Posted on

Filarete. Architekt jako człowiek renesansu

Libro architettonico florenckiego architekta Antonia di Pietra Averlina, używającego pseudonimu „Filarete” (co przetłumaczyć można jako „miłujący cnotę”), jest drugim traktatem architektonicznym włoskiego renesansu, po słynnym De re aedifiactoria Leona Battisty Albertiego z 1452 roku. Powstałe w latach 1458–1466 Libro powtarzało wiele lekcji wybitnego humanisty na temat sztuki umiejętnego planowania i wznoszenia budowli (od wyboru korzystnego terenu po wykańczanie adekwatne do ich roli i prestiżu) oraz zasobu umiejętności, który powinien przyswoić architekt. Filarete wykoncypował jednak zupełnie odmienną metodę dzielenia się wiedzą o architekturze. Trzy główne różnice pomiędzy traktatami czynią jego dzieło przystępniejszym zarówno dziś, jak i wówczas. Alberti pisał po łacinie, nie ilustrował swoich wywodów i lubował się w formie precyzyjnego wykładu. Filarete natomiast pozwolił sobie na więcej fantazji. Na kartach Libro prowadził grę z czytelnikiem, mieszając zuchwale porządki fikcji i rzeczywistości. Specjalistyczne nauki przyodział w literacki dialog, opowieść o idealnym dworskim architekcie pracującym dla wymarzonego władcy. Dokonał tego wszystkiego posługując się nie szlachetną łaciną, a ledwie opierzonym włoskim, wówczas językiem wernakularnym. Lekturę uatrakcyjniały autorskie rysunki. Nie techniczne, łatwe do wdrożenia w praktyce budowlanej, lecz scenki rodzajowe czy pejzaże biorące aktywny udział w snutej opowieści i służące za dodatkowy opis wykreowanego słowem świata.

Autoportret Filaretego na brązowych drzwiach Bazyliki Świętego Piotra na Watykanie, 1433–1445 r.
Autoportret Filaretego na brązowych drzwiach Bazyliki Świętego Piotra na Watykanie, 1433–1445 r.


Architekt wiedzy się nie boi

Za tym fantazjowaniem krył się konkretny cel. Filarete, wychowanek Lorenza Ghibertiego, prace nad traktatem rozpoczął na przełomie lat 50. i 60. XV wieku na dworze Francesca Sforzy, gdzie przybył z Florencji wraz z bagażem wiedzy o klasycyzujących formach toskańskiej architektury. Adresatami przynoszącej uciechę i zarazem edukującej opowieści mieli więc zostać książę Mediolanu oraz jego następca, Galeazzo Maria Sforza. Warto na marginesie wspomnieć, że, prawdopodobnie w 1465 roku, po powrocie do Florencji, Filarete zaprezentował traktat również Piotrowi Medyceuszowi, dodawszy do niego jedną księgę i zmieniwszy dedykację. Układając teorię budowania, chciał przyczynić się do umocnienia statusu społecznego profesji, którą się parał, i podniesienia własnej rangi na dworze. Dlatego też w wielu passusach opisywał przepastność wiedzy niezbędnej do wykonywania swojego zawodu oraz to, że odgrywa on pierwszoplanową rolę w budowaniu silnego i dobrze zorganizowanego państwa. I tak na przykład, w piętnastej z dwudziestu pięciu ksiąg, główni bohaterowie – alter ego Filaretego i Galeazza – odczytują w przypadkiem odnalezionej zmyślonej Złotej Księdze, napisanej w czasach starożytnych przez niejakiego króla Zogalię (niedaleko stąd do „Galeazzo”…), że mistrz sztuki architektonicznej powinien, co nie dziwi, mieć w małym palcu geometrię i arytmetykę. Poza tym przydadzą mu się astrologia, retoryka, historia, prawo… Muzyka i medycyna też… Warto by było znać się na pracach manualnych, mieć za sobą co nieco praktyki z drewnem i kamieniem. No i nie zapominajmy o rysunku! Okaże się niezbędny do przedstawienia w przejrzysty sposób projektów mecenasowi. Jednak nawet bardzo eleganckie szkice, jak te na kartach Libro, czasem mogą nie wystarczyć, bo Złota Księga głosi, że nie każdy jest na tyle bystry, by poprawnie interpretować obrazy. Toteż architekt musi również zostać mistrzem pióra, co pozwoli mu na klarowne objaśnianie swoich zamiarów. Podsumowując: architektura jest wszechobecna, jej formę determinuje mnogość czynników, architekt zaś powinien obejmować myślą je wszystkie.

Rysunek Sforzindy z Libro Architettonico, Biblioteca Nazionale Centrale di Firenze, Ms. II.I.140, k. 43r, CC BY-NC-SA 4.0
Rysunek Sforzindy w Libro architettonico, Biblioteca Nazionale Centrale di Firenze, Ms. II.I.140, k. 43r, CC BY-NC-SA 4.0

 

Sztuka podbijania serc

Etos architekta-omnibusa nie narodził się w renesansie. Filarete nawiązał do traktatu De architectura Witruwiusza, budowniczego Oktawiana Augusta, który stał się niekwestionowanym elementarzem architektonicznym w nowożytności – czerpał z niego również wyżej wspomniany Alberti. Autor Libro w swym dziele poszedł o krok dalej, bo tchnął życie w modelowego Witruwiańskiego architekta. Ucieleśnił go. Zrobił z niego bohatera z osobowością, doświadczającego przygód. Lektura może nużyć tylko z jednego powodu – alter-ego autora jest absolutnym ulubieńcem Fortuny. Nie wyczekujmy pomyłek, zwrotów akcji i dramatów, które w dobrej powieści pozwalają na utożsamienie się z postacią.

Głównym zadaniem stojącym przed naszym bohaterem jest zaprojektowanie idealnego miasta dla ukochanego patrona, które sugestywnie nazwane zostaje „Sforzindą”. Chociaż autor nie pisze tego wprost, to jednak wiele wskazuje, że utopijne miasto należy utożsamiać z Mediolanem. Zanim jednak wzorowy architekt zabierze się za wznoszenie murów, musi wybadać teren pod budowę i zdobyć najlepsze materiały. Filarete opisuje ten proces ze szczegółami, sugerując, że to zajęcie bardzo czasochłonne. Wymagające zawierania znajomości z okoliczną społecznością, a więc opanowania do perfekcji, jak wiadomo, tak istotnej we włoskiej kulturze sztuki prowadzenia rozmowy. Bohater na szczęście jest wygadany, a na swojej drodze spotyka ludzi otwartych, chętnych do współpracy i wyspecjalizowanych w użytecznych dziedzinach: pasterzy, kamieniarzy, drwali, rzemieślników, myśliwych, a nawet jednego, nad wyraz towarzyskiego, eremitę. Schemat tych spotkań powtarza się. Architekt zostaje ugoszczony po długiej podróży przez tubylców. Wraz z nimi ucztuje, poluje i konwersuje. W pełni świadomy swojej wyższej pozycji społecznej, zachwala wychowanie i elokwencję interlokutorów – pasterze zachowują się wręcz jak gentiluomini. Schronienie otrzymuje w prostej chatce. Zadziwiająco komfortowej, a przecież stwierdza to dworski architekt, prawa ręka księcia, opływający na co dzień w luksusach.

 

Pejzaż ukazujący Dolinę Indy z planem Sforzindy z Libro Architettonico, Biblioteca Nazionale Centrale di Firenze, Ms. II.I.140, k. 11v
Pejzaż ukazujący Dolinę Indy z planem Sforzindy, Libro architettonico, Biblioteca Nazionale Centrale di Firenze, Ms. II.I.140, k. 11v, CC BY-NC-SA 4.0

Kraina, w której zostanie ulokowana Sforzinda, to zatem istna Arkadia, gdzie ludzie, zwierzęta i rośliny funkcjonują jakby poza czasem, w harmonii dyktowanej przez biologiczny rytm. W apoteozie prostoty na kartach Libro wyczuć możemy mentalność epoki. Renesans to również czas fascynacji naturą, odradzającej się za sprawą, między innymi, Petrarki, który kultem otaczał poezję bukoliczną Wergiliusza oraz spokojny żywot na wsi. Życie pasterzy pod strzechą chatki zdaje się najbliższe temu prowadzonemu przez Pierwszych Rodziców, którym dane było posmakować ideału. Jak przekonywał Filarete w pierwszej księdze Libro, to Adam dał początek architekturze. Po wygnaniu z raju osłonił rękami wszak głowę przed deszczem – tak narodziła się idea dachu. Tym sposobem autor Libro schrystianizował koncepcję Witriuwiusza głoszącą, że wzorem dla architektury, jej właściwych proporcji, jest ciało człowieka.

Rysunek przedstawiający Adama osłaniającego się przed deszczem, Libro architettonico, Biblioteca Nazionale Centrale di Firenze, Ms. II.I.140, k. 4v, CC BY-NC-SA 4.0

 

Opowieści o pomyślnej współpracy z lokalnymi mieszkańcami, znającymi się jak nikt na swoim fachu, przeplatane opisami dolce far niente bynajmniej nie są niewinne. Opiewane skromność, przyjazne nastawienie i pokora społeczności, która przecież na oczy nie widziała ich przyszłego pana, naturalizują władzę Sforzy, wywołują wrażenie jej niechybności. Spójrzmy na pejzaż doliny z wpisanym weń planem Sforzindy. To ledwie pobieżny szkic, nieprzynoszący zbyt wielu wiadomości o terenie – brak na nim linii, miar, informacji o skali. W zamierzeniu autora miał być przede wszystkim sugestywny. Choć reprezentuje utopię, to jednak za punkt odniesienia ma Księstwo Mediolanu. Perspektywa obserwacji obrana przez Filaretego oraz organizacja obiektów w przestrzeni składają się na wizję ziemi proszącej się o jej zajęcie, zagospodarowanie i objęcie kontrolą. Zamiary te są dyskretnie maskowane przez naturalistyczną konwencję rysunku, na który patrzymy, mając z tyłu głowy idylliczne opisy.

Rysunek ukazujący obozowisko pasterzy, Libro architettonico, Biblioteca Nazionale Centrale di Firenze, Ms. II.I.140, k. 111r, CC BY-NC-SA 4.0

 

Libro – bestseller?

