Materiał stworzony w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Marginesy.
Na pewno kojarzycie go z filmów Igrzyska śmierci, Nostalgia anioła czy Diabeł ubiera się u Prady. Stanley Tucci jest aktorem, który zagrał w ponad 70 filmach, ale także reżyserem i producentem filmowym. Był nominowany do Oscara, zdobył dwa Złote Globy i pięć statuetek Emmy. Ot, Hollywood pełną gębą.
Amerykański gwiazdor szczyci się także włoskim pochodzeniem – jego rodzice wyemigrowali do USA z Kalabrii. Kiedy Stanley, urodzony w Ameryce, miał 8 lat, postanowili na jakiś czas wrócić do ojczyzny, dzięki czemu chłopiec uczył się i mieszkał we Florencji. Świadomość własnych korzeni i wspomnienie toskańskiego dzieciństwa pozostały w nim na zawsze bardzo silne. Piątą nagrodę Emmy, w 2022 roku, Tucci otrzymał za swój program kulinarny Searching for Italy. Włochy, mówiąc krótko, też pełną gębą, i, choć z odrobiną językowych błędów, to zawsze z tamtejszymi smakami na podniebieniu.
Dziś Tucci mówi o sobie, że zajmuje się bardziej kuchnią niż aktorstwem. Produkuje filmy kulinarne, publikuje książki z przepisami, opowiada o radości zasiadania przy śródziemnomorskim stole. Jego najnowsza propozycja, zatytułowana Smak. Życie i jedzenie, to swoisty pamiętnik kulinarny, w którym autor wspomina ważne momenty swojego życia i towarzyszące im pyszne dania. Połączenie osobistej opowieści i wypróbowanych przepisów na rozmaite, głównie włoskie, potrawy, tworzy lekturę bezpretensjonalną i lekką, stanowiącą prawdziwą pochwałę hedonizmu i południowego stylu życia.
Włosi są narodem, który stawia jedzenie praktycznie ponad wszystko i traktuje je z większą estymą niż inne – tłumaczy Tucci. Dlatego, poza dzieleniem się sprawdzonymi recepturami, sporo miejsca poświęca też na objaśnianie najważniejszych zasad rządzących kuchnią Półwyspu Apenińskiego. Gdzie używa się masła, a gdzie oliwy? Dlaczego toskański chleb pozbawiony jest soli? Czy istnieje coś takiego, jak spaghetti po bolońsku, i czy naprawdę do każdego sosu pasuje inny rodzaj makaronu? Jego dowcipny wykład posłużyć może za doskonałą lekcję włoskich kulinariów dla początkujących, okraszoną ciekawostkami ze świata kinematografii. Cóż, założę się, że nie wiecie, jak wygląda catering na włoskim planie filmowym!
Książka Tucciego może także ujmować czytelnika zupełnie innymi elementami. Dla mnie ciekawe okazały się fragmenty, w których ten syn włoskich emigrantów opisuje rolę jedzenia w życiu poza ojczyzną. Wybory kulinarne stanowią wszak jedną ze składowych naszej tożsamości, szczególnie istotną na obczyźnie. Poruszający jest także końcowy rozdział, w którym aktor opisuje swoją walkę z groźną chorobą. Droga powrotna do zdrowia uświadomiła mu, jak bardzo ważne jest czerpanie radości z jedzenia, z czasu spędzonego z bliskimi, z codzienności. To przecież właśnie smak tej radości – bardziej niż prawidłowo przygotowanego makaronu – stanowi kwintesencję Śródziemnomorza. JEST Śródziemnomorzem. Pełną gębą.
Stanley Tucci, Smak. Życie i jedzenie, tłumaczyła Małgorzata Glasenapp, Marginesy, Warszawa 2023
Magazyn “Lente” jest patronem medialnym publikacji w ramach płatnej współpracy z wydawnictwem Marginesy.
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W drugim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej wędrówki po śródziemnomorskich szlakach, bowiem tematem roku jest PODRÓŻ. Przygotuj plecak, włóż wygodne buty – i nie zapomnij słuchawek!
