsplash

Palazzo Vecchio

Jest rok 1503. Florencja przeżywa rozkwit renesansu. Palazzo Vecchio, czyli „stary pałac”, bardziej przypomina jeszcze klasztor niż siedzibę władz miejskich. Zaprojektowany przez Arnolfa di Cambio, wzniesiony w stylu romańskim w 1299 roku, wnętrze ma wciąż surowe, pozbawione wszelkich ozdób. Trzykondygnacyjna, monumentalna budowla z wieżą La Torre di Arnolfo, leżąca w sercu Florencji na Piazza della Signoria, wygląda imponująco, lecz jedynie od zewnątrz. Ten stan rzeczy postanawia zmienić chorąży Pier Soderini. Wykorzystując fakt, że w mieście przebywa dwóch wielkich artystów, zatrudnia do pracy nad jedną z sal pałacu, Salone dei Cinquecento, początkowo Leonarda da Vinci, a dwa lata później Michała Anioła. Sala Pięciuset jest projektem wyjatkowo nowatorskim, ponieważ ma przedstawiać zwycięskie bitwy Republiki Florenckiej, a nie, jak do tej pory, wyłącznie motywy religijne. Jednakże wstępny plan Soderiniego nie dochodzi do realizacji: 51-letni Leonardo da Vinci nie dokończy powierzonego mu fresku Bitwa pod Anghiari, a 28-letni Michał Anioł nigdy nie namaluje Bitwy pod Casciną. Nieudane freski Leonarda da Vinci zostaną zamalowane, a Michał Anioł pozostawi po projekcie jedynie kartony ze szkicami…

Jest rok 2022. Grupy turystów przemierzają sale najpiękniejszego włoskiego ratusza, którego większa część stanowi obecnie muzeum. Niektórzy zachwyceni, inni znużeni, zwiedzają liczne sale Palazzo Vecchio. Przewodnik wycieczki zatrzymuje się na dłużej w Sali Pięciuset, by goście mogli zobaczyć serie manierystycznych fresków Giorgia Vasariego, przedstawiające zwycięskie walki Florentczyków ze Sieneńczykami oraz rzeźby: między innymi serię posągów Fatiche di Ercole Vincenza De’ Rossiego oraz Geniusz zwycięstwa Michała Anioła. Ilu z nich choć na chwilę przeniesie się myślą w tamte czasy?

 

Palazzo Pubblico, Siena, fot. Luca Florio / Unsplash
Palazzo Pubblico, Siena, fot. Luca Florio / Unsplash


Palazzo Pubblico

Siena – jeden z najważniejszych punktów na mapie Toskanii, w drugiej połowie XIV wieku, po latach świetności ekonomicznej oraz kulturalnej, przeżywa prawdziwy kryzys. Miasto, podobnie jak cały kontynent, opanowanuje epidemia dżumy, lecz dla Sieny jest ona wyjątkowo bezlitosna. Miasto, które za czasów Rady Dziewięciu stworzyło swoje najwspanialsze budowle, takie jak gotycki ratusz Palazzo Pubblico z imponującą wieżą Torre del Mangia, znajdujący się przy głównym placu Piazza del Campo, w drugiej połowie włoskiego Trecento przypomina wielką umieralnię. W czasie, gdy bankrutują banki, a polityczna rola miasta ulega osłabieniu, pojawia się osoba o niezwykłej sile, temperamencie oraz talencie. Kontrowersyjna, obdarzona wyjątkową urodą Katarzyna Benincasa, mimo nacisku ze strony rodziny, postanawia odrzucić propozycję zamążpójścia i rozpoczyna życie zakonne. Uznana za świętą, Caterina da Siena zwraca się z pomocą ku umierającym, opiekuje się osobami w najcięższym stanie, mimo płynącego z kontaktu z nimi zagrożenia. Po kilku latach pracy z chorymi objawia również talent mediacyjny, co wykorzystuje na początku lokalna, później także szerzej pojęta władza, która za jej pomocą rozwiązuje konfikty z sąsiadującymi republikami oraz Kościołem. Z racji politycznej roli, którą niespodziewanie przyjmuje, coraz częściej bywa w ratuszu, gdzie pozostawia po sobie liczne ślady…

W jednej z sal pałacu, zwanej Mappa del mondo, która dawniej była miejscem spotkań Rady Generalnej Republiki, można zobaczyć obraz artysty znanego jako Vecchietta, przedstawiający św. Katarzynę. Ponadto w auli Sala del Capitano del Popolo, w której obecnie obradują urzędnicy miejscy, znajduje się seria fresków, namalowanych przez największych sieneńskich malarzy w latach 1592–1600. Ukazują one ważne momenty z życia miasta, na szczególną uwagę zasługuje dzieło Rutillia Manettiego S. Caterina esorta Gregorio XI a tornare a Roma, przedstawiające scenę, w której św. Katarzyna nakłania papieża Grzegorza XI, by wrócił do Rzymu. Palazzo Pubblico kryje w sobie również inne ważne dzieła artystów takich jak Ambrogio Lorenzetti, którego alegoryczny cykl fresków Dobre i złe rządy znajduje się w Sali Dziewięciu.

Ratusz w Sienie, będący symolem miasta, jego widokówkową twarzą, przyciąga do siebie rzesze turystów, którzy odwiedzając go, mogą przenieść się w czasie, zaczynając swoją podróż od średniowiecza aż po najnowszą historię. Warto, wygrzewając się w słońcu na Piazza del Campo, wśród szalejących tam stale gołębi, podjąć próbę i stanąć w kolejce do muzeum ratusza – najpiękniejszej budowli w Sienie.

Pomnik Leonarda da Vinci przy Palazzo Marino w Mediolanie, fot. © CEphoto, Uwe Aranas
Pomnik Leonarda da Vinci przy Palazzo Marino w Mediolanie, fot. © CEphoto, Uwe Aranas

Palazzo Marino

Jest grudzień 1575 roku. Na ulicach Mediolanu panuje zima, a w jednym z najpiękniejszych pałaców miasta, Palazzo Marino, w ciepłej sypialni śpi maleńka Marianna de Leyva y Marino. Ani jej ojciec, hiszpański hrabia Monzy Martino de Leyva y de la Cueva-Cabrera, który już teraz wróży jej przyszłość zakonną, ani jej matka, Virginia Marino, córka właściciela pałacu, nie podejrzewają, że ich kilkumiesięczna córeczka za kilkanaście lat wywoła skandal wszech czasów. Nie mogą jeszcze wiedzieć, że ich Marianna, już jako siostra zakonna, zakocha się w mordercy – księciu Gianie Paolu Osio i wyda na świat co najmniej dwoje jego dzieci, a jej ukochany, by ukryć ten fakt, zabije troje kolejnych niewinnych ludzi. Rodzice więc, jeszcze spokojni, pełni nadziei patrzą na niemowlę drzemiące w jednej z komnat pałacu, która kiedyś zostanie nazwana Zieloną Salą (Sala Verde), ze względu na oliwkowy adamaszek pokrywający jej ściany…

Dziś, rozsławiona przez Alessandra Manzoniego Mniszka z Monzy kojarzona jest nie tylko z bohaterką Narzeczonych, Gertrudą, dla której była pierwowzorem, lecz również z filmami reżyserów takich, jak Raffaello Pacini czy Eriprando Visconti, którzy także postanowili opowiedzieć jej historię. Pałac zaś, w którym się urodziła i mieszkała, od 1861 roku pełni funkcję ratusza Mediolanu i stanowi jeden z najciekawszych zabytków miasta. Zaprojektowany przez architekta Galeazza Alessiego, wybudowany w latach 50. i 60. XVI wieku, skrywa w sobie liczne skarby: dzieła o tematyce mitologicznej twórców takich, jak Aurelio Busso i Ottavio Semino, cykl płaskorzeźb w Salone dell’Alessi, przedstawiających pory dnia i nocy, pomnik Leonarda Da Vinci widniejący u wejścia do pałacu, oraz wiele innych. Może przyszedł zatem czas, by odwiedzić dawny dom szalonej Mniszki z Monzy?

Neptun w Bolonii, fot. Fred Romero / Flickr, CC BY 2.0
Neptun w Bolonii, fot. Fred Romero / Flickr, CC BY 2.0

Palazzo dAccursio

Jest druga połowa XV wieku. Obiecujący polski astronom Mikołaj Kopernik właśnie przyjechał do Bolonii, by rozpocząć studia na wydziale prawa. Już niedługo pozna uczonego Dominika Marię Novarę, którego dzieło De motu octavae spherae wywrze wielki wpływ na jego myśl, co w późniejszym czasie zaowocuje przełomem dla świata. W Bolonii, pod okiem mistrza, przeprowadzi także swoje pierwsze obserwacje, w tym Aldebarana – najjaśniejszej gwiazdy w gwiazdozbiorze Byka. Ile razy w czasie swojego krótkiego pobytu w Bolonii wielki astronom, przemierzając centralny plac miasta Piazza Maggiore w drodze na uniwersytet, spojrzy w kierunku Palazzo d’Accursio, szybując myślami daleko wśród gwiazd? To pytanie pozostaje otwarte…

Dziś Palazzo Comunale, inaczej Palazzo d’Accursio, ze swoją charakterystyczną wieżą Torre dell’Orologio, skrywającą dawny zegar słoneczny, chcąc nie chcąc, nawiązuje do astronomicznej historii miasta, które gościło w swoich murach nie tylko Kopernika, lecz także innych wybitnych astronomów takich jak: Giovanni Antonio Magini, Francesco Maria Grimbaldi czy Giovanni Domenico Cassini. Palazzo D’Accursio jest jedną z centralnych budowli miasta. Leży w sercu Bolonii przy placu Piazza Maggiore, obok gotyckiej bazyliki San Petronio oraz pałaców: Notariuszy, De Bianchi i Del Podesta. Wybudowany w stylu gotyckim w roku 1290, początkowo należał do prawnika i przedstawiciela Szkoły Bolońskiej, Accursia, i stąd też pochodzi jego nazwa. Budowę wspomnianej wieży zegarowowej również datuje się na XIII wiek; pierwotnie wskazywała ona czas poprzez zegar słoneczny, który z czasem zastąpiono zegarem mechanicznym, nie niszcząc jednak wspaniałego antycznego wynalazku. W 1336 roku Palazzo d’Accursio stał się siedzibą najważniejszych sędziów gminy, zwanych Anziani, by wkrótce uzyskać status siedziby rządu. Do niedawna, bo do roku 2008, pełnił on funkcję ratusza, zaś aktualnie mieści w sobie muzea Collezioni Comunali d’Arte di Bologna oraz Museo Morandi.

Palazzo Comunale na przestrzeni wieków, dzięki twórcom takim jak Fioravante Fioravanti czy Nicolò dell’Arca, zmieniał swój charakter. Jednakże trudno mówiąc o ratuszu bolońskim, nie wspomnieć o rzeźbie Neptuna, widniejącej naprzeciw budowli, która od XVI wieku, kiedy to powstała z rąk flamandzkiego artysty Jeana de Boulogne da Douai, niezmiennie intryguje, by nie powiedzieć – szokuje. Wspaniały, jakże męski, bóg morza, nazwany w dodatku „Gigantem”, przyprawił kardynałów, którzy zlecili, w dobrej wierze, jego konstrukcję, o niemały ból głowy. Fontanna ze wspomnianym „Gigantem” miała ozdobić centralny plac Piazza Maggiore, lecz okazała się zbyt śmiała, a jej tytułowy bohater zbyt okazały. Artysta, na polecenie Kościoła, zmodyfikował w odpowiednim miejscu rzeźbę, wydłużając jednak palec Neptuna, co pod odpowiednim kątem oddaje, nawet dobitniej, początkową wizję autora. Może więc Neptun zachęci Was do poznania bliżej i jego, i ratusza, do którego nieustannie zaprasza, wyczekując Was całe dnie na Piazza del Nettuno?

 

Zdjęcie główne: Florencja, fot. Bianca Ackermann / Unsplash

 

Posted on

Robert Garland, Jak przeżyć w starożytnej Grecji

Robert Garland w swoim przewodniku Jak przeżyć w starożytnej Grecji – napisanym półżartem, ale gęstym od treści i naprawdę niezwykle ciekawym – zaznacza, że klasyczne Ateny, do których nas zabiera, nie są miejscem dla słabeuszy. By przeżyć, musimy być twardzi i odporni.

Choćby jakimś trafem udało nam się zgromadzić znaczne bogactwa, codzienna egzystencja w starożytnej Helladzie wyda nam się zapewne bardzo skromna. Nawet najbardziej eleganckie domy są liche i mało wygodne. Dostęp do wody jest ograniczony – należy przygotować się, że ubrania prać będziemy w publicznej fontannie. Męczyć nas będzie szereg fizycznych dolegliwości, a nad emocjami nie będziemy mieli czasu się rozwodzić. Wraz z innymi Ateńczykami praktykować będziemy dziwną religię, która nie promuje moralności (żaden z mieszkańców Olimpu nie jest wszak dobry lub zły), i dziękować naszym skorumpowanym bóstwom, jeśli urodzimy się mężczyznami. Nauczymy się szybko, że kobieta powinna pozostawać niewidoczna społecznie i nie mieszać w sprawy pełnoprawnych obywateli. Nie wolno jej opuszczać samodzielnie murów swego domu, a wielokrotnie cytowany przez Garlanda Arystoteles przypomni, że kobieta jest kobietą z powodu swojej niedoskonałości.

Jak przeżyć w starożytnej Grecji
 

Nie przypadnie nam zapewne do gustu grecka kuchnia, mdła i pozbawiona przypraw; zaskoczy niski poziom higieny i fakt, że spożywa się nadpsute mięso czy niemyte warzywa. Zmęczeni i niedożywieni, będziemy starzeć się w zastraszającym tempie, wiecznie gotowi do wojny, stanowiącej w Grecji zjawisko endemiczne.

Autor Jak przeżyć w starożytnej Grecji wyraża mimo wszystko nadzieję, że uda nam się odkryć jasne strony ateńskiej egzystencji i doświadczyć korzyści płynących z pobytu u stop Akropolu. Zakosztujemy życia w społeczności, która nie zna słowa określającego pracę (choć odpoczywają tylko wolno urodzeni mężczyźni), w której nie spotyka się ludzi otyłych (trudno tu przedawkować kalorie) i która wydała najwięcej geniuszy w historii ludzkości. Poznamy, czym jest poczucie wielkiej obywatelskiej dumy. Dowiemy się też, dlaczego za szczęście należy uznać fakt, że wehikuł czasu nie przeniósł nas do dawnej Sparty, stawianej często przez autora w opozycji do klasycznych Aten.

To jak? Gotowi na naukę?

 

Robert GarlandJak przeżyć w starożytnej Grecji, tłumaczył Jan Szkudliński, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2022

 

Publikacja Roberta Garlanda Jak przeżyć w starożytnej Grecji jest w naszej opinii skierowana do młodego czytelnika bądź osób, które w lekki i przyjemny sposób chcą dowiedzieć się, jak wyglądało życie codzienne przez tysiącami lat. Oczekuj miłej rozrywki, która jednocześnie uczy i rozwija! Magazyn “Lente” jest patronem medialnym książki. Swój egzemplarz zamówisz tutaj.

 

Posted on

Domowa kuchnia śródziemnomorska. Bliski Wschód: kunefe

Legenda głosi, że ten tradycyjny bliskowschodni deser został stworzony przez nadwornych medyków, którzy przepisywali go kalifom wygłodzonym ramadanowym postem. Miało to być albo za czasów Kalifatu Fatymidów w średniowiecznym Egipcie, albo za panowania Umajjadów na terenie Syrii. Pewne jest jedynie to, że kunefe do dzisiaj cieszy się dużą popularnością w okresie ramadanu. Inne źródła podają, że cieniutkie nitki ciasta kadayif po raz pierwszy przełożono serem w palestyńskiej miejscowości Nablus w X wieku naszej ery. Stamtąd przepis rozprzestrzenił się po świecie arabskim, skąd powędrował do Turcji, Grecji, na Bałkany i do Iranu. Współczesna wersja kunefe prawdopodobnie opiera się na piętnastowiecznym tureckim tłumaczeniu kompendium kuchni arabskiej, Kitab al-Tabikh (“Księga Dań”), napisanej w trzynastowiecznym Bagdadzie. Według zawartego w niej przepisu, wymieszane z masłem nitki kadayif z nadzieniem z sera i orzechów podsmażało się na patelni nad ogniem, a na koniec polewało słodkim syropem pachnącym wodą różaną.