Uciąć zabawę interpretacyjną na tym odczytaniu oznaczałoby jednak zredukować wieloznaczność przepastnego i zagmatwanego, a zarazem jakże przyjemnego w lekturze dzieła. Niestety sprawę komplikuje brak przekładu tekstu na język polski oraz utrudniona dostępność współczesnego wydania włoskiego czy angielskiego. Tłumaczeniami traktatów Witruwiusza (Kazimierza Kumanieckiego) i Albertiego (Ireny Biegańskiej) już dysponujemy. A przecież Filarete swoją swadą opowiadacza mógłby wkupić się w łaski szerszego grona odbiorców, w tym miłośników powieści z narratorem puszczającym oko do czytelnika. Przeczytać Libro w eleganckim wydaniu polskim plasuje się na szczytach moich marzeń czytelniczych. Przekład byłby osiągnieciem bez wątpienia doniosłym. Mam tylko prośbę – jeśli jeden z naszych wybitnych italianistów podejmie się kiedyś tego zadania, to niech wydawnictwo zadba o odpowiednią oprawę graficzną. Rysunki Filaretego to w zasadzie nie ilustracje do tekstu, lecz równowartościowy komponent dzieła.

 

 

Posted on

Nagroda Literacka im. L. Staffa. Zapraszamy na uroczystość 14 października!

Nagroda Literacka im. Leopolda Staffa powołana została w 2015 roku przez Jarosława Mikołajewskiego, italianisty, tłumacza, poety i publicysty. Przyznawana jest za wybitne osiągnięcia naukowe, translatorskie i popularyzatorskie związane z kulturą włoską. Wydarzeniu patronuje Leopold Staff – wielki poeta i znakomity tłumacz zafascynowanym kulturą śródziemnomorską.

Laureatów dziewiątej edycji poznamy podczas uroczystości, która odbędzie się 14 października o godz. 14:00 w Muzeum Literatury przy Rynku Starego Miasta 20 w Warszawie.

W ramach tejże uroczystości odbędzie się także spotkanie z Pawłem Bravo wokół jego książki Czekolada i kapuśniak, które poprowadzą Tessa Capponi-Borawska oraz Maciej A. Brzozowski.

Magazyn “Lente” jest dumnym patronem medialnym i współorganizatorem Nagrody.

Serdecznie zapraszamy: bądźcie z nami tego dnia!
 
Posted on

Sefardyjscy wygnańcy i ich podróże

Żydzi byli obecni na Półwyspie Iberyjskim co najmniej od czasów Imperium Rzymskiego. Część z nich wywodziła się od Arabów i Berberów z Afryki Północnej, którzy przeszli na judaizm. Ich losy układały się różnie – raz stanowili grupę szanowaną, innym razem – pogardzaną. Rzymianie byli raczej tolerancyjni, czego nie można było powiedzieć o Wizygotach; w średniowieczu, za panowania arabskiego, przyszedł spokój, a z nim – złoty wiek kultury żydowskiej. Rozwijała się nauka, literatura, kwitła teologia. To wówczas, właśnie na Półwyspie Iberyjskim, rodziła się kabała, a swoje teorie filozoficzne tworzył Majmonides, podpisujący się el Sefardí. Żydzi, obok chrześcijan i muzułmanów, byli członkami szkoły tłumaczy w Toledo (Escuela de Traductores de Toledo), gdzie przełożono m.in. wszystkie dzieła Arystotelesa.

Od VIII wieku na południowo-zachodnim krańcu Europy trwała rekonkwista. Władcy chrześcijańscy kawałek po kawałku, stulecie po stuleciu, odzyskiwali ziemie na południe od Pirenejów. Pod koniec XIV wieku przetoczyła się przez półwysep fala pogromów; później zaś przyszła inkwizycja i pełne przemocy nawracanie na katolicyzm. 31 marca 1492 roku katoliccy królowie Hiszpanii, Izabela I Kastylijska i Ferdynand II Aragoński, wydali słynny edykt z Alhambry. Oto wszyscy Żydzi, którzy do 31 lipca 1492 roku nie zdecydowali się na konwersję, musieli opuścić teren królestwa. Ilu było wygnańców? Szacuje się, że od 100 do 200 tysięcy. Ruszyli w świat. Część na kilka lat znalazła przystań w sąsiedniej Portugalii, jednak już w 1496 portugalski król Manuel I Szczęśliwy poszedł w ślady Izabeli i Ferdynanda.

Hiszpania to po hebrajsku סְפָרַד "Sfarad”. Stąd też „Sefardyjczycy” – określenie Żydów mieszkających przed wiekami na Półwyspie Iberyjskim oraz ich potomków, rozsianych po całym świecie. Na zdjęciu: posąg Majmonidesa w Kordobie, fot. José Luiz Bernardes Ribeiro / CC BY-SA 3.0
Hiszpania to po hebrajsku סְפָרַד “Sfarad”. Stąd też „Sefardyjczycy” – określenie Żydów mieszkających przed wiekami na Półwyspie Iberyjskim oraz ich potomków, rozsianych po całym świecie. Na zdjęciu: posąg Majmonidesa w Kordobie, fot. José Luiz Bernardes Ribeiro / CC BY-SA 3.0


Największe skarby

Z Półwyspu Iberyjskiego Żydzi rozpierzchli się po Europie, Azji i północnej części Afryki. Z Londynu i Amsterdamu podróżowali dalej, do zamorskich kolonii; przez długi czas dobrze im się wiodło w Imperium Osmańskim. Nieśli ze sobą przede wszystkim swój cenny dobytek niematerialny: wiedzę, kulturę oraz język: średniowieczny kastylijski z domieszką hebrajskiego i arabskiego, nazywany judeohiszpańskim, ladino lub judezmo. Kiedyś zapisywano go po hebrajsku tzw. kursywą Rasziego; z biegiem czasu zaczęto używać alfabetu łacińskiego. Dziś judeohiszpański jest zagrożony wymarciem; rośnie jednak grupa ludzi, którzy dzielnie walczą o jego przetrwanie. Jest wśród nich mieszkająca w Izraelu pisarka Matilda Koen-Sarano, tworząca właśnie w ladino, oraz jej uczeń, Eliezer Papo, który prowadzi lektoraty tego języka na Uniwersytecie Ben Guriona. W 2003 roku powstał o nim film dokumentalny pt. Ostatni Sefardyjczyk w reżyserii Miguela Ángela Nieto. Sporą popularnością cieszą się też pieśni w ladino. Gdy się ich słucha, w pierwszym momencie nietrudno odnieść wrażenie, że ktoś śpiewa po hiszpańsku; dopiero po chwili zauważamy różnicę. Ladino można usłyszeć też w serialach Królowa piękności z Jerozolimy oraz The Club, którego akcja rozgrywa się w Stambule.

"Adio, adio kerida" („żegnaj, żegnaj moje kochanie”) to słowa bardzo popularnej pieśni sefardyjskiej, którą na swoich koncertach śpiewa zawsze izraelska artystka Yasmin Levy (na zdjęciu). Można je interpretować dwojako – jako pożegnanie z przemijającą miłością albo z ukochaną ojczyzną
“Adio, adio kerida” („żegnaj, żegnaj moje kochanie”) to słowa bardzo popularnej pieśni sefardyjskiej, którą na swoich koncertach śpiewa zawsze izraelska artystka Yasmin Levy (na zdjęciu). Można je interpretować dwojako – jako pożegnanie z przemijającą miłością albo z ukochaną ojczyzną

 

Klucze do Hiszpanii

Z przymusowym porzuceniem Półwyspu Iberyjskiego przez Żydów wiąże się pewna legenda – powtarzana tak często, że wielu uznało ją za prawdę. Narodziła się w XIX wieku za sprawą hiszpańskiego lekarza Ángela Pulido Fernándeza (1852–1932), który postawił sobie za cel odbudowanie więzi między Hiszpanią a Żydami wygnanymi przed wiekami z jego kraju. Chodzi o klucze do domów, które mieli ze sobą zabrać uciekający po wydaniu edyktu z Alhambry. Klucze te przekazywane są podobno z pokolenia na pokolenie; wiele rodzin przechowuje je jak najcenniejsze rodzinne pamiątki. Wspomina o nich również Eliezer Papo, który urodził się i wychował w rodzinie sefardyjskiej w Sarajewie – jego dziadkowie przechowywać mieli klucze do dawnego domu swoich przodków.

Z Bośni pochodziła także Flory Jagoda, pieśniarka i kompozytorka wykonująca sefardyjskie utwory. W 1993 r. napisała ona piosenkę pt. La jave de Espanya („Klucze do Hiszpanii”), w której pyta: – Onde esta la yave ke estava in kaxun? Mis nonus se la truxerun kon grande dolor, de su kaza de Espanya („Gdzie jest ten klucz ze szkatułki? Moi dziadkowie z wielkim bólem zabrali go z Hiszpanii”).

Flory Jagoda (1923–2021) ocalała z Holocaustu; po II wojnie światowej pojechała do USA. Stała się wielką gwiazdą piosenki, popularyzowała kulturę sefardyjską, którą – jak opowiadała w wywiadach – nauczyła ją kochać jej babcia
Flory Jagoda (1923–2021) ocalała z Holocaustu; po II wojnie światowej pojechała do USA. Stała się wielką gwiazdą piosenki, popularyzowała kulturę sefardyjską, którą – jak opowiadała w wywiadach – nauczyła ją kochać jej babcia

 

Polski ślad

Ziemie polskie zamieszkiwali przede wszystkim Żydzi aszkenazyjscy, którzy na co dzień posługiwali się jidysz. Jednak i na nasze ziemie napłynęła fala Sefardyjczyków. Przybyli między innymi do Krakowa wraz z dworem królowej Bony – jej osobistym lekarzem był Sefardyjczyk Samuel bar Meszulam. Spora grupa Żydów sefardyjskich zamieszkała także w Zamościu, mieście założonym przez hetmana wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego w 1580 roku. 8 lat później sprowadził on dużą grupę Żydów sefardyjskich, z nadzieją, że doprowadzi to do rozwoju handlu. Pod koniec XVII wieku, po powstaniu Chmielnickiego, część Sefardyjczyków wyjechała z miasta; reszta zmieszała się z Aszkenazyjczykami. Pozostała piękna, barokowa synagoga, której budowę zainicjowali Sefardyjczycy; obecnie mieści się tam muzeum. Warto też wiedzieć, że to właśnie w Zamościu, w rodzinie o sefardyjskich korzeniach, urodził się wybitny pisarz Icchak Lejb Perec, uznawany, obok Sforima i Alejchema, za jednego z trzech „ojców założycieli” literatury jidysz. O pochodzeniu Pereca pisał w artykule dla „Rzeczpospolitej” w 2008 roku Szewach Weiss.