Największa podróżniczka wśród koronowanych głów, śródziemnomorska osobowość, cesarzowa z tatuażem na ramieniu – oto Elżbieta Bawarska zwana Sisi. Była władczynią Austrii i Węgier, ale także, między innymi, królową Chorwacji, Dalmacji, Jerozolimy, panią Triestu, wielką księżną Toskanii, księżną Modeny, Parmy, Piacenzy, Raguzy, Zadaru i Trydentu. Kochała światło Południa i kontakt z przyrodą, łaknęła bliskich związków międzyludzkich, uczyła się greki i pasjonowała starożytną mitologią, a ukojenia nieustannie szukała pod śródziemnomorskim słońcem. O powodach tych poszukiwań opowiem Wam w dzisiejszym odcinku podcastu “Lente”; w kolejnym prześledzimy dokładnie szlaki śródziemnomorskich wojaży Elżbiety. Zapraszam we wspólną podróż między Wiedniem, Italią i Korfu!
Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:
Czym jest fjaka? Odpowiedzi szukam najpierw w internecie. Znajduję film, w którym mieszkańcy chorwackiej Dalmacji próbują opisać ten stan jako beztroskę i luz, słodkie nicnierobienie, brak jakiejkolwiek aktywności. Zaznaczają, że fjakę można uprawiać tylko w tym regionie; stanowi ona część miejscowej kultury spędzania wolnego czasu. Jedna z rozmówczyń mówi, że fjakę można określić również jako coś, co próbują osiągnąćbuddyści, a w Dalmacji jest naturalnym stanem, który otrzymujemy w momencie narodzin.
Aleksandra Wojtaszek, autorka reportażu Fjaka. Sezon na Chorwację, dodaje, że jest to rodzaj błogiego letargu, podczas którego bardzo nie chcemy nic robić. Idealna sceneria dla fjaki to plaża, fale uderzające o brzeg i wysokie temperatury. Dodaje jednak, że fjaka ma dla niej dwa oblicza: to pozytywne, związane z wypoczynkiem, relaksem i radosną zgodą na rzeczywistość, ale i negatywne – bierność i niechęć do zmian. Śmieje się, że Dalmaci uznaliby jej interpretację za zbędne filozofowanie i brak gotowości do wchodzenia w tego rodzaju stan.
Piękno i groza
Na bazie tych założeń Wojtaszek buduje swoją obszerną opowieść o Chorwacji – kraju, w którym nasi rodacy najchętniej spędzają wakacje. Gwarantuje on, jak pisze autorka, pokłady skomasowanego piękna: wspaniałe plaże, wyrastające wprost z wybrzeża góry, tysiące wysp, piękne równiny Slawonii, ogromną liczbę spektakularnych parków narodowych, historyczne ślady Rzymian, Greków, Imperium Osmańskiego, Wenecji i Austro-Węgier. A jednak w tym klimacie (…) jakoś tak bywa, że to, co piękne, rzadko pozbawione jest grozy. Nie należy oczekiwać, że Wojtaszek będzie epatować scenami jak z horroru, ale momentów dramatycznych rzeczywiście nie brakuje. Fjaka jest bowiem porządnie napisanym i udokumentowanym reportażem o codzienności, kulturze i historii kraju, który – mimo tysiącletnich dziejów – tworzy na nowo swoją tożsamość. Tak naprawdę niezależne państwo chorwackie istnieje od 30 lat, które, według Wojtaszek, odegrały kluczową rolę w formowaniu się jego nowoczesnej tożsamości. Wśród wydarzeń formacyjnych dla Chorwacji wymienia wojnę ojczyźnianą oraz zmiany polityczne i społeczne, które nastąpiły po jej zakończeniu.
Konstrukcja
Książka podzielona jest na trzy części: Morze i ląd, Chorwat – czyli kto oraz Cienie. W pierwszej z nich chorwacka tożsamość ma twarz ludzi zatrudnionych w sektorze turystycznym, czyli wszystkich tych, którzy pracują ponad siły w miesiącach letnich, aby móc przetrwać długi okres po sezonie. Nad morze w celach zarobkowych przybywają nierzadko mieszkańcy interioru, którym północna część kraju nie oferuje podobnych możliwości. Nie wszyscy mają jednak sposobność przenieść się na południe: Wojtaszek przemierza Chorwację, rozmawiając z ludźmi z sennych miasteczek, w których zamarło życie i które nie mogą podźwignąć się po wojnie oraz po transformacji ustrojowej lat dziewięćdziesiątych.