 

 

Dzisiaj kunefe, występujące pod różnymi nazwami (knafeh, kunafeh, kunafa i konafi to tylko niektóre z nich) i w różnych wersjach, można zobaczyć na ogromnych patelniach na ulicach Jerozolimy, na targowiskach w Stambule i w pachnących dymem libańskich restauracjach w Londynie. Są też lokale, które specjalizują się tylko w tym jednym daniu, jak Yaffa Knafeh w urokliwej Jafie, w starej części Tel Awiwu. Porcje słodkiego deseru są serwowane w metalowych patelenkach, z prostokątem kremowych lodów i posypką z pokruszonych pistacji. Nablus na Zachodnim Brzegu Jordanu nadal słynie ze świetnego kunefe, przekładanego lokalnym nablusi — białym solankowym serem z mleka owczego, który po podgrzaniu staje się miękki i elastyczny. W Izraelu kunefe nadziewa się pochodzącym z Akki krowim akkawi, w Turcji lokalnym białym serem w zależności od regionu. W prowincji Hatay przy granicy z Syrią, kolebce tureckiego kunefe, deser przyrządza się na miedzianych patelniach z hatay peyniri — tłustym białym serem. Deser posypuje się orzechami włoskimi lub pistacjami i podaje z kajmakiem: gęstą kremową śmietaną z mleka bawolic, podobną do angielskiego clotted cream.


Jak to zrobić w domu? Podstawowym składnikiem kunefe są cieniutkie niteczki ciasta kadayif (lub kataifi), nazywane czasami nitkami filo. Nie jest to jednak do końca zgodne z prawdą, bo choć skład filo i kadayif jest podobny — mąka, woda i odrobina oleju, to kadayif nie powstaje wcale przez pocinanie cieniutkich arkuszy filo na nitki, jak mogłaby sugerować nazwa. Lejące się ciasto na kadayif wylewa się cienkim strumieniem na rozgrzaną patelnię, tworząc w ten sposób nitki. Kadayif można kupić w sklepie z artykułami bliskowschodnimi lub kuchniami świata albo zamówić przez internet. Przygotowanie deseru jest proste. Na początek posiekane niteczki ciasta mieszamy z roztopionym masłem — dzięki temu będą przyjemnie chrupiące po upieczeniu. Tradycyjnie wykorzystywano smen: solony fermentowany produkt maślany pochodzący z Jemenu, trochę podobny do indyjskiego ghee, ale o bardziej intensywnym smaku. Ważne, żeby ser, którym nadziewamy ciasto, był ciągnący — w europejskich warunkach świetnie sprawdza się mozzarella, którą wymieszałam z ricottą, żeby osiągnąć bardziej kremowy efekt. Od siebie dodałam też owocowy akcent, ale możecie go pominąć, jeśli wolicie zacząć od bardziej klasycznej wersji. Tradycyjnie patelnię z kunefe podgrzewa się na ogniu, ja postanowiłam dla ułatwienia upiec deser w piekarniku. Na koniec gorące kunefe polewa się typowym składnikiem arabskich deserów, czyli attar: syropem cukrowym, gotowanym do osiągnięcia lekko gęstej konsystencji, z odrobiną wody różanej lub wody z kwiatów pomarańczy. Deser posypujemy pokruszonymi orzechami – najczęściej są to pistacje, orzechy laskowe lub włoskie. Możemy podać kunefe z lodami, chociaż to stosunkowo nowy trend w długiej historii kunefe.

 

Przepis: Kunefe

 

8 porcji

500 g ciasta kadayif
200 g masła

300 g mozzarelli
3 łyżki rictotty
szklanka letnich owoców: malin, porzeczek, jeżyn

 

syrop:

pół szklanki cukru
pół szklanki wody
1 łyżeczka wody różanej lub wody z kwiatów pomarańczy

 

do podania:

garść pokruszonych pistacji



 

Zaczynamy od przygotowania syropu.

Wszystkie składniki mieszamy w garnku z grubym dnem i zagotowujemy.

Gotujemy na średnim ogniu aż do uzyskania konsystencji lejącego się miodu (lub, jeśli mamy termometr cukierniczy, do uzyskania 115°C) – około 15-20 minut.

Studzimy.

Nagrzewamy piekarnik do 190 stopni.

Osiem żaroodpornych kokilek smarujemy masłem. Deser możemy zrobić też na jednej dużej blaszce.

Kulki mozzarelli rozgniatamy w dłoniach i mieszamy z ricottą.

Rozpuszczamy 200 g masła.

Ciasto kadayif tniemy nożyczkami lub nożem na krótsze nitki.

Przekładamy do dużej miski, zalewamy rozpuszczonym masłem i dokładnie mieszamy, żeby masło równomiernie się wchłonęło.

Natłuszczone foremki wykładamy ciasno warstwą ciasta, dokładnie przyciskając je do spodu naczynia. Na cieście rozprowadzamy równomierną warstwę sera. Najłatwiej będzie rozprowadzić masę spodem łyżki, którą na kilka chwil zanurzamy w gorącej wodzie — dzięki temu ser i ciasto nie będą przyklejać się do łyżki.

Posypujemy owocami i przykrywamy drugą warstwą kadayif.

Wkładamy do piekarnika i pieczemy, aż nitki ciasta będą złociste i chrupiące, około 15 minut.

Od razu zalewamy schłodzonym syropem.

Posypujemy pistacjami.

Podajemy od razu, z czarną kawą lub mocną herbatą.

 

Posted on

Ziarno granatu. Mitologia według kobiet

Wbrew temu, co, jak widzę, piszą pierwsi recenzenci książki wydanej przez Agorę, granat nie stanowi jedynie symbolu zaświatów. Nie odnosi się tylko do tekstu, które pięknie otwiera ten zbiór kobiecych opowieści, a który autorka, Elżbieta Cherezińska, poświęciła Demeter i Korze-Persefonie. Notabene, to właśnie pierwszy rozdział jest dla mnie jednym z najmocniejszych punktów tej publikacji. Zachwyca plastycznością i klasycznym pięknem języka, a także bliskim mi przekonaniem, że greckich mitów, by porywały, nie trzeba – choć można! – ubierać w nowoczesne czy awangardowe szaty, jak robi to, też zresztą bardzo sprawnie, Joanna Rudniańska w swoim rozdziale o Jokaście.

W kulturze śródziemnomorskiej granat to emblemat obfitości i płodności, a ze względu na swoją strukturę występuje często jako symbol jedności wszechświata. Wszystkie te elementy kojarzą mi się z kobietami – autorkami i czytelniczkami wydanej przez Agorę książki. Silne, twórcze, dające życie, przez wieki spychane byłyśmy na margines świata rządzonego przez mężczyzn. Dziś coraz częściej wychodzimy na ulicę, by, zjednoczone, dać głos naszej frustracji, ale i siostrzeństwu. Trudniej chyba o wybór bardziej wymownego i trafnego tytułu dla kobiecej reinterpretacji mitów, które, choć tak często traktujące o nas, przez wieki objaśniali nam mężczyźni.

Książkę Ziarno granatu. Mitologia według kobiet kupisz w sklepie Lente (tutaj)
Książkę Ziarno granatu. Mitologia według kobiet kupisz w sklepie Lente (tutaj)


Ziarno granatu
przemówić może do różnych wrażliwości, do odbiorców o rozmaitych preferencjach. To lektura ciekawa, oryginalna, często zaskakująca: zmianą optyki, wprowadzeniem niekonwencjonalnych elementów.  Jak na mitologię przystało, zapraszająca do wielorakich interpretacji. Znajdziemy tu opowiadania bliskie wersjom znanym nam ze szkoły; znajdziemy też trawestacje, nad którymi trzeba będzie zatrzymać się dłużej, by zrozumieć analogie, pojąć odniesienia. Zobaczyć mit we współczesnej codzienności.

Granat spożyty przez Korę w Hadesie przypominał Grekom, że pory roku zmieniają się nieuchronnie. Czas płynie, a po zimie zawsze przychodzi wiosna. Mitologia według kobiet podobnie – przypomina, że po epoce patriarchatu na ziemi rozpoczyna się nowa epoka. Niczym zielony owoc wciąż jest niedojrzała i niegotowa, ale już wzbiera sokiem, już zawiązuje się w niej słodki miąższ.

Taka, jak świat światem, jest przecież kolej rzeczy.

 

Katarzyna Boni, Elżbieta Cherezińska, Julia Fiedorczuk, Agnieszka Jelonek, Renata Lis, Weronika Murek, Grażyna Plebanek, Joanna Rudniańska, Barbara Sadurska, Dominika Słowik, Aleksandra Zbroja, Aleksandra Zielińska, Ziarno granatu. Mitologia według kobiet, Agora, Warszawa 2022
Wstęp napisała Zyta Rudzka
Zilustrowała: Iza Dudzik

Posted on

Historia ceramiki Lapid. O naczyniach, ludziach i Izraelu rozmawiamy z Kobim Klaitmanem

Julia Wollner: Historia, którą chcemy dziś przedstawić polskiemu Czytelnikowi, to nie tylko opowieść o wzornictwie. Przedmioty sygnowane marką Lapid przez dziesięciolecia znajdowały się w każdym izraelskim domu, będąc świadkiem posiłków, spotkań, ważnych rozmów. Stanowiły nieodłączny element codzienności, ale i święta.

Kobi Klaitman: Historia marki Lapid splata się z milionami izraelskich biografii. Miejscowy przemysł ceramiczny, dziś już praktycznie nieistniejący, był kiedyś kwitnącą działalnością, obejmującą około 25 fabryk działających pod egidami różnych marek. Lapid, o którym dzisiaj rozmawiamy, uważany był za najważniejszą i najbardziej prestiżową z nich. Firma produkowała ceramikę łazienkową (w tym sanitariaty) oraz naczynia kuchenne. W latach ’70 trudno było o piękniejszy prezent ślubny – podarowanie kosztownych zestawów obiadowych czy filiżanek do kawy od marki Lapid uważano za niezwykle elegancki gest.

Artystka Batya Mazuz zdobi naczynia. Zdjęcie z katalogu Lapid z lat '70
Artystka Batya Mazuz zdobi naczynia. Zdjęcie z katalogu Lapid z lat ’70

Dziś ceny przedmiotów od Lapid mogą przyprawiać o zawrót głowy, szczególnie w wypadku wazonów i figurek. Można je kupić wyłącznie na aukcjach lub targach staroci, polują na nie kolekcjonerzy, a po publikacji mojej książki popyt na nie jeszcze wzrósł. Malutkie figurki typu tops’n’ toes, zaprojektowane w latach ’70 i nieodnoszące wówczas spektakularnych sukcesów, dziś sprzedawane są na aukcjach za setki, a nawet tysiące dolarów. To jednak nie te astronomiczne ceny robią na mnie największe wrażenie. To, co cieszy mnie najbardziej, to fakt, że dzięki kolekcjonerom zachowuje się pewne dziedzictwo – i wspomnienia tysięcy osób.

Talerz Lapid z linii Goshen. Nazwa pochodziła od nazwiska Zehavy Goshen, głównej dekoratorki w firmie Lapid
Talerz Lapid z linii Goshen. Nazwa pochodziła od nazwiska Zehavy Goshen, głównej dekoratorki w firmie Lapid


Także tych, które współtworzyły markę. Powiedziałeś mi kiedyś, że tę pochodnię – bo takie jest znaczenie słowa lapid – nieśli artyści, rzemieślnicy, technicy, odźwierni i księgowi. Każdy z nich przyczyniał się na swój sposób do rozwoju firmy, która w pewnym sensie stanowiła kwintesencję Izraela.

Opowiadając historię Lapid, nie można ich pominąć! Dla mnie jest to przede wszystkim fascynująca opowieść o dziesiątkach osób zatrudnionych w fabryce, która przez lata była dla tych ludzi drugim domem. Dodajmy, że artyści podpisywali naczynia swoimi nazwiskami – na targu czy aukcji można dziś więc wyszperać kubek czy talerzyk, które ozdobił i sygnował nasz dziadek, wujek, ciotka czy przyjaciółka babki. Za pomocą tych codziennych domowych przedmiotów historia może zatoczyć koło.

Losy firmy dość szczególnie splatają się zresztą również z moją biografią. W fabryce Lapid przez długie lata pracował mój tata, Rubin Klaitman – notabene urodzony w Polsce, w Żarach na Dolnym Śląsku.

Wazon z linii Carmel. Nazwa nawiązuje do słynnej góry i pasma górskiego
Wazon z linii Carmel. Nazwa nawiązuje do słynnej góry i pasma górskiego


Historia marki Lapid jest więc historią twojego dzieciństwa.  

Tata zaczął pracować w fabryce Lapid w 1974 roku, trzy lata przed moimi narodzinami. Nie był artystą – pracował jako technik kontrolujący i naprawiający maszyny. Izraelski kalendarz wypełniony jest świętami, podczas których żłobki, przedszkola i szkoły są zamknięte, jednak praca w biurach i zakładach trwa w najlepsze. W takie właśnie dni, kiedy nie było komu się mną zaopiekować, tata zabierał mnie do fabryki, gdzie spędzałem czas z artystami zdobiącymi ceramikę. To, co wyczyniali z pędzelkami, wydawało mi się czystą magią! Do dziś mam w domu naczynia sygnowane zarówno przez rzemieślników, którzy się mną wtedy zajmowali, jak również przez siebie samego, bo i ja zdobiłem talerze swoimi naiwnymi dziecięcymi rysunkami.

Mały Kobi w fabryce Lapid
Mały Kobi w fabryce Lapid


Twój ojciec pracował tam do 1990 roku. Wówczas też zamknięto fabrykę. Myślę sobie, że ta opowieść o marce Lapid to także opowieść o historii kraju, przepełniona tęsknotą za czymś, co nieuchronnie się skończyło.

W tym czasie rząd zniósł cła na import z Turcji i Chin, a lokalne rzemiosło przestało być konkurencyjne cenowo. Izraelski przemysł ceramiczny upadł. Zostały na szczęście małe studia, na przykład armeńscy artyści w Jerozolimie, których piękne talerze sprzedajesz w swoim sklepie. Fabryk już nie ma. Przez kolejne lata, aż do dzisiaj, nie udało się utworzyć instytucji, która ocaliłaby od zapomnienia dziedzictwo, jakie niewątpliwie stworzyli dwudziestowieczni artyści i rzemieślnicy. Niestety nie istnieje żadne muzeum ani nawet galeria, w której można poznać bliżej ceramikę Lapid. Zainteresowanym pozostają wizyty na pchlich targach, szperanie na aukcjach w internecie oraz przeszukiwanie cudzych kredensów. Czasem jakieś egzemplarze pojawiają się na rozmaitych wystawach, ostatnio w muzeum sztuki islamskiej w Jerozolimie, gdzie prezentowana była ciekawa ekspozycja na temat kawy. Pokazano na niej tzw. Israeliana, czyli przedmioty powstałe w Izraelu między 1906 a połową lat ’80, do której zalicza się Lapid.

Linia Sharon. Sharon to region w północnej części Izraela
Linia Sharon. Sharon to region w północnej części Izraela

Od bardzo dawna mówi się o zorganizowaniu jakiejś wystawy lub stałej ekspozycji w Tel Awiwie, jednak jest to długi i żmudny proces. Mnie zaś marzyłoby się, by izraelska ceramika nie ograniczała się do skarbów, których zazdrośnie strzegą kolekcjonerzy, lecz by mogło poznać ją także młodsze pokolenie.