"Wykształceni, bogaci, niezmiernie dumni ze swego pochodzenia, światowi, często rozmiłowani w przyjemnościach i niezbyt skrupulatni (…), byli mostem łączącym świat łaciński z kulturą arabską i vice versa. To oni krzewili klasyczną naukę i filozofię" – pisze o Sefardyjczykach Paul Johnson w "Historii Żydów" (Aletheia 2020). Powyżej: obraz A. Dehodencqa pokazujący bawiących się Żydów w Tétouanie w Maroku
“Wykształceni, bogaci, niezmiernie dumni ze swego pochodzenia, światowi, często rozmiłowani w przyjemnościach i niezbyt skrupulatni (…), byli mostem łączącym świat łaciński z kulturą arabską i vice versa. To oni krzewili klasyczną naukę i filozofię” – pisze o Sefardyjczykach Paul Johnson w “Historii Żydów” (Aletheia 2020). Powyżej: obraz A. Dehodencqa pokazujący bawiących się Żydów w Tétouanie w Maroku

 

Imperium Osmańskie

Trudno po krótce opisać wszystkie miejsca, gdzie osiedlali się sefardyjscy uciekinierzy. Jak wspomniano już wcześniej, na długie lata, bo aż do II wojny światowej, bezpieczną przystanią stało się dla nich rozległe Imperium Osmańskie. Sułtan Bajazyd II (1448–1512), gdy do jego królestwa napłynęli Sefardyjczycy, miał powiedzieć, że jest wdzięczny kastylijskim władcom: wypędzając Żydów zubożyli swoje państwo, a wzbogacili jego imperium. Potężnymi ośrodkami kultury sefardyjskiej na Bałkanach stały się m.in. Konstantynopol, Saloniki czy wspomniane już Sarajewo. Powstawały tam sefardyjskie dzielnice, wznoszono piękne synagogi. W stolicy Bośni, mimo zawirowań historii, przetrwała zabytkowa i bardzo cenna Hagada, spisana w 1350 roku w Barcelonie. W czasie wojny w byłej Jugosławii cenny rękopis ocalili miejscowi muzułmanie. Obecnie jest on przechowywany w Muzeum Narodowym Bośni i Hercegowiny. Bałkany wydały także niejednego wielkiego intelektualistę. Przykładowo, w rodzinie sefardyjskich Żydów w bułgarskim Ruszczyku nad Dunajem urodził się w 1905 noblista Elias Canetti, autor znakomitej powieści Auto-da-fé. W 1911 roku jego rodzina przeniosła się do Anglii, jednak pierwsze lata życia mocno zapadły autorowi w pamięć. Poświęcił im autobiograficzną powieść Ocalony język.

Curaçao, Brazylia, Kuba

Przełom XV i XVI wieku, kiedy katoliccy królowie zdecydowali się wygnać Żydów z Hiszpanii, to także czas wielkich odkryć geograficznych. Świat się rozszerzał, rosły możliwości zdobywania nowych posiadłości i bogacenia się na handlu. Sefardyjczycy także ruszali na szlak – część z nich z Anglii, część z Niderlandów. Byli wśród nich konwertyci określani pejoratywnym terminem marrani, potajemnie praktykujący judaizm. Według niektórych należał do nich sam Krzysztof Kolumb, ale wydaje się, że jest to raczej plotka pozbawiona podstaw, a za pierwszego Żyda, który dotarł do Nowego Świata, zwykło uważać się tłumacza Kolumba, niejakiego Luisa de Torres. To właśnie Torres, wraz z marynarzem Rodrigiem de Jerez, zaraz po przybiciu do wybrzeży Kuby udał się na rozpoznanie ziemi, uznanej wówczas za część Azji.

W XVII wieku na Kubie osiedliła się duża grupa Żydów uciekających przed prześladowaniami religijnymi w Brazylii, która należała do królestwa Portugalii. Na karaibskiej wyspie rządzonej przez Hiszpanów zajęli się handlem. Wspólnota rosła z biegiem lat – napływały kolejne fale żydowskiej emigracji, w tym bardzo pokaźna po upadku Imperium Osmańskiego. Szczęśliwy czas skończył się w roku 1959, wraz z przejęciem władzy przez Fidela Castro, jednak wielu Kubańczyków nadal pamięta o swoich żydowskich korzeniach. Pięknie opowiada o nich pełen muzyki film Adio Kerida (2003) nakręcony przez Ruth Behar – antropolożkę kultury, poetkę i pisarkę. Behar urodziła się na Kubie, w aszekanzyjsko-sefardyjskiej rodzinie. Jej rodzice po przewrocie na wyspie uciekli do USA.

Opowieść o Sefardyjczykach, Karaibach i Ameryce Południowej można ciągnąć w nieskończoność. W Recife, w brazylijskim stanie Pernambuco, w 1637 roku powstała pierwsza synagoga na terenie obu Ameryk, a pierwszym rabinem był tam Sefardyjczyk, Izaak Aboab da Fonseca. Potężna grupa Sefardyjczyków osiedliła też m.in. się na wyspie Curaçao – niderlandzkie zamorskie posiadłości dawały nowe, korzystne perspektywy. W 1651 roku Joao d’Ylan założył tam kongregację Mikvé Israel oraz plantację De Hoop (hol. „nadzieja”). Żydowska społeczność na Curaçao zajmowała się na wielką skalę handlem. Niestety dziś na tej karaibskiej wyspie pozostała już tylko garstka sędziwych Żydów.

XX i XXI wiek przyniosły Sefardyjczykom symboliczne zadośćuczynienie. Edykt z Alhambry został formalnie odwołany przez rząd Hiszpanii 16 grudnia 1968 roku, a niedawno władze zarówno Hiszpanii, jak i Portugalii zatwierdziły przepisy, na mocy których potomkowie Żydów sefardyjskich wypędzonych na przełomie XV i XVI stulecia otrzymują europejskie obywatelstwo.

 

Posted on

Drago Jančar. O jednostce uwikłanej w historię

Drago Jančar to jeden z najbardziej znanych współczesnych pisarzy słoweńskich, autor powieści, esejów i opowiadań, a także sztuk teatralnych przetłumaczonych na prawie 20 języków. Cenią go zarówno krytycy, jak i czytelnicy. Jest laureatem i finalistą wielu literackich nagród: w Słowenii czterokrotnie został uznany autorem najlepszej powieści roku (nagroda Kresnik), w Europie otrzymał m.in. European Short Story Award, Premio Hemingway, Premio per la CulturaMediterranea. Tłumaczenia jego książek dwukrotnie znalazły się w finale Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus. Autorką większości przekładów prozy i eseistyki Jančara na język polski jest znakomita tłumaczka Joanna Pomorska.

Drago Jančar, © C.Stadler/Bwag
Drago Jančar, © C.Stadler/Bwag

 

Znaczna część dorosłego życia Jančara upłynęła w powojennej Jugosławii i, po jej upadku, we współczesnej Słowenii. Pisarz chętnie sięga w swojej twórczości do tematów związanych z dwudziestowieczną historią, w szczególności dziejami od II wojny światowej do końca reżimu komunistycznego. Zaangażowany politycznie Jančar w latach 70. trafił na rok do więzienia za upowszechnienie publikacji o kolaboracji Słoweńców z Niemcami, a następnie został przymusowo wcielony do serbskiej armii. Prawie dekadę później założył opozycyjne pismo „Nova revija”. Podczas wojny w Bośni osobiście udał się do Sarajewa, żeby udzielić wsparcia mieszkańcom miasta. Po upadku Jugosławii prowadził polemiki z Peterem Handke – późniejszym laureatem literackiej nagrody Nobla – na temat sposobu rozwiązania państwa jugosłowiańskiego.

Znakiem rozpoznawczym twórczości Jančara jest opowiadanie o kondycji współczesnego człowieka uwikłanego w historię. Losy bohaterów związane z dziejową zawieruchą to tematy jego najgłośniejszych książek, w tym Katarzyny, pawia i jezuityWidziałem ją tej nocy, a także wydanej w wersji polskiej w 2022 roku powieści o tytule zaczerpniętym z poezji Byrona Miłość niech odpocznie trochę.

 

Miłość niech odpocznie trochę

Akcja Miłości… toczy się początkowo w czasie okupacji Słowenii w latach 40. XX wieku; finał następuje w powojennej Jugosławii. Główne postaci to studentka medycyny Sonja, młody geodeta Valentin i Ludwig – oficer SS, przedstawiciel mniejszości niemieckiej zamieszkującej region Styria. Ówczesny Maribor, z którego pochodzą bohaterowie, to wielokulturowe miasto w północnej Słowenii; miejsce wielowiekowej koegzystencji licznych narodów Europy: Austriaków, Niemców, Włochów, Węgrów i przedstawicieli krajów bałkańskich. Życie bohaterów zostaje naznaczone tragicznym piętnem w momencie spotkania Sonji i Ludwiga. Dziewczyna pewnego dnia wpada na niego przypadkiem na ulicy. Zagaduje po słoweńsku, próbując odtworzyć wspólne chwile z dzieciństwa, jednak Ludwig (a właściwie Ludvik lub Ludek) odmawia rozmowy w tym języku, płynnie przechodząc na niemiecki. Sonja orientuje się, że dawny kompan dziecięcych zabaw znalazł się po drugiej stronie barykady; co więcej, jest wpływowym wojskowym. Postanawia poprosić go o pomoc w uwolnieniu narzeczonego – Valentina. Od tej pory już nic nie będzie takie samo. Miłość, która kieruje Sonją i nakłania do zbliżenia się do Ludwiga, namiętność młodego oficera, uwolnienie Valentina i jego zaangażowanie się w walkę partyzancką – wszystko to powoduje szereg dramatycznych wydarzeń w życiu trojga młodych ludzi. Uczucie, główny motor działania bohaterów, okazuje się nie być życiodajną siłą, lecz stanowić źródło cierpienia. W chwili zwątpienia Valentin zadaje sobie pytanie o zasadność działań motywowanych miłością. Czy to, co zrobiła dla niego Sonja, miało sens? Jaką cenę musiała za to zapłacić? I czy on, działający w imię miłości ojczyzny, nie czyni zła? Czy miłość do ojczyzny zabija? Czy miłość może być czymś strasznym? I czy wszystko, co robimy, nie jest po prostu miłością do śmierci? Jančar nie podsuwa żadnej odpowiedzi; w tytule sugeruje jednak, że wojna nie jest właściwym momentem na miłość. Niech odpocznie trochę – bo to czas trudnych wyborów, w których dokonaniu uczucie może okrutnie przeszkadzać.

Gęsta fabuła i wyraziste sylwetki Sonji, Valentina i Ludwiga powodują, że trudno jest przejść obojętnie wobec opisanej w książce historii. Umiejscowienie losów bohaterów w kilku kontekstach historycznych (okupowany Maribor, lasy, w których działa partyzantka, obóz koncentracyjny w Ravensbrück i wreszcie powojenna Jugosławia) dodatkowo dynamizuje i urozmaica akcję powieści.