W drugiej części autorka przybliża nam przeszłość Chorwacji i czołowych postaci, które kształtowały obraz kraju, w trzeciej zaś – najciemniejsze momenty najnowszej historii. Pojawiają się epizody związane z działalnością ustaszy, kontrowersyjna postać najmłodszego „bohatera narodowego” czyli Ante Gotoviny, ale też motywy ofiar i weteranów chorwackiej wojny sprzed 30 lat.
Chorwacja to kraj dumny ze swojej różnorodności kulturowej i językowej; jednocześnie jego mieszkańcy silnie podkreślają swoją przynależność narodową. Wojtaszek uważa, że trudno znaleźć mieszkańca np. Istrii czy Dalmacji, a więc regionów deklarujących swoją odrębność, którzy mówiliby o sobie „Jestem Istryjczykiem”, czy „Jestem Dalmatą” i jednocześnie nie zaznaczaliby, że są Chorwatami. Silne regionalizmy budują mocne poczucie więzi narodowych. Także w tej materii czytelnik otrzymuje od Wojtaszek niezwykłą porcję wiedzy. Bardzo ciekawe są fragmenty tłumaczące zjawisko jugonostalgii oraz różnice między językami Półwyspu Bałkańskiego (świetny pasaż o językowym obrazie świata w wersji chorwackiej, o słowach nieprzetłumaczalnych). Na miłośników przekleństw czeka zaś cały inwentarz soczystych wulgaryzmów wraz z objaśnieniami autorki.
Lustro dla Europy
Na szczególne podkreślenie zasługują walory poznawcze książki. Czytelnicy otrzymują bogaty przewodnik po historii Chorwacji oraz wnikliwy opis rozmaitych aspektów życia, wszystko to zaś – połączone w zgrabną całość. Wojtaszek jest bałkanistką z wykształcenia, ma doktorat z literatury serbskiej i chorwackiej, pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim, nie dziwi więc wnikliwe i kompetentne potraktowanie tematu. Jej reporterska podróż po Chorwacji pozbawiona jest przy tym formy znanej z opracowań naukowych. Wręcz przeciwnie: opowieść jest bardzo swobodna, pełna inteligentnego humoru, mnóstwa dygresji i anegdot. Gdzieniegdzie autorka podrzuca ważne dla całości i komponujące się z daną historią cytaty z literatury oraz filmu. Podsuwa też tropy muzyczne, a wszystkie pojawiające się w książce tytuły można odnaleźć w sporządzonym na końcu indeksie lektur, filmów i ścieżek dźwiękowych – bardzo wartościowym narzędziu dla wszystkich zainteresowanych pogłębianiem wiedzy o Chorwacji.
Fjaka to książka, którą należy przeczytać. Nie tylko dlatego, że to pierwszy tak wnikliwy portret ulubionego przez Polaków słowiańskiego kraju na południu Starego Kontynentu. To także lustro, w którym może przejrzeć się współczesna Europa, szczególnie ta, która ma doświadczenie przemian ustrojowych. Ponadto tragiczne wydarzenia na Bałkanach, w które wplątana była 30 lat temu Chorwacja, to nieustanna przestroga dla usiłujących wzbudzić demony nacjonalizmu i wykluczenia.
Aleksanda Wojtaszek, Fjaka. Sezon na Chorwację, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023
Łączna długość granic Cesarstwa Rzymskiego w czasach jego największej świetności wynosiła niemal 10 000 kilometrów. Na północy naturalną barierę stanowiły rzeki Ren i Dunaj. System umocnień granicznych wzdłuż nich to przede wszystkim warowne obozy wznoszone przez legionistów (castra), które uzupełniano zamkami warownymi (castella). Dzisiaj nad Dunajem, na terytorium Austrii, Węgier i Słowacji – czyli rzymskiej prowincji Panonia – podziwiać możemy liczne pozostałości po rzymskiej aktywności. W samej Austrii na długości ponad 300 kilometrów znajdują się ślady ufortyfikowanej granicy imperium, strzeżonej w przeszłości przez około 25 000 żołnierzy. Są to twierdze, obozy wojskowe i wieże obserwacyjne. W muzeach Wiednia, Bad Deutch-Altenburg i Hainburg an der Donau zgromadzono pamiątki z wykopalisk oraz udokumentowano techniki rekonstrukcji obiektów rzymskich w tym regionie Europy.