Jedna z linii Carmel. Carmel to nadmorskie pasmo górskie rozciągające się nad Morzem Śródziemnym w północnej części Izraela
Jedna z linii Carmel. Carmel to nadmorskie pasmo górskie rozciągające się nad Morzem Śródziemnym w północnej części Izraela

To ważne, bo marka Lapid była trochę takim Izraelem w miniaturze, prawda?

Mojej książce poświęconej historii firmy dałem podtytuł The melting pot, czyli tygiel. Słowo to odnosi się do Lapid na wiele sposobów. Kojarzy się na swój sposób z nazwą firmy, dosyć zresztą pompatyczną, oznaczającą, jak już powiedzieliśmy, pochodnię. I tu, i tu mamy ogień, żar. Fabryka marki, gdzie w wielkich piecach wypalano ceramikę, stanowiła też z całą pewnością tygiel pomysłów; spotykały się tam rozmaite koncepcje i idee. Tyglem bardzo często określa się również sam Izrael – państwo stanowiące mozaikę kultur i grup etnicznych. Wiele osób pracujących w Lapid przybyło w te strony, zanim jeszcze powstało tu żydowskie państwo, a sama firma założona została w roku 1943 przez imigranta z Polski, niejakiego Pesacha Freedmana. W 1949 roku jego partnerem w interesach został Kurt Moosberg, urodzony w Niemczech; dołączył do nich także pochodzący z Węgier Yosef Givol. W fabryce, na rozmaitych stanowiskach, pracowali obok siebie zgodnie żydzi, muzułmanie, chrześcijanie.

Lata '60 w fabryce Lapid. Od lewej: Miriam Tal, Lea Schikler, Batya Mazuz
Lata ’60 w fabryce Lapid. Od lewej: Miriam Tal, Lea Schikler, Batya Mazuz


Prawdziwi ludzie, którzy tworzyli przedmioty dla innych prawdziwych ludzi. Ta prawdziwość, czy może po prostu prawda, to chyba ważny element opowiadanej przez ciebie historii – kojarzy mi się z z byciem sobą, z autentycznością, z wysoką jakością, ale i unikatowością.

Rzeczywiście cechy te odnoszą się i do omawianej przez nas marki, i do ich produktu. Ceramika Lapid zawsze była najlepszego gatunku. Trudno ją stłuc! Firma szczyciła się też faktem, że zastawa z jej oferty nie zawierała ołowiu, co stanowiło o przewadze Lapid nad innymi wytwórcami – była w pełni bezpieczna dla zdrowia, nietoksyczna. Słusznie wspominasz o unikatowości, to bardzo ważny element. Naczynia zdobiono ręcznie – nawet w ramach jednej serii nie były one więc nigdy identyczne. Trochę inaczej ma się kwestia oryginalności samych wzorów. Powiedzieliśmy, że Izrael to tygiel – każdy przyjechał tu skądś, czymś się inspirował, z czegoś czerpał. Wiele wzorów zastawy stołowej Lapid wydaje się inspirowane zachodnimi produktami, na przykład ceramiką skandynawską. Dużo większą oryginalnością charakteryzowała się ich judaika, bo jej produkcją też się zajmowali. Jednak już na przykład nazwy poszczególnych zdobień czy linii produkcyjnych podkreślały przywiązanie do regionów Izraela: był więc Carmel (Karmel), Kineret, Sharon (Szaron)… Pojawiały się też nazwy pochodzące od imion i nazwisk twórców, np. linia Vered od Vered Brudner, pomysłodawczyni wzoru.

Linia Ein Gedi. Ein Gedi to oaza zlokalizowana we wschodnich rejonach Pustyni Judzkiej, tuż przy brzegu Morza Martwego
Linia Ein Gedi. Ein Gedi to oaza zlokalizowana we wschodnich rejonach Pustyni Judzkiej, tuż przy brzegu Morza Martwego

 

Linia Vered
Linia Vered – pomysłodawczynią wzoru była Vered Brudner

Skoro mowa o nazwiskach, to zdaje się, że sukces firmy jest powiązany z kilkoma – takimi, które znane są na całym świecie!

Masz zapewne na myśli późniejszego premiera Ariela Szarona, a raczej jego żonę Lily. Podobno wydawała ona kiedyś wielkie ogrodowe przyjęcie, a mało jeszcze znana firma Lapid zaproponowała, że dostarczy zastawę, którą następnie odbierze. Nie trzeba będzie nic sprzątać, myć, jednym słowem – oszczędzi wiele fatygi. Generałowa spytała, jaki będzie koszt takiej usługi. W odpowiedzi usłyszała: – Wystarczy, że powie pani wszystkim, że to talerze Lapid. Zaraz później o zastawie tej marki zamarzyła Rut Dajan, żona Moszego Dajana. (śmiech)

 

Zestaw pojemników na przyprawy zdobiony wzorem arabeski – najbardziej ceniona ze wszystkich linii Lapid
Zestaw pojemników na przyprawy zdobiony wzorem arabeski – najbardziej ceniona ze wszystkich linii Lapid

 

Ładna anegdota! Dotarcie do takowych musiało jednak kosztować cię sporo wysiłku. Byłeś przecież pionierem, nikt wcześniej nie zebrał informacji o izraelskiej ceramice w jednym miejscu.

Przygotowanie materiału, który pojawił się w książce, zajęło mi 8 lat. Starałem się porozmawiać z jak największą liczbą osób, odszukać rzemieślników podpisujących zdobienia na naczyniach – czasem, gdy próbowałem wpaść na trop jakiegoś Jakuba w Jaffie, było to jak szukanie igły w stogu siana. Pracowałem w rozmaitych archiwach, trafiłem nawet na Uniwersytet Harvarda, gdzie zdjęcia ceramiki Lapid przechowywane są w archiwum poświęconym judaice. Wynająłem też prywatnego detektywa, próbując dotrzeć do wspomnianego już wcześniej w rozmowie założyciela firmy Pesacha Freedmana. Nie było łatwo, choć na szczęście pomagało mi nazwisko ojca, którego wiele osób pamiętało. To dzięki wspomnieniu jego osoby ludzie wyrażali zgodę na rozmowę. Dziś mam w planach wydanie suplementu do książki – udało mi się bowiem zebrać więcej materiałów; bardzo aktywna jest też porwadzona przeze mnie grupa na Facebooku, licząca ponad 3.000 członków. Wiem, że w przygotowaniu są dwie kolejne publikacje o izraelskiej ceramice, szykowane przez innych autorów. Bardzo mnie to cieszy. Niech chociaż w formie książek oryginalna izraelska ceramika trafia znów do izraelskich domów.

Posted on

Alaitz Leceaga, Las zna twoje imię

Kraj Basków kojarzy mi się przede wszystkim z górami porośniętymi bezkresnymi lasami, z deszczową i tajemniczą aurą, legendami i niesamowitą mitologią oraz mieszkańcami, którzy są świadomi swojej wyjątkowości i mało kogo gotowi są wpuścić do swojego świata. Wszystkie te elementy można znaleźć w  powieści Las zna twoje imię. To dość niestandardowa saga rodzinna, której akcja rozgrywa się w pierwszej połowie XX wieku. Dzieje familii Zuloagów poznajemy z perspektywy Estrelli – jednej z sióstr bliźniaczek urodzonych w rodzinie pewnego apodyktycznego markiza w Basondo, u wybrzeży Morza Kantabryjskiego.

Już na pierwszych stronach Leceaga wciąga nas do lasu tak mrocznego, że nawet mieszkańcy Basondo nie schodzą tutaj z utartych ścieżek. To właśnie w lesie ujawnia mroczny rodzinny sekret. Dowiadujemy się, że bliźniaczki po swojej meksykańskiej babci odziedziczyły niesamowite moce, za które w tych czasach w Hiszpanii można nawet stracić życie. Chwilę później mamy owiane klątwą samobójstwo, ukrytą grotę pełną tajemnych znaków i niezwykłą przyjaźń, która nigdy nie powinna się narodzić, jednak swe piętno odciśnie na całej tej historii. Wśród kniei spotykamy też wilka – postać symboliczną i niejednoznaczną. Wycie zwierzęcia przewija się przez całą książkę, lecz znaczenie jego obecności poznajemy dopiero na ostatniej stronie.

Elementy magiczne, choć wywierają na czytelniku spore wrażenie, nie stanowią jednak podstawy tej książki. Mroczna baskijska atmosfera to tylko tło dla tego, co najważniejsze. Las zna twoje imię jest przede wszystkim opowieścią o dominujących mężczyznach; o kobietach, które z pokolenia na pokolenie zmuszane są do podporządkowania się decyzjom mężów i ojców, niezależnie od swoich umiejętności, wykształcenia i doświadczenia. Z różnych perspektyw obserwujemy też, jak cienka może być granica między walką o przetrwanie a dążeniem po trupach do celu. Bardzo interesujący jest również motyw życia w zgodzie z przyrodą oraz pokazanie skutków podporządkowywania natury własnym celom.

Las zna twoje imię to napisana świetnym, dynamicznym językiem mroczna powieść pełna bólu, nienawiści, niesprawiedliwości, wojennych zawirowań, politycznych, frankistowskich układów i brudnych interesów, ale także pozytywnych przemian oraz nadziei na to, że za którymś życiowym zakrętem los wynagradza wszystkie trudy i cierpienia. Dzięki umiejętnie stworzonej mieszance gatunków, wielu czytelników odnajdzie przyjemność w jej czytaniu.

Alaitz Leceaga, Las zna twoje imię, tłumaczyła Barbara Bardadyn, Albatros, Warszawa 2019

Posted on

Historia odczytana z talerza. Rozmowa z dr Tamarą Sztymą, kuratorką wystawy „Od kuchni. Żydowska kultura kulinarna”

Żydowska historia rozgrywała się w różnych lokalizacjach geograficznych, w tym także, choć przecież nie tylko, nad Morzem Śródziemnym. Izrael, państwo żydowskie, leży zaś w sercu Śródziemnomorza. Mnie, żonie Izraelczyka, często zdarza się tłumaczyć znajomym, że kuchnia izraelska nie jest tożsama z kuchnią żydowską. I, żeby było jeszcze bardziej skomplikowanie: że gdy moja teściowa wita mnie w Izraelu pysznym, sycącym czulentem, to podaje danie poniekąd izraelskie, ale nie śródziemnomorskie…

Fot.: materiały prasowe Muzeum Polin
Fot.: materiały prasowe Muzeum Polin

Niespodzianek jest w tym temacie dużo więcej. Jeszcze ciągle nie każdy wie na przykład, że bliskowschodni Izrael jest prawdziwym centrum wegetarianizmu. A przecież to właśnie Żydzi są twórcami idei tikkun olam, czyli tzw. naprawy świata; jednocześnie prowadzenie wegetariańskiej kuchni ułatwia utrzymanie kaszrutu (koszerności), istotnego dla sporej części izraelskiego społeczeństwa.

 

Mat. prasowe Muzeum Polin
Fot.: materiały prasowe Muzeum Polin

Jak widać na tych prostych przykładach, zrozumienie kultury kulinarnej Izraela nie jest możliwe bez poznania podstawowych pojęć opisujących kulturę kulinarną Żydów w ogóle. Wspaniale opowiada o niej teraz wystawa w warszawskim Muzeum Polin, którą oglądać można do 12 grudnia 2022 roku. Narracji historycznej – zdjęciom, tekstom, obiektom – towarzyszą tu nagrania wideo z wywiadami z ekspertami kulinarnymi, historykami i osobami, których działania w praktyce wiążą się z żydowską kuchnią. “Od kuchni” obejmuje także ścieżkę artystyczną – są to cztery instalacje-stoły stworzone przez Annę Królikiewicz, artystkę, dla której jedzenie, kultura kulinarna i jej wielowymiarowość stanowią ważny wątek twórczości. Jej prace w metaforyczny sposób rozwijają główne idee prezentowane w kolejnych częściach ekspozycji: Tradycję, Diasporę, Nowoczesność i Wspomnienia.

Fot.: materiały prasowe Muzeum Polin
Fot.: materiały prasowe Muzeum Polin

Właśnie o tradycji, diasporze, nowoczesności i wspomnieniach rozmawiam z dr Tamarą Sztymą, historyczką sztuki, muzealniczką i kuratorką, od ponad dekady związaną z Muzeum Polin.

Julia Wollner: Przed spotkaniem z Panią zjadłam w biegu coś, co miało zastąpić mi obiad. Zrobiłam to w takim pośpiechu, że nie pamiętam nawet dobrze, co położyłam na talerzu. Po fakcie pojawiła się jednak refleksja, że jedzenie powinno być aktem świadomym i kontrolowanym, a nie tylko kierowanym popędem.

Tamara Sztyma: W religii żydowskiej, dzięki Torze, jedzenie, które jest elementem prawa, przestaje być aktem fizjologicznym. To ważny komponent wyróżniający żydowską kulturę kulinarną. Oczywiście podejście takie stanowi dzisiaj ogólnoświatowy trend; pojawia się coraz więcej ideologii i filozofii, których częścią jest dieta. Ale aby patrzeć na jedzenie jako na akt woli, w pełni świadomy, nie trzeba być religijnym Żydem. Spójrzmy chociażby na wegetarianizm i weganizm – mają bardzo silną podbudowę ideologiczną. W judaizmie ciekawy jest natomiast fakt, że podbudowa ta narodziła się tak dawno temu. Ostateczna wersja Pięcioksięgu, czyli Tory, powstała w VII w. p.n.e.; to wówczas skodyfikowano podstawę zasad, o których mówimy. Świadomość, odpowiedzialność i samokontrola, w odróżnieniu od instynktu, którym kierują się zwierzęta, pojawiły się więc bardzo wcześnie. Zasady te były następnie rozwijane w kolejnych wiekach w literaturze rabinicznej, zajmującej się komentowaniem halachy, czyli prawa religijnego.

Kliknij tutaj, aby kontynuować lekturę na stronie magazynu “Zwierciadło”.

 

Posted on

Jarosław Mikołajewski, Godzina śródziemnomorska

Starożytni bogowie podglądali ludzkie poczynania beznamiętnie – w większości wypadków pozostawali wobec naszych losów zupełnie obojętni. Zauważywszy, że pozwalamy sobie na coś, co wolno tylko nieśmiertelnym, uznawali nas jednak za winnych grzechu hybris. Grecy używali tego określenia w odniesieniu do różnie przejawiającej się buty i arogancji. Uważali ją za zaślepienie, które uniemożliwia człowiekowi właściwą ocenę swojej sytuacji, za przekroczenie miary, jaką wyznaczyli mu bogowie. Czekała go za to dotkliwa kara. Gdy Atena zauważyła, że Arachne ośmieliła się haftować piękniej od niej, zamieniła ją w pająka. Artemida, wściekła, że zwykły śmiertelnik pozwolił sobie na podglądanie jej w kąpieli, przeobraziła Akteona w jelenia, którego rozszarpały psy. Kto zachowywał się jak bogowie, musiał dostać nauczkę – przemienić się w zwierzę, drzewo, kwiat. Ostatnie przypadki metamorfoz odnotowano jednak daleko stąd i to dawno, przed tysiącami lat – zanim greckich i rzymskich bogów strącono z hukiem z piedestału.

Na szczęście dydaktyczny wymiar metamorfozy nie został zupełnie zapomniany. Jej współczesną wersję – metamorfozę przez refleksję – proponuje nam teraz Jarosław Mikołajewski w wydanej właśnie opowiastce dla młodego czytelnika, zatytułowanej Godzina śródziemnomorska. Tę przesyconą wspomnieniem dawnych mitów historię autor podsumowuje krótkim wierszykiem, który przed laty pojawił się także na stronach opublikowanej przez nas antologii o przemianach:


Jest taka stara i mądra gra:
że ja to ty, a ty to ja.

(…)
Kiedy ktoś smutek w spojrzeniu ma,
pomyśl: “to mógłbym być również ja”.