Oczy Łucji

W zbiorze opowiadań Oczy Łucji Jančar niejednokrotnie wybiera inne spojrzenie. Życie nawet bez wojen i rewolucji społecznych obfituje w dziwne, nagłe i niespodziewane zwroty i paradoksy, miłosne nieporozumienia i związane z nimi emocjonalne wstrząsy – zaznacza w komentarzu do polskiego przekładu. Choć stwierdzenie to może wydać się oczywistością, to lektura jego opowiadań o miłości pokazuje, że słoweński autor potrafi w oryginalny sposób opowiadać o tym, co dzieje się w sercu i umyśle osoby, która kocha. Oczy Łucji to także tytuł pierwszego opowiadania w zbiorze. Imię bohaterki nie jest przypadkowe: jej patronka, święta Łucja, chcąc uniknąć oddania do domu publicznego, wydłubała sobie oczy; opowiadanie Oczy Łucji stanowi zaś rodzaj psychologicznego studium kobiety zaślepionej miłością, godzącej się na poniżające traktowanie przez narcystycznego psychopatę. Inna miniatura, zatytułowana Premiera na Małej Scenie, to niewielki wycinek z życia niespełnionej aktorki i jej przypadkowego adoratora. Błaha historia rozgrywająca się w ciągu jednej doby, spotkanie niemające dalszego ciągu, pozornie nieistotne, a jednak pozostawiające smutek i niedające o sobie zapomnieć… Wszystko to opisane zostaje w sposób charakterystyczny dla autora: z odrobiną humoru i dobrodusznej ironii.

Wnikliwa lektura całego zbioru Oczy Łucji pokazuje, że i tu, wbrew pozorom, odnajdziemy ulubiony motyw Jančara, czyli losy jednostki uwikłanej w historię. Najbardziej oryginalnym wydaje się opowiadanie Uczeń Joyce’a, inspirowane historią słoweńskiego prawnika i filozofa Borisa Furlana. W młodości mieszkał on w Trieście, gdzie uczęszczał na lekcje angielskiego u samego autora Ulissesa. Znany później ze swojej działalności antykomunistycznej Furlan został po wojnie skazany w pokazowym procesie politycznym na karę śmierci, zamienioną następnie na 20 lat przymusowych robót. Po 4 latach został zwolniony ze względu na stan zdrowia. Jego postawa oraz wątek znajomości z Joyce’em stały się przyczynkiem do stworzenia oryginalnej historii o pasji, zaangażowaniu i cenie, jaką płaci się za wierność przekonaniom, ale także – o roli przypadkowych spotkań. Może to właśnie one, nie tylko wielka historia w tle, są dla naszych losów najważniejsze.

Obydwie przedstawione książki, czyli Miłość niech odpocznie trochę i Oczy Łucji, zostały opublikowane przez SEDNO Wydawnictwo Akademickie w przekładzie Joanny Pomorskiej.

 

Posted on

Podróże w czasie. Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S02E14

Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W drugim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej wędrówki po śródziemnomorskich szlakach, bowiem tematem roku jest PODRÓŻ. Przygotuj plecak, włóż wygodne buty – i nie zapomnij słuchawek!

Przemieszczać można się nie tylko w przestrzeni, ale także w czasie. Pomaga nam w tym literatura i nauka, zaś archeologia eksperymentalna i najnowsze zdobycze techniki dodatkowo uprzyjemniają wojaże. Dziś, wraz z Magdą Miśką-Jackowską, zabiorę Was m.in. do Pompejów i na Santorini, do Rzymu i do muzeów w krajach niemieckojęzycznych. Spróbujemy antycznych frykasów, wykąpiemy się w termach, przepłyniemy łódką ze szklanym dnem i przejedziemy niezwykłym autobusem. Spakowani?!

Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak

Patronem odcinka jest sklep Lente.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:

?  Uri Wollner: Xanten
?  Agnieszka Jasińska: Carnuntum. Rzymskie miasto nad Dunajem
? Julia Wollner: 8 nieoczywistych miejsc, w których poczujesz się jak w starożytnym Rzymie
? Julia Wollner: Z literacką kamerą w starożytnym Rzymie
? Julia Wollner: Przystanek Cinecittà
? Julia Wollner: Merida
? Julia Wollner: Z wizytą w Bet Sze’an
? Julia Wollner: Najlepsze VR w Rzymie
? Julia Wollner: Caupona. Antyczna uczta we współczesnych Pompejach
? Julia Wollner: Baia czyli proza życia

Posted on

Muzyka filmowa po włosku

Co tak naprawdę oznacza Chi Mai?
Skąd we włoskim kinie tyle małych miasteczek?
Czy dla Włochów życie jest jednym wielkim teatrem?
Dlaczego Ennio Morricone i Sergio Leone trzymali się razem?
O czym jest piosenka Bella Ciao?

I co tak naprawdę mówimy, nazywając kogoś maestro?

Odpowiedzi na te i inne pytania, udzielone przez Julię Wollner, znajdziecie w specjalnym odcinku podcastu Magdy Miśki-Jackowskiej “Score and the City”, prosto z włoskiej Ferrary.

Zapraszamy do słuchania!

Posted on

Jorge Ruiz Lardizabal, Mity, wierzenia i obyczaje Basków

Mity, wierzenia i obyczaje Basków to książeczka niepozornych rozmiarów, jednak po brzegi wypełniona treścią. Już we wstępie znajdziemy mnóstwo faktów, o których wiadomo tylko nielicznym. Bo czy słyszeliście, że panoszący się w Hiszpanii Rzymianie nigdy nie zdołali podbić tych okolic, albo czy że słynny Roland, frankijski hrabia, o którym uczymy się w szkole podstawowej, zginął właśnie tam, podczas walk z plemionami baskijskimi, nie zaś, jak zwykło się uważać, z Saracenami? Autor przedstawia nam również kilka bardzo ciekawych, choć kontrowersyjnych teorii, jak na przykład tę, zgodnie z którą swego czasu językiem baskijskim mówiono na całym Półwyspie Iberyjskim.

To jednak tylko preludium. We właściwej części książki poznajemy zarys baskijskich wierzeń, obrzędów i symboliki. Dowiadujemy się między innymi, że dla Basków wszystko to, co ma nazwę, istnieje. Świat i dzieje mają formę cykliczną – dzisiejsza rzeczywistość stanowi niejako replikę tego, co już było. Życie idealne powinno być całkowicie wolne od bólu i cierpienia oraz powinno upływać w całkowitej harmonii między żywymi i umarłymi.

Bask, kształtowany przez tradycje i wierzenia, w których nie znajdujemy upodobania do zawiści i zadawania innym bólu i cierpień, to istota prosta i uczciwa, obdarzona wieloma pożytecznymi zdolnościami i cechami. To człowiek samotny, ale jednocześnie gościnny i solidarny, gospodarny, ale niezachłanny i nieegoistyczny – pisze Lardizabal, sam będący z pochodzenia Baskiem

 

Pierwotna religia Basków funkcjonowała bez świątyń i wyodrębnionej kasty kapłańskiej. Za centrum kultu przyjęła własny dom, budowany zawsze z orientacją na wschód. To w nim zamieszkiwało zarówno żyjące pokolenie, jak i duchy przodków. Mitologia baskijska, w odróżnieniu od kultur indoeuropejskich, miała charakter matriarchalny. Najważniejszą boginią była Mari; bogowie o cechach męskich odgrywali role raczej marginalne. Czczący ich lud żył w zgodzie z naturą, bez lęku wobec mocy przyrody, ale darząc ją należytym szacunkiem. Czerpał z niej, tworząc oryginalne obyczaje, których kultywowanie stało się sposobem na oparcie się obcym kulturom i religiom.

Lektura książki Lardizabala, bogatej zarówno w treści antropologiczne, jak i religioznawcze, stanowić może spotkanie ze światem, który najlepiej poznać bezpośrednio nad Zatoką Biskajską. Światem prawdziwie fascynującym, dodajmy. Tylko tam nikt nie odważy się okrążyć kościoła trzykrotnie; zachodzące słońce, by nie odeszło obrażone, nadal żegna się pieszczotliwym agur, czyli „pa”, a włosy obowiązkowo ścina się w pierwszy piątek marca, by rosły zdrowe i piękne. I tylko w Kraju Basków najgorszym przekleństwem, jakie możemy usłyszeć, jest: oby cię pioruny spaliły.

Jorge Ruiz Lardizabal, Mity, wierzenia i obyczaje Basków,  tłumacz nieznany, Oficyna Wydawnicza Rewasz, Pruszków 2018

Posted on

W zdrowym ciele zdrowy duch. Rozmowa z włoskim psychiatrą Santem Rullo

Chociaż nam Włosi kojarzą się nierzadko z miłośnikami futbolu albo fanami kolarstwa, to niestety społeczeństwo włoskie, podobnie jak europejskie w ogóle, prowadzi głównie siedzący tryb życia. Doktor Santo Rullo od ponad 30 lat propaguje sport na Półwyspie Apenińskim. Znany jest m.in. z powołania do życia nietypowej reprezentacji narodowej w piłce nożnej, Nazionale Italiana, pod nazwą „Crazy Football”. Wszyscy jej gracze chorują psychicznie. Film dokumentalny „Crazy for Football” o pierwszych mistrzostwach świata dla podobnych reprezentacji, które zorganizowano w Osace w 2016 r., wygrał prestiżową nagrodę „David di Donatello” dla najlepszego dokumentu 2017 roku.

W naszej rozmowie doktor Rullo opowiada o swojej działalności, o niezwykle istotnej inkluzji społecznej oraz o tym, jak ważny jest sport dla zachowania równowagi psychicznej. Przypomina też, że ruch stanowi najlepszą praktykę uważności.

Julia Wollner: Każdy z nas teoretycznie wie, że sport jest zdrowy zarówno dla ciała, jak i dla ducha, jednak nie widzę, żeby zadawano sobie trud wypromowania tej prawdy w sposób bardziej zorganizowany. Niewiele mamy chyba programów promujących znaczenie ruchu dla zdrowia psychicznego.

 Santo Rullo: O tak, zatrzymaliśmy się w tej kwestii na roku 356, kiedy Juwenalis pisał w swojej X Satyrze: mens sana in corpore sano (łac.: w zdrowym ciele zdrowy duch). Tę maksymę powtarza się na okrągło, ale zupełnie nie wprowadza w czyn, jeśli spojrzymy na opiekę zdrowotną i związaną z nią politykę społeczną. A przecież ciało, które odczuwa jakiś dyskomfort, prawie zawsze ciągnie za sobą umysł, doprowadzając do braku równowagi na poziomie psychosomatycznym. Analogicznie, zaburzenia psychiczne prawie zawsze oznaczają także problemy ze zdrowiem fizycznym.