Stolicą Panonii, w skład której wchodził „austriacki” limes, było Carnuntum. Początkowo założone jako obóz zimowy, szybko stało się także miejscem pobytu ludności cywilnej. Między I a IV wiekiem Carnuntum liczyło około 50 000 mieszkańców i zajmowało powierzchnię ok. 10 kilometrów kwadratowych, będąc ważnym ośrodkiem nie tylko ze względu na swoje znaczenie militarne, ale też jako punkt przecinania się głównych szlaków handlowych, w tym najbardziej znanego z nich: szlaku bursztynowego. O znaczeniu osady świadczy fakt, że cesarz Hadrian nadał jej rangę municypium; podczas walk z Markomanami swoją główną operacyjną siedzibę miał tam sam Marek Aureliusz, a w 308 roku odbyło się w Carnuntum strategiczne spotkanie trzech cesarzy: Dioklecjana, Maksymiana i Galeriusza.
Prace archeologiczne umożliwiły zrekonstruowanie fragmentu dzielnicy miejskiej – jedynej tego typu na całym świecie. Było to możliwe, ponieważ Carnuntum było ważnym ośrodkiem nie tylko wojskowym, ale i cywilnym
Dzisiaj na terenie Carnuntum na zainteresowanych antykiem czeka ciekawe muzeum. W jego większej części, znajdującej się na wolnym powietrzu, podziwiać budynki mieszkalne i miejsca użyteczności publicznej z IV wieku. Całość usytuowana jest w pięknym parku nieopodal Dunaju na trasie Wiedeń – Bratysława.
Niektóre z budynków, takie jak villa urbana czy dom Lucjusza zrekonstruowano praktycznie w całości. Pierwszy z opisywanych domów to efektowny pałac przedstawiciela klasy wyższej. Odtworzono tam portal z okazałymi kolumnami, salę główną z apsydą, a także malowidła ścienne. Dom Lucjusza to natomiast przykład mieszkania reprezentantów klasy średniej – Lucjusz Maticeius Klemens prawdopodobnie zajmował się handlem tkaninami. Nazwa budynku nawiązuje do inskrypcji znalezionej na jego ścianach podczas badań archeologicznych.
Oprócz domów mieszkalnych w Carnuntum znajdują się obiekty użytkowe, takie jak rzymskie termy, dom olejarza czy noclegownia. Pierwszy z nich odtworzono z ogromną pieczołowitością: w basenach szumi woda, podłogę ogrzewa hypocaustum zbudowane zgodnie z antycznymi technikami. Dom olejarza to natomiast miejsce, w którym podziwiać można zrekonstruowane narzędzia pracy oraz liczne amfory na oliwę. Informacje i materiały dotyczące noclegowni zachowały się w postaci szczątkowej, ale możliwe jest prześledzenie układu budynku z restauracją i łazienką.
Obok muzeum można zapoznać się z pozostałościami po amfiteatrze oraz obejrzeć tzw. Heidentor, czyli Łuk Triumfalny zbudowany w IV wieku. Był on ostatnim świadectwem aktywności mieszkańców podupadającego miasta.
Carnuntum nękane było przez germańskie plemię Markomanów, dlatego w IV wieku stolicę prowincji zdecydowano się przenieść do Vindobony, czyli dzisiejszego Wiednia. Ostateczny cios zadali miastu Hunowie. Następnie prowincja Panonia została przekazana w ich panowanie.
Od XIX wieku trwa systematyczna naukowa i archeologiczna eksploracja Carnuntum, dzięki której udało się zrekonstruować prawie 0.5% starożytnego miasta. Od 2011 roku park ze starożytnym miastem jest dostępny dla zwiedzających.
Adres: Hauptstraße 1A, 2404 Petronell-Carnuntum, Austria
Urodzony w 1902 roku w Krakowie, Dawid Lazer wyszedł z domu przesiąkniętego literaturą i troską o sprawy narodowe Żydów. Nic dziwnego, w końcu był synem Szymona Menachema Lazera, hebraisty i redaktora tygodnika „Ha-Micpe” (z hebr. „Obserwator”), oraz wnukiem poety Lejba Lazera, uchodzącego w Przemyślu, w którym mieszkał, za Cadyka Pokolenia[1]. W wychowaniu chłopca duży nacisk kładziono na lektury w języku hebrajskim oraz na wiedzę religijną, szczególnie na znajomość psalmów. Silny wpływ na przyszłe życie zawodowe Dawida wywarły również spotkania z wybitnymi pisarzami, dziennikarzami oraz pedagogami, licznie odwiedzającymi dom Lazerów. Był wśród nich Urim Cwim Grinberg, Chaim Nachman Bialik czy Szmuel Josef Agnon (laureat Nagrody Nobla z 1966 roku). Warto wspomnieć jeszcze o korespondencji Szymona Menachema z Aharonem Kaminką, pochodzącym z Berdyczowa naukowcem, pisarzem i tłumaczem, który jako pierwszy przekładał poezję antyczną z greki na język hebrajski. Z takim zapleczem intelektualnym ścieżka kariery zawodowej jego syna mogła być tylko jedna.