Historia poprzedzająca tę pouczającą rymowankę to zaproszenie do postawienia się w sytuacji drugiego człowieka – tego bardziej od nas doświadczonego przez los. Pięknie odwołując się do dawnych i współczesnych tekstów kultury, od Homera do Pasoliniego, autor pokazuje nam naszą własną obojętność na krzywdę bliźniego. Byliśmy tylko widzami, dalekimi świadkami – usprawiedliwia się na przykład Dziennikarz, jeden z głównych bohaterów tej wzruszającej opowieści. Gdy krzyk stał się wrzaskiem, rozpaczliwym wyciem, łkaniem, a ponton z atletą stał się żółtym punkcikiem, który walczył o życie, Dziennikarz pozostał na brzegu, nie pobiegł na pomoc tonącym. Czy spoglądanie na czyjeś rozpaczliwe zapasy z przeznaczeniem, jak niejednokrotnie czynili antyczni bogowie, nie jest jednak ich wyłącznym przywilejem? Czy my, ludzie, nie zostaliśmy stworzeni do wspólnoty, do solidarności, do udzielania sobie wzajemnego wsparcia? Czy Dziennikarz, naśladując nieśmiertelnych, nie wykazuje się butą, która winna zostać ukarana? Iluż dziennikarzy jest przy tym wśród nas?

Wydana przez Słowne, pięknie zilustrowana przez Joannę Gębal książeczka Mikołajewskiego to kolejny tekst autora poświęcony problemowi uchodźstwa, ale i wrażliwości na drugiego człowieka w ogóle. Skierowany jest teoretycznie do młodego pokolenia, jednak poruszy i zawstydzi każdego wrażliwego czytelnika, bez względu na PESEL. Jak zwykle u tego autora, nie znajdziemy tu jednak sugestii rozwiązań; jest tylko zaproszenie do bolesnego rachunku sumienia, zachęta do przyjrzenia się sobie, bez makijażu, filtrów i upiększeń. Do zauważenia własnej hybris. W świecie, w którym coraz częściej zaleca nam się skupienie na własnym dobrostanie, trafia do nas tym samym apel o dostrzeżenie Innego. Czy go usłyszymy, czy do akcji wkroczyć musi siła wyższa, która upomni nas, ukarze i nauczy?

Jarosław Mikołajewski, Godzina śródziemnomorska, ilustrowała Joanna Gębal, Słowne, Warszawa 2022

Posted on

Wakacje, dziecię zarazy

Czy zastanawialiście się kiedyś, od kiedy ludzie jeżdżą na wakacje? Kiedy narodził się pomysł na letni dom albo dwutygodniowy turnus wypoczynkowy? Odpowiedź nie wydaje się trudna. Rodzicami powszechnej kultury sezonowego wypoczynku są rewolucja przemysłowa, która sprawiła, że ogromne rzesze ludzi zaczęły pracować w wielkich przedsiębiorstwach, następnie zwiększające się latami od końca XIX w. prawa pracownicze, w tym urlop, a wreszcie państwowe systemy redystrybucji. Kiedy jednak po raz pierwszy opisano taki letni wypoczynek poza domem, ograniczony czasowo, uporządkowany i mający na celu odnowienie sił do produktywnej pracy? Dobrym kandydatem jest tekst napisany już prawie 700 lat temu – Dekameron Giovanniego Boccaccia.

Społeczeństwo jego rodzinnej Florencji było nieco bardziej podobne do naszego niż te w ówczesnych centralizujących się królestwach. Miasto rządzone było przez klasę średnią, a władza polityczna opierała się na korporacjach cechowych – czymś w rodzaju związków przedsiębiorców zrzeszonych według różnych branż.

Wakacje pomyślane są jako sposób na uzyskanie maksymalnej wydajności w pracy

Najpotężniejsi ludzie we florenckiej polityce nie byli szlachcicami żyjącymi z renty gruntowej – pracowali w swoich zawodach, prowadząc firmy. Pozwalali sobie tylko na ograniczone czasowo okresy wypoczynku – zazwyczaj w lecie, kiedy gorąco w mieście stawało się trudne do zniesienia (podobnie jak szalejące tam i dziś komary) – ale wychowywani byli do tego, by nawet w czasie wolnym nie próżnować. Ich czas miał być dobrze zorganizowany i podporządkowany nadrzędnemu celowi.

I ten właśnie element mógłby szczególnie łączyć tamto podejście do odpoczynku z naszym. W naszej kulturze bowiem wakacje mają służyć zdrowiu, a przez to produktywności, są pomyślane jako sposób na uzyskanie maksymalnej wydajności w pracy. Takie podejście sprawia, że ludzie pragną jak najlepiej i jak najbardziej racjonalnie zaplanować swoje wakacje; z góry martwią się, czy nie wrócą do pracy sfrustrowani czy zmęczeni podróżą powrotną.

Choć, jak zaraz zobaczymy, specyficzne wychowanie nakazało bohaterom Dekameronu odpoczywać w sposób uporządkowany, to jednak wybierali się oni na swoje „wakacje” w okolicznościach bardzo szczególnych, co sprawiło, że nie planowali z góry, ile potrwa ich wypoczynek. W mieście szalała bowiem dżuma dymieniczna, która zburzyła wszelki ład, zniweczyła tradycyjny rytm dnia i pracy, nadwerężyła stosunki międzyludzkie. 7 młodych, zamożnych kobiet spotkało się więc w pustym kościele dominikanów Santa Maria Novella (którego nazwę nosi dziś także główny dworzec kolejowy) i postanowiło, że trzeba opuścić miasto, by nie dać się zarazić rozkładem obyczajów. Miały wybrać podmiejską willę którejś z nich i spędzić tam czas przyjemnie, odpowiedzialnie i rozsądnie. W trakcie narady dołączyło do nich 3 znajomych młodzieńców, którzy również zgłosili akces do tego przedsięwzięcia.

To, co może brzmieć jak spontaniczna decyzja o letnim wypadzie, można też interpretować jako ruch dużo bardziej dramatyczny. Wyjazd ma na celu ocalenie życia (i to – jeśli wierzyć Boccacciu – nie tyle tego fizycznego, co duchowego) przed zalewem beznadziei i demoralizacji płynącej z ulic zadżumionego miasta. W pięknej książce Le cento novelle contro la morte (Sto nowel przeciwko śmierci) Franco Cardini odczytywał Dekameron jako opowieść o grupowej terapii po traumie zarazy, koniecznej do odbudowania duchowego świata, który legł w gruzach. Terapia ta była niezbędna, by móc wrócić do życia społeczno-politycznego, znowu normalnie kochać i pracować.

Dżuma dymieniczna zburzyła wszelki ład, zniweczyła tradycyjny rytm dnia i pracy, nadwerężyła stosunki międzyludzkie

Znacznie starsza niż psychoterapeutyczna interpretacja Cardiniego jest ogólna obserwacja, że seria historii zaczynająca się od tej o łotrze i oszuście, Ser Ciappelletto, a kończąca się opowieścią o dobrej i niezłomnej Griseldzie, wiedzie od zepsucia do cnoty, od rozkładu do porządku. Sam termin decameron (10 dni) bywał porównywany do hexameronu – opisu 6 dni stworzenia świata. Świat, który się zawalił, trzeba było odbudować opowieściami, stworzyć na nowo.

Po pierwsze trzeba więc opuścić miasto, wspaniałą i zepsutą Florencję. Kompania w środowy poranek udaje się poza mury, ale nie oddala się za bardzo. Boccaccio chciał chyba, byśmy sądzili, że większość jej członków miała jakąś posiadłość na przedmieściach – willę z arkadową loggią, zapasami wody i wina oraz przylegającym do niej ogrodem (i rzeczywiście, na kilka lat przed dżumą nieco starszy od Boccaccia kronikarz pisał, że każdy co zamożniejszy florentczyk taką „działkę” miał, a piękne podmiejskie budowle zapełniłyby dwa kolejne miasta). Dzięki temu po kilku dniach pobytu w jednej z posiadłości, oddalonej nieco ponad 2 mile od Florencji, młodzież postanawia przemieścić się do innej rezydencji, by uniknąć tyleż złośliwych, co nieuzasadnionych plotek. XVIII-wieczna erudycyjna wieść, powtarzana do dziś, głosiła, że siedzibami wesołej kompanii były położone nieopodal Fiesole Villa Schifanoia i Villa Palmieri.

Spędzanie większości czasu w ogrodzie, naturze uporządkowanej, było bardzo ważnym elementem przywracania ładu: już w XIII wieku Piero de’ Crescenzi w swoim traktacie De agricultura twierdził, że pola i sady dostarczają strawy ciału, jednak ogród daje pokarm dla ducha. Porządek panował też w najbliższym otoczeniu młodych ludzi: ku ich radości dom okazał się na ich przybycie cały zamieciony, łóżka w komnatach posłane, a wszystko przyozdobione właściwymi tej porze kwiatami i wysypane tatarakiem.*

Kiedy ład zapanował już w przestrzeni, przyszła kolej na wprowadzenie go w czas i w relacje społeczne maleńkiej grupki. Kiedy tylko towarzystwo rozlokowało się w domu, nastąpiło pierwsze walne spotkanie. Najstarsza z całej kompanii Pampinea zaproponowała na nim, by na każdy dzień wybierać królową lub króla – osoba ta na 1 dobę weźmie na siebie honor i obowiązki zarządzania domem i aktywnościami całej grupy, by radość przebywania ze sobą nie rozpłynęła się w nudnym nieróbstwie. Według jej projektu pierwszy król miał zostać wybrany przez głosowanie, a wieczorem samodzielnie mianować swojego następcę, tak, by każdy miał szansę pełnić tę zaszczytną funkcję. Pomysł wszystkim się spodobał i na pierwszą królową jednogłośnie wybrano Pampineę. Młodzież nie pojawiła się w willi sama: każdy wziął ze sobą służącą lub służącego i pierwszymi decyzjami królowej było rozdysponowanie im zadań dotyczących funkcjonowania domu. Franco Cardini wyobrażał sobie Pampineę jako wciąż młodą, lecz już dojrzałą kobietę, być może wdowę, której mąż padł ofiarą zarazy. To praktyczne podejście pokazuje, że prowadzenie domu rzeczywiście nie było jej obce.

Pola i sady dostarczają strawy ciału, jednak ogród daje pokarm dla ducha

Dalej, królowa wydała dyspozycje co do organizacji dnia. Na resztę poranka dała poddanym czas wolny, a obiad zarządziła nieco przed południem, by uniknąć upału; po jedzeniu, opisanym kusząco w stylu najwyższej jakości katalogów turystycznych, przyszedł czas na śpiew przy akompaniamencie fletu i altówki, a potem na wspólny taniec. Wreszcie udano się na poobiednią drzemkę, która trwała – bagatela – 3 godziny (po tym czasie Pampinea obudziła wszystkich mówiąc, że zbyt długie spanie w ciągu dnia nie jest zdrowe). Gdy w końcu wszyscy znowu zebrali się w ogrodzie, królowa wypowiedziała słowa, które zaważyły na wielu kolejnych wiekach literatury:

Jak widzicie, słońce stoi wysoko i jest bardzo gorąco, a jedyne co słychać to cykady na drzewkach oliwnych, dlatego jest jasne, że iść teraz gdziekolwiek byłoby głupotą. Tutaj siedzi się przyjemnie, jest chód, jak widzicie są tu i stoły do gry i szachownice, i każdy może robić to, co najbardziej lubi. Jednak jeśli pójdziecie za moją radą, to spędzimy tę gorącą część dnia nie na grach, z których jedna strona musi wyjść niezadowolona, a druga i widzowie wcale nie mają większej radości, ale na opowiadaniu – bo gdy jeden opowiada, cała kompania, która słucha, czerpie z tego przyjemność.

W ten sposób narodził się powtarzany później codziennie model spędzania czasu: rano spacer lub czas wolny dla każdego, po jedzeniu drzemka, w gorących przedwieczornych godzinach snucie opowieści – każdy z 10 przyjaciół po jednej. System ten, później nieco tylko doprecyzowany, przetrwał przez cały okres „wakacji” młodego towarzystwa. W ciągłym dążeniu do porządkowania otrzymanego czasu i jak najbardziej godnego go przeżywania ustalono, by w piątek i sobotę wstrzymywać normalne rozrywki. W piątek należało rozważać raczej mękę Pańską niż zabawiać się nieobyczajnymi niekiedy historyjkami, zaś sobota była dniem cotygodniowej toalety: panie myły głowę, a wszyscy całe ciało. W dniach tych nie wybierano nowych królów: pierwszą taką przerwę zarządziła Neifile zaraz po tym, jak w czwartek wieczorem Pampinea mianowała ją królową, którą to funkcję sprawowała w efekcie aż do niedzieli. W rezultacie królowanie ostatniego, dziesiątego członka kompanii, Panfila, zakończyło się dokładnie w 2 tygodnie po rozpoczęciu „wczasów”. W tym momencie młodzież zdecydowała, że jest gotowa wracać do miasta.

Radość stanowi warunek budowania dobrego świata

Uporządkowanie czasu wypoczynku to jednak nie wszystko. Kluczowym wydaje się fakt, że tenże porządek, to godne życie miało służyć radości. Od samego początku – od spotkania w Santa Maria Novella – celem całego wypadu miało być odzyskanie i przeżywanie radości, która jest potrzebna do życia tak samo, jak zdrowie. To przez nią kompania miała odbudować swoje życie duchowe: jej członkowie chcieli robić to, co kochają, w miejscach, które się im podobają, z ludźmi, których lubią i szanują. Za najskuteczniejszy sposób osiągania radości bez sprawiania przykrości komukolwiek (jak to bywa w grach) uznano zaś słuchanie opowieści. Jeśli „słuchanie” zamienimy na „czytanie”, to można wysnuć z tego następujący wniosek: od momentu napisania Dekameronu literatura, nie przestając być dialogiem z najwyższymi ideami i wciąż pokazując ideał dobrego życia, zaczęła służyć przede wszystkim radości. Ta zaś była rozumiana jako coś o wiele więcej niż czysta rozrywka: stanowiła warunek budowania wciąż na nowo dobrego świata.

Uznajmy to za dobry morał na rozpoczynający się właśnie najbardziej wakacyjny miesiąc: w miarę możliwości każdego dnia, choćby chodziło tylko o spacer po pobliskim parku czy lesie, warto wybierać na spędzanie wolnego czasu piękne miejsca, dobrych towarzyszy, naprawdę lubiane, ale i nie szkodzące aktywności. Dodatkowym towarzyszem niech zaś będzie dobra książka.

* Przekłady fragmentów: Zofia Anuszkiewicz

 

Ilustracje: @casa.mroux 

 

Posted on

Saloniki: domy i historie. Willa Bianca

Saloniki – jedno z najciekawszych miast Lewantu i południowych Bałkanów. Narastające historią przez tysiące lat, obficie korzystające z uprzywilejowanej pozycji na skrzyżowaniach szlaków handlowych, z Konstantynopola nad Adriatyk (Via Egnatia) oraz z Wiednia i Bałkanów nad Morze Śródziemne. Metropolia ważna dla Greków, Turków, Bułgarów czy Żydów sefardyjskich. Ci ostatni, dziś prawie nieobecni, osiedleni tu niegdyś przez władze osmańskie, po tym, gdy wypędzeni zostali z Hiszpanii, odegrali bardzo ważną rolę w kształtowaniu miasta w ostatnich kilku wiekach – w jego ekonomii, kulturze i obyczajowości.