Ciąg dalszy rozmowy dostępny jest tutaj: Wywiad z doktorem Santem Rullo
Posted on

Słowenia. Don’t hurry, be happy! Lente – podcast o kulturze śródziemnomorskiej S02E13

Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W drugim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej wędrówki po śródziemnomorskich szlakach, bowiem tematem roku jest PODRÓŻ. Przygotuj plecak, włóż wygodne buty – i nie zapomnij słuchawek!

Słowenia to jeden z najmniej znanych krajów basenu Mare Nostrum, leżący na styku kultury austro-węgierskiej i śródziemnomorskiej.
Chwilę po powrocie z tego niezwykłego miejsca, na gorąco, dzielę się moimi subiektywnymi wrażeniami i przemyśleniami: o tożsamości, granicach, ekologii, zachwycającej przyrodzie i zaskakujących smakach. Przede wszystkim jednak: o braku pośpiechu!

Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:

? Julia Wollner: Zuzanna Cichocka, Słowenia. Mały kraj wielkich odległości
? Olga Więzowska: Piran. Solne miasto

Posted on

Małgorzata Gołota, Spinalonga. Wyspa trędowatych

Spinalonga (gr. Σπιναλόγκα) jest niewielką wysepką położoną zaledwie kilkaset metrów od północno-wschodnich wybrzeży Krety. Od swej starszej siostry oderwała się prawdopodobnie w wyniku trzęsienia ziemi, które miało miejsce około 1500 roku p.n.e., choć niektórzy żywią przekonanie, że rozłąka ta jest dziełem człowieka. Oto władający ongiś Kretą Wenecjanie mieli samodzielnie zniszczyć połączenie z lądem, aby na tym niegościnnym skrawku ziemi zbudować niezdobytą fortecę.

Dziś Spinalonga stanowi przede wszystkim atrakcję turystyczną – wizytę na nią, w ramach wycieczki na Kretę, oferuje większość biur podróży. Niewielu turystów zna jednak jej historię: w pierwszej połowie zeszłego stulecia wysepka ta, przypominająca obecnie miasto duchów, pełniła funkcję leprozorium, czyli kolonii trędowatych.

Trąd (inaczej lepra lub choroba Hansena) – przewlekła choroba zakaźna wywoływana przez bakterie – od wieków stanowił wstydliwy problem społeczny. W starożytności i średniowieczu uważano go za karę za grzechy, a chorych izolowano i pozbawiano praw. Dziś jest całkowicie uleczalny, jednak jeszcze kilkadziesiąt lat temu dotkniętych nim ludzi traktowano niczym w czasach biblijnych. W Grecji trędowatych zsyłano właśnie na wspomnianą wyspę, gdzie żyli w warunkach uwłaczających ludzkiej godności, pozostawieni sami sobie. Zapominano o nich, bo niczym przyjemnym było pamiętanie o trędowatych.

Toponim Spinalonga nie kojarzy się zbyt dobrze: po łacinie spina longa znaczy długi cierń. Tym właśnie była wyspa dla swych mieszkańców w latach 1903–1957. Przekraczając ciemny tunel, zesłańcy mogli odnieść wrażenie, że zstępują do piekieł…
Toponim Spinalonga nie kojarzy się zbyt dobrze: po łacinie spina longa znaczy długi cierń. Tym właśnie była wyspa dla swych mieszkańców w latach 1903–1957. Przekraczając ciemny tunel, zesłańcy mogli odnieść wrażenie, że zstępują do piekieł…

 

Temat Spinalongi do niedawna stanowił greckie tabu. Nie pisano o niej zbyt wiele, a jeśli już, to nie robili tego rodzimi autorzy. Jedną z osób, które podjęły kwestię znajdującego się tam leprozorium, jest polska dziennikarka Małgorzata Gołota. W swojej książce Spinalonga. Wyspa trędowatych przedstawia ona losy chorych egzystujących w prawdziwym piekle, którzy, mimo wszystko, zdołali stworzyć w nim zorganizowaną społeczność. Odtrąceni, zmagający się z cierpieniem fizycznym i psychicznym, odnaleźli w sobie siłę, by zawalczyć o swoje prawa i godność. Jakże uderza ich nieustanna walka o własne człowieczeństwo, ich wołanie o prawo do istnienia! Dodajmy, że to ostatnie odebrano im nie tylko w przenośni, ale również dosłownie, wykreślając nazwiska z rejestrów stanu cywilnego – zupełnie, jakby umarli za życia. A przecież, jak pisali w liście do jednego z dygnitarzy, wciąż byli ludźmi!

Książka Gołoty przedstawia jeden z najciemniejszych epizodów w bardzo długiej historii Grecji; opowiada o stygmatyzacji, strachu i braku empatii. Ukazuje dramaty rodzin rozłączanych na zawsze, dzieci odbieranych rodzicom, rozbijanych małżeństw; co więcej, uwidacznia całkowitą obojętność społeczeństwa wobec tych jego członków, którzy mieli nieszczęście zachorować. Pozwala na spotkanie z najmniej urodziwą stroną Śródziemnomorza, ale i człowieka w ogóle – i dlatego reportaż ten warto przeczytać nie tylko przed planowanymi wakacjami na Krecie. Autorka zebrała w nim imponujący materiał, a głos oddaje bohaterom z różnych środowisk, pozwalając czytelnikowi poznać rozmaite punkty widzenia: tak chorujących, jak i lekarzy. Konstrukcja książki może chwilami sprawiać wrażenie chaotycznej i stanowi chyba największą jej wadę; treść jednak głęboko porusza i skłania do refleksji nad wieloma sprawami. Przede wszystkim: nad kwestią stosunku człowieka do człowieka, szacunku i miłości do bliźniego, ale także nad faktem, że pomimo wielu przeciwieństw, cierpienia, choroby i nędzy, nadzieja w ludziach nie gaśnie nigdy – nawet na krańcu świata.

 

Małgorzata Gołota, Spinalonga. Wyspa trędowatych, Agora, Warszawa 2021

 

Posted on

Orient Express. Podróż przez historię

Orient Express nie pojawił się przez przypadek: stanowił kontynuację mody na podróżowanie dla przyjemności, wymyślonej przez bogate europejskie mieszczaństwo w drugiej połowie XIX wieku. Ówcześni podróżnicy skupiali się przede wszystkim na odkrywaniu krajów Bliskiego Wschodu, co zbiegło się w czasie z dążeniami władcy Imperium Osmańskiego, sułtana Abdulaziza, pragnącego połączyć świat Orientu i Zachodu. Podobne aspiracje kierowały bawarskim przedsiębiorcą, baronem Maurycym de Hirschem, który na początku 1870 roku założył w Paryżu spółkę Chemins de fer Orientaux (Koleje Orientalne), służącą budowie transkontynentalnej linii kolejowej. Dzięki wysokiemu kapitałowi zakładowemu, wynoszącemu aż 50 milionów franków, w 4 lata udało mu się wybudować prawie 1300 km torów. Pomimo pewnych opóźnień, związanych m.in. z wybuchem powstania przeciwko Turcji w kwietniu 1876 roku, prace postępowały na tyle szybko, że w niedługim czasie pojawiły się pierwsze zapowiedzi informujące o planowanym otwarciu nowego połączenia kolejowego. Połączenia, które na zawsze miało zmienić bieg historii europejskiego kolejnictwa.

 

Grafiki z magazynu L’Illustration, 1884r
Grafiki z magazynu “L’Illustration”, 1884 r.


Pociąg dla wybranych

Pierwszy kurs Orient Expressu, obejmujący trasę od Paryża do Konstantynopola, zaplanowano na 4 października 1883 roku. Czerwony dywan, szampan, międzynarodowa prasa i wzniosłe przemowy – rozmach z jakim zorganizowano wydarzenie wywierał wrażenie nie tylko na zaproszonych gościach, ale przede wszystkim na tłumie przypadkowych gapiów. Kiedy pociąg wjechał na peron, okrzykom radości nie było końca. Nic dziwnego – sześć błyszczących wagonów (obejmujących dwie kuszetki, wagony na bagaże, salon i wagon restauracyjny), prowadzonych przez nowoczesną lokomotywę, stanowiło luksus, o jakim wcześniej nikomu się nawet nie śniło. Świadczy o tym również… niewielka liczba pasażerów – wysoka cena biletu (500 franków w złocie, co stanowi równowartość dzisiejszych 20 tysięcy euro) sprawiła, że pociąg był dostępny wyłącznie dla ludzi z najwyższych klas społecznych.

Pokonanie trasy liczącej 2880 kilometrów powinno zająć 67 godzin, jednak pierwszy tabor dojechał do celu nieco później niż zostało to zaplanowane. Dodatkowo, po przekroczeniu granicy z Bułgarią, pasażerowie musieli przesiąść się do innego pociągu, którym kontynuowali przejazd do wybrzeża Morza Czarnego. Ostatni etap podróży odbył się na specjalnej łodzi; dopiero od 1889 roku można było przejechać bez przesiadek całą trasę, kończąc wyprawę na stacji kolejowej Istanbul Sirkeci. Stamtąd przewożono podróżnych do Pera Palace Hotel, najbardziej luksusowego obiektu noclegowego w Konstantynopolu. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że odbywało się to w… szklanych lektykach. Pomysłodawcą rozwiązania był drugi ze współtwórców Orient Expressu, Belg Georges Nagelmackers. On również doprowadził do budowy Pera – pierwszego (i jedynego!) pięciogwiazdkowego hotelu w mieście. Elektryczność, ciepła woda, nowoczesna winda przypominająca wielką klatkę dla ptaków – czegoś takiego w Turcji wcześniej nie znano. Hotel oferował wszelkie wygody, a każdy gość czuł się w nim niczym gwiazda filmowa. Marzenie o luksusie na każdym etapie podróży powoli stawało się rzeczywistością.

 

George Nagelmackers
George Nagelmackers


Najbardziej luksusowy hotel na kółkach

Uruchomienie połączenia przyjęto z wielkim entuzjazmem – możni tego świata stawiali sobie za punkt honoru podróż „najbardziej luksusowym hotelem na kółkach”, jak wkrótce zaczęto mówić o Orient Expressie. Co ich wszystkich przyciągało? Przede wszystkim przedziały, spełniające najwyższe standardy epoki wiktoriańskiej. Czerwone welurowe sofy, ściany obite jedwabiem, ręcznie rzeźbione meble, tureckie dywany – tutaj można było poczuć się jak we własnym domu. O ile, oczywiście, dom przypominał z wyglądu luksusowy apartament w centrum Paryża, Londynu czy Nowego Jorku. Nawet toalety budziły podziw – pomiędzy przedziałami zamontowano porcelanowe umywalki z marmurowymi podstawami, można też było skorzystać z oddzielnych kabin prysznicowych. A to wszystko pod koniec XIX wieku!

Kwintesencję przepychu stanowił wagon restauracyjny z kryształowymi kandelabrami, aksamitnymi zasłonami i szklanymi panelami zaprojektowanymi przez najsłynniejszego projektanta art déco, René Lalique’a. W takim otoczeniu każdy posiłek nabierał wyjątkowości. A kosztować można było wszystkiego! Wśród serwowanych dań znajdowały się oczywiście przystawki, takie jak homary, ostrygi i kawior, dania główne złożone z ryb i najdelikatniejszych mięs. W ramach deserów podawano ciasta, sorbety, sery oraz różne owoce, można było też napić się kawy i herbaty lub wybrać mocniejszy trunek (koniak, szampana, białe i czerwone wino). Kelnerzy, odziani we fraki, jedwabne pończochy i pudrowane peruki, spełniali każdą, nawet najdziwniejszą zachciankę. Ich profesjonalizm oraz zaangażowanie sprawiały, że pasażerowie czuli jak prawdziwi arystokraci. W końcu tego oczekiwano w podróży – gościnności w wersji premium.

 

Plakat z sezonu zimowego 1888–1889 r.
Plakat z sezonu zimowego 1888–1889 r.


Kolej wysokiego ryzyka

Haute cuisine korespondowało z haute couture. Było to szczególnie widoczne w dwudziestoleciu międzywojennym. Jak pisał francuski dyplomata Paul Morand, pociąg stał się wtedy „mikrokosmosem świata”, wypełnionym po brzegi greckimi kupcami, brytyjskimi lordami, węgierskimi książętami i rumuńskimi bojarami. Największą ciekawość budzili osmańscy arystokraci – chronieni przez eunuchów, nie opuszczali swojego przedziału przez całą podróż. Nie chcieli i nie musieli – przebywali ze swymi cafedji bashis, którzy codziennie przygotowywali im aromatyczną kawę, o wiele smaczniejszą od tej serwowanej w pociągu.

Dyplomaci, ludzie biznesu oraz członkowie rodzin królewskich – w pociągu nie brakowało nikogo, kto liczył się w świecie. Do tego zacnego grona dołączyły wkrótce popularne tancerki i aktorki. Sarah Bernhardt, Isadora Duncan, Marlene Dietrich… lista pasażerów obejmuje najważniejsze nazwiska ówczesnej bohemy artystycznej. Słynnym pociągiem podróżowała również najbardziej znana kobieta-szpieg, czyli Mata Hari, a także liczna grupa artystów estradowych, ubarwiających swoją muzyką długie wieczory. Słynna piosenkarka i tancerka estradowa Josephine Baker wystąpiła w Orient Expressie wiele razy; uczestniczyła również w pamiętnym rejsie z 1929 roku, kiedy to pociąg utknął z powodu śnieżycy na 5 dni w tureckim mieście Çerkezköy. Europejska prasa rozpisywała się później o wielkiej akcji ratunkowej, poprzedzonej dramatyczną walką o przetrwanie. To wydarzenie wywarło duży wpływ na królową kryminału, Agathę Christie, która znalazła w nim inspirację do napisania jednej ze swoich najbardziej znanych powieści: Morderstwo w Orient Expressie[1]. Tak oto Orient Express wkroczył do świata popkultury, i, jak pokazują późniejsze wydarzenia, pozostał w nim na zawsze.

Pocztówka z roku 1900
Pocztówka z roku 1900


Jak za dawnych lat

Niestety, lata 30. XX wieku oznaczały początek końca spektakularnej kariery Orient Expressu. Już wcześniej pojawiały się pewne problemy w kursowaniu pociągu[2], zaś wybuch II wojny światowej pozbawił spółkę szans na dalsze sukcesy. Wysadzenie jednego z wagonów w powietrze[3] stało się zapowiedzią nadchodzących zmian. Po nastaniu pokoju w 1945 roku sytuacja nie uległa poprawie. Przyjemność z podróżowania została zastąpiona pogłębiającą się irytacją – podział Europy skutkował licznymi kontrolami, przesłuchaniami i innymi utrudnieniami na pierwotnej trasie. Na niekorzyść działał też rozwój transportu lotniczego i skrócenie przejazdu najpierw do Bukaresztu, a następnie do Wiednia. W 1962 roku wstrzymane zostały dwa z trzech połączeń, zaś w 1971 roku spółka Wagons-Lits Company zakończyła produkcję nowych wagonów, sprzedając istniejące składy przewoźnikom narodowym. Ostatni regularny kurs Orient Expressu na trasie Paryż-Stambuł miał miejsce 19 maja 1977 roku, a 32 lata później, w grudniu 2009 roku, luksusowy pociąg przeszedł do historii. Zanim jednak to nastąpiło, wielu śmiałków próbowało wskrzesić czar podróży z dawnych lat.

Pierwszym z odważnych był milioner James Sherwood, założyciel prywatnej spółki Venice Simplon-Orient-Express, która w 1982 roku pozyskała oryginalne wagony z lat 20. i 30. XX wieku, po czym podjęła się prób przywrócenia ich dawnej świetności. Po kilku miesiącach intensywnych prac, nowy Orient Express wyruszył w podróż przez Europę. Jako pociąg turystyczny zagościł również w Polsce. Miało to miejsce we wrześniu 1988 roku – pociąg o nazwie „Nostalgie Paris-Stambul Orient Express” jechał bowiem z Paryża przez Lyon, Kolonię, Berlin, Warszawę, Moskwę, Harbin, Pekin, kończąc swoją podróż po 19 dniach (i 15 tysiącach kilometrów!) w Hongkongu. Na dworcach kolejowych czekały tłumy; każdy chciał zobaczyć legendarny pociąg na własne oczy. Nic dziwnego – pomimo wielu zmian polityczno-kulturalnych, magia Orient Expressu nie przestała działać.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by ORIENT EXPRESS (@orientexpress)

Powrót legendy

Prawie półtora wieku od powstania, legendarny Orient Express wraca do gry. A to za sprawą firmy AccorHotels i niezwykłego znaleziska, jakie miało miejsce we wschodniej Polsce. W Małaszewiczach w województwie lubelskim odkryto 17 wagonów z oryginalnego składu pociągu. Obecnie przechodzą one renowację, aby w 2024 roku wyruszyć po raz kolejny w trasę, tym razem na terenie Włoch. Za nowy wystrój pociągu odpowiada francuski architekt Maxime d’Angeac, który zaprojektował mnóstwo elementów dekoracyjnych, zachwycających swoją elegancją i nowatorskim stylem. Lustrzane sufity, skórzane fotele i zagłówki z koralikami z masy perłowej – wystrój wnętrz czerpie inspiracje z dawnych technik rzemieślniczych, wykorzystywanych  przy urządzaniu pierwszych pociągów Orient Expressu. Nie można zapomnieć również o apartamencie prezydenckim – zainspirowany światem art déco, obejmuje on m.in. salon doświetlany kominkiem i tzw. cabinet de l’egoïste, czyli połączenie gabinetu i biblioteki. Wszystko razem emanuje magią i elegancją, pamiętającą czasy pierwszej wyprawy do Stambułu.

Romans, przygoda i tajemnica. Elegancja, luksus i komfort najwyższej klasy – Orient Express jest jednym z tych doświadczeń, o których fantazjuje się przynajmniej raz w życiu. I choć dzisiaj możemy skorzystać z innych ekskluzywnych pociągów, takich jak hiszpańskie El Transcantábrico Gran Lujo czy tureckie Cappadocia Express, to legendarny „Grand Hotel na kołach” pozostanie na zawsze niepowtarzalnym symbolem wielkich podróży.

[1] Angielska autorka również utknęła w śnieżycy w grudniu 1931 roku, podczas powrotu do domu z Iraku, w którym to przebywał na wykopaliskach jej ówczesny mąż, archeolog Max Mallowan.
[2] W czasie I wojny światowej połączenie Paryż-Stambuł zostało zawieszone. W zastępstwie uruchomiono Pociąg Bałkański (z niem. Balkanzug), kursujący od Berlina do stolicy Turcji przez m.in. Pragę, Wiedeń, Budapeszt i Sofię.
[3] W jednym z nieużywanych wagonów Orient Expressu (numer boczny 2419), cesarskie Niemcy podpisały w 1918 roku akt kapitulacji. Dokładnie w tym samym miejscu, w czerwcu 1940 roku, Francuzi ogłosili kapitulację w wojnie z III Rzeszą. Jednak gdy było wiadomo, że Niemcy przegrają wojnę, Hitler kazał ów wagon wysadzić w powietrze.

 

Zdjęcie główne:  / Flickr, CC BY 2.0
Posted on

Melitzanes papoutsakia. Faszerowane pieczone bakłażany prosto z Cyklad

Rejs po Cykladach wspominam jako podróż po wyspiarskich smakach: pamiętam jędrne kapary z wyspy Folegandros, dzikie zioła z Amrogos, które zapieka się w cieście filo z zieloną cebulką i fenkułem, oraz słodkie, słynne w całej Grecji wulkaniczne pomidorki z Santorini. Na Santorini uprawia się też bakłażany: śnieżnobiałe, soczyste i tak delikatne, że można jeść je na surowo. Na innych wyspach króluje bardziej klasyczna, ciemnofioletowa odmiana, popularny składnik greckiej kuchni. Kiedy mam ochotę na odrobinę Grecji na talerzu, wybieram najbardziej kształtne bakłażany i przygotowuję melitzanes papoutsakia — pieczone bakłażany ze smakowitym farszem.

Warto dodać, że bakłażany w greckiej kuchni to nie tylko musaka, chociaż to warstwowa zapiekanka ze smażonych plastrów bakłażanów, mielonej jagnięciny i beszamelu jest najsłynniejszym greckim daniem na świecie. W zestawie mezedes — przekąsek podawanych do wina, piwa lub anyżowego uozo — często pojawia się melitzanosalata, czyli pasta z grillowanych bakłażanów o wyraźnie dymnym posmaku, doprawiana czosnkiem i sokiem z cytryny. Ta przyrządzana z białych bakłażanów z Santorini uważana jest za szczególny delikates, słodki i idealnie kremowy, dostępny właściwie tylko na miejscu. Z Wysp Jońskich pochodzi natomiast potrawa skordostoumbi: smażone plastry bakłażana zapiekane w słodko-kwaśnym sosie z pomidorów, czosnku i octu.

Melitzanes papoutsakia to po grecku “bakłażanowe buciki” — nadziewane połówki bakłażanów kształtem przypominają obuwie. Lista składników w wielu punktach pokrywa się z musaką: bakłażany, mięsny sos pomidorowy, beszamel i starty ser, najczęściej gaviera lub kefalotyri — słone, dojrzewające specjały. Podobnie jak w przypadku musaki, korzenie dania nie są dokładnie znane, a współczesna wersja potrawy została wprowadzona do greckiego kanonu przez słynnego kucharza Nikolaosa Tselementesa w pierwszej połowie XX wieku.

Biegły we francuskiej szkole gotowania szef kuchni dodał smakowitą chmurkę beszamelu do musaki i faszerowanych bakłażanów. W mojej — niekanonicznej — wersji przepisu rezygnuję z beszamelu i twardego sera; proponuję zapiec danie z wyrazistą fetą. Bakłażany faszeruję lekkim sosem z soczewicy i słodkich pomidorków koktajlowych.

Przepis: Melitzanes papoutsakia

 3 bakłażany
2 łyżki oliwy
1 czerwona cebula
1 ząbek czosnku
1/4 szklanki czerwonego wina
350 g pomidorków koktajlowych
1 szklanka ugotowanej zielonej soczewicy
1 łyżeczka suszonego oregano
sól i pieprz
100 g fety

 

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.

Bakłażany przekrawamy na pół, miąższ nacinamy w kratkę, zachowując około centymetr brzegów. Smarujemy oliwą, oprószamy solą.

Pieczemy w żaroodpornym naczyniu miąższem do góry przez 30 minut.

Studzimy.

Za pomocą łyżki wyjmujemy miąższ z podpieczonego bakłażana, pozostawiając mniej więcej centymetrową warstwę miąższu przy krawędziach.

Na dużej patelni rozgrzewamy oliwę, dodajemy posiekaną cebulę, smażymy na małym ogniu przez 5 minut. Dodajemy drobno posiekany czosnek, podsmażamy przez minutę.

Zwiększamy ogień, wlewamy wino i gotujemy przez około 5 minut.

Dodajemy posiekany miąższ bakłażana, pokrojone na połówki pomidorki koktajlowe, soczewicę i oregano. Doprawiamy solą i pieprzem.

Smażymy, mieszając, przez kolejne 10 minut.

Wydrążone połówki bakłażana umieszczamy w żaroodpornym naczyniu.

Wypełniamy je sosem i posypujemy fetą.

Zapiekamy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 30 minut.

 

 

Posted on

Chwila dla urody. Śródziemnomorski podcast “Lente” na wakacje

Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W te wakacje, w ramach weekendowego Codziennika “Lente”, przyjrzymy się różnym aspektom śródziemnomorskiego dnia powszedniego, zgodnie z poniższą zapowiedzią:

Relaksujące rytuały, odrobina uwagi dla ciała. Od peelingów do maseczek, od eterycznych esencji po drogocenne oleje. Jak wykorzystać w pielęgnacji urody włoską kawę, jak po grecku rozjaśnić cerę, a jak po marokańsku zadbać o włosy? Posłuchajcie!

Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:

🔹Julia Wollner: O opuncji figowej
🔹Julia Wollner: Ciekawostki o Morzu Martwym
🔹Olga Bialer-Young: Rzecz o pszczołach i miodzie
🔹Anka Florczak: Płynne złoto Maroka
🔹Anka Florczak: Maroko. Kobieca przestrzeń cielesnego rytuału

Posted on

Poveglia. Nawiedzona wyspa

Materiał stworzony w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Albatros.

Na Poveglię trudno się dostać – mało który przewoźnik, nawet sowicie opłacony, będzie chciał nas tam zawieźć. I nic dziwnego. W przeszłości przetrzymywano tu chorych na dżumę, prowadzono zakład dla obłąkanych, podejmowano niehumanitarne eksperymenty na chorych. Dziś, wśród porośniętym bluszczem, opuszczonych murów, straszy – i to z taką intensywnością, że Poveglia wygrywa większość rankingów na najbardziej przerażający punkt na mapie świata.

W XIV wieku, kiedy Italię dziesiątkowała epidemia czarnej śmierci, zarówno ciała zmarłych, jak i ciężko już chorych nieszczęśników wywożono tu masowo, aby odseparować ich od reszty społeczeństwa. Biedacy mogli już tylko czekać na śmierć, otoczeni zwłokami, których nie chowano nawet do grobów. Lęk umierających czuć podobno do dzisiaj, zaś, według wierzeń mieszkańców Wenecji, dusze tych, których pozbawiono pochówku, nigdy nie zaznają spokoju i wiecznie krążyć będą po wyspie. Na tym jednak nie koniec.

W latach 20. XX wieku na Poveglii otwarto szpital dla psychicznie chorych. Od pierwszych dni jego funkcjonowania pacjenci skarżyli się na dziwne odgłosy i unoszący się w powietrzu trupi fetor; nikt jednak nie traktował ich poważnie. Sytuacja zmieniła się, gdy podobne doświadczenia zbierać zaczęli pracownicy ośrodka… W międzyczasie wyszło na jaw, że w dzwonnicy szpitala pacjentów poddawano brutalnym eksperymentom medycznym. Kierujący doświadczeniami lekarz w niedługim czasie sam postradał zmysły i, nękany wizjami, rzucił się z okna wieży, w której pracował. Po tym dramatycznym wydarzeniu szpital zamknięto, a wyspa pozostała niezamieszkana. W roku 2014 włoski rząd wystawił ją na sprzedaż, a brytyjski dziennik „The Independent” opublikował artykuł zatytułowany Poveglia: world’s most haunted island’ up for sale… is anyone brave enough to buy it?. Wydawało się wówczas, że zadano pytanie retoryczne.

Nabywca jednak dość szybko się znalazł: okazał się nim włoski przedsiębiorca i burmistrz Wenecji Luigi Brugnaro, znany głównie ze swoich bardzo konserwatywnych poglądów politycznych (wycofał z weneckich szkół książki omawiające kwestię homoseksualizmu; wsławił się też nakazami skierowanymi do policji, która miałaby strzelać do każdej osoby wypowiadającej słowa Allah akbar). Brugnaro zapłacił za wyspę ponad pół miliona euro, przejmując ją na 99 lat. Wiele milionów miała kosztować go renowacja znajdujących się tam budynków; jego projekty, obejmujące stworzenie na wyspie luksusowego hotelu, nie zostały jednak ostatecznie zaakceptowane. W efekcie biznesmen wycofał się z przedsięwzięcia. Kolejni zainteresowani planowali stworzyć na wyspie park, marinę, restaurację i centrum badawcze; póki co Poveglia pozostaje jednak nadal pusta, a odwiedzają ją głównie twórcy rozmaitych programów telewizyjnych poświęconych tematyce zjawisk paranormalnych.

Dziś o Poveglii rozmawia się ponownie w kontekście głośnej powieści Burza kolorów Damiana Dibbena, opowiadającej historię wybitnego weneckiego malarza Giorgionego. Według wielu źródeł to właśnie na tej wyspie został on pochowany po swojej śmierci na dżumę w 1510 roku. Wielu badaczy uważa jednak, że artysta spoczął na Lazzaretto Nuovo. Czy kiedykolwiek dowiemy się prawdy? Jakiś czas temu znaleziono na wyspie marmurową płytę z łacińskim napisem “Nie przeszkadzajcie tu spoczywającym”. Wszystko zależy więc od tego, czy uszanujemy wolę tych, którzy mają Poveglię w swoim prawdziwym władaniu.

Zdjęcie główne: widok na wyspę Poveglia, fot. Angelo Meneghini, Creative Commons Attribution 3.0 Unported

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Albatros.

 

Posted on

Sjesta. Śródziemnomorski podcast “Lente” na wakacje

Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W te wakacje, w ramach weekendowego Codziennika “Lente”, przyjrzymy się różnym aspektom śródziemnomorskiego dnia powszedniego, zgodnie z poniższą zapowiedzią:

Sjesta jest czasem popołudniowego relaksu, momentem ciszy i spokoju. W wielu krajach poobiednią drzemkę zagwarantowano prawnie. Takie rzeczy tylko nad Morzem Śródziemnym!

Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:

🔹 Julia Wollner: Pora na sjestę

Posted on

Plaża. Śródziemnomorski podcast “Lente” na wakacje

Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W te wakacje, w ramach weekendowego Codziennika “Lente”, przyjrzymy się różnym aspektom śródziemnomorskiego dnia powszedniego, zgodnie z poniższą zapowiedzią:

Dzikie lub hotelowe, piaszczyste czy kamieniste, strzeżone lub nudystów – byle nad Morzem Śródziemnym. Tamtejsze plaże mogą być miejscem zarówno spotkania, jak i samotności; zachęcać do relaksu, ale i inspirować do działania. Pamiętajcie tylko o kremie z filtrem!

Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:

🔹 Uri Wollner: 5 rzeczy do zrobienia na plaży w Tel Awiwie
🔹 Michał Głombiowski: Plaża
🔹 Beata Zatońska: Piazza Armerina. Sportsmenki w bikini

Posted on

Spotkanie na placu. Śródziemnomorski podcast “Lente” na wakacje

Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.

W te wakacje, w ramach weekendowego Codziennika “Lente”, przyjrzymy się różnym aspektom śródziemnomorskiego dnia powszedniego, zgodnie z poniższą zapowiedzią:

Piazza, plaza, plateia… Tam właśnie umawiamy się dzisiaj. Napijemy się kawy, poprzyglądamy przechodniom; podziwiać będziemy zachwycającą architekturę i podsłuchiwać cudze historie. Mieszkańcy Śródziemnomorza robią to od tysięcy lat.

Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:

🔹 Magdalena Giedrojć: Palio czyli Siena w oparach szaleństwa

🔹 Magdalena Maja Śliwińska: Palazzo comunale czyli włoski ratusz

🔹 Radek Koc: Calcio storico we Florencji

🔹 Julia Wollner: Izraelczyk. Facet na wagę złota

Posted on

Giorgione czyli Wielki Jerzy. 6 faktów związanych z genialnym włoskim malarzem

Burza (ok. 1506)

Materiał stworzony w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Albatros.

Jak napisać biografię człowieka, którego nazwiska nie znamy? Jak przedstawić życie kogoś, kogo miejsce i data urodzenia, miejsce i data śmierci, jak również wszystko pomiędzy, pozostają niepewne? Jak opowiedzieć o artyście, którego dzieła mogły równie dobrze wyjść spod pędzla kogoś zupełnie innego? Odpowiedź jest chyba tylko jedna – poprzez skupienie się na pasji, która nim kierowała. Tak właśnie uczynił Damian Dibben, wybierając na głównego bohatera swojej powieści Burza kolorów malarza znanego na świecie jako Giorgione. Przed lub po lekturze książki niejeden z nas zastanawiać się będzie, jak odróżnić prawdę od fantazji autora. Cóż, w tym wypadku bardzo łatwo, bowiem o Giorgionem nie wiemy prawie nic. To „prawie” jest jednak niezwykle ciekawe i warte poznania!

Fascynującą powieść Burza kolorów przedstawia Renia Respondek – sprawdź tutaj! Magazyn “Lente” jest patronem medialnym publikacji.

 

1 – Giorgione… czyli kto?

Giorgione znaczy po włosku „Wielki Jerzy”. I rzeczywiście, malarz, o którym tu rozprawiamy, miał na imię Giorgio – w dialekcie weneckim Zorzi lub Zorzo. Końcówkę –one dodano zapewne ze względu na jego pokaźny wzrost i masywną budowę ciała, choć niewykluczone, że także dla podkreślenia wielkiego talentu i siły ducha. I choć Damian Dibben w Burzy kolorów nie przedstawia go jako postaci jednoznacznie pozytywnej, to dawni historiografowie, w tym Giorgio Vasari, nawiązują w swych tekstach do wzorowej postawy moralnej artysty.

Jak widać, już samo imię i przydomek malarza sprawiają nam problemy; nie jesteśmy też pewni jego nazwiska (Barbarelli czy Barbarella?). Nie wiemy z całą pewnością, czy pochodził z rodziny lombardzkiej czy weneckiej, czy urodził się w roku 1478 czy 1479. Na świat przyszedł w Castelfranco Veneto w prowincji Treviso, kilkadziesiąt kilometrów od Wenecji.

Autoportret w stroju Dawida (ok. 1500)

W odróżnieniu od Damiana Dibbena, który każe Giorgionemu narodzić się w rodzinie kamieniarzy, niektórzy badacze przyjmują za jego ojca miejscowego notariusza; inni podejrzewają, że Giorgione był synem malarza o nazwisku Segurano Cigna.

Giorgione prawie na pewno jako młody chłopak przybył do Wenecji, by uczyć się fachu od Giovanniego Belliniego. Przejął od niego umiłowanie koloru i szczególne, pełne uwagi podejście do malowania pejżażu. Niestety autorstwo wielu dzieł Giorgionego jest sporne, przede wszystkim dlatego, że prace, które się zachowały, nie są podpisane ani datowane. Liczba przypisywanych mu obrazów jest szeroko dyskutowana – niektórzy twierdzą, że znamy ich 5, inni doliczają się nawet 40!


2 – Wszystkie kolory Wenecji

Giorgionego uważa się za mistrza koloru i światła – cecha ta każe uważać go za wybitnego przedstawiciela weneckiego koloryzmu. Pojmowanie barwy u Giorgionego jest dynamiczne, co również stanowi typową cechę szkoły weneckiej. Podobnie jak później Tycjan i Veronese, Giorgione zdawał się uważać, że refleksy budują cienie nie gorzej niż przejścia tonalne, a co więcej – zabarwiają cienie, dzięki czemu maleje rola linii. Odmiennie pojmowali kolor mistrzowie toskańscy i rzymscy, którzy budowali formę metodą graficzną, wypełniając barwą kontur. Giorgione pracował natomiast zupełnie bez szkiców, posługując się wyłącznie kolorem. Rzeczownik ten, umieszczony w tytule powieści Dibbena, odnosi się więc nie tylko do tajemniczego pigmentu, który leży u podstaw fabuły. Swoją drogą, śródziemnomorskie, a więc i weneckie barwniki mają fascynującą historię i wiele tajemnic. Pisze o nich historyk sztuki Izabela Frankowska w tym artykule. Ultramaryna, o której w powieści marzy Giorgione, chcąc użyć jej do malowania jednej z sukni i odmawiając sobie z tego powodu dosłownie wszystkiego, rzeczywiście była niezwykle kosztowna, a jej cena przekraczała wówczas wartość złota. Z zachowanej korespondencji Albrechta Dürera możemy dowiedzieć się, że za pół kilograma farby w tym kolorze trzeba było zapłacić równowartość dzisiejszych 5 tysięcy dolarów.

3 – Mistrz sztuki sakralnej, pejzażu i… kobiecego aktu

Obrazy Giorgionego – lub „prawdopodobnie Giorgionego” – podzielić można na 4 kategorie. We wczesnym etapie twórczości tworzył sztukę sakralną, zachowując jednak zawsze postawę świecką, zgodną z duchem renesansu. Mówi się, że w szatach jego madonn są kobiety, a w strojach jego świętych – zwykli ludzie. Podobnie rzecz ma się z kolejną grupą obrazów, którą stanowią alegorie. Są to w zasadzie kompozycje figuralne w pejzażu, który nie stanowi nigdy tylko tła, ale wydaje się pełnoprawnym bohaterem opowieści; człowiek zaś pozostaje w idealnej harmonii z przyrodą. Malował też Giorgione portrety oraz akty. Słynna Śpiąca Wenus uważana jest za pierwsze dzieło w nowoczesnym malarstwie europejskim, gdzie naga kobieta wybrana zostaje na główny – i jedyny! – temat. Także tutaj widać więc potęgę humanizmu, który wydaje się być malarzowi szczególnie bliski.

Śpiąca Wenus (obraz prawdopodobnie ukończony przez Tycjana po śmierci Giorgionego w 1510)
Śpiąca Wenus (obraz prawdopodobnie ukończony przez Tycjana po śmierci Giorgionego w 1510)


4 – Burzliwe losy…

Tytuł Burza kolorów z całą pewnością może nawiązywać do namiętności, ambicji, miłości i zdrady, innymi słowy – burzliwych kolei losu głównego bohatera. Niestety nie mamy pojęcia, czy rzeczywiście stały się one jego udziałem. Jak wspomniano już wcześniej, źródła opisują Giorgionego jako osobę wyjątkową nie tylko ze względu na talent, jakim został obdarzony – czarującą, ujmującą, o wielu zainteresowaniach (wiemy na przykład, że kochał muzykę). Wiemy też, że rzeczywiście stykał się z wielkimi swojej epoki – co samo w sobie prowadziło zapewne do twórczego fermentu. Vasari wspomina o jego spotkaniu z Leonardem da Vincim, które miało miejsce w roku 1500 podczas wizyty tego ostatniego w Wenecji; trudno też nie wspomnieć o znajomości Giorgionego z genialnym Tycjanem. Według Vasariego Tycjan był uczniem naszego bohatera, co podchwycił Dibben, podczas gdy XVII–wieczny biograf Carlo Ridolfi twierdził, że obaj, w tym samym czasie, szlifowali swe umiejętności w warsztacie Belliniego.

Za burzliwe, a na pewno intrygujące, można uznać wydarzenia, które miały miejsce kilkadziesiąt lat po śmierci Giorgionego. W XVII-wiecznej Wenecji uchodził on za postać enigmatyczną i przez to fascynującą; jego dzieła znajdowały się prawie wyłącznie w prywatnych pałacach tamtejszej arystokracji i jawiły jako nie do zdobycia, zaś chętnych do kupna obrazów mistrza było coraz więcej. Wspomniany już Carlo Ridolfi i Marco Boschini, dwaj weneccy historiografowie, ale także niespełnieni malarze i agenci kolekcjonerów, wymyślili prace, których Giorgione… nigdy nie namalował. Dopuścili się tym samym manipulacji, która przyczyniła się do niezliczonych fałszerstw na rynku włoskiej sztuki.

Burza (ok. 1506)
Burza (ok. 1506)

 

5 – …burzliwe interpretacje

Tytułowa burza z powieści Dibbena to także najsłynniejszy obraz Giorgionego. W XVI-wiecznych zapiskach opisywany jest zwykle jako „krajobraz z burzą, cyganką i żołnierzem”, jednak w późniejszych wiekach coraz częściej określano go po włosku właśnie jako La Tempesta. Obraz powstał najprawdopodobniej w 1506 roku na zamówienie możnego Gabriela Vendramina. Co ciekawe, ten znany mecenas artystów określał obrazy Giorgionego jako „służące odpoczynkowi i ukojeniu duszy” – jakże daleko stąd do sztormów i nawałnic! Choć od momentu narodzin dzieła minęło już ponad pół tysiąca lat, to nadal nie wiadomo, co tak naprawdę przedstawia. Być może odpowiedź na to pytanie znana jest tylko autorowi i jego klientowi? O znaczenie Burzy od wieków spierają się najwięksi znawcy, a postaci takie jak Lord Byron zachwycają jego enigmatycznością. Wielki angielski poeta podkreślał, że to właśnie zagadkowość płótna czyni je tak fascynującym. Wśród najpopularniejszych interpretacji – a są ich dziesiątki – znajdziemy zarówno rozmaite alegorie, jak i greckie i rzymskie mity, opowieści biblijne czy chrześcijańskie legendy. Wymienia się w nich historię Jowisza i Io, moment odnalezienia małego trojańskiego królewicza Parysa przez pasterza albo Mojższesza przez córkę faraona, sceny z Metamorfoz Owidiusza, fragmenty Złotej legendy, Dekameronu Boccaccia albo ucieczkę Świętej Rodziny do Egiptu. Co więcej, prześwietlenie obrazu wykazało, że pod postacią młodzieńca znajduje się zamalowana naga postać kobieca, co sugerować może, że początkowy zamysł różnił się znacznie od końcowej kompozycji.

Mianem burzliwych można zresztą określić nie tylko spory o znaczenie obrazu, ale także jego losy, szczególnie w XX wieku. W czasie II wojny światowej przechowywał go pod łóżkiem historyk sztuki Pasquale Rotondi, ratując dzieło przed nazistami. Dziś tajemnicze płótno podziwiać możemy w Gallerie dell’Accademia w Wenecji.

Widok na wyspę Poveglia, fot. Angelo Meneghini, Creative Commons Attribution 3.0 Unported


6 – Wyspa straconych dusz

Mówi się, że w ludzkim życiu śmierć jest jedyną pewną rzeczą; w wypadku Giorgionego pewników jednak nie znajdziemy nawet tutaj. W powieści Dibbena malarz umiera na zarazę w swojej weneckiej pracowni. Encyklopedie podają różne daty tego wydarzenia: 17 września lub 25 października 1510 roku. Na pewno miał wówczas niewiele ponad 30 lat. Nie ma również zgody co do miejsca pochówku artysty: była to zapewne wysepka Lazzareto Nuovo albo niesławna Poveglia – na obie wywożono pacjentów odbywających kwarantannę. Co ciekawe, Poveglia uważana jest do dziś za wyspę nawiedzoną, gdzie błąkają się stracone dusze. Czy to do tego faktu nawiązał Dibben, pokazując Giorgionego jako człowieka chwilami pozbawionego skrupułów, który w imię swojej miłości do malarstwa gotowy jest dosłownie na wszystko? Być może; my zaś pewnie nie dowiemy się nigdy, jak było naprawdę. Jak jednak twierdził Byron, to właśnie w tej tajemnicy tkwi czar i moc Giorgionego.

Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Albatros.