Kraków na początku XX wieku
W drodze
Dawid Lazer chciał zostać nauczycielem, lecz, jak sam wspominał po latach, niepohamowana radość pisania spowodowała, że skupił się na rozwijaniu talentu dziennikarskiego. Studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego okazały się pomocne – nauka u profesora Tadeusza Kowalskiego, arabisty i jednego z najbardziej znanych turkologów w Europie, zaowocowała doktoratem badającym orientalizm w polskiej literaturze romantycznej.
Zanim jeszcze opuścił szkolne mury, Lazer podjął pracę w charakterze tłumacza, stając się później redaktorem nocnym, redaktorem działu literackiego, a po śmierci Wilhelma Berkelhammera w 1934 roku – redaktorem naczelnym w „Nowym Dzienniku”. Był przekonany, że syjonistyczna prasa w języku polskim zadba o popularyzację syjonizmu i żydowskich spraw narodowych w kontrze do rosnącej niechęci ze strony ośrodków władzy i ludności aryjskiej. Niestety, wybuch II wojny światowej pokrzyżował plany wydawnicze, zmuszając dziennikarza do emigracji.
Wojenna wędrówka trwała kilkanaście miesięcy; obejmowała m.in. Wilno, Moskwę, Baku, Bagdad, Teheran, Transjordanię i Palestynę. Ostatecznie zakończyła się w 1941 roku w Tel Awiwie. Po przybyciu do Izraela, Lazer związał się prasą i instytucjami środowiska polskich uchodźców na Bliskim Wschodzie, m.in. dzięki publikacjom w piśmie „W drodze”, gdzie zastępcą redaktora był Władysław Broniewski. Pomimo różnic światopoglądowych, panowie zostali przyjaciółmi do końca życia. Bliskie relacje łączyły Lazera również z innymi polskimi pisarzami, jak Melchior Wańkowicz czy Roman Brandstaetter[2], z czasem ustępując miejsca zaangażowaniu w sprawy nowo powstałego Państwa Izrael. Otwarty na doświadczenia literackie z różnych kręgów kulturowych, w 1948 roku Lazer wraz z innymi dziennikarzami założył gazetę „Maariw” („Dziennik”), w której objął stanowisko redaktora działu literackiego. Prowadził także własne kolumny „Me-et le-et” (z hebr. „Od pióra do pióra”) oraz „Safra we-sajafa” („Uczony i bojownik”), pełne wywiadów z wybitnymi twórcami światowej literatury, sztuki i szeroko pojętej kultury. W dzienniku nie brakowało też opowieści literackich, publicystyki oraz relacji z podróży. Słowem: wszystkiego, co wydobywa z ludzi ciekawe historie.
Jedno z izraelskich wydań “Mitologii” Parandowskiego (1958)
Mity Grecji
Podobny cel przyświecał kolejnemu zadaniu, którego podjął się Dawid Lazer w 1952 roku, a mianowicie: tłumaczeniu na język hebrajski dzieła Jana Parandowskiego. W Izraelu antyk został włączony do fundamentu cywilizacji, z której kultura hebrajska czerpała nauki wychowawcze i patriotyczne, adaptując je do współczesnych potrzeb duchowych. Często sięgano po prace oparte na tradycjach, które współbrzmiały z izraelską ideologią państwową. I taka właśnie była Mitologia – baśniowa, liryczna, nieco nadrzeczywista. Do głębi serca wzrusza mnie myśl, że w tak starożytnym i pełnym majestatu języku będę w Ziemi Świętej opowiadał mity Grecji – pisał Lazer w jednym z listów.
Wysokie walory literackie, nieśmiertelność tematu, przy dużym odsetku osób polskiego pochodzenia zamieszkujących młode państwo izraelskie, gwarantowała przekładowi komercyjny sukces. I tak też się stało – ta polska klasyka poszerzyła kanon lektur hebrajskich, stając się książką kultową i cenioną w wielu izraelskich domach, i to nie tylko zamieszkałych przez polskich Żydów.
Korespondencja z Markiem Chagallem
Choć to literatura wywarła największy wpływ na życie zawodowe Lazera, nie można zapomnieć również o jego fascynacjach artystycznych. Wśród szeregu mniejszych i większych twórców, na pierwszy plan wybija się jedna postać – Marc Chagall. Ten rosyjsko-francuski malarz i grafik żydowskiego pochodzenia znany był przede wszystkim ze scen rodzajowych ukazujących codzienne życie witebskiej społeczności żydowskiej, którą pamiętał z lat młodzieńczych. Temat żydowskiego dziedzictwa kulturowego był bliski również publicystyce Lazera, o czym niejednokrotnie wspominał w listach pisanych od 1957 do 1974 roku. Malarstwo, inteligencja i osobowość Chagalla niezmiernie intrygowały dziennikarza; nie bez znaczenia było również miejsce, w którym artysta żył i tworzył. Miasteczko Vence na Lazurowym Wybrzeżu[3] Lazer porównywał do galilejskiego Safedu, uważanego za centrum mistycyzmu żydowskiego. Tutaj w każdym zakątku jest coś natchnionego niczym w świątyni – twierdził, opisując pobyt nad Morzem Śródziemnym jako wizytę w raju. – Przyjeżdżając do Chagalla, czuję się, jakbym dostał skrzydeł. Doceniał fakt, że w domu artysty mieszkała wcześniej francuska pisarka i poetka Catherine Pozzi. Co więcej, w pobliżu willi znajdowało się dzieło innego słynnego malarza, a dokładniej Kaplica Różańcowa Henriego Matisse’a.
W korespondencji i rozmowach z Chagallem, Dawid Lazer podejmował wiele wątków dotyczących środowisk literackich i artystycznych, również polskich. Szczególne wrażenie wywołał poemat List do Marc Chagalla autorstwa Jerzego Ficowskiego, opisujący tragedię żydowskich dzieci w czasie Zagłady. Jest to literatura napisana przez nie-Żyda, która nie pozwala pozostać niewzruszonym głęboko w sercu – zachwycił się Lazer, dążąc do popularyzacji dzieła na łamach izraelskiej prasy. Poemat poruszył również samego malarza i to do tego stopnia, że zdecydował się dodać do niego 5 własnoręcznie wykonanych akwafort. Nic dziwnego: odnalazł w nim to, co od dawna pokazywał w swoich pracach malarskich, czyli emocjonalne świadectwo apokalipsy narodu żydowskiego.
Ostatnie lata życia i śmierć
W Izraelu Lazer związany był z głównym nurtem literatury hebrajskiej, jednak po zakończeniu kariery dziennikarskiej w 1967 roku jego zainteresowania skupiły się przede wszystkim na literaturze w języku jidysz. Swoje zachwyty wymieniał w korespondencji z Abrahamem Suckewerem (autorem podziwianego tomu poetyckiego Różoskrzypce) oraz w publikacjach dla kwartalnika „Di Goldene Kejf”. Nie lekceważył również opinii zagranicznych przyjaciół, szczególnie greckiego noblisty Jorgosa Seferisa. Z uznaniem o publicystyce Lazera wyrażała się natomiast wybitna poetka tworząca w języku hebrajskim Lea Goldberg oraz piszący po polsku i w jidysz Kalman Segal. Dorobek zawodowy pisarza doczekał się też większych odznaczeń: za zbiory reportaży Podróż do kraju Basków oraz Wybitne postaci Izraela otrzymał najwyższe izraelskie wyróżnienie przyznawane dziennikarzom, czyli Nagrodę Sokołowa; w Polsce przyznano mu Nagrodę im. Mieczysława Grydzewskiego za wspomnienie o Władysławie Broniewskim ogłoszone w „Wiadomościach”.
Dawid Lazer zmarł w Tel Awiwie w 1974 roku jako jeden z najbardziej cenionych dziennikarzy żydowskich i propagatorów kultury polskiej w Izraelu. Nic dziwnego, że koledzy z „Maariw” pożegnali go uroczystym koncertem muzyki Fryderyka