Długie lata wojen, pożarów, przekształceń urbanistycznych odcisnęły na Salonikach wyraźny ślad. Liczne skarby tutejszej architektury cieszą oko podróżnika do dziś, liczne jednak zniknęły w kurzawie czasu. Choć w Górnym Mieście, Ano Poli (ΆνωΠόλη), zachowało się wiele starej, miejskiej tkanki, to w dolnej części miasta pamiątki wieków są raczej ostańcami pośród kwartałów współczesnych kamienic, perełkami na mapie zwyczajności. Wielu gości Salonik podąża w tej części miasta do pocztówkowej Białej Wieży, do gwarnej mini-dzielnicy Ladadika z nastrojowymi knajpkami; do bizantyjskich kościołów, rzymskich ruin, do niezwykłego Muzeum Archeologicznego czy na efektowną nadmorską promenadę… Nieco mniej osób skręca w głąb nadmorskich dzielnic. A to właśnie tutaj czekają miejsca wyjątkowe: imponujące stare wille, opowiadające nietuzinkowe historie. Zajrzymy dziś do jednej z nich. Niech ten budynek, obecnie pięknie wyremontowany, udowodni, że uważny wędrowiec może odbyć porywającą podróż w czasie na każdym kroku. Niech roztoczy przed nami choć odrobinę z szerokiego wachlarza salonickich opowieści. Będą to nie tylko historie zimnych murów czy architektonicznych detali. W takich miejscach potrafią kryć się opowieści o płomiennym, zakazanym uczuciu…

Zachód słońca w Salonikach, fot.: Tomasz P. Kozłowski
Zachód słońca nad portem w Salonikach, fot.: Tomasz P. Kozłowski

Pietro Arrigoni (ur. w 1856 r.) jest dobrze zapowiadającym się włoskim architektem. Pochodzi z Mediolanu i posiada sefardyjskie korzenie z Aragonii. W swojej ojczyźnie kończy studia na Accademia Reale di Belle Arti. Jest już żonaty i ma troje dzieci, ale los rzuca mu wyzwanie: Saloniki. W 1890 r. przyjeżdża tu, zatrudniony przez firmę zajmującą się rozbudową sieci transportu. Osmańskie miasto zacofanej infrastruktury próbuje dogonić europejskie metropolie. Według projektu Arrigoniego powstaje m.in. efektowny dworzec kolejowy. Architekt stopniowo realizuje kolejne dzieła. W 1911 roku, na targach rolniczych w Turynie, otrzymuje nagrodę za projekt farmy pod Salonikami, opracowany na zlecenie bajecznie bogatej rodziny sefardyjskiej Modiano. Gospodarstwo familii bankierów nawadniane jest wyłącznie wodami z niedalekiej rzeki Aksios (Wardar), co na owy czas stanowi nowatorskie rozwiązanie. Na okres wojny włosko-tureckiej (tzw. wojna trypolitańska), w latach 1911–1912, Arrigoni opuszcza miasto; powraca po jego wyzwoleniu i zajęciu przez wojska greckie (1912). Mimo kłopotów finansowych, kontynuuje swoją pracę i projektuje coraz więcej. W Salonikach zakłada nową rodzinę, tu rodzi się kolejnych sześcioro jego dzieci, trzy córki i trzech synów.

Willa Mehmet Kapanci projektu Arrigoniego, fot. Tomasz P. Kozłowski
Willa Mehmet Kapanci projektu Arrigoniego, fot. Tomasz P. Kozłowski

Tymczasem jeden z synów urodzonych w Italii ginie na froncie włoskim podczas I wojny światowej. Drugi z synów, Massimo Arrigoni, po zakończeniu służby wojskowej na frontach Italii oraz Macedonii i po przerwaniu studiów w Rzymie, przyjeżdża do ojca w 1921 roku. Zakładają razem firmę konstruktorską. Po 1923 roku firma wsławia się realizacją budowy osiedla dla licznych uchodźców grekoprawosławnych z Azji Mniejszej, wysiedlonych po przegranej wojnie grecko-tureckiej i po ustaleniach traktatu w Lozannie. Po przyjeździe dziesiątków tysięcy uchodźców miasto zmienia się i rozrasta, a potrzeba mieszkaniowa jest jedną z tych najbardziej palących. W osiedlu Diavata (Διαβατά) Arrigoni projektuje aż 500 domów, szkołę i kościół. Przez wszystkie salonickie lata jego nazwisko łączy się jednak przede wszystkim z projektowaniem budynków efektownych, pokaźnych, stylowych. Miasto w zachwycie patrzy na nową kamienicę Aslanianów, na budynek Szpitala Hipokratesa, na fabryczny kompleks Fratelli Tiano, browar firmy Olimpos-Naousa, wreszcie na ozdobne wille o oryginalnych nazwach, odnoszących się do imion czy nazwisk. Willa Mehmet Kapanci, willa Hirsch, willa Moskof… I, wreszcie, przy ulicy Vasilisis Olgas (Królowej Olgi): miejsce, przy którym stajemy dziś my. Willa Bianca. Jej budowa kończy się w 1913 roku, krótko po powrocie Arrigoniego do Salonik. Willa ma niski i wysoki parter, piętro i drugie piętro z mansardą, gdzie znajdować się będzie rodzinna biblioteka. Porusza śmiałą kompozycją i asymetryczną bryłą, prowokując zaciekawienie wielu saloniczan. Promienieje modnym w tym czasie eklektyzmem: barok, renesans i art nouveau łączą się w tych murach w harmonijnym splocie. Otacza ją pachnący kwiatami ogród.

Willa Bianca, fot.: Tomasz P. Kozłowski
Willa Bianca, fot.: Tomasz P. Kozłowski

Dino Fernandez Diaz, syn bankiera Dawida Fernandeza i Estery z rodu Mizrahi, jest bardzo zamożnym obywatelem Salonik. Tutejszym sefardyjczykiem, lecz jednocześnie obywatelem świata, posiadającym także włoski paszport. To znamienity przedstawiciel miejskiej arystokracji i wspólnik dobrze prosperującego browaru Olimpos, który później łączy się z innym zakładem, Naousa (jeszcze później firmę kupił znany do dziś grecki browar Fix). Prowadzi go wraz z członkami innych sławnych sefardyjskich rodzin: Allatini i Mizrahi. Na damę swego serca Dino wybiera Szwajcarkę Blanche de Mayer. Efektowna willa Bianca (zwana też niekiedy willą Blanche) jest prezentem od Dina dla ukochanej żony. Ma zachwycać, świadczyć o geście, prospericie i rozmachu znanego przemysłowca. Interesy kręcą się dobrze, a para doczekuje się trojga dzieci: to Aline, Pierre i Nina. I tu dochodzimy do historii miłosnej, która do dziś zapewnia willi Bianca szczególną sławę i zaciekawienie przybywających…

Willa Bianca od strony ogrodu, fot.: Tomasz P. Kozłowski
Willa Bianca od strony ogrodu, fot.: Tomasz P. Kozłowski

Pewnego dnia Aline, córka Dina i Blanche, wsiada do zatłoczonego tramwaju, aby wrócić do domu w willi na salonickich przedmieściach. To wciąż czas, gdy okolica ta, dziś pełna ulic, kamienic i miejskiego gwaru, zwana jest „eksochi” (η εξοχή), czyli letniskiem. Tu i ówdzie piętrzą się okazałe domy zamożnych rodów, a pomiędzy nimi cieszą oko bujne gaje i brzmiące śpiewem ptaków ogrody. Niedaleko stąd wzrok koi błękit zwykle spokojnej Zatoki Termajskiej. W tramwaju jest gorąco i duszno, a Aline mdleje (kąśliwe języki do dziś twierdzą, że celowo…). Na pomoc rusza przystojny młody oficer stojący tuż obok. To Spiros Alibertis (Σπύρος Αλιμπέρτης), który do miasta przybył wraz z greckim wojskiem wyzwalającym miasto. Wynosi dziewczynę z tramwaju, cuci ją, udziela pomocy i odprowadza do rodowej siedziby – stojącej wśród zieleni, niedawno wzniesionej willi Bianca. Młodzi zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Ich entuzjazmu nie podziela jednak rodzina… Aline i Spiros pragną się pobrać, i to szybko; nie jest to jednak łatwe. W opinii rodu Fernandez Diaz ich małżeństwo stanowiłoby mezalians. Przeszkodą jest też wyznanie. Alibertis pochodzi z katolickiej wspólnoty Grecji (do dziś zamieszkuje ona np. niektóre wyspy, szczególnie Cyklady) i, aby go poślubić, Aline musiałaby przyjąć chrześcijaństwo. Tego dla zamożnej sefardyjskiej rodziny jest już za wiele. Aline ma sobie wybić z głowy ten romans. Wspólnoty serc rządzą się jednak swoimi prawami i młodzi nie rezygnują z planów. Ku osłupieniu rodziny i konserwatywnego środowiska Salonik, uciekają z miasta i przenoszą się do Aten. Tam Aline przechodzi na katolicyzm, tam też młodzi biorą ślub. Po pewnym czasie powrócą do Salonik, unormują się ich relacje z familią Fernandez Diaz. I zamieszkają w pyszniącej się swym eklektyzmem willi Bianca. Od tej pory budynek ten złączy się w publicznej świadomości saloniczan z historią płomiennego, zakazanego uczucia, które może przetrwać mimo poważnych przeszkód.

Widok z Salonik na Olimp, fot. Tomasz P. Kozłowski

Podczas II wojny światowej willa staje się świadkiem dramatycznych chwil. W 1941 roku na piętrze budynku lokuje swoją siedzibę konsul włoski, podczas gdy rodzina Spirosa i Aline Alibertisów mieszka na dole. Wkrótce willę przejmują naziści. Gdy rozpoczynają się prześladowania salonickiej wspólnoty żydowskiej, ród Fernandez Diaz musi się ukrywać. Senior Dino postanawia uciekać do Italii i zabiera ze sobą większość członków rodziny. Przeprawiają się do Włoch statkiem, a następnie kierują na północ, zamieszkując w hotelu w rejonie jeziora Maggiore (miejscowość Meina). Nie mają szczęścia. Zauważa ich SS i tu, w Piemoncie, zostają zamordowani. Z całego rodu Fernandez Diaz uda się przetrwać tylko Aline, którą „ratuje” wyznanie chrześcijańskie, i Ninie, jej siostrze, która mieszka w Paryżu. Po wojennej zawierusze Alibertisowie nadal mieszkają w swojej willi, na parterze, aż do 1965 roku. Wówczas kochający się małżonkowie umierają w krótkim odstępie czasu.

Biała Wieża – symbol Salonik, fot. Tomasz P. Kozłowski
Biała Wieża – symbol Salonik, fot. Tomasz P. Kozłowski

W czasie wojny ginie również Pietro Arrigoni. Pewnego dnia 1940 roku do jego domu w Salonikach włamuje się złoczyńca. Pietro ginie z jego rąk. Potomkowie architekta pozostają aktywni w życiu miasta, wnosząc niemało do kulturalnych sfer Salonik. Wnuk Kostis Moskof (Κωστής Μοσκώφ, 1939-1998), syn Aminy, ostatniej córki Arrigoniego, staje się cenionym salonickim poetą, pisarzem, tłumaczem. Sławę zdobywa m.in. za sprawą przekładów poezji żydowskiej i arabskiej na język nowogrecki. Zostaje też reporterem mediów greckich w Jerozolimie oraz attaché do spraw edukacji przy greckiej ambasadzie w Kairze. Głęboko zainteresowany sprawami Bliskiego Wschodu, do końca życia pozostaje orędownikiem dialogu i pokoju w regionie.

Promenada w Salonikach, fot.: Tomasz P. Kozłowski
Promenada w Salonikach, fot.: Tomasz P. Kozłowski

Od lat 60. XX wieku dla willi Bianca nadchodzi czas zawirowań. Przez jakiś czas działają tu przedszkole i szkoła. W dekadach wielkiej migracji ludności z greckich wsi do miast, los budynku staje się niepewny. Nowe prawo znacznie ułatwia wyburzenia starych budynków, aby, w ich miejsce, wznieść dużo wyższe i znacznie bardziej pojemne kamienice. Setki tysięcy nowych mieszkańców miast Grecji muszą mieć zapewniony dach nad głową, ale pośród tego budowlanego boomu ginie przejściowo poczucie odpowiedzialności za historyczne i kulturalne dziedzictwo. Jak kraj długi i szeroki, buldożery zrównują z ziemią tysiące, dziesiątki tysięcy pięknych starych domów, neoklasycystycznych willi, a także kwitnących jaśminem i bugenwillą ogrodów. Kwartały ulic zapełniają się jednakowymi rzędami współczesnych kamienic. Tak dzieje się również w Salonikach, które tracą w tym okresie niemało ze swojego szlachetnego piękna. Willa Bianca, przejęta po śmierci Aline przez siostrę Ninę z Paryża, a później sprzedana, ma jednak szczęście. Mimo zakusów na działkę, na której stoi budynek, nie zostaje zniszczona. Dopiero w 1976 roku trafia jednak na listę zabytków. Nawet wtedy pojawiają się jeszcze próby zdjęcia z niej ochrony konserwatorskiej. W międzyczasie willa przechodzi też szereg niekorzystnych interwencji w swoim wnętrzu. Znacznie zmieniają one pierwotne rozplanowanie. Wartość budynku zostaje w pełni dostrzeżona dopiero w początku lat 90. Wtedy też władze miasta rozpoczynają remont, aby przywrócić Biancę do świetności.

Willa Bianca, fot.: Tomasz P. Kozłowski
Willa Bianca, fot.: Tomasz P. Kozłowski

Współczesnego miejskiego wędrowca willa Bianca zachwyci już z daleka. Ładnie odnowiona, olśniewa w świetle egejskiego słońca. W budynku działa dziś miejska Pinakoteka, a w ogrodzie, w działającej tu kafeterii, gościa ukoi zapach i smak dobrze zaparzonej kawy. Warto przystanąć tu na dłużej i przywołać historie z czasów świetności, ważne dla tego niezwykłego miasta. Willa Bianca pozostaje dla nas jednym z najpiękniejszych ostańców „egejskiej Jerozolimy”.

Dziękuję salonickim Przyjaciołom, Spyrosowi Gkelisowi (Σπύρος Γκέλης) oraz Ioannisowi Kiourtsoglou (Ιωάννης Κιουρτσόγλου), za inspirację do napisania tego tekstu.

Zdjęcie główne: Spiros Alibertis i Aline Fernandez; źródło: thessaloniki.travel

Posted on

Egidio Ivetic, Adriatyk. Morze i jego cywilizacja

Książka Egidio Iveticia to kolejna po Chorwacji Macieja Czerwińskiego publikacja Międzynarodowego Centrum Kultury w Krakowie poświęcona południowej Europie.

Autor tego opracowania urodził się w chorwackiej Puli; w młodości odbywał służbę wojskową na jugosłowiańskim okręcie wojennym „Galeb”. To tam w połowie lat osiemdziesiątych po raz pierwszy pomyślał, że historia Adriatyku domaga się większej uwagi. Potrzebował jednak wielu lat pracy naukowej, gromadzenia doświadczeń i – jak sam pisze – długiego dojrzewania, aby móc stworzyć obszerną syntezę dziejów wybrzeża, na którym się wychował. Obecnie Ivetic pracuje jako historyk na Uniwersytecie Padewskim, a jego liczne prace ściśle związane są z regionem, z którego pochodzi.

Podobny, ale inny

Książka Adriatyk. Morze i jego cywilizacja składa się z sześciu części opisujących poszczególne etapy historii Adriatyku: od czasów starożytnych do rozpadu Jugosławii. Poprzedza je słowo od autora i wprowadzenie na temat znaczenia morza.  Wprowadzenie to ma charakter eseju, który przybliża czytelnikowi ideę Adriatyku jako obszaru kulturowego. Ivetic kontynuuje rozważania o Śródziemnomorzu zapoczątkowane przez Braudela i Matvejevićia, ale zaznacza, że Adriatyk jako część Mare Nostrum ma jednak własną tożsamość. Według niego jednym z istotnych elementów wyróżniających świat adriatycki jest związek interioru z wybrzeżem. W przeszłości wyrazem tego związku było np. pasterstwo transhumacyjne, czyli sezonowa migracja zwierząt i ludzi. Pasterscy Illirowie z głębi lądu współpracowali z dalmatyńską Saloną, górale z Abruzji z rolnikami z Apulii, Macedończycy z mieszkańcami okolic dzisiejszej Vlory.

Od Bałkanów po Wenecję

Adriatyk to świat niezwykle zróżnicowany: Rzym i Słowiańszczyzna, Wenecja i Raguza, Bizancjum i Imperium Osmańskie, historyczne Bałkany oraz terytoria Habsburgów. Żaden z wymienionych obszarów nie pozostawał w próżni, wszystkie miały na siebie ogromny wpływ. Trudno wyobrazić sobie dziś historię Rawenny bez Bizancjum, Durrës na wybrzeżu albańskim bez śladów romańskich, Dubrownika bez rywalizacji z Wenecją. Tej ostatniej Ivetic poświęca wyjątkowo wiele uwagi, gdyż zajmuje ona w historii Adriatyku miejsce szczególne; autor pisze o niej jako życiodajnej sile regionu. Przez prawie 8 wieków było to miasto potężne demograficznie i gospodarczo. W XIV wieku liczba ludności Wenecji dziesięciokrotnie przewyższała liczbę mieszkańców dwóch innych dużych miastach adriatyckich, czyli Bari i Ankony, oraz była dwudziestokrotnie wyższa niż w Zadarze i Dubrowniku. Dominacja Wenecji nad Adriatykiem to władanie przy pomocy okrętów wojskowych i kontaktów handlowych; to także progresywna polityka reformatorska, statuty, obyczaje, umowy i korzystne układy z poszczególnymi miastami regionu.

Wędrówka pełna informacji

Adriatyk Ivetica to książka, której lektura zadowoli przede wszystkim amatorów historii. Wędrówka przez dzieje tej części Śródziemnomorza obfituje w treści i pozwala uzupełnić informacje na temat poszczególnych miejsc z nim związanych. Liczba prezentowanych faktów, nazwisk i dat dotyczących handlu czy wojen może przytłaczać; z drugiej strony jest to niezwykłe kompendium wiedzy o grupach etnicznych i narodowych zamieszkujących region, o gospodarce, polityce i religii.

Na uwagę zasługują te fragmenty, które dotyczą popularnych wśród naszych rodaków miejsc wypoczynku, takich jak Albania, Czarnogóra, Słowenia czy Chorwacja. Na polskim rynku mamy na ten temat wiele wydawnictw przewodnikowych, na drugim biegunie – publikacje naukowe, słabo dostępne przeciętnemu czytelnikowi. Adriatyk wypełnia lukę między nimi, prezentując pogłębioną historię Boki Kotorskiej, Szkondry, ale także Lublany czy Rijeki.

Rola Słowian i Austro-Węgier

Bardzo ciekawe są także rozważania autora na temat roli Słowiańszczyzny w budowaniu tożsamości Adriatyku. Autor nie kryje podziwu dla  tego, jaki efekt miały wędrówki Słowian na południe Europy. W przeciwieństwie do Ostrogotów w Italii i Wizygotów na Półwyspie Iberyjskim, którzy nie stworzyli niczego trwałego w podbitych terenach, Słowianom udało się istotnie wpłynąć na pejzaż kulturowy całego Śródziemnomorza, a jego adriatyckiej części w szczególności.

Wielu turystów podróżujących po wybrzeżu adriatyckim nie zdaje sobie również sprawy z powiązań tego miejsca z Austrią i Austro-Węgrami. Tymczasem wystarczy przyjrzeć się architekturze Zagrzebia czy Triestu, zamówić na chorwackim wybrzeżu pršut lub pizzę, a natychmiast zauważy się tam elementy środkowoeropejskie. Pršut jest serwowany z oliwkami i ze środkowoeuropejskimi korniszonami, a do pizzy w Rijece można zamówić kwaśną śmietanę. Wątki środkowoeuropejskie w budowaniu tożsamości Adriatyku to drugi ważny aspekt książki Ivecicia.

Ostatnim elementem, który wyróżniłabym w Adriatyku, jest umiejętne pokazanie wzajemnych zależności historycznych, które odcisnęły piętno na XX-wiecznej historii regionu.

Książka liczy 700 stron, które stanowić mogą interesujący wstęp do nadchodzących wakacyjnych podróży po historycznych ścieżkach związanych z Adriatykiem.

 

Egidio Ivetić, Adriatyk, Morze i jego cywilizacja, tłumaczyli (z włoskiego) Joanna Ugniewska, Piotr Salwa i Mateusz Salwa, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2021

Posted on

Włoskie małe ojczyzny. Julia Wollner w audycji radiowej “La Pausa Italiana”

W Radiu 357 w piątki słuchać można niezwykle śródziemnomorskiej audycji zatytułowanej “La Pausa Italiana”, prowadzonej przez Justynę Godz. Niedawno gościła u niej Julia Wollner, która opowiadała m.in. o tym, skąd może brać się włoskie przywiązanie do miejsca zamieszkania, jak narodził się ruch cittaslow i jaką naukę niesie dla nas włoski styl życia.

Zapis rozmowy podzielony został na dwie części, dostępne tutaj:


 
Zachęcamy również do wysłuchania całości audycji wraz z ilustrującymi ją utworami muzycznymi oraz do zapoznania się z pozostałymi odcinkami:
RADIO 357 – La Pausa Italiana

 

Posted on

8 (nieoczywistych) miejsc, w których poczujesz się jak w starożytnym Rzymie

Książkę "Jak przeżyć w starożytnym Rzymie" kupisz w naszym sklepie (tutaj). "Lente" jest patronem medialnym publikacji.

Wydawać by się mogło, że starożytni Rzymianie nie robili nic innego, jak tylko przechadzali się w swych śnieżnobiałych togach w cieniu rzucanym przez marmurowe kolumny, rozprawiając o polityce lub filozofii. To jednak tylko stereotyp! Życie w antycznym Rzymie toczyło się w dużej mierze wśród brudu i hałasu, w pocie powodowanym wysokimi temperaturami. Zmysły atakowały intensywne barwy, smaki i aromaty, poziom bezpieczeństwa był zatrważająco niski, a dzień wypełniały liczne przyziemne czynności, którym oddajemy się także dzisiaj: praca, zakupy, posiłki. Aby lepiej poznać ówczesną rzeczywistość, warto sięgnąć po odpowiednią lekturę – na przykład Jak przeżyć w starożytnym Rzymie brytyjskiej autorki L.J. Trafford (Wydawnictwo Poznańskie). Książkę wypełniają ciekawostki dotyczące antycznej codzienności. Poznawszy je, ruszajmy szlakiem dawnych mieszkańców Imperium – niekoniecznie tym najbardziej utartym!

Książkę "Jak przeżyć w starożytnym Rzymie" kupisz w naszym sklepie (tutaj). "Lente" jest patronem medialnym publikacji.
Książkę “Jak przeżyć w starożytnym Rzymie” kupisz w naszym sklepie (tutaj). “Lente” jest patronem medialnym publikacji

 

Zakupy

Gwar antycznych targowisk usłyszymy jeszcze ciągle na bliskowschodnich bazarach (1). Przechadzka między straganami pozwoli także na stymulację zmysłów innych, niż tylko słuch. Intensywne aromaty przypraw,  jaskrawe kolory warzyw, owoców, tkanin i innych produktów, zapach ludzkiego potu, tłok i ścisk – to wszystko wypełniało starożytną codzienność. Nic dziwnego, że Alberto Angela, włoski autor bestsellerów o życiu w antycznym Rzymie, podkreśla, że to właśnie marokański suk da nam najpełniej odczuć, jak wyglądała starożytność. To właśnie z tego względu, spacerując po ukochanym Szuk haKarmel w Tel Awiwie, zawsze włączam w słuchawkach melodię z Gladiatora!

Bliskowschodnie targowisko to być może miejsce najbardziej zbliżone do starożytności. Fot. Annie Spratt / Unsplash
Bliskowschodnie targowisko to być może miejsce najbardziej zbliżone do starożytności. Na zdjęciu: Maroko, fot. Annie Spratt / Unsplash

Oczywiście starożytny shopping nie odbywał się tylko na bazarach, a rzymskie elegantki odwiedzały także coś na kształt naszych butików w centrach handlowych (2). Rodzajem antycznej galerii były słynne Hale Trajana w Rzymie, wzniesione na początku II wieku na polecenie cesarza Trajana przez jego architekta Apollodora z Damaszku. Znajdowały się tam zarówno sklepy, jak i tabernae, a także, prawdpodobnie, sale wykładowe.

Hale Trajana, fot. NikonZ7II / Wikimedia
Hale Trajana, fot. NikonZ7II / Wikimedia, CC BY-SA 4.0

Posiłki

Miło jest pomarzyć o eleganckich starożytnych ucztach, jednak proza życia zdecydowanie częściej prowadziła Rzymian do wspomnianych tabernae. Ponieważ niewiele osób ma kuchnię – pisze L.J. Trafford – dobrze się składa, że Rzym obfituje w jadłodajnie, w których można coś zjeść lub zamówić dania na wynos. W Pompejach do dziś oglądać można pozostałości barów zwanych thermopolia, z dużymi okrągłymi dziurami w ladach – wpuszczano w nie garnki z potrawami. Smaki preferowane przez Rzymian znacząco różniły się od naszych, jednak wiele antycznych potraw może cieszyć także współczesne podbniebienie. Możemy przyrządzić je sami według ogólnodostępnych starożytnych przepisów lub wybrać się do jednej z restauracji serwujących dawne smakołyki (3). Należy do nich Caupona we współczesnej części Pompejów (Via Masseria Curato, 2), gdzie skosztować można m.in. dań przyrządzonych według receptur Marka Gawiusza Apicjusza. Więcej o tym miejscu przeczytasz tutaj.

Wnętrze pompejańskiej Caupony, fot. Julia Wollner
Wnętrze pompejańskiej Caupony, fot. Julia Wollner

 

Mieszkanie, dom, ulica

Wspomniane wcześniej jasne marmury i biel strzelistych filarów to niekoniecznie prawdziwa rzymska dekoracja. Po pierwsze, starożytność kochała jaskrawe, intensywne barwy, które nadawano zarówno fasadom budynków, kolumnom, jak i posągom. Dziś większość z nich wydałaby nam się okropnie kiczowata! Po drugie, przestronne place i eleganckie portyki stanowią tylko część prawdy o antycznych miastach, w których, obok  świątyń, cesarskich łaźni i wyrafinowanych willi artystokratów istniały przecież ciemne zaułki, śmierdzące zakłady folusznicze czy walące się czynszowe kamienice (ich prawdziwe ruiny oglądać można chociażby przy Placu Weneckim w Rzymie oraz w Ostii). Doskonale ukazuje to scenografia stworzona na potrzeby serialu Rzym, którą oglądać można w studiu filmowym Cinecittà (4). Warto przejść się nie tylko po rozległym forum, ale także zajrzeć do rekonstrukcji dawnych świątyń, gdzie czekają na nas kolorowe posągi bóstw. Za pozwoleniem przewodnika koniecznie skieruj się także ku ciasnym uliczkom Suburry, by zobaczyć, jak żyli zwykli, prości Rzymianie.

Barwna starożytność w Cinecittà, fot. Julia Wollner
Barwna starożytność w Cinecittà, fot. Julia Wollner

 

Jeśli zastanawiasz się, jak wyglądać mogła codzienność w mieście innym niż Wieczne, oddalonym o wiele kilometrów od serca Imperium, warto zaplanować wizytę w jednym z północnoeuropejskich rzymskich muzeów pod gołym niebem, na przykład w niemieckim Xanten (5). Zwiedzisz tam starożytne mieszkania i chaty, przejdziesz się wzdłuż antycznych murów, zjesz w zrekonstruowanej dawnej jadłodajni i zagrasz w gry, które uwielbiały dzieci sprzed 2.000 lat.

 

Starożytne wnętrza zrekonstruowane w Xanten w Niemczech
Starożytne wnętrza zrekonstruowane w Xanten w Niemczech, fot. Julia Wollner

Marzy ci się sprawdzenie, jak wyglądały wnętrza i ogrody najokazalszych willi starożytnych milionerów? Poza wycieczką do Pompejów czy wspaniałej Willi Poppei we włoskim Oplontis-Torre Annunziata, weź też pod uwagę dalszą wyprawę – do Kalifornii. Między Los Angeles a Malibu, nad Pacyfikiem, wznosi się niezwykła Getty Villa (6), wybudowana przez amerykańskiego przedsiębiorcę Jeana Paula Getty’ego. Elegancka posiadłość, inspirowana architekturą starożytnego Rzymu i stanowiąca rodzaj rekonstrukcji ówczesnych rezydencji, gości dziś ponad 44 tysiące artefaktów pochodzących z okresu od 6 500 r. p.n.e do roku 400 n.e. Obejmuje także piękne ogrody, patio oraz amfiteatr z widownią na 450 osób.

Getty Villa w USA, fot. Bobak Ha'Eri
Getty Villa w USA, fot. Bobak Ha’Eri / Wikimedia, CC BY 3.0

 

Łaźnie

Zażywanie kąpieli w starożytnym Rzymie nie jest prywatną czynnością, ale publiczną sprawą, w której biorą udział zarówno bogaci, jak i biedni. (…) Łaźnia to odpowiednie miejsce, w którym można się socjalizować, wypożyczyć książkę z biblioteki, zdobyć zaproszenie na ucztę, wydepilować pachy, przespacerować się po ogrodach, poćwiczyć w siłowni i może odrobinę się wypluskać – czytamy w Jak przeżyć w starożytnym Rzymie. Rozmach – i rozmiar! – antycznych łaźni zrozumiemy, odwiedzając rzymskie termy Dioklecjana lub Karakalli; w obu kompleksach wypożyczymy specjalne okulary-lornetkę, przez które podziwiać można wnętrza w ich oryginalnym kształcie (więcej na ten temat tutaj).

Łaźnie Gellerta w Budapeszcie, fot. Joe Mabel / Wikimedia
Łaźnie Gellerta w Budapeszcie, fot. Joe Mabel / Wikimedia, GFDL

Dobrym pomysłem może być także wizyta w jednym ze śródziemnomorskich spa – przypomnijmy wszak, że spa to wynalazek antyczny, zaś samo słowo stanowi skrót od sanus per aquam (zdrowy dzięki wodzie). Szczególnie bliski realiom starożytnym wydaje się hammam (7), popularny w krajach arabskich, ale także np. w Hiszpanii. Możemy w nim zażyć tradycyjnej kąpieli w basenie z zimną, ciepłą i gorącą wodą, skorzystać z masażu czy mocnego peelingu całego ciała. W Europie środkowej koniecznie odwiedzić należy łaźnie więgierskie, np. słynne łaźnie Gellerta w Budapeszcie (8). Mimo secesyjnego wystroju pozwalają doświadczyć tego, czym były starożytne kąpiele w wielkich termach, w koedukacyjnym towarzystwie, w pięknych wnętrzach, wśród szumu i plusku wody.

Zdjęcie główne: autorka w antycznych szatach sfotografowana w restauracji Caupona w Pompejach

 

Materiał powstał we współpracy z Wydawnictwem Poznańskim – wydawcą książki Jak przeżyć w starożytnym Rzymie L.J. Trafford. Magazyn “Lente” jest patronem medialnym publikacji.
Posted on

L.J. Trafford, Jak przeżyć w starożytnym Rzymie

Gdybyśmy, zupełnie nagle, przenieśli się w czasie do starożytnego Rzymu, moglibyśmy mieć trudności w wielu kwestiach. Nawet ci z nas, którzy lubili uczyć się historii, pamiętają łacińskie deklinacje i odróżniają Nerona od Kaliguli, niekoniecznie połapaliby się w zawiłościach rzymskiej polityki czy pełnych niuansów zależnościach społecznych. Nie mniej skomplikowane mogłoby wydać im się życie codzienne – to, które toczy się między pracą a domem, a odmierzane jest rytmem posiłków, drzemek, spotkań z bliskimi czy uprawianiem sportu. Świat starożytnych Rzymian, choć zaskakująco bliski naszemu, opierał się bowiem o szereg gestów, zwyczajów i rytuałów, które dziś wydają się zupełnie zapomniane.

Jako że nie wiadomo przecież, czy już całkiem niedługo nie zaczniemy podróżować w czasie, dobrze jest się na tę ewentualność choć odrobinę przygotować. Każdy szanujący się miłośnik Śródziemnomorza szczególną wagę powinien zaś przykładać do znajomości realiów rzymskich – Wieczne Miasto górowało wszak nad całym starożytnym światem. Pierwszy krok w naszym przysposobieniu do egzystowania w przeszłości stanowić może ukazująca się właśnie książka Jak przeżyć w starożytnym Rzymie brytyjskiej autorki L.J. Trafford (Wydawnictwo Poznańskie). Nie jest to pozycja naukowa ani nudnawy podręcznik; zamiast poważnego wykładu spodziewajcie się raczej humorystycznego ujęcia kwestii, które zaprzątać mogą głowę każdego podróżnika w czasie. Znajdujemy się w Urbs w 95 roku naszej ery. Jaką odzież wybrać o poranku, a jaką, udając się na ucztę? Jakie rodzaje zakwaterowania oferuje Rzym i co należy wziąć pod uwagę przy wyborze mieszkania? Co jeść, a czego lepiej nie próbować? Czego spodziewać się po wizycie w łaźni? Jak wybrać lekarza i po czym poznać, że jest kompetentny? Jak szukać pracy i jakich spodziewać się zarobków? Co robić, gdy padniemy ofiarą przestępstwa? Po lekturze książki kwestie te wydadzą nam się klarowne ciut bardziej, niż po zwykłych lekcjach historii w szkole. Odnalezienie się w świecie sprzed wieków nadal stanowić będzie wyzwanie, jednak prawdopodobieństwo, że zapragniemy rzucić się do Tybru, odrobinę spadnie, a może nawet uda się je wyeliminować do zera. Pozostanie już tylko cieszyć się słońcem, architekturą i smakiem dobrze doprawionych flamingów.

L.J. Trafford, Jak przeżyć w starożytnym Rzymie, tłumaczyła Monika Skowron, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2022

Publikacja L.J. Trafford Jak przeżyć w starożytnym Rzymie jest w naszej opinii skierowana do młodego czytelnika bądź osób, które w lekki i przyjemny sposób chcą dowiedzieć się, jak wyglądało życie codzienne przez tysiącami lat. Oczekuj miłej rozrywki, która jednocześnie uczy i rozwija! Magazyn “Lente” jest patronem medialnym książki. Swój egzemplarz zamówisz tutaj.

Czytaj także: 8 (nieoczywistych) miejsc, w których poczujesz się jak w starożytnym Rzymie

Posted on

Gwałtowność, emocje, kipiąca krew. O Sycylijskich lwach Stefanii Auci opowiada tłumacz Tomasz Kwiecień

Byłeś zapewne jednym z pierwszych polskich czytelników książki Sycylijskie lwy Stefanii Auci – i, jako tłumacz, jednym z bardziej uważnych.

Na pewno byli tacy, którzy czytali ją jeszcze przed ukazaniem się po polsku, bo natknąłem się na pełne entuzjazmu recenzje w polskim internecie krótko po opublikowaniu ksiażki we Włoszech. Auci opowiada porywającą historię, w której trudno się nie zanurzyć, ale rzeczywiście wymaga od tłumacza większej niż zwykle uważności. Autorka pisze w sposób, który w pracy nad przekładem stanowi spore wyzwanie. Mam tu na myśli nagromadzenie szczegółu, włoskości i sycylijskości. W książce znajdziemy mnóstwo nazwisk, zarówno fikcyjnych, jak i rzeczywistych, oraz toponimów, które wymagają znajomości geografii Sycylii i, przede wszystkim, Palermo. Jest ono bezdyskusyjnie jedną z bohaterek powieści. To miasto dziwne, nieodgadnione, trudne, piękne, pełne kontrastów. Do tego dochodzą wtrącenia po sycylijsku,  z których niestety wiele trzeba było przetłumaczyć na polski – zdecydowałem się zachować w oryginale tylko te, które w moim mniemaniu dodają kolorytu tekstowi. Nie mogłem zatrzymać wszystkich, bo książka miałaby wówczas kilkaset przypisów, a pojawiają się też przecież element kalabryjskie – rodzina Florio przyjechała na Sycylię właśnie stamtąd. Każdy rozdział jednak nadal rozpoczyna się od wybranego sycylijskiego przysłowia, tak jak w oryginale.
Mówi się, że każdy przekład jest niestety porażką, a jedyne, co nam pozostaje, to starać się minimalizować straty. Tego się trzymałem. Mam nadzieję, że czytelnicy będą zadowoleni z finalnego efektu.

Palermo ok. 1900 roku
Palermo ok. 1900 roku


Statystyki pokazują, że czytamy coraz mniej, a jednak ta książka – wcale nie bardzo łatwa, a do tego pokaźna objętościowo – stała się we Włoszech bestsellerem. Kiedy kilka miesięcy temu, sama będąc jeszcze przed lekturą, spytałam Cię, czy warto objąć patronat nad polskim wydaniem, Ty także nie miałeś wątpliwości, że odpowiedź powinna być twierdząca.

Włosi byli Lwami zachwyceni, a sprzedaż biła rekordy. Natomiast ja, kiedy o niej po raz pierwszy usłyszałem – zanim jeszcze dostałem propozycję jej przełożenia – pomyślałem: ciekawa rzecz, ale w Polsce się chyba nie przyjmie. Potem, już przy pracy nad powieścią, zorientowałem się, jak wiele w niej elementów potencjalnie atrakcyjnych także dla polskiego czytelnika. Powieść Auci pokazuje świat, którego nie znamy i który może fascynować. Przede wszystkim opowiada o Sycylii w sposób zupełnie inny, niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Przykład? Tam nie ma słowa o mafii! Auci ciekawie i dobitnie opisuje także odrębność Sycylii od państwa włoskiego, jej kulturową niezależność, wyrażającą się choćby w języku, ale nie tylko. Wątek asymilacji Kalabryjczyków na Sycylii może stanowić zaskoczenie – tak, we Włoszech można przepłynąć wąską cieśninę, pokonać ledwie kilkadziesiąt kilometrów, i stać się przybyszem, cudzoziemcem, straniero. Ten italski regionalizm to coś fascynującego.

Mamy też w Sycylijskich lwach wątek rzadko kojarzony z Włochami, a mianowicie kwestię rodzącego się kapitalizmu – bo to o nim w dużej mierze traktuje ta książka. I mam tu na myśli prawdziwy, zdecydowany, drapieżny kapitalizm,  sprzed czasów spółek z o.o. To kapitalizm, w którym przedsiębiorca odpowiadał za swe decyzje całym swoim majątkiem, całym swoim życiem w zasadzie. Sycylijskie lwy to także historia awansu społecznego drobnych kupców, którzy stali się właścicielami wielkich korporacji, a właściwie holdingu biznesowego, bo obejmował on przecież wiele gałęzi gospodarki. Ciekawie śledzi się ich kontakty z kontrahentami z Wielkiej Brytanii, Francji czy z innych krajów. To wszystko w tej książce jest, z całym swoim kulturowym bogactwem, i, mam wrażenie, pokazuje nam inne Włochy, inną Sycylię, niż większość z nas poznała do tej pory.

 

Tomasz Kwiecień
Tomasz Kwiecień


Z mojego punktu widzenia jest to wielka zaleta tej książki; “Lente” stara się przecież pokazywać Śródziemnomorze tak, by wychodzić poza stereotypy. Przyznam jednak, że zastanawiałam się, czy powieść Auci nie będzie zbyt wymagająca dla polskiego czytelnika. Myślisz, że lektura Lwów wymaga znajomości włoskich i sycylijskich realiów?

Przyznam ci się, że ja nigdy nie byłem na Sycylii; wyspa nadal na mnie czeka. Mam ją oczytaną, to nie jest moja pierwsza sycylijska książka w dorobku, dawno temu uczyłem się również sycylijskiego, a dopiero tłumacząc Lwy, dowiedziałem się, kto wynalazł puszkowanego tuńczyka w oleju! (śmiech) Jednak historia rodziny Florio, a zatem i cała książka, jest w dużej mierze uniwersalna. Do tego, co powiedziałem wcześniej, dochodzi jeszcze jeden szalenie ważny wątek: opowieść o sytuacji kobiet. Spotkałem się z twierdzeniem, że chwilami jest w tym nawet zbyt dosłowna, ale sam uważam, że trzeba pewne rzeczy pokazać bardzo wprost, abyśmy mogli docenić to, co mamy dzisiaj. W XIX wieku – a to całkiem niedawno! – kobiety nie posiadały prawa do majątku, prawa do własnych decyzji, stanowiły własność męża. Postaci kobiecie, które przedstawia Auci, są mimo tego zniewolenia bardzo silne; pokazują próby emancypacji – czasem do pewnego stopnia udane, czasem nie – w skrajnie trudnych warunkach. Ta wielowymiarowość i wielowątkowość powieści stanowi jej wielką zaletę; ewentualne elementy nieznane polskiemu czytelnikowi mogą tylko sprawiać, że odbierze ją jako pociągająco egzotyczną.


Ta uniwersalna historia pewnej włoskiej rodziny nie jest przy tym historią zmyśloną, prawda?

Floriowie są prawdziwą włoską dynastią przemysłową. Auci drobiazgowo przestudiowała ich historię, a luki wypełniła swoją wyobraźnią. W moim odczuciu opowieść, która w ten sposób powstała, jest bardzo bliska realiom. Co ciekawe, spadkobiercy Floriów opisanych w książce żyją i mają się dobrze. Są to potomkowie po kądzieli, nazwiska już więc nie noszą. Po gigantycznej fortunie nie zostało wiele. Mamy więc typową historię awansu społecznego pewnej rodziny  w realiach społecznych i politycznych pierwszej połowy XIX wieku, gdzie rodzina kupiecka zdobywa tytuł szlachecki – a on daje wejście w wiele niedostępnych wcześniej miejsc. Natomiast drugi tom opowieści, który właśnie tłumaczę, nosi wymowny tytuł Zima lwów. To historia upadku, tego, co znamy pod nazwą syndromu Buddenbrooków. Oto dynamiczny, zażarty, łapczywy i pracowity kapitalizm przemienia się w coś na kształt zepsutej dziewiętnastowiecznej arystokracji. Zaczyna życie się ponad stan, lenistwo, złe decyzje, proces spoczywania na laurach i utraty znaczenia.

Stefania Auci doskonale lepi swoje postaci – choć dalecy w czasie i przestrzeni, wydają się ludźmi z krwi i kości. I rzadko kiedy budzą sympatię bez zastrzeżeń! Wyjątkiem jest tu może Giulia Florio, żona Vincenza, który doprowadził rodzinny biznes rodzinny do rozkwitu, oraz Ignazio Florio, młodszy z braci – bardzo piękny wewnętrznie mężczyzna. Pozostali bohaterowie, prawdziwi do bólu, to nie są, mówiąc kolokwialnie, fajni ludzie! Vincenzo na przykład ma w sobie mnóstwo mroku: bezwlędności, cynizmu…

Rodzina Florio: Vincenzo Florio z żoną Giulią Portalupi, oraz jego syn, Ignazio Florio, z żoną Giovanną D’Ondes Trigona
Rodzina Florio: Vincenzo Florio z żoną Giulią Portalupi oraz Ignazio Florio z żoną Giovanną D’Ondes Trigona

 

Czyżby więc nie był jednym z naszych ukochanych dobrodusznych Włochów, którzy śpiewają przy akompaniamencie mandoliny i poklepują jowialnie po plecach?

A skąd! To są ludzie drapieżni, zawzięci, bardzo pracowici i w tej swojej pracowitości bezwlędni – tak wobec siebie, jak i innych. I wiesz co? Bardzo mi to pasuje! Daleko tu bowiem do cukierkowości, w której często zanurzamy Włochy. Ta cukierkowość, ten wszechobecny lukier jest dla Włoch okropnym obciążeniem, paskudnym przekłamaniem, stereotypem. Kultura włoska w ogóle nie jest miękka; miękkie jest to, co serwuje się na potrzeby turystów! Włochom daleko do cukierkowości; zdecydowanie częściej bywają pełni pasji, a nawet okrutni i bezwzględni. Mnóswo tam gwałtowności, emocji, kipiącej krwi. I to właśnie zobaczymy w tej książce.

 

Stefania Auci, Sycylijskie lwy, tłumaczył Tomasz Kwiecień, WAB, Warszawa 2022

Magazyn “Lente” jest patronem medialnym powieści.

Posted on

Ennio Morricone cały był muzyką. Film Giuseppe Tornatorego o włoskiej legendzie

Historia muzyki filmowej, jak cała historia kina, ma swój początek w Europie. Osławiona muzykalność Włochów i tu mocno się zaznaczyła. Włoskie korzenie mają przecież najwybitniejsi w filmowym komponowaniu: Henry Mancini (Śniadanie u Tiffany’ego, reż. Blake Edwards, 1961), Dario Marianelli (Pokuta, reż. Joe Wright, 2007), Piero Piccioni (Pogarda, reż. Jean-Luc Godard, 1963), Giorgio Moroder (Człowiek z blizną, reż. Brian De Palma, 1983), Nicola Piovani (Życie jest piękne, reż. Roberto Benigni, 1997), Luis Bacalov (Listonosz, reż. Michael Radford, 1994). Ta lista może się ciągnąć i ciągnąć. Na ich czele stoją oczywiście Nino Rota (Ojciec chrzestny, reż. Francis Ford Coppola, 1972) i Ennio Morricone. Trudno wyobrazić sobie kino bez nich, a wielu, w tym Rota i właśnie Morricone, należą do wyjątkowej grupy twórców „o dwóch twarzach”, jak mawiał też o sobie nasz Wojciech Kilar. Te dwie twarze to dwoistość muzycznej natury. Pisanie dla siebie i dla kogoś, czyli dla kina. Ten drugi fach, zanim odnieśli spektakularny światowy sukces swoją muzyką filmową, często im wypominano; wyśmiewano ich, lekceważono. A oni – z zemsty, jak to trafnie nazwał Ennio Morricone w dokumencie Tornatorego – postanowili pisać dla sztuki popularnej tak samo dobrze, jak dla tej wysokiej. A może nawet lepiej.

To, że Ennio Morricone był Europejczykiem, wydaje się szalenie ważne w jego karierze i życiu prywatnym. Kontynuował w światowym kinie tradycję muzycznych romantyków ze Starego Kontynentu, których przecież z zachwytem wciąż słuchamy; skutecznie oparł się tyle samo hojnej, co kapryśnej hollywoodzkiej branży, nigdy nawet nie nauczył się dobrze mówić po angielsku. Sprawą najważniejszą zaś była rodzina i to duża rodzina, głośna i radosna, jak to u Włochów. Dla niej zdecydował się nawet w ostatnich latach opanować Skype’a, aby móc rozmawiać z rozsianymi po świecie najbliższymi. Poza tym komputera nie dotykał. A czym jest lub czym może być w filmie jego włoska muzykalność?

Gdy myślimy o muzyce włoskiej, od razu przychodzi nam na do głowy śpiew czy też śpiewność po prostu, i to taka, która od autora i wykonawcy, jak może się wydawać, nie wymaga wielkiego wysiłku. Rodzi się naturalnie, lekko. Jak wysokie C u Luciano Pavarottiego, brane z wdziękiem i bez żadnego trudu. Ten trud jednak zawsze gdzieś tam był, a w połączeniu z wielkim talentem dał nam geniuszy na miarę wszystkich wspomnianych dotąd postaci. O tym opowiada film Ennio. Przedstawia nam drogę młodego trębacza, który początkowo chwyta instrument z przymusu, do tego Morriconego, który jest dzisiaj jedną z ikon X muzy. I to może być dla widza naprawdę zaskakujące.

Film Giuseppe Tornatorego jest długi, trwa ponad dwie i pół godziny. Reżyser przemontowywał go wiele razy, aby w końcu zdecydować się na historię starannie przygotowaną, pełną faktów, anegdot, ale i zakulisowych, nieznanych opowieści. Ktoś może pomyśleć, że te detale, jak liczne nawiązania do muzyki współczesnej, charakterystyka stylu aranżacji kompozytora, wątpliwości i porażki, artystyczna niepewność i konteksty przekraczające daleko ramy samej muzyki, są tu niepotrzebne. Z taką samą radością obejrzelibyśmy przecież przez godzinę z haczykiem to, jak powstawała muzyka do Misji, Dawno temu w Ameryce albo Dobrego, złego i brzydkiego. Jednak nie byłoby to już to samo i nie byłoby w tym człowieka, o którym Tornatore chciał opowiedzieć. Twórcy, który, komponując, czytał, liczył (był zapalonym szachistą i miłośnikiem logiki), doświadczał, potrafił przejść płynnie od symfonii do piosenki i z powrotem. Twórcy, którego następców nie widać. Morricone i Tornatore pracowali razem przy 11 filmach (m.in. Malenie, 1900: Człowieku legendzie i Kinie Paradiso).

Ennio zaprasza nas w świat muzyki filmowej od kuchni, a jest to kuchnia efektowna i jednocześnie mało powierzchowna. Prawie każda partytura brzmi poprzez chwytliwe melodie i pomysły instrumentacyjne przystępnie, łatwo, jakby stworzona lekką ręką. Okazuje się jednak, że to, co brzmi tak dobrze, że niemal odnosimy wrażenie jakbyśmy sami byli w stanie coś podobnego napisać, nie mogłoby powstać bez autora, który miał doskonałe wykształcenie, rzadko spotykane w rozrywce. Idealnym przykładem jest fragment o Misji (reż. Roland Joffé, 1986), w którym kumuluje się ogromna wiedza Morriconego, jego wiara, umiejętność patrzenia na film z wielu różnych perspektyw, inwencja melodyczna. Pokazany jest również ten niezwykły moment w procesie tworzenia, w którym artysta daje się ponieść Muzie, puszczając na chwilę kontrolę i zasady. To bez wątpienia jeden z najbardziej poruszających momentów tego filmu, bo widać w nim bohatera nagiego w obliczu wyzwania i poczucia obowiązku wobec widzów.

Takich momentów jest zresztą więcej. Dziarski starszy pan znany nam z wywiadów zmienia tu oblicze i odkrywa się przed nami. Widać jego wzruszenie; towarzyszymy mu ono w trudnych wspomnieniach, a twarz Morriconego przynajmniej kilka razy ściąga się do płaczu. Bo Ennio nie jest wcale laurką. Mieszają się w nim historie prześmieszne (gdy wyrzucany był ze studia przez producentów i zmuszany do poprawiania utworu, czego nie znosił) i rozdzierająco piękne (jak jego relacja z mistrzem, kompozytorem Goffredo Petrassim). W urzekający sposób kamera pokazuje Morriconego nawet wtedy, gdy mówią inni, jakby oglądał ten film razem z nami, z dystansu.

Włoskość dokumentu Tornatorego widzę również w tym, jak pokazano siłę muzyki. Oto najwięksi aktorzy, reżyserzy, muzycy, producenci (wśród nich Quentin Tarantino, Clint Eastwood, Pat Metheny, Bruce Springsteen) śmieją się, nucą motywy z filmów, tańczą, używają słów najprostszych i najbardziej skutecznych. Jak dzieciaki. Nie ma tu pozy, udawania, nikt tego filmu nie zaplanował gdzieś w klimatyzowanym biurze w Los Angeles. Czym to jest, jak nie słynnym carpe diem Horacego – maksymą głośną i popularną w dzisiejszych czasach, wypełnionych ciągłą pogonią? Natomiast włoska śpiewność gra tu jedną z głównych ról. Dosłownie. Ennio Morricone używał bowiem ludzkiego głosu w swoich ścieżkach często i chętnie – zarówno chórów, jak i piosenek, wokaliz, a także wszelkich odgłosów, jakie wydać może ludzkie gardło, niekoniecznie miłych dla ucha. Tornatore zgromadził w swoim filmie wielu wykonawców muzyki Morriconego, w tym wiele kobiet, które śpiewały dla niego najwięcej, jak chociażby Edda Dell’Orso. Jej sopran słyszymy między innymi w Ecstasy of Gold z westernu Dobry, zły i brzydki (reż. Sergio Leone, 1965). W świecie kina mogą wciąż panować mężczyźni – reżyserować, płacić i wymagać. Ale Ennio Morricone, Europejczyk, oddaje hołd kobiecie, a szczególnie swojej żonie, Marii. Była inspiracją, opiekunką, królową domowego ogniska i współpracowniczką (napisała sporo tekstów do ścieżek męża, w tym do Misji). Od pewnego momentu – także pierwszą i najważniejszą słuchaczką. Reżyserzy dostawali tylko te utwory, które podobały się Marii.


Ennio
Giuseppe Tornatorego to piękny i uczciwy film. Trudniejszy, niż możemy przewidzieć, głęboki. Wart uwagi nie na raz; wart powrotów i wspólnego oglądania. Gdy na napisach końcowych pojawia się wreszcie lista filmów z muzyką Morriconego, z których sceny pokazano, białe litery na czarnym tle zdają się nie mieć końca. W dorobku artysty jest ponad 500 tytułów. Nie to jest jednak najważniejsze, a fakt, że Ennio opowiada o tym, jak muzyka uczy myślenia o życiu. I że w muzyce, jak w życiu, zaczynamy od białej, pustej kartki. Co na niej umieścić? Jego kartka była rękopisem, którego nie da się skopiować, ale z którego z pewnością będzie można czytać i za sto lat. Jak z najwybitniejszych dzieł kultury śródziemnomorskiej.


Ennio
, scenariusz i reżyseria: Giuseppe Tornatore
polska premiera: 6 lipca 2022
Dystrybutor: Best Film

 

Posted on

Dionisios Sturis, Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji. Zaproszenie do lektury z komentarzem autora

Po lekturze książki Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji Dionisiosa Sturisa, której uaktualniona wersja ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Poznańskiego, poprosiłam autora o komentarz do wybranych przeze mnie fragmentów tekstu – tych, które stanowiły dla mnie najciekawszy materiał do refleksji. Ich wybór nie był prosty, bowiem reportaż Sturisa to, jak pisze wydawca, czuła próba odtworzenia tamtej księgi ludzkich losów, teraz, pięć lat po pierwszym wydaniu, bogatsza o kolejne rozdziały i nowe historie, budujące nieoczekiwane połączenia między uchodźcami z końca lat czterdziestych a tymi, którzy pojawiają się u naszych granic dzisiaj, kiedy na świecie toczą się nowe wojny. Mam nadzieję, że zaznaczone akapity stanowić będą dla Państwa interesujące zaproszenie do lektury całego reportażu.

 


Nowe życie.

Dionisios Sturis: Czy lepsze? Polska stworzyła przybyszom z Grecji wiele możliwości – zapewniła im bezpieczeństwo, dała dach nad głową, pracę, a dzieciom szkołę. Wielu moich bohaterów podkreśla, że gdyby nie wyjechali z Grecji, być może nie nauczyliby się czytać i pisać – bo pochodzili z małych górskich wiosek, z biednych rolniczych rodzin, dla których edukacja nie była najważniejsza. Tymczasem w Polsce nierzadko kończyli studia wyższe lub zdobywali ciekawe zawody, które w Grecji pozostałyby dla nich niedostępne. W tym sensie nowe życie w Polsce oznaczało więc nowe szanse i możliwości. Wielką korzyścią dla uchodźców było też zanurzenie się w nowej kulturze i nauka języka, a więc przybranie drugiej, równoległej tożsamości. Ale ta „podwójność” zawsze sporo kosztuje, czasem też pobolewa. Bo w Polsce bohaterowie Nowego życia byli Grekami, w Grecji zaś Polakami – nigdzie do końca u siebie. Uchodźstwo oznacza utratę domu, być może na zawsze.

 

Witamy w Polsce pierwszych uchodźców z walczącej Grecji! Witamy was chlebem i dobrym słowem. Jak trzeba, po ludzku. (…) Dzielimy się tym, co mamy, choć sami mamy niewiele. Wiemy, co to wojna, pamiętamy aż za dobrze…

Dionisios Sturis: Myślę, że bliskość II wojny światowej, która dopiero co się zakończyła, odegrała ważną rolę w kształtowaniu się postawy Polaków. Gdy uchodźcy z Grecji zjawili się w Polsce pod koniec lat 40. zeszłego wieku, ich nowi sąsiedzi, koledzy i koleżanki z pracy też dopiero lizali wojenne rany i leczyli traumy; wielu z nich także było uchodźcami lub przesiedleńcami, zaczynali życie na nowo (szczególnie na Dolnym Śląsku). Taka wspólnota doświadczeń z pewnością zbliża, wyzwala empatię, pozwala zobaczyć w drugim człowieku człowieka, nie obcego, nie innego, nie wroga. Myślę, że tak było wtedy i tak jest też teraz – gdy wojna toczy się tuż obok nas, za wschodnią granicą.

 

– Dlaczego mało kto w Polsce zna tę historię? Dlaczego nie ma zainteresowania tym epizodem?
– Z wielu powodów, począwszy od tego, że Polska interesuje się głównie Polską.

Dionisios Sturis: Wiele jest powodów, dla których mało kto zna historię greckich uchodźców w Polsce. Po pierwsze, Grecja nie miała Ernesta Hemingwaya, który opisałby grecką wojnę domową tak, jak Amerykanin opisał wojnę w Hiszpanii. W konsekwencji nie bardzo wiemy, dlaczego w ogóle Grecy w Polsce się znaleźli (ani jak wielki był udział Polski w tej wojnie). Po drugie, sami uchodźcy nie zadbali o widoczność, nie opowiedzieli swojej historii. Większość wyjechała z powrotem do Grecji w latach 70. i 80., a ci, którzy zostali, zajęci byli życiem i dzieleniem go na dwa domy, dwa światy – Polskę i Grecję. Z ich nieuwagi czy zaniechania przepadło archiwum Związku Uchodźców, które wcześniej przez całe dekady pęczniało we Wrocławiu. To kolejny powód – utrata opowieści zapisanych w archiwalnych księgach. Po czwarte wreszcie – mam wrażenie, że w upowszechnieniu tej historii przeszkadza jej happy end. Wielu osobom trudno jest zaakceptować, że w PRL-u działy się dobre rzeczy, że jakieś decyzje czy działania komunistycznych władz mogłyby stanowić dla nas przykład. Tymczasem ta polska odyseja greckich uchodźców to historia wielkiego sukcesu. Z przyjęcia migrantów i zaopiekowania się nimi wynikły same pozytywy – i dla nich, i dla Polski.

Nazywał się pięknie – Apostoł.

Dionisios Sturis: Pytasz mnie, czy czuję się wysłannikiem (gr. Apostolos), rzecznikiem uchodźców greckich w Polsce. Odpowiem tak: w reportażu, który dopisałem do nowego wydania Nowego życia, opowiadającym o rodzinie Nalbandisów, pojawia się kwestia uchodźstwa jako  doświadczenia zostawiającego po sobie ślad w kolejnych pokoleniach – genetyczny lub mentalny. Ja też lubię myśleć, że mam w sobie uchodźczy gen – to część mojej tożsamości, ale w jakimś sensie również zobowiązanie. Jako syn i wnuk uchodźców czuję z innymi uchodźcami wspólnotę i między innymi dlatego – jako reporter – nie mogę o nich nie pisać.


Z repatriacją było jak z marzeniem. Uchodźca czekał i żył nadzieją, że marzenie w końcu się spełni. Powtarzał, że niczego więcej nie chce. Ale gdy spełnienie stawało się bliskie, zaczynał się wahać.

Dionisios Sturis: Ci uchodźcy, którzy po latach w Polsce zdecydowali się wrócić lub wyjechać do Grecji, też w pewnym sensie zaczynali nowe życie. Bo Grecja, którą znali i za którą tęsknili, nie istniała, podobnie jak Grecja, o której marzyli, słuchając opowieści rodziców czy dziadków. To był już inny kraj – z innym systemem politycznym i gospodarczym, w innym miejscu rozwoju historycznego, który po latach prawicowych rządów ledwo co uporał się z wojskową juntą. A i oni byli przecież zmienieni, w jakimś stopniu spolszczeni, z inną perspektywą. Powroty wiązały się ze wzruszającymi momentami (jeden z moich bohaterów zobaczył matkę po raz pierwszy od ćwierć wieku!), ale też konfliktami i problemami: krewni w Grecji obawiali się, że przyjezdni będą chcieli udziału w rodzinnym majątku, że upomną się o dom po dziadkach czy pole po rodzicach; znalezienie dobrej pracy graniczyło z cudem – choć byli świetnie wykształceni, ich grecki często kulał, a do tego postrzegano ich jako przybyszów z innej galaktyki – gorszej, bo komunistycznej. Trzeba było inwestować w nowe przyjaźnie, bo starzy przyjaciele zostali w Zgorzelcu, Jeleniej Górze czy Krościenku. Początki w Grecji były dla niektórych tak trudne, że decydowali się na ponowny wyjazd do Polski.

 

Gdy książka ukazała się po raz pierwszy kilka lat temu, dla wielu z nas uchodźcy byli figurą wyobrażoną – byli bohaterami z filmów, serwisów informacyjnych, byli daleko, w innej rzeczywistości. Aż nagle znaleźli się na naszej granicy, zobaczyliśmy ich na własne oczy.

Dionisios Sturis: W reportażu o rodzinie Nalbandisów piszę między innymi o kryzysie na granicy z Białorusią, gdzie budowany jest mur przeciwko uchodźcom, gdzie straż graniczna stosuje potworne push backi, gdzie z błogosławieństwem rządu i na jego rozkaz łamane są międzynarodowe konwencje i prawa człowieka. Jeśli sądzić po tych wydarzeniach, jeśli pamiętać o ludziach, którzy przerzucani z polskiej strony na białoruską zmarli z głodu i wycieńczenia, to obawa, czy „podołamy”, jest coraz silniejsza. Nie podołamy, jeśli będziemy dzielić uchodźców na lepszych i gorszych, na białych i czarnoskórych, na chrześcijan i muzułmanów, na ludzi, którym warto pomagać, i tych, którzy mogą zginąć w lesie. Wiemy, jak należy pomagać, mamy doświadczenie choćby z przybyszami z Grecji; wiemy, że konsekwencją tej pomocy jest samo dobro. Nie musimy powielać błędów innych, na przykład Greków, którzy dekadę temu też postawili mur na granicy z Turcją. Mur, który kosztował miliardy i okazał się bezużyteczny. Pytasz, czy mieszkańcy Lesbos zdają egzamin z człowieczeństwa. Przez lata byli dla nas wzorem – pomagali wszystkim, którzy docierali na pontonach z Turcji, zapewniali im pomoc lekarską, ciepły posiłek, troskę, z godnością chowali tych, którzy nie przeżyli przeprawy przez morze. Wyspiarskie staruszki tulące uchodźcze dzieci, lokalni rybacy w środku nocy wypływający do tonącej łódki – mamy te obrazy w pamięci. Ale z czasem, gdy decyzją Unii Europejskiej Lesbos stała się dla uchodźców więzieniem i gdy poszczególne kraje odmawiały pomocy w relokacji części uchodźców, nastroje mieszkańców zmieniły się. Dziś coraz głośniej słychać w Grecji anty-uchodźcze hasła. Oby w Polsce nie zadziało się tak samo.

Dionisios Sturis, Nowe życie, Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2022

Materiał powstał we współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.

Wszystkie zdjęcia: Uri Wollner