Materiał stworzony w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Albatros.
Życie w Wenecji toczy się zwyczajnym rytmem: Giorgione wraz ze swoimi uczniami tworzy dzieła na zamówienie i zastanawia się, jak związać koniec z końcem. Staje się to coraz trudniejsze, bowiem obsesja związana z doborem odpowiednich barwników popycha go do coraz większych wydatków na materiały. Zleceniodawcy niekoniecznie skłonni są finansować zapędy młodego kolorysty, który rychło poopada w długi. Nie traci jednak nadziei; czeka na przełom i coś, co pchnie jego malarstwo w zupełnie nowym kierunku. Pewnego dnia dowiaduje się, że do miasta przyjeżdża bogaty niemiecki finansista. Ma on być w posiadaniu pigmentu o barwie, która do tej pory została użyta tylko raz. Książę Orientu, bo taką nazwę nosi tajemniczy barwnik, rozpala wyobraźnię malarza i napędza akcję powieści Dibbena. Czy naszemu bohaterowi uda się zdobyć przedmiot pożądania i zapisać w historii na zawsze? Jak wiele jest on w stanie oddać i poświęcić, jak wiele skłonny jest zaryzykować dla sztuki?
Burza kolorów to książka tak porywająca, jak oryginalna – trochę kryminał, trochę powieść sensacyjna; nie zabrakło w niej także wątków romansowych. Brytyjski pisarz, który przed rozpoczęciem kariery literackiej pracował jako scenograf, sprawnie połączył w niej fascynację sztuką i pragnienie zabawy konwencją. Malarstwo postawił więc na pierwszym planie, zamykając jednak temat w zupełnie nietypowych ramach. Dzięki temu udało mu się stworzyć tekst, który wprowadza nas do świata renesansowej bohemy weneckiej oraz oddaje ducha epoki; dość realistycznie portretuje specyficzne malarskie środowisko, ale jednocześnie zaskakuje i trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Motywem przewodnim tej burzliwej opowieści jest zaś przede wszystkim kolor.
Pasjonująca powieść Burza kolorów dostępna jest w sklepie Lente. Nasz magazyn jest patronem medialnym publikacji.
Wybór pisarza nie zdziwi znawców historii sztuki – weneccy artyści XV i XVI wieku rzeczywiście przykładali coraz więcej uwagi do barw i światłocienia. Uważa się, że postawę tę zapoczątkował Giovanni Bellini, perfekcję osiągnął zaś tworzący pół wieku później Tycjan. Co ważne, rola kolorów nie sprowadzała się jedynie do wyodrębnienia form, ale stanowiła także środek kompozycyjny. Jak twierdzi przy tym Maria Rzeplińska, kolorystę czyni nie nasycenie, różnorodność i intensywność użytych barw, lecz umiejętność ich orkiestracji. – Kolorystą można być, zarówno używając barw silnie działających, pełnych, o dużej widoczności, jak i używając wąskiej gamy brązów, szarości, bieli, czerni – podkreśla znawczyni malarstwa. Giorgione wydaje się w tym względzie prawdziwym mistrzem. Warto dodać, że zrywa on z typowo renesansową koncepcją polegającą na wypełnianiu kolorem precyzyjnie określonego szkieletu rysunkowo-kompozycyjnego; akt rysowania integruje on z aktem malowania. Rzeplińska wskazuje, jak wielki przełom następuje w malarstwie za sprawą Giorgionego i jego następców: oto nowożytny artysta oddziela coraz bardziej kolor od farby. – Farba dla niego to tylko tworzywo wyjściowe. Pojedyncze, autonomiczne zjawisko danego pigmentu, odpowiadającego „farbie z tuby”, zatraca się, rozdrabnia, modyfikuje, ulega przemianie artystycznej. Impuls barw natury, wyobraźnia kreacyjna, swoiste transpozycje i doświadczenie zawodowe działają tu równolegle, przenikają się nawzajem w skomplikowanym procesie powstawania zespołu barwnego. Farba-pigment ulega transformacji, warunkując w pewnym tylko, bardzo niewielkim stopniu rezultat wizualny, to co nazywamy grą, tonacją, zestrojem.
Czy zatem w XVI-wiecznej Wenecji, jak przekonuje w powieści Dibben, rzeczywiście tak bardzo liczyła się oryginalność pigmentów? Czy celem malarzy mogło być uzyskanie nietypowego koloru – nieraz za wszelką cenę? Czy nieznany wcześniej odcień mógł zapewnić artyście wieczną sławę? Tego Rzeplińska nie rozstrzyga. Można chyba jednak wysnuć tezę, że nie jest to scenariusz niemożliwy…
Damian Dibben, Burza kolorów, Wydawnictwo Albatros, tłumaczyła Maria Frąc, Warszawa 2023
Korzystałam z książki Marii Rzeplińskiej pt. Historia koloru w dziejach malarstwa europejskiego (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983)
Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Albatros.
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W te wakacje, w ramach weekendowego Codziennika “Lente”, przyjrzymy się różnym aspektom śródziemnomorskiego dnia powszedniego, zgodnie z poniższą zapowiedzią:
Trzepocze na wietrze, pięknie pachnie, a wspólnie rozwieszane pozwala na spotkanie z drugim człowiekiem. Śródziemnomorskie pranie to kwintesencja tamtejszej codzienności!
Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:
Materiał stworzony w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.
Są na mapie Śródziemnomorza państwa, o których wiemy sporo, ale niekoniecznie prawdę. Skryte za murem stereotypów, swe prawdziwe oblicze pokazują nielicznym – tym bardziej dociekliwym, wnikliwym, ciekawym. Są też kraje, o których nie wiemy prawie nic. Nie budzą one ani pozytywnych, ani negatywnych skojarzeń, a specjaliści od PR nie nadali jeszcze wyraźnych rysów ich wizerunkowi. Takim krajem była dla mnie dotąd Słowenia, kojarząca mi się jedynie z ładną nazwą stolicy, malowniczą wysepką na jeziorze Bled oraz marką Gorenje – i to po dłuższej chwili zastanowienia.
Wydana niedawno książka Słowenia. Mały kraj wielkich odległości autorstwa slawistki Zuzanny Cichockiej (seria podróżnicza Wydawnictwa Poznańskiego) sprawiła na szczęście, że lista ta dość znacznie się wydłużyła. Raduje mnie przy tym fakt, że nie stało się to za sprawą wykazu miejsc do odwiedzenia, zabytków czy punktów widokowych. Cichocka – zgodnie z nazwą serii, w ramach której opublikowano jej tekst – zabiera nas w podróż do Lublany, Mariboru czy Piranu, jednak nie jest to wycieczka dla masowego turysty. Książka ma bowiem raczej charakter reportażu. Autorka przedstawia najnowsze dzieje młodziutkiego państwa o wielowiekowej historii i, gdy tylko to możliwe, oddaje głos mieszkańcom Słowenii, różnorodnym jak kraj, w którym zdecydowali się żyć.
A miejscem do życia jest Słowenia całkiem dobrym, co potwierdzają statystyki: znakomita większość Słoweńców jest bardziej zadowolona z codzienności, niż przeciętny mieszkaniec Unii Europejskiej. Cichocka pisze, że niemiecki porządek łączy się tam z włoską lekkością, a według opublikowanego w 2020 roku rankingu Better Life Index bezpieczniej jest tylko w Norwegii. Wskaźniki bezrobocia są bardzo niskie, a pozycja kobiet coraz lepsza. Dość rzec, że na czele państwa jako prezydent od kilku miesięcy stoi prawniczka Nataša Pirc Musar.
Nie znaczy to jednak, że należy widzieć Słowenię tylko jako „kraj po słonecznej stronie Alp”, zgodnie z hasłem używanym w folderach biur podróży. Stanowi ona zlepek kilku światów: germańskiego, romańskiego, słowiańskiego i węgierskiego; podlegała Habsburgom, Węgrom i Republice Weneckiej, a na rozwój jej tożsamości ogromny wpływ wywarła francuska myśl rewolucyjna. Ślady historii – pisze Zuzanna Cichocka – można tu dostrzec (…) w kulturze miast, miasteczek i wsi, w obyczajach, mnogości dialektów i mentalności mieszkańców. Jak każdy tygiel, Słowenia cieszy się kulturowym bogactwem, za który płaci wysoką cenę w postaci etnicznych i religijnych napięć stanowiących mozolną naukę tolerancji. Niektóre jej lekcje są równie dramatyczne, co kuriozalne, jak chociażby historia izbrisanów, czyli wymazanych. W latach 90. kilkadziesiąt tysięcy osób (według Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka – nawet 130 000!) zostało nagle wykreślonych ze spisu mieszkańców Słowenii. Byli to obywatele innych republik dawnej Jugosławii, którzy, nic o tym nie wiedząc, z dnia na dzień stracili wszystko, stając się niewidzialnymi wobec prawa. To tylko jedno z całkiem licznych, a mało chlubnych momentów w dziejach państwa, które przedstawia książka Zuzanny Cichockiej.
W jej opowieści o Słowenii nie brakuje też ubarwiających całość ciekawostek i anegdot. Przeczytamy więc o miłości, jaką Słoweńcy darzą góry, i o tym, dlaczego tak ważne jest dla nich zdobycie szczytu Triglav; dowiemy się, że to właśnie w tym kraju rośnie najstarsza winorośl na świecie, że szczególną troską otacza się tu pszczoły i że, per capita, w Słowenii żyje najwięcej utalentowanych i odnoszących sukcesy sportowców. Na kartach książki pojawią się też rozważania o słoweńskich smakach i tamtejszej kawie; nie zabraknie kilku ludowych legend i osobistych refleksji. Słynny pisarz i eseista Drago Jančar, cytowany przez Cichocką, powiedział kiedyś, że Słowenia to naprawdę najbardziej skomplikowany zakątek Europy. Nawet my, którzy tu żyjemy, nie potrafimy go zrozumieć. Ja także, po lekturze publikacji Wydawnictwa Poznańskiego, nie rozumiem ze Słowenii – pełnej kontrastów i paradoksów – nazbyt wiele. Wiem już natomiast sporo więcej niż wcześniej. A i rozumieć będę na pewno próbować!
Zuzanna Cichocka, Słowenia. Mały kraj wielkich odległości, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2023
Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Poznańskim.
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W te wakacje, w ramach weekendowego Codziennika “Lente”, przyjrzymy się różnym aspektom śródziemnomorskiego dnia powszedniego, zgodnie z poniższą zapowiedzią:
Co mydło ma wspólnego z Safoną? Jak sprząta kuchnię włoska mamma, a jakie ekologiczne rozwiązania podpatrzyć można u Hiszpanów? Zapraszamy na pachnący czystością odcinek Letniego Codziennika Lente!
Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:
Nakładem wydawnictwa Pascal ukazała się niedawno bardzo sympatyczna książka autorów poczytnego bloga Crete Your Life. Jako miłośniczka największej greckiej wyspy sięgnęłam po nią z zainteresowaniem, licząc na garść nowych inspiracji podróżniczych oraz opowieść o codziennym życiu – wszak Tokarscy od kilku lat mieszkają w jednej z kreteńskich wsi.
Moje nadzieje nie zostały zawiedzione! Magdalena i Marek, obalając sporo turystycznych stereotypów, pokazują mniej popularne zakątki wyspy. Namawiają do wizyty na nieodkrytym jeszcze przez wielu południu, opisują swoje ulubione wioski, oddają głos sąsiadom i znajomym. Pozwalają przyjrzeć się niektórym aspektom swojej codzienności, od zakupów na ulubionych targowiskach po problemy z wilgocią, która zakrada się do ich domu podczas srogich kreteńskich zim. Proponują miłą, a zarazem edukacyjną lekturę.
Niżej podpisana entuzjastka Krety dziękuje im, a Wam poleca czytanie!
Materiał powstał podczas wizyty w Turcji na zaproszenie Goturkiye.
Badania archeologiczne wskazują, że historia winiarstwa rozpoczęła się w starożytnym Egipcie. Wielu Turków jest jednak innego zdania i umiejscawia początek tej pięknej historii na swoich terenach. Pewne jest, że wino wytwarzano tu już w 3 500 r. p.n.e. Co ciekawe, to tutaj narodził się także mit o Dionizosie – jednym z najważniejszych bogów mitologii greckiej. Tureckie tradycje winiarskie mają więc kilka tysięcy lat historii. Dziś coraz więcej osób pracuje nad tym, by kultura winiarska w Turcji nie była już tylko wspomnieniem dawnych wieków.
Turcja – piąty producent wina na świecie?
Turcja jest miejscem wręcz idealnym do uprawiania winorośli. Drzewka winne są tu równie popularne jak oliwne; szacuje się, że ich uprawa zajmuje obecnie 420 000 ha. To 6% wszystkich winnic znajdujących się na świecie, co plasuje Turków na piątym miejscu wśród producentów winogron.
Jednak winogrona to jeszcze nie wino. Tylko 15% owoców zbieranych z tureckich drzewek poddaje się fermentacji. Reszta trafia do sprzedaży w formie świeżych owoców lub rodzynek. Skąd takie proporcje? Ma to bezpośredni związek z historią kraju i z Osmanami, którzy nie aprobowali produkcji i spożywania alkoholu. – Przez siedem wieków tylko ludność niemuzułmańska mogła produkować i spożywać wino – wskazuje Seray Kocaemre zajmująca się promocją i marketingiem trunku (fot. poniżej).
– Dodatkowo w okresie młodej Republiki nastąpiła wymiana ludności greckiej i tureckiej, co bezpośrednio przyczyniło się do zatracenia kultury winiarskiej w naszym kraju – dodaje. – Kolejnym powodem obecnej sytuacji jest monopol państwowy, który od początku lat 90. ograniczał prywatne inwestycje w produkcję wina – kwituje.
Sytuacja zaczęła się zmieniać na przestrzeni ostatnich lat, kiedy to bogaci biznesmeni dostrzegli niewykorzystany potencjał winny i zaczęli inwestować zarówno w uprawę winogron, jak i wytwarzanie wina. Dziś na terenie Turcji aktywnych jest 191 producentów. Póki co, działają oni głównie na rynku lokalnym, choć jeśli chodzi o jakość produktu, coraz częściej nie mają się czego wstydzić. Potencjał rozwoju jest ogromny, zważywszy na fakt, że obecnie wartość eksportu tureckiego wina to zaledwie 10 milionów euro, co stanowi 0,027% wartości światowego rynku.
Co stanowi aktualnie największe wyzwanie? Seray Kocaemre wskazuje na kilka czynników. – Moim zdaniem przyczyną obecnego stanu rzeczy jest nie tylko ogromna konkurencja na rynku, ale przede wszystkim uzależnienie od rynku zewnętrznego w zakresie materiałów niezbędnych do produkcji wina. Głównym problemem jednak są brak świadomości oraz niewystarczające nakłady na marketing i PR, które skutecznie uniemożliwiają wprowadzenie tureckiego wina na rynek globalny – ocenia.
Niestety konsumpcja tureckiego wina w Polsce jest w zasadzie niemożliwa. Ze względu na wysokie koszty logistyczne, producenci bardzo rzadko decydują się na sprzedaż indywidualną, stawiając raczej na dużych importerów. Polscy gracze zdecydowanie wolą jednak wina z innych części świata. Na półkach sklepowych znajdziemy najczęściej trunki z Włoch, Francji, Niemiec, Hiszpanii i Portugalii. Choć Polska jest dziś 21. importerem win na świecie, te pochodzące z Turcji stanowią prawdziwą rzadkość. Najprościej spróbować ich w Niemczech, gdzie mieszka wielu migrantów z Turcji. Chętnie importują oni rodzime produkty, w tym wina.
Çal – miasto najlepszego wina
Turecki świat wina można podzielić na cztery części: Trację, Izmir, Anatolię Środkową i Anatolię Południowo-Wschodnią.
W europejskiej części Turcji wytwarzane są wina bardzo podobne do tych, które znamy chociażby z Grecji. Co ciekawe, winiarnie umiejscowione są dość nisko, bo na wysokości 100–200m n.p.m. Królują tu m.in. takie szczepy, jak Merlot czy Cabernet Sauvignon. W Anatolii Środkowej znajdziemy dużo małych winnic, w których wytwarzane są lokalne wina na niewielką skalę. Anatolia Południowo-Wschodnia słynie z kolei z win garbnikowych.
Wybrzeże Egejskie, z miastem Çal na czele, wydaje się najciekawszym i najbardziej istotnym graczem na rynku. 10% powierzchni tego regionu zajmują winnice, a drzewka rosną na 16 tysiącach hektarów, co stanowi 19% winorośli całego kraju. Aż 38% wina konsumowanego w Turcji pochodzi właśnie z tej okolicy! Nie bez przyczyny Çal (prowincja Denizli) bardzo często porównuje się ze słynnym kalifornijskim zagłębiem winnym – Napa Valley.
Çal w starożytności znane było pod nazwą Mossyna, co tłumaczy się jako Miasto Najlepszego Wina. Dziś wytwarzane są tutaj wina lekkie i owocowe. Region jest o tyle charakterystyczny, że położony dość wysoko. Drzewka rosną na zboczach wznoszących się od 700 do 1200 m n.p.m. Dzięki tak rozległym i zróżnicowanym obszarom winnic, hodowcy mają możliwość wykorzystania wielu mikroklimatów, które umożliwiają im fermentację w różnych stylach.
Obecnie na tych terenach uprawianych jest 60 rodzimych odmian winorośli. Prawdziwą perełką jest jednak niezwykle interesująca Çal Karası. – Historia Çal Karası przypomina relację między diamentem a węglem – uśmiecha się Seray Kocaemre. – Odmiana ta przetrwała dzięki swojej odporności na choroby i dzięki temu, że można wykorzystać ją w sektorach innych niż winiarstwo. Bywa niedoceniana – ze skąpstwa w nadawaniu winu koloru oraz ze względu na fakt, że jest masowo produkowana przez prawie każdego plantatora winorośli na tym obszarze, niezależnie od sektora, w którym może być używana – dodaje. W ostatnich latach zyskuje jednak na znaczeniu i jest coraz chętniej wykorzystywana do produkcji wysokiej jakości win.
Winnym szlakiem po Turcji
Skoro tureckiego wina nie można napić się w Polsce, ciekawym pomysłem może być wyjazd do Turcji i odbycie podróży winnym szlakiem. Najbardziej oczywistym wyborem, głównie ze względów logistycznych wydaje się region Marmara. Thrace Vineyard Route rozpoczyna się w mieście Tekirdağ, które oddalone jest 90 minut od Stambułu. Szlak podzielony jest na cztery części: Tekirdag, Sarkoy, Kırklareli i Gallipoli.
Wielbiciele kuchni tureckiej powinni natomiast postawić na Urla Vineyard Route, gdzie, poza doznaniami winnymi, można również spróbować wyśmienitych lokalnych przysmaków. W rozległych winnicach rozgościli się najlepsi szefowie kuchni, którzy miejscowym składnikom nadają nieoczywistą formę. Do posiłków serwują zaś lokalne wina najwyższej jakości.
Wszyscy zaś, którzy uwielbiają ciszę, spokój i widok rozlegle ciągnących się winnic, powinni wybrać się na Çal Vineyard Route. To zupełnie świeża inicjatywa, której promotorką jest nasza rozmówczyni Seray Kocaemre. – Działamy od niespełna roku. Chcemy rozpowszechniać naszą historię i dziedzictwo zarówno lokalnie, jak i wśród zagranicznych turystów – podkreśla.
Co znajdziemy na tym szlaku? Atrakcji nie brakuje. – Mamy do zaoferowania rozległy obszar winnic, piękne krajobrazy, cuda natury, jak chociażby kanion Kısık i jaskinia Kaklık. W pobliżu znajduje się również szereg historycznych atrakcji turystycznych, w tym starożytna Laodikeia, Trypolis czy świątynia Apollona Lairbenosa – wylicza. – W Çal Vineyard Route dbamy o siłę przekazu ustnego, dlatego chcemy, aby nasi goście byli również naszymi ambasadorami. Odwiedź, przeżyj i podziel się niesamowitą historią Çal Vineyard Route! – zaprasza.
Na zaproszenie Goturkiye również i ja miałam niedawno okazję zwiedzić winne szlaki egejskie. Z czystym sumieniem przyłączam się dzisiaj do Seray i polecam poznanie tajemnic tureckich trunków. Warto – jeszcze zanim uda im się podbić świat.
Polecane adresy: Urla Winery (Urla Şarapçılık) Kuşçular Köyü, 8028 Sk. No:12 Ukuf Mevkii Urla – İzmir 7 Bilgeler Döltenaltı Mevkii, Gökçealan (Burgaz) Village 35920 Selcuk Çal Vineyard Route Asma Yaprağı Ovacık, Kerimoğlu Mevkii, 7152. Sk. No 141/ 1, 35937 Çeşme/İzmir
W podcaście “Lente” poświęconym cesarzowej Sisi, wielkiej miłośniczce śródziemnomorskiej kultury, opowiadam o jej tragicznej śmierci z rąk włoskiego zamachowca Luigiego Lucheniego. Dorastał on w sierocińcu; w wieku 20 lat został wcielony do armii włoskiej i walczył w kampanii abisyńskiej w 1896 roku. Po zakończeniu służby zatrudnił się jako niewykwalifikowany robotnik w Genewie.
Należąc do najniższej klasy społeczno-ekonomicznej i przez całe życie borykając się ze skrajną biedą, zazdrościł lepiej urodzonym i dobrze sytuowanym, nienawidził ich. Swą nędzną egzystencję postanowił zakończyć w najbardziej spektakularny sposób, jaki przyszedł mu do głowy – poprzez zabójstwo wielkiego arystokraty. Wiemy, że początkowo planował zamach na francuskiego księcia Orleanu Henryka, który przebywał w Genewie w tym samym czasie, jednak zanim skupularnie obmyślił sposób zabójstwa księcia, ten zdążył już opuścić miasto.
Lucheni, ogarnięty obsesją zdobycia sławy poprzez widowiskowy czyn, wyczytał wówczas w gazecie, że Genewę odwiedza właśnie cesarzowa Elżbieta. Notabene, podróżowała ona incognito, wynajmując pokoje jako hrabina Hohenems; zdradził ją jednak podekscytowany właściciel hotelu. Lucheni nie wiedział o niej prawie nic – poza tym, że była władczynią wielkiego imperium. Na ofiarę nadawała się więc idealnie.
Zamordował ją 10 września 1898 roku, kiedy, planując udać się w kolejną ze swoich niezliczonych podróży, szła promenadą nad jeziorem Genewskim w stronę parowca wycieczkowego. By zakończyć życie Sisi wystarczyło dźgnięcie w pierś cienkim, ostro zakończonym pilnikiem.
W historii Lucheniego nietrudno dopatrzeć się podobieństwa do wydarzeń sprzed wielu wieków, które rozegrały się w Efezie, w dzisiejszej Turcji. To tam w lipcu 356 roku p.n.e. miał miejsce pierwszy bodajże zamach terrorystyczny w dziejach.
Nieznany nikomu szewc o imieniu Herostrates, marzący o wielkiej, wiecznej sławie, podłożył ogień pod świątynię Artemidy, uważaną za jeden z cudów ówczesnego światła. Za swój czyn został skazany na śmierć; co więcej, zasądzono, że spotka go tzw. damnatio memoriae – wymazanie imienia ze wszystkich możliwych dokumentów.
Jak widzimy, wyroku nie wykonano nazbyt skrupulatnie, do dziś znamy bowiem godność podpalacza. Wiele wieków później połączono ją ze schematem działania osób, które wymagają stałej aprobaty i nieustannie starają się zwrócić na siebie uwagę otoczenia, ukuwając termin „kompleks Herostratesa”. Wydaje się, że cierpiał na niego chociażby zabójca Johna Lennona.
Grób cesarzowej Sisi w maju 2023 roku
Lucheni, popełniwszy samobójstwo w genewskiej więziennej celi w 1910 roku, przez długie lata nie zaznał spokoju. Zwłoki Włocha zakonserwowano bowiem w formaldehydzie, a do roku 2000 wystawiano je na widok publiczny w wiedeńskim Narrenturm.
Szewc z Efezu, choć stracił życie, zyskał rozgłos, o którym marzył – do jego czynu odwołujemy się wszak do dziś. Inaczej stało się w wypadku Luigiego Lucheniego. Jego nazwisko, poza miłośnikami historii habsburskiej cesarzowej, mało kto dziś pamięta. Kwiaty i inne dowody niegasnącej pamięci ludzie składają natomiast przy grobie Elżbiety w Krypcie Cesarskiej w Kościele Kapucynów. Choć całe życie uciekała od rozgłosu, ze wszystkich bohaterów tej opowieści to ona zdobyła go w sposób najbardziej skuteczny.
To, co wielkie i ważne, nierzadko zaczyna się od podróży. Powstanie Rzymu – jednego z najpotężniejszych imperiów w historii – również poprzedzała tułaczka. Trwała 7 lat, a jej bohaterem był Eneasz – syn Trojańczyka Anchizesa i bogini Wenus. Wyruszył on spod zburzonej Troi ku brzegom Italii; po drodze odwiedził m.in. Trację, Delos, Kretę i Kartaginę. Przybywszy, po licznych przygodach, do Lacjum, założył nowe miasto-państwo i dał początek rodowi julijskiemu. Historię tę opisał Publiusz Wergiliusz Naso, największy rzymski wieszcz i godny następca greckiego Homera, twórca narodowej rzymskiej epopei, którą, od imienia głównego bohatera, nazywamy Eneidą. Uważana za najsłynniejszy tekst napisany w języku łacińskim, od wieków zachwyca ona melodyjnym heksametrem i stanowi niewyczerpane źródło inspiracji dla poetów, pisarzy i artystów.
Dzieje wiekopomnej wędrówki ku brzegom Półwyspu Apenińskiego postanowiła teraz przypomnieć bolońska autorka Marilù Oliva. W 2020 roku spory sukces odniosła we Włoszech jej poprzednia powieść L’Odissea raccontata da Penelope, Circe, Calipso e le altre. Podobnie jak w wypadku Odysei, także teraz starożytny epicki poemat zyskuje formę powieści, zaś głos oddany zostaje nie bohaterowi, a bohaterkom historii. Losy Eneasza referuje nam więc Dydona, legendarna królowa Kartaginy, z którą Trojańczyka połączył płomienny romans, oraz boginie: Wenus (jego rzekoma rodzicielka) i Junona. Co więcej, za sprawą jednej tylko, ale znaczącej zmiany w fabule (której przybliżenie tutaj stanowiłoby niewątpliwy spoiler), kochanka Eneasza towarzyszy nam aż do samego końca tej historii, w przeciwieństwie do wersji starożytnej.
Wergiliusz, korzystając z mecenatu Augusta, pracował nad Eneidą 10 lat. Tekst nie spełniał jednak do końca jego własnych oczekiwań i ambicji. Złożony chorobą i przeczuwając zbliżającą się śmierć, Naso umieścił w swoim testamencie zapis nakazujący spalenie autografu, a jego treść określił mianem dzieła niewykończonego i niegodnego publikacji. Wola poety nie została jednak spełniona: na polecenie Augusta epopeję zredagowali i wydali literaci Lucjusz Wariusz Rufus i Plocjusz Tukka. Ich praca nad Eneidą obejmowała m.in. zmianę kolejności niektórych ksiąg i usunięcie wierszy, które uznali za zbędne.
Polskie wydanie powieści zachwyca pod względem estetyki: okładka jest piękna i bardzo starannie wykonana
Czytając retelling Olivy, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że i w wypadku jej tekstu zabrakło właśnie takiego ostatecznego szlifu, który z powieści poprawnej uczyniłby książkę dobrą, a może nawet bardzo dobrą. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że postawienie w tym samym rzędzie wybitnego rzymskiego twórcy i jednej z wielu popularnych autorek współczesnych stanowi dość szczególny wyraz libertas, z jakiej korzystam przy pisaniu tej notki. Ot, hiperbola pozwalająca wyjawić, że powieść wywarła na mnie wrażenie szkicu. Niektóre rozdziały czytałam z zainteresowaniem, inne zdawały mi się katalogiem bitew i listą nazwisk wojowników. Autorka w posłowiu podkreśla, że, z wyjątkiem wspomnianej wcześniej zmiany w fabule, opisując losy Eneasza, pozostała wierna Wergiliuszowi. Być może to właśnie ta wierność sprawia, że powieść nie okazała się dla mnie porywająca. W moim odczuciu na korzyść wyszłoby jej pominięcie pewnych elementów historii, kolejnych imion czy nazw geograficznych i nadanie psychologicznej głębi fragmentom, które, zgodnie z tytułem, stanowić powinny jej fundament.
O dziele Wergiliusza zwykło się mówić, że jego najważniejszym walorem jest forma – wycyzelowany, melodyjny heksametr, zaskakujące środki stylistyczne i wyrafinowane figury retoryczne. I właśnie z formą włoska autorka poradziła sobie nieco lepiej. Mocno stylizowany, archaizujący język powieści zaskoczył mnie swoją wartkością, a połączenie różnorodnych rejestrów dodało tekstowi kolorytu. Tłumaczowi polskiego wydania, Mateuszowi Kłodeckiemu, należą się tu ukłony i wyrazy uznania.
Jak już powiedzieliśmy, podróż nierzadko staje się początkiem czegoś ważnego. Czy tak było i tym razem? Niestety nie dla mnie – opowiedziana na nowo wędrówka Eneasza nie obudziła we mnie pasji, nie stanowiła źródła nadmiernych wzruszeń czy refleksji. Nadal wypatruję retellingu Eneidy porównywalnego chociażby z Pieśnią o Achillesie Madeline Miller, mistrzowsko przybliżającej historię wojny trojańskiej. Homer tworzył jednak kilka wieków przed Wergiliuszem. Być może przyjdzie mi więc jeszcze trochę poczekać.
Marilù Oliva, Eneida. Najpiękniejsza w dziejach historia o miłości, zdradzie i rozpaczy, tłumaczył Mateusz Kłodecki, Znak, Kraków 2023
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W te wakacje, w ramach weekendowego Codziennika “Lente”, przyjrzymy się różnym aspektom śródziemnomorskiego dnia powszedniego, zgodnie z poniższą zapowiedzią:
Letnia codzienność nie istnieje bez lodów. Kto je wymyślił? Jak znaleźć te najsmaczniejsze? Co zimnego i pysznego można zjeść poza tradycyjnym gelato i jak konsumować, żeby upodobnić się do mieszkańców Śródziemnomorza? Zapraszamy na chłodzący odcinek Letniego Codziennika “Lente”!
Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W te wakacje, w ramach weekendowego Codziennika “Lente”, przyjrzymy się różnym aspektom śródziemnomorskiego dnia powszedniego, zgodnie z poniższą zapowiedzią:
Śródziemnomorskie targowiska kuszą feerią barw rozmaitych produktów, oszałamiają zapachami ziół i przypraw, wabią cenami zdecydowanie niższymi niż w galeriach handlowych. Są też wspaniałym miejscem obserwacji południowego stylu życia i bycia. Na co zwrócić uwagę podczas zakupów? Co robić, aby poczuć się jak miejscowy? Wybierz się z nami na targ, to wspaniałe doświadczenie!
Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:
— Quattro grandi, per favore — mówię i oglądam, jak chrupiące, pokryte charakterystycznymi bąbelkami rurki wypełniane są słodkim, kremowym nadzieniem z ricotty. Kilka sprawnych ruchów cukierniczej szpachli i chwilę później niosę kartonowe pudełko ze słodką zawartością po uliczkach Marsali. Smakowite chwile z cannoli siciliani to jedno z moich ulubionych sycylijskich wspomnień. Koniecznie muszą być świeżo napełniane, bo tylko wtedy kruche, lekko listkujące ciasto pozostanie chrupiące — z biegiem czasu rurki miękną od nadzienia. Słodkie cannolo i mocna kawa to dla mnie idealny początek każdego wakacyjnego dnia.
Według legendy, ten słynny na cały świat sycylijski deser pochodzi z czasów arabskiego panowania na wyspie. Miały go stworzyć mieszkanki haremu w Caltanissetcie, które umilały sobie czas oczekiwania na kochanków przygotowywaniem wykwintnych deserów. Niezależnie od korzeni, cannoli stały się nieodłącznym elementem karnawałowego menu, a z czasem awansowały na całoroczny przysmak. Dzisiaj kupimy je w każdej cukierni na Sycylii.
Cannoli w cukierni na Sycylii
Tradycyjne kruche ciasto na rurki wyrabia się z mąki, cukru i smalcu, aromatyzując je słodkim winem marsala lub cynamonem, a potem smaży w głębokim tłuszczu. Do kremu z owczej ricotty często dodaje się kawałki ciemnej czekolady i kandyzowane cytrusy. Chrupiące rurki muszą być nim wypełnione po brzegi, udekorowane czekoladą, skórką pomarańczy w cukrze, posiekanymi pistacjami lub kandyzowanymi wiśniami.
Moją ulubioną częścią sycylijskich cannoli jest właśnie krem: z wyraźnie wyczuwalną nutą owczego mleka, nie za słodki, idealnie przełamany gorzką czekoladą. Mogłabym jeść go łyżką. I to właśnie polecam Wam zrobić: podać krem do cannoli w pucharkach, jako lekki, letni deser. Dobrze schłodzony krem świetnie smakuje z maczanymi w nim maślanymi ciasteczkami. Jego słodycz można przełamać dodatkiem kwaskowatych malin.
Przepis: Kremowy deser “cannolo siciliano”
500g owczej ricotty, dokładnie odsączonej
50 g cukru pudru
skórka starta z jednej cytryny
3 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczy
3 łyżki kropelek z gorzkiej czekolady (lub posiekanej gorzkiej czekolady)
owoce lub maślane ciasteczka do dekoracji
Ricottę ubijamy mikserem z cukrem pudrem na gładką masę.
Dodajemy skórkę z cytryny, kandyzowaną pomarańczę i kropelki czekoladowe.
Mieszamy.
Schładzamy w lodówce przez co najmniej 30 minut.
Podajemy z maślanymi ciasteczkami albo sezonowymi owocami.
Automatyczne drzwi rozsuwają się i w twarz bucha mi gorące powietrze. Brakuje w nim tlenu. Niemal się duszę. To powietrze w ogóle się nie porusza, jest jak rozgrzany roztwór żelatyny – ani smaczne, ani pachnące, ani zaspokajające pragnienie. Otwieram szeroko usta, by nabrać go więcej. Już dobrze. Czas ruszać w drogę.
Wychodzę z hali przylotów lotniska im. Ben Guriona. Mniej więcej o tej samej porze roku wychodziłem z niej niegdyś po raz pierwszy. Wtedy haust gęstego ciepłego powietrza był odpowiedzią na zaskoczenie, spontanicznym odruchem osłupiałego człowieka z Północy, który nie potrafi nawet oddychać tutejszym powietrzem. Tak było kiedyś. Tym razem czekałem na spotkanie ze ścianą gorąca i łyk tego niesmacznego roztworu żelatyny. Bardzo się za nim stęskniłem. Uzależnił mnie od siebie ten niewielki skrawek lądu, jak wielu innych. Tylu chce tu wracać. Tylu marzyło o powrocie, lecz nie był im dany. Tylu wróciło i nie zamierza się stąd ruszać.
***
Żydzi i Rzymianie, Bizantyjczycy i Arabowie, krzyżowcy i Osmanowie, Napoleon i Wilhelm II Hohenzollern, rosyjscy carowie i generałowie imperium brytyjskiego, kibucnicy i czarni Żydzi z Etiopii, a także niezliczone rzesze innych: wyznawców judaizmu, chrześcijan, muzułmanów i niereligijnych. Niezależnie od czasów i okoliczności, przybywając na wschodnie wybrzeże Morza Śródziemnego wszyscy twierdzili, że wracają do siebie, do swojej własności, domu, który to właśnie im się należy, bo został im obiecany. Wielu pragnęło tej ziemi. Ci, którzy ją zdobywali, odciskali na niej swoje piętno, by uczynić ją jeszcze bardziej swoją, a ci, którzy ją tracili, w miarę rozłąki jeszcze bardziej jej pożądali i obmyślali plany – niekiedy opętańcze – zniszczenia konkurentów. Plany powrotu.
Jerozolima z lotu ptaka, fot. AVRAHAM GRAICER / Wikimedia, CC BY-SA 4.0
Nie ma chyba drugiego miejsca na świecie, którego tak namiętnie by pożądano, do którego tylu ciągnęłaby jakaś niewytłumaczalna siła, które tak wielu byłoby nieobojętne. Być może tłumaczy to fakt, że opowieści o tej ziemi towarzyszą nam od najmłodszych lat, przeniknęły naszą kulturę, wrosły w nią tak mocno, że stały się mitami, archetypami istniejącymi w naszej nieświadomości, zarówno tej indywidualnej, jak i zbiorowej. Chcemy tego czy nie, obszar lądu rozpięty z zachodu na wschód pomiędzy Morzem Śródziemnym a Jordanem, zaś z północy na południe między Wzgórzami Golan a Morzem Czerwonym, odbieramy jako bliżej nieokreśloną mieszankę Ziemi Obiecanej, Królestwa Niebieskiego i czegoś na wzór krainy z Baśni tysiąca i jednej nocy, spływającej oliwą z oliwek, pachnącej kurkumą, rzymskim kminem albo biblijnym hyzopem czy imbirem, który Koran wskazuje jako przyprawę czekającą na wybrańców w Raju. Proporcje tej zapachowo-smakowej mieszanki są dla każdego inne i zależą od tego, gdzie i kto zaszczepiał mu te tkwiące głęboko w podświadomości archetypy.
***
Przyloty/Odloty – taki tytuł nosi kolumna weekendowego wydania telawiwskiego dziennika “Haaretz”. Reporterka Liat Elkayam zaczepia na lotnisku podróżnych: Björn Oettinghaus, 33-latek ze Szwajcarii, przyleciał na festiwal; Daria Shapira, osadniczka z Kfar Eldad na Zachodnim Brzegu Jordanu, wróciła po jednodniowym pobycie w Paryżu, z lotniska pędzi do przedszkola, by odebrać dziecko; mieszkanka Tel Awiwu Galia Weber wraca po kilkunastodniowym pobycie w Stanach Zjednoczonych. Spędziła tam święta bez męża i dzieci. Tęskniła. Narzeka, że w Izraelu wszystko jest za drogie. Rodziny nie stać na własne mieszkanie, mimo że wraz z mężem pracują przy najnowocześniejszych technologiach. Nawet nie myśli jednak o opuszczaniu Izraela. To jej dom.
***
Dla Żyda z diaspory imigracja do Izraela to nie zwykła przeprowadzka, to także więcej niż powrót do ziemi przodków. Tutaj każdy żydowski osiedleniec to olim, czyli „wznoszący się”, a jego przybycie to alija – „podniesienie”, wejście na wyższy poziom.
Batya Wieczorek w Polsce była Basią, w Izraelu osiadła ponad dwa lata temu. Swój przyjazd traktuje jako powrót do korzeni, do tożsamości żydowskiej, historii swojego narodu. – Zamieszkałam w kraju, z którego się wywodzimy, na terenie, który stanowi o naszym jestestwie jako narodu żydowskiego – wyjaśnia. – Mogę powiedzieć, że wróciłam do domu, choć przecież nie mieszkałam tu ani ja, ani od setek lat moi przodkowie.
Każdy olim ma się czuć chciany i potrzebny, wyczekiwany. Po wyjściu z samolotu ma wszystkie prawa obywatelskie. Kraj czeka na niego i na to, co ma do zaoferowania. Batya pamięta, że po wyjściu z samolotu podekscytowanie przesłoniły jej zmęczenie i irytacja. – Czekam w kolejce do biura, potem w następnej… Pracownicy mówią po rosyjsku, bo spodziewają się głównie przybyszów z krajów byłego ZSRR. Niczego nie rozumiem. W końcu odsyłają mnie do grupy Amerykanów – opowiada. To z przybyszami zza oceanu spędziła kilka kolejnych miesięcy w ośrodku absorpcyjnym. – Wyglądał jak podrzędny akademik. Karaluchy były ogromne. Na szczęście polowały na nie bezpańskie koty, więc nie było tak źle.
Ośrodek wybrała świadomie, chciała osiąść w Jerozolimie, w religijnym środowisku. Intensywnie uczyła się hebrajskiego, regularnie zaliczała klasówki i zadania domowe. – Komuś, kto odzwyczaił się od stałej nauki i miał w życiu nieco samodzielności, trudno się na nowo przyzwyczaić do takich ograniczeń. A także do tego, że przez kilka miesięcy trzeba dzielić pokój z obcą osobą – opowiada Batya, ale z drugiej strony przyznaje, że to w ośrodku absorpcyjnym, wśród innych olim, nawiązała najtrwalsze przyjaźnie. – Stali się dla mnie nową rodziną. Przeżywanie tego samego w tym samym czasie, wspólne zmaganie się z nową sytuacją, dociekanie, jak założyć konto w banku i załatwić wszystkie sprawy bytowe bez znajomości języka – to zbliża. Jakby to nie brzmiało, wróciwszy do domu, dobrze kogoś poznać, żeby nie być samemu.
***
Reka Tamas pozuje do zdjęcia z narzeczonym i walizkami; właśnie wróciła z Budapesztu, gdzie spędzała Boże Narodzenie z rodziną, choć jest Żydówką, podobnie jak jej matka. Przyznaje, że wybrała Izrael na dom, bo mogła liczyć na pomoc socjalną. Uznała, że będzie jej łatwiej. Barr Levi Lev-Ari też wraca z Budapesztu. Wybrał Węgry, bo bilety były najtańsze. Przy okazji stamtąd pochodzi jego dziadek, więc uznał, że odwiedzi to miejsce, by „odhaczyć” kolejną z rzeczy na liście tych, które musi zrobić w życiu.
***
Hana Elazar ma się za pełnoprawną Izraelkę. Spędziła tu prawie całe życie – niemal 40 lat. Urodziła się w etiopskiej wiosce, ale w 1977 roku udało jej się dotrzeć do wymarzonego kraju. – Wróciłam do domu – mówi krótko. – Nie ma znaczenia, że, przyjeżdżając tutaj, nie potrafiłam wydusić z siebie słowa po hebrajsku, ani nie wiedziałam, co to elektryczność i jak obsługiwać najprostsze urządzenia. Przez dwa tysiące lat nasi przodkowie modlili się, by tu wrócić. Mnie się udało.
Falasze, czarni Żydzi, przez wieki zamieszkiwali północne rubieże Etiopii. Zachowywali tradycję, rytuały, pamięć i tęsknotę za Syjonem. W ostatnich dziesięcioleciach zaczęli docierać do Izraela. W połowie lat 80. izraelskie siły powietrzne przeprowadziły operację „Mojżesz”, w ramach której przetransportowano kilka tysięcy falaszów. Na początku lat 90. dołączyło do nich kolejnych kilkanaście tysięcy przesiedlonych w ramach operacji „Salomon”. Inni docierali na własną rękę. Dziś jest ich w Izraelu ponad 130 tysięcy.
Operacja Salomon, fot. Tsvika Israeli
– Choć mieszkam tu prawie 40 lat, wciąż czuję się nieswojo – wyjaśnia Hana. – Dla wielu rodaków największe znaczenie nadal ma nie to, kim jestem, ale jaki mam kolor skóry. Jednak to mój dom. Nie ma innego miejsca dla Żydów. To nasza ziemia i tu żyjemy razem z naszymi braćmi. Musimy ich nauczyć, jak powinni nas traktować. Do niedawna moje dzieci, urodzone w Izraelu, obowiązywały inne prawa dotyczące edukacji niż innych żydowskich rówieśników. Udało się to zmienić. W Etiopii nie moglibyśmy nawet demonstrować przeciw niesprawiedliwości. Tu możemy i odnosimy sukcesy. Ale jeszcze wiele pracy przed nami, by sprawiedliwie podzielić obowiązki w naszym domu. Dużo trzeba zmienić, ale chcemy to robić – mieć wpływ. Mimo trudności, tu jesteśmy wolni, nie musimy ukrywać naszej tożsamości. Jesteśmy u siebie.
***
Georgina Caljolari z Ejlatu właśnie wylatuje do Argentyny, gdzie mieszka jej matka; Yvette Khalaf ma 57 lat, przyleciała z Bostonu. Tam mieszka, choć urodziła się w Jerozolimie. Wyjechała przed niemal czterdziestu laty – po ślubie. Wyszła za Palestyńczyka pochodzącego z Ramallah, ale mieszkającego w Stanach Zjednoczonych. – To było w latach 60. – opowiada kobieta. – Gdy się poznaliśmy, chciał wrócić, ale nie dostał pozwolenia od tutejszych władz, więc to ja wyjechałam – dodaje. Dotąd odwiedzili rodzinne strony tylko dwa razy, teraz przyjechali na ślub kuzynki. Yvette planuje wrócić na jerozolimskie Stare Miasto, gdzie mieszkała jej babcia, i do Rosz Hanikra, miejsca na północy kraju, którego piękno zachwyciło ją, gdy odwiedziła je jako 10-latka. Kobieta z rodziną wyruszy, jak tylko wszyscy przejdą dodatkową kontrolę bezpieczeństwa. Czeka na męża i córkę od dwóch godzin. – Nie złoszczę się, chcę tylko mieć takie prawa, jak inni. Urodziłam się tutaj – wyznaje.
***
Dla Palestyńczyków słowo „powrót” ma szczególne znaczenie. O ile każdy Żyd ma prawo do osiedlenia się w Izraelu i uzyskania obywatelstwa, o tyle prawo do powrotu dla pochodzących z tych ziem Arabów jest jedną z najpoważniejszych przyczyn konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Gdy w 1948 roku powstawało państwo żydowskie, kilkaset tysięcy arabskich uciekinierów otrzymało status uchodźcy, który odziedziczyły po nich miliony ich potomków. Umożliwienie im wszystkim powrotu jest niezmiennie jednym z podstawowych warunków rokowań pokojowych ze strony palestyńskiej. Powrót ten oznaczałby, że państwo żydowskie przestałby być żydowskie, więc między innymi dlatego proces pokojowy tkwi w martwym punkcie.
Profesor Mohammed Dajani Daoudi w Auschwitz
Profesor Mohammed Dajani Daoudi pochodzi z jednego z najznamienitszych jerozolimskich rodów. W XVI wieku protoplasta szejk Ahmad Dajani otrzymał od sułtana Sulejmana Wspaniałego tytuł Daoudi – opiekuna grobu króla Dawida. Gdy w 1967 roku Izraelczycy zdobyli całkowitą kontrolę nad miastem, zajęli także ów grób, a klan Dajani stracił część posiadłości i wpływów. – Zniszczyli rodzinne sarkofagi w nekropolii Dawida, wymazali wszystkie ślady naszej świetności – ubolewa profesor. Nie zatrzymuje się jednak na gniewie i żądzy zemsty. Woli zmieniać przyszłość. Założona przez niego organizacja Al-Wasatia, której nazwę można tłumaczyć jako „umiarkowanie”, działa na rzecz promocji nowoczesnego, postępowego i zrównoważonego islamu, nawołuje do dialogu z Żydami, a nie walki. Palestyński uczony zdaje sobie sprawę, że jest w mniejszości, ale nie traci zapału. Kilka lat temu zabrał grupę studentów z Uniwersytetu Al-Quds do Auschwitz, żeby poznali historię i wrażliwość Żydów. Uznano go za zdrajcę, grożono śmiercią i wyrzucono z uczelni. Chciałby wrócić, ale ma wątpliwości, który powrót jest mniej prawdopodobny: czy ten do sprawowania opieki nad grobowcem starożytnego patriarchy, czy ten do nauczania studentów.
***
Mayaan Cook przed rokiem wyemigrowała do Holandii, gdzie otworzyła z mężem knajpę z hummusem. – Wracając do Izraela, nie muszę jeść hummusu, ale za to rzucam się na burki [nadziewane placki] – mówi wychodząc z terminalu. – O! Czuję ich zapach!
Dina Feder przybywa z Nowego Jorku; jak sama mówi, jest joredet (zniżającą się, schodzącą, kimś kto opuścił Izrael), co roku wpada jednak w odwiedziny. Wyjechała przed trzydziestu laty dla męża, bardzo lubi Amerykę, ale przyznaje, że nigdzie na świecie nie poczuje się tak dobrze, jak w Izraelu.
Zdjęcie główne: Crispin Semmens/ Flickr, CC BY 2.0
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W te wakacje, w ramach weekendowego Codziennika “Lente”, przyjrzymy się różnym aspektom śródziemnomorskiego dnia powszedniego, zgodnie z poniższą zapowiedzią:
Śródziemnomorska kawa to nie tylko espresso i cappuccino. Dowiedz się, jak kawę piją Hiszpanie, Izraelczycy czy Turcy; wypróbuj nowe receptury i poznaj kawowe rytuały, które pozwolą Ci się przenieść na Południe.
Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:
Jakże często nasze wyobrażenia o sobie nie przystają do tego, jak jesteśmy postrzegani. Dino Buzzati, mistrz słowa, autor Pustyni Tatarów i dziesiątek opowiadań, które głęboko zapadają w pamięć czytelników, czuł się przede wszystkim… malarzem. Nie bez racji powtarzał, że obrazy mają ogromną moc oddziaływania, są uniwersalne i, w przeciwieństwie do słów, nie muszą przekraczać językowych granic. Przy okazji, kto dziś pamięta, że zapalonym malarzem był też Hermann Hesse, autor Gry szklanych paciorków czy Wilka stepowego?
Przenikanie się sztuk
Czuję się ofiarą okrutnego błędu. Jestem malarzem, który przez przedłużający się czas zajmuje się pisaniem – powtarzał Buzzati. Pytany o hobby, odpowiadał, że jest nim właśnie pisanie. Malarstwo traktował jak prawdziwą sztukę. Jednak obie dziedziny, podkreślał, prowadziły go do tego samego celu: opowiadania wyśnionych, głęboko przemyślanych historii.
Dino Buzzati, La Piazza del Duomo di Milano
Jeden z jego najbardziej znanych obrazów to surrealistyczny pejzaż z mediolańską katedrą. Plac przed Duomo porasta zieloną łąką, a sama katedra i otaczające plac budynki są mutacją majestatycznych Dolomitów i ruin. Buzzati stworzył obraz na konkurs dla malujących pisarzy, do którego zaproszono go w 1952 roku. Jednak o tym, jak Buzzati rysował, możemy się przekonać także czytając. Warto zajrzeć do jego baśni dla dzieci Słynny najazd niedźwiedzi na Sycylię (1945). Pisarz najpierw stworzył ilustracje, a dopiero potem dopisał do nich historię dzielnych niedźwiedzi, które pokonały złego władcę, aby następnie przegrać ze swoim łakomstwem i próżnością. W 1969 roku natomiast pisarz opublikował Poemat w obrazkach – poetycki komiks inspirowany mitem o Orfeuszu i Eurydyce, uznawany za pierwszą włoską powieść graficzną.
Polskie tłumaczenia
Polski czytelnik mógł poznać jedynie część literackiej spuścizny Buzzatiego, ale jest to część zasadnicza, jej serce. W 1977 roku nakładem PIW ukazała się najsłynniejsza powieść Buzzatiego – Pustynia Tatarów (drugie wydanie – Wydawnictwo Dolnośląskie, 2005): gęsta od znaczeń, symboliczna, choć z pozoru prosta historia Giovanniego Drogi, żołnierza, który spędził życie w Twierdzy Bastiani, czekając na działania wojenne. Buzzati szybko zyskał miano włoskiego Kafki. Powieść do dziś zachwyca, nie utraciła nic ze swej aktualności. Doskonale wpisuje się w każdy czas i okoliczności – jest po prostu arcydziełem.
Po polsku ukazały się także tomy opowiadań Polowanie na smoka z falkonetem i Sześćdziesiąt opowiadań, wspomniany już Słynny najazd niedźwiedzie na Sycylię oraz powieść O pewnej miłości. W tłumaczeniu Katarzy Skórskiej, w roku 2019, opublikowano Poemat w obrazkach (wyd. Czuły Barbarzyńca Press). Rozproszonych tekstów Buzzatiego można też szukać w pismach literackich, np. „Literatura na świecie”.
Buzzati jako młody chłopak
Droga do dorosłości
Zanim jednak przyjrzymy się Pustyni Tatarów i opowiadaniom, kilka słów o samym autorze – człowieku pełnym sprzeczności, który, wiodąc życie spokojne z pozoru i osiadłe, przeżył więcej, niż niejednemu może być dane.
Dino Buzzati urodził się 16 października 1906 roku na północy Włoch, w otoczonym Dolomitami San Pellegrino, w prowincji Belluno. Rodzice Buzzatiego mieli tam dom, ale większą część roku spędzali w Mediolanie. Pochodzący z Belluno ojciec, Giulio, był profesorem prawa międzynarodowego, a matka – Alba z domu Mantovani, wenecjanka, była siostrą pisarza Dina Mantovaniego.
Z wakacji spędzonych w Belluno Dino Buzzati wyniósł wielką miłość do gór. Najsilniejsze wspomnienia z dzieciństwa to te, które wiążą się z miejscem moich narodzin, Doliną Belluno, otoczoną dzikimi górami – napisze później we wspomnieniach. Ukochane góry były nieustannie obecne w twórczości Buzzatiego – tej literackiej i tej plastycznej. Przez całe życie uprawiał alpinizm; każdą jesień starał się spędzać w górach.
Podczas wspinaczki
W dzieciństwie Dino uczył się grać na pianinie i skrzypcach. Zawodowym muzykiem nie został, ale zajmował się potem krytyką muzyczną, pisał libretta. Jego młodzieńcze fascynacje literackie to m.in. sztuka egipska, opowieści niesamowite Edgara Allana Poego i E. T. A. Hoffmanna. Zachwycił się też prozą Dostojewskiego. Chętnie rysował i pisał – jego juwenilia to m.in. poemat o Ozyrysie oraz proza poetycka Pieśni o górach.
Artystyczne zainteresowania szły jednym torem, a wykształcenie Dina drugim, praktycznym. Tak jak ojciec, miał zostać prawnikiem. Studia skończył, ale prawem się nie zajął. Po służbie wojskowej, którą zakończył w stopniu porucznika, w 1928 roku rozpoczął pracę w „Corriere della Sera”. Pozostał tam na długie lata, przechodząc wszystkie szczeble kariery dziennikarskiej. Nie porzucił dziennikarstwa nawet wtedy, gdy stał się sławnym pisarzem, dramaturgiem i scenografem. Ostatni artykuł Buzzatiego ukazał się na łamach „Corriere” 8 grudnia 1971 roku. Tego samego dnia został przewieziony do mediolańskiego szpitala La Madonnina. Zmarł 28 stycznia 1972 roku. Cierpiał na raka trzustki, tę samą chorobę, która przed laty zabrała jego ojca.
Buzzati w pracy
Kontrasty, sprzeczności i poszukiwanie harmonii
Życie Buzzatiego obfitowało w sprzeczności. Był miłośnikiem gór, ale w czasie wojny służył na morzu, w królewskiej marynarce wojennej. Początkowo praca w „Corriere della Serra” napawała go strachem, że spędzi nudne życie za biurkiem – odbicie tych lęków znajdziemy w Pustyni Tatarów. Dość szybko jednak zaczął wyjeżdżać jako korespondent: do Palestyny, Grecji, Libanu i Afryki.
Buzzati marzył o miłości, która trwać będzie długo, ale jego pierwsza ukochana, Beatrice Giacometti, zmarła niespodziewanie na zapalenie otrzewnej. Jego kolejne związki miłosne były skomplikowane, pełne zazdrości, nieporozumień i cierpienia; pisarz często czuł się samotny. Ukojenie znalazł dopiero pod koniec życia. 8 grudnia 1966 roku Dino Buzzati, wtedy 60-letni, poślubił podczas cichej ceremonii młodszą od siebie o 35 lat modelkę Almerinę Antoniazzi. Nazywał ją swoim aniołem wybawicielem. Niestety, jak wspominała Almerina po latach w wywiadzie dla „Io donna”, na szczęśliwym skądinąd małżeństwie cieniem kładła się fatalna fascynacja Dina Silvaną L., która zainspirowała pisarza do stworzenia postaci młodej tancerki z La Scali, Laide, bohaterki powieści O pewnej miłości (napisanej w 1959, a wydanej w 1963 roku).
Z Almeriną
Realizm magiczny
Pisarstwo i malarstwo Buzzatiego to fantastyczne światy, surrealistyczne opowieści rozgrywające się na granicy jawy i snu. Na co dzień Dino pracował jednak jako dziennikarz. W wywiadach tłumaczył, że jedno drugiemu nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – swoje magiczne opowieści pisze z taką samą pieczołowitością i dbałością o szczegóły, jak artykuły prasowe. Z kolei jego teksty dziennikarskie ocierały się o poezję – jako przykład podawany jest m.in. tekst o katastrofie lotniczej na wzgórzu Superga, która wydarzyła się 4 maja 1949 roku. Niewielki samolot z 31 osobami na pokładzie z powodu złej widoczności uderzył wtedy w marmurową bazylikę; wszyscy zginęli[1].
Pisarza fascynował wojskowy dryl, choć nie zdecydował się na karierę w armii. W Pustyni Tatarów, której akcja rozgrywa się w wojskowej twierdzy, rygor jest źródłem opresji, ale też daje złudne poczucie bezpieczeństwa i zwalnia podlegających mu ludzi z obowiązku myślenia. Przez to ich życie staje się jałowym oczekiwaniem na kolejne rozkazy.
Kadr z filmu “Pustynia Tatarów”
Literackie początki
Pustynia Tatarów nie była pierwszą powieścią Buzzatiego. Wcześniej wydał Bàrnabo delle montagne. Bohaterem jest młody strażnik z Dolomitów, tytułowy Bàrnabo, pacyfista, niezdolny do użycia broni. Gdy okazuje się nieskuteczny w walce z uzbrojonymi bandytami, wycofuje się z pracy. Żyje w odosobnieniu, rozpamiętując przeszłe wydarzenia i szukając sensu życia. Powieść została sfilmowana w 1994 roku, reżyserował Mario Brenta.
Druga powieść Buzzatiego, opublikowana w 1935 roku, to Il segreto del bosco vecchio. Jest ona rozpiętą między realizmem a baśnią przypowieścią ekologiczno-filozoficzną, w której pojawiają się motywy charakterystyczne dla całej twórczości Buzzatiego: moment przejścia od młodości do dorosłości czy żal za bezpowrotnie utraconymi ideałami. Akcja rozgrywa się w tytułowym starym lesie, pełnym fantastycznych stworzeń, który chce zniszczyć pułkownik Sebastiano Procolo. Także ta powieść została sfilmowana. Premiera obrazu wyreżyserowanego przez Ermanno Olmiego przypadła na rok 1993. Aktor grający rolę Sebastiana, Paolo Villaggio, otrzymał nagrodę Nastro d’argento.
W połowie lat 30. Buzzati zainteresował się powieściami Franza Kafki. Był pod ich wielkim wrażeniem. W liście do przyjaciela Artura Brambillego pisał, że najbardziej kafkowski z ducha wydaje mu Zamek. Echa tych literackich fascynacji widać w późniejszej twórczości Buzzatiego – w opowiadaniach i Pustyni Tatarów.
Paolo Villaggio w filmie “Il segreto del bosco vecchio”
Giovanni Drogo i jego przeznaczenie
Pustynia Tatarów to najsłynniejsze dzieło redaktora z „Corriere della Sera”. Manuskrypt ukończył w 1939 roku, tuż przed wyjazdem do Addis Abeby. Pierwotnie powieść nosiła tytuł La Fortezza, ale wydawca poprosił o jego zmianę. Książka została opublikowana w 1940 roku. Recenzje miała świetne, a pierwszy nakład szybko się wyczerpał.
Historia wojskowego Giovanniego Droga napisana jest chłodnym, przejrzystym językiem, jakże charakterystycznym dla Buzzatiego. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie; narrator relacjonuje przypadki z dystansem, bez emocji. Akcja toczy się w nieznanym państwie, w nieokreślonym czasie. Drogo dostaje przydział do odległej, tajemniczej Fortecy Bastiani, która strzeże granicy zagrożonej atakiem Tatarów. Młodzieńcowi w drodze do celu towarzyszy złowróżbne i jednocześnie ekscytujące przeczucie, że nastąpi coś wielkiego. Forteca ma być zaledwie przystankiem w jego pełnym przygód i chwały życiu. Przystankiem, który – jak się potem okaże – stanie się jego przeznaczeniem; tam dopełni się jego los. Gdy Drogo przybywa do Fortecy, narrator stwierdza: Właśnie tej nocy zaczęła się dla niego nieodwracalna ucieczka czasu. Przekroczył próg upragnionej dorosłości i nawet tego nie zauważył, uśpiony marzeniami o tym, że ten moment wreszcie nastąpi i weźmie sprawy w swoje ręce[2].
Buzzati opisuje powolne przystosowywanie się do danej rzeczywistości, które jest podobne do osuwania się w letarg. Początkowe pragnienie ucieczki zamienia się w trwanie w znanej, ale bezpiecznej i nudnej codzienności. Drogo, który na początku niecierpliwie wygląda końca swojej służby, zostaje w Fortecy Bastiani 30 lat. W dniu, w którym może odejść, postanawia jednak zostać. Gdy nastąpi wreszcie atak od strony pustyni, wyczekiwany przez załogę twierdzy od dziesiątków lat, Drogo nie może już wziąć udziału w bitwie – jest chory i zostaje odesłany przez dowódców do miasta.
Pierwsze wydanie “Pustyni Tatarów” z 25 kwietnia 1940 roku
Przez karty książki przewijają się słowa „oczekiwanie”, „przyzwyczajenie”, „nadzieja”. Narrator raz po raz daje znak, że Drogo przegrywa swoje życie: Nie było przy nim nikogo, kto by mu powiedział: uważaj Giovanni Drogo! Życie wydawało się niewyczerpanym, upartym złudzeniem, chociaż jego młodość zaczynała już przekwitać[3]. Bo przecież: W pewnym momencie za naszymi plecami zamyka się ciężka brama, której zamki zatrzaskują się z błyskawiczna szybkością i za późno już, by wrócić[4].
Pustynia Tatarów jest przedmiotem licznych analiz i interpretacji. Badacze wskazują na pokrewieństwo z Procesem i Zamkiem Kafki, na mocne zakorzenienie w filozofii egzystencjalnej. Powieść daje szerokie pole do interpretacji: są w niej i krytyka ideologii totalitarnych, i głęboki pacyfizm (ukazała się na początku II wojny światowej). Buzzati wskazuje, jak zgubne mogą być wiara w mity i łatwowierne poddawanie się zwierzchnictwu. Powieść, którą napisał 36-letni wówczas Włoch, była zapowiedzią dramatu Czekając na Godota Samuela Becketta – kwintesencji obumierania i degeneracji świata.
W 1976 roku premierę miał film zrealizowany na podstawie Pustyni Tatarów, który wyreżyserował Valerio Zurlini. Główną rolę zagrał w nim Jacques Perrin, a w obsadzie były takie gwiazdy, jak Vittorio Gassman, Philippe Noiret, Fernando Rey, Francisco Rabal, Max von Sydow i Jean-Louis Trintignant. Jak napisał Tadeusz Miczka w Kinie włoskim, film ten to największe arcydzieło włoskiego „historyzmu onirycznego”. Film pozbawiony był tradycyjnej fabuły oraz zdarzeń i sytuacji realnych, które Zurlini zastąpił obrazami, słowami i dźwiękami tworzącymi materie przeczuć, oczekiwań, domysłów i niedopowiedzeń[5]. Filmowa Pustynia Tatarów, zrealizowana z wielkim rozmachem m.in. w irańskiej twierdzy w okolicy Bamu, zdobyła dwie włoskie filmowe nagrody Donatello – dla najlepszego filmu i reżysera.
Dino Buzzati, Le anime perse
Chłodna precyzja
Opowiadania Buzzatiego to także literackie mistrzostwo świata. Prosty język, bogactwo symboli, bolesny wręcz realizm, magiczno-fantastyczna fabuła i zaskakująca pointa. To przypowieści o ludziach, którzy zatracili swoje człowieczeństwo i uparcie dążą ku zagładzie. Krótkie formy prozatorskie Buzzatiego podszyte są ironią i humorem. Być może dlatego zyskał sobie miano „śmiejącego się Kafki”. Tom Sześćdziesiąt opowiadań został uhonorowany najważniejszą włoską nagrodą literacką Premio Strega.
Bohaterowie opowiadań bezwolnie poddają się losowi lub walczą o sprawy nieistotne, słuchając podszeptów najniższych instynktów. Ciąży nad nimi fatum. Nawet, gdy się buntują i próbują przekraczać granice, wysiłek na niewiele się zdaje – tak jak książę z opowiadania Siedmiu posłańców, kończą życie w samotności, bo ich zrywy są bezideowe.
W Człowieku, który chciał wyzdrowieć chory na trąd młodzieniec modli się, by wyzdrowieć i opuścić kolonię trędowatych. Gdy spływa na niego łaska i trąd ustępuje, okazuje się, ze świat poza leprozorium nie ma już dla niego żadnego znaczenia.
Jedno z najbardziej znanych opowiadań Buzzatiego to Siedem pięter – kafkowska metafora życia. Bohater Giuseppe Corte udaje się do słynnej kliniki, by wyleczyć „chorobę o łagodnym przebiegu w początkowym stadium”. Ma lekką gorączkę, ale jest pełen wigoru, nadziei i ufności. Najpierw dostaje pokój na siódmym piętrze, gdzie leżą najlżej chorzy. Potem, pod byle pozorem, zostaje przenoszony na niższe piętra, przeznaczone dla osób w poważniejszym stanie. Lekarze twierdzą, że to tymczasowe, że niebawem wróci na siódme piętro. Corte, niczym Józef K., ulega działaniu wyższych sił. Aż w końcu, na pierwszym piętrze, gdzie leżą terminalnie chorzy, zamyka oczy na zawsze.
Bohaterowie opowiadań Buzzatiego dostają dziwne przesyłki – np. elegancko opakowane bomby wodorowe. Z zaświatów odwiedzają ich dawni przyjaciele albo muszą zmagać się ze złowrogimi mieszkańcami niesamowitych miejsc. W Panice w La Scali (1948) Buzzati opisał mediolańską burżuazję, która daje posłuch plotkom, że miasto przejmują tajemniczy i groźni Morzi. Panie i panowie w eleganckich toaletach zamykają się w budynku opery i drżą ze strachu, że spotka ich coś złego. Gdy jeden z nich wreszcie odważy się wyjść na zewnątrz, widzi, jak Mediolan spokojnie budzi się ze snu. Opowiadanie odczytywano jako metaforę lęku przed zalewem komunizmu. Po latach widać jego uniwersalność, bo lęk jest w nas obecny bez względu na okoliczności.
Literackie i malarskie, fantastyczne światy Buzzatiego zapełniają postaci boleśnie realne, które muszą sobie radzić z wszechogarniającą nieuchronnością przeznaczenia. Czasem udaje im się uciec przed złem, ale możliwe jest to tylko wtedy, gdy mają czyste serca. Bywa, że ucieczką jest śmierć – tak jak w przypadku Droga z Pustyni Tatarów, Cortego z Siedmiu pięter czy herszta rozbójników z Napadu na konwój. Każdy tekst, każdy rysunek jest jak przewrotne memento. Aż chciałoby się przypomnieć słowa Szekspira z Burzy: piekło jest puste, a wszystkie diabły są tutaj.
Lepiej czytać powiadania Buzzatiego i jego powieści, niż czytać o nich. Pozostaje więc tylko życzyć wiele czasu na inspirujące (i trzeźwiące) lektury. I nie zapominajmy o twórczości plastycznej utalentowanego mediolańczyka. On sam bardzo tego chciał.
[1] Zob. L’ultima Veglia di Torino ai trentun caduti di Superga, Dino Buzzati, 5 maja 1949 r.
[2] Pustynia Tatarów, tłum. Alojzy Pałłasz, PIW 1977, s. 40.
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W drugim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej wędrówki po śródziemnomorskich szlakach, bowiem tematem roku jest PODRÓŻ. Przygotuj plecak, włóż wygodne buty – i nie zapomnij słuchawek!
Zapraszamy Was dziś do wspólnych śródziemnomorskich wojaży z Elżbietą Bawarską: od Wenecji po Triest, od Neapolu po Rzym, od Troi po Korfu, Gibraltar i Lazurowe Wybrzeże. Towarzysząc cesarzowej w odkrywaniu siebie i świata, dowiemy się także, co fascynowało ją w postaci Achillesa, dlaczego Korfu od zawsze związane jest z poszukiwaniem domu, jaka jest śródziemnomorska symbolika jej ukochanego kwiatu – fiołka i dlaczego suknie noszone przez nią na Korfu ozdobione są haftowanym wizerunkiem delfina.
Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:
W roku 1924, nakładem lwowskiej Księgarni Wydawniczej H. Altenberga, na świat przyszła książka, która stała się lekturą formacyjną dla kolejnych pokoleń kształconych w polskim systemie szkolnym: Mitologia. Wierzenia i podania Greków i Rzymian Jana Parandowskiego. My z niej wszyscy – możemy powiedzieć, parafrazując słowa Zygmunta Krasińskiego o Adamie Mickiewiczu. I nie jest to parafraza bezzasadna, bo Mitologia w kanonie kultury polskiej zajmuje miejsce tuż obok Pana Tadeusza. Mimo że księgarnie i biblioteki oferują nam coraz więcej nowych i ciekawych opracowań mitów, tytuł Mitologia najczęściej budzi skojarzenie właśnie z Janem Parandowskim.
Mitologia jest zbiorem baśni o bogach i bohaterach. Naród grecki, podzielony na wiele szczepów, nie był zgodny w tym, co opowiadał o swoich bóstwach… – tak wprowadza nas Parandowski w świat mitów. Przez wiele dekad z tymi słowami zapoznawały się kolejne pokolenia uczniów, dla których Mitologia była obowiązkową lekturą szkolną. Dziś nie ma jej już w kanonie lektur na poziomie szkoły podstawowej, ale znalazła się w spisie pozycji wymaganych od maturzystów zdających egzamin dojrzałości w roku 2023. Rola Mitologii w edukacji to temat na osobny projekt badawczy. Tymczasem niezależnie od zmian na liście lektur książka Parandowskiego wciąż jest obecna w kulturze polskiej i pomaga nam odczytywać kod antycznych odniesień w utworach opartych na tradycji śródziemnomorskiej. Co więcej, przez ostatni wiek liczni twórcy, którzy inspirują się mitami Greków i Rzymian, często zaczynali swe mitologiczne odyseje właśnie w szkole, jako uczniowie-czytelnicy Parandowskiego. Jego opracowanie stało się więc kluczem do zrozumienia także dzieł współczesnych. Z tych względów, chociaż Parandowski – Alchemik Słowa – wprowadza nas do świata antycznego poprzez wiele książek (ich wykaz zamieszczamy w Bibliografii), Mitologia jest tą najważniejszą.
Pierwsze wydanie z roku 1924
Setna rocznica wydania to dobry moment, żeby zastanowić się nad znaczeniem Mitologii Parandowskiego dla polskiej kultury, ale też dla każdego z nas indywidualnie. Czy (nadal) jest naszym filtrem, przez który patrzymy na starożytność i na… współczesność? Jaką wizję antyku przekazuje Autor? Jaką wizję my przyjmujemy? Czy jego wizja bywa odrzucana? Przy czym nawet jeśli tak się zdarza, warto pamiętać, że odrzucenie też jest formą recepcji i świadectwem znaczenia danego tekstu. To zresztą częsty los klasyków, którzy, nie pozwalając na obojętność i pobudzając do myślenia, pomagają nam sprostać wyzwaniom współczesności. A być może i nieznanym jeszcze próbom, na które wystawi nas przyszłość.
Mitologia Jana Parandowskiego jest klasykiem. My z niej wszyscy. Ale jak długo jeszcze? J.M. Coetze, zainspirowany T.S. Eliotem, podczas wykładu Kto to jest klasyk?, który wygłosił w 1991 roku w Austrii, zaapelował, by nie obawiać się rozmowy o kluczowych dziełach kultury. Taką rozmowę uznał wręcz za konieczną, bo dzięki niej klasycy przetrwają – przemówią do nas na nowo, zadadzą nam nowe pytania i wskażą nowe kierunki. Z okazji stulecia publikacji Mitologii Ośrodek Badań nad Tradycją Antyczną (OBTA) na Wydziale „Artes Liberales” UW zaprasza do rozmowy o tej książce i o antyku. W zwierciadle starożytności przeglądamy się bowiem do dziś, a w „zbiorze baśni o bogach i bohaterach” szukamy – czasem nawet nie będąc tego świadomi – zarówno schronienia przed rzeczywistością, jak i siły, by ją zmieniać.
Włosi mówią na lato estate, Rzymianie nazywali je podobnie: aestas, od słowa aestus – upał. Wyrazy te przywędrowały z dalekiego sanskrytu, gdzie rdzeń idh– oraz aidh- odnosi się do płonięcia, żarzenia się, palenia.
Z kolei używany w Helladzie rzeczownik kalokaíri (καλοκαίρι) pochodzi od antycznego kalokaírion, czyli po prostu “piękna/dobra pogoda”. Warto pamiętać, że podstawę starożytnych cywilizacji stanowiła żegluga, najbezpieczniejsza właśnie latem. Być może to do niej odnosili się dawni Grecy w określeniu ciepłej pory roku, kiedy morze jest spokojniejsze, a wiatry bardziej pomyślne.
Hiszpanie na określenie lata używają rzeczownika verano. Jego etymologia i dzieje są dosyć skomplikowane; dość jednak powiedzieć, że nie bez kozery przywodzi on na myśl łacińskie słowo veritas, czyli „prawdę”. Coś w tym jest – w upale trudno jest nosić maskę, cokolwiek udawać; wszyscy stajemy się wtedy trochę bardziej sobą.
Fascynujące wydaje się też „kajc” (קַיִץ), czyli lato po hebrajsku. Według niektórych językoznawców wyraz ten może mieć związek z rzeczownikiem oznaczającym koniec (czyżby wyczekiwanie kresu upałów?), z arabskim słowem określającym gorąco, ale także z dawnym kananejskim terminem odnoszącym się do… suszenia fig. Cóż, rzeczywiście trudno jest wyobrazić sobie lato bez tych owoców – pysznych, słodkich i pełnych symboliki.
Historia oliwy (czyli oleju z oliwek) sięga 6000 r. p.n.e. Za jej kolebkę uważa się Azję Mniejszą. Wielu uważa ją za kluczowy element rozwoju śródziemnomorskiej cywilizacji, stała się bowiem nie tylko ważnym elementem diety, ale również nośnym symbolem. Sam Homer nazywał ją „płynnym złotem”.
Dziś nie potrafimy już sobie wyobrazić śródziemnomorskiego krajobrazu bez drzewek oliwnych – jednych z najbardziej długowiecznych roślin na świecie. Wiele z nich dożywa nawet tysiąca lat; są też i takie, którym udało się przetrwać kilka tysięcy. Kilkanaście takich egzemplarzy możemy znaleźć w libańskich górach, w miejscowości Bechealeh. Ich wiek szacowany jest na 6 tysięcy lat! Nazywane są Siostrami Noego – legenda głosi, że to właśnie z nich pochodzić miała gałązka, którą w dziobie przyniosła gołębica, ogłaszając koniec potopu.
Nie bez przyczyny więc w wielu miejscach drzewa oliwne uznawane były za święte. Mogli przy nich pracować tylko wybrani – dziewice i mężczyźni zachowujący czystość. Za ścięcie drzewka można było zapłacić życiem. O wyjątkowości tej rośliny świadczy również fakt, że od wieków oliwę stosowano do celów rytualnych. W starożytnym Egipcie wykorzystywano ją do namaszczania zwłok. Zupełnie współcześnie, bo w ostatnich miesiącach, olej koronacyjny na bazie oliwy pochodzącej z Ziemi Świętej użyto podczas intronizacji króla Karola III.
Więcej o historii i symbolice drzew oliwnych pisze Beata Zatońska w artykule Tajemnice płynnego złota
Na wspaniałych właściwościach drzewa oliwnego i jego owoców bardzo szybko poznano się w wielu zakątkach świata; dziś jest ono rośliną uprawianą globalnie. Rocznie produkuje się 3 050 390 ton oliwy. Największy udział w produkcji wciąż mają kraje śródziemnomorskie. W czołowej piątce znajdują się: Hiszpania (1 738 600 ton), Włochy (294 914 ton), Grecja (208 900 ton), Tunezja (179 700 ton) i Maroko (137 400).
W krajach położonych nad Morzem Śródziemnym oliwę nie tylko się produkuje, ale również masowo spożywa – stanowi ona jeden z głównych elementów tzw. kuchni śródziemnomorskiej. We Włoszech i Hiszpanii do celów spożywczych wykorzystuje się rocznie 500 tysięcy ton oliwy! Przeciętny Grek konsumuje 12 kg oliwy na rok. Ze względu na śródziemnomorskie upodobanie do tego tłuszczu, 53 procent światowej konsumpcji oliwy przypada na kraje Unii Europejskiej.
Oliwa w Turcji. Greckie dziedzictwo
By lepiej poznać historię oliwy, warto również zajrzeć na tereny dzisiejszej Turcji. W mieście Klazomenaj – jednym z dwunastu miast jońskich zrzeszonych w dodekapolis zwanym Panionium – zlokalizowana miała być pierwsza na świecie wytwórnia oliwy, w której tłoczona była ona metodą separacji. Czas jej powstania szacowany jest na VI w. p.n.e. Co ciekawe, Turcy zawdzięczają Grekom nie tylko sprowadzenie oliwy na swoje tereny, ale również odkrycie tego stanowiska archeologicznego. To właśnie grecki archeolog w latach 20. XX wieku zlokalizował pozostałości starożytnej osady. Większość pochodzących z niej artefaktów związanych z oliwą możemy dziś podziwiać w muzeum oliwy w Izmirze.
Opuszczenie tych terenów przez Greków nie zakończyło jednak historii oliwy. Dziedzictwo trwa do dzisiaj, a Turcja pozostaje jednym z czołowych producentów tego tłuszczu, czemu sprzyja miejscowy klimat. Główne obszary uprawy oliwek znajdują się naturalnie blisko wybrzeża, rozciągając się od Morza Czarnego po Morze Egejskie i sięgając dalej wzdłuż Morza Śródziemnego i na wschód do właściwej Anatolii. Jednym z najważniejszych ośrodków uprawy oliwek i produkcji oliwy w Turcji są okolice Izmiru, a dzisiejszy szlak oliwny przechodzi przez kilka urokliwych miasteczek, takich jak Urla, Çeşme, Seferihisar, Güzelbahçe, Menderes i Selçuk.
Na całym świecie istnieje około 700 odmian oliwek. W Turcji rośnie od 50 do 80 z nich: niektóre dostarczają owoców na stół śniadaniowy (wielu mieszkańców kraju nie wyobraża sobie pierwszego posiłku bez zjedzenia kilku oliwek), inne wykorzystuje się do produkcji oliwy.
Olivurla. Powrót do korzeni
Z powodu znacznego światowego zapotrzebowania na oliwę z oliwek, niestety coraz częściej jest ona produkowana masowo. Ze względu na brak staranności w obróbce, traci wówczas wiele spośród swoich drogocennych właściwości odżywczych, w tym najcenniejsze antyoksydanty.
Zupełnie inaczej do sprawy podchodzi Ayerya Rüzgarlı Vadi Farm, która została założona w 1998 roku i jako pierwsza w okolicy miasta Urla zyskała certyfikat rolnictwa ekologicznego. Gospodarstwo obejmuje dziś 12 tysięcydrzewek oliwnych, z których owoców, z wielką starannością, produkowana jest oliwa. Założyciele Ayerya Rüzgarlı Vadi Farm zdecydowali się na uprawę oliwek gemlik, charakteryzujących się cienką skórką, grubą warstwą miąższu oraz małą, okrągławą pestką. Są one ręcznie zbierane, a następnie tłoczone w rzemieślniczej wytwórni oliwy w Turla we wsi Kuşçular.
Z oliwek uprawianych na Ayerya Rüzgarlı Vadi Farm wytwarzana jest oliwa marki Olivurla – ceniona na całym świecie i wielokrotnie nagradzana. W prestiżowym konkursie BIOL, w którym bada się wartości chemiczne oliwy i dokonuje jej kompleksowej analizy, produkty tej marki nagradzane były dwukrotnie: w 2015 roku srebrnym, a w 2017 roku złotym medalem.
Oliwa rodem z Urli znalazła również uznanie wielu szefów kuchni, którzy w swoich restauracjach korzystają właśnie z marki Olivurla. Można tu wymienić chociażby Fabio Brambillę, który jest szefem kuchni znanej stambulskiej restauracji Hyatt Regency, Alana Geaama z paryskiej restauracji AG Les Halles czy szefa nagrodzonej gwiazdką Michelin restauracji Itineraires, Sylvaina Sendra.
Markę Olivurla można poznać bliżej, odwiedzając farmę Ayerya, gdzie organizowane są warsztaty i degustacje. Właściciele z wielkim oddaniem opowiadają o właściwościach smakowych i zdrowotnych tamtejszej oliwy. Zajrzyjcie do nich, odwiedzając okolicę Urli.
Materiał powstał podczas podróży odbytej na zaproszenie GoTurkiye.com.
Strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, zgodnie z Polityką prywatności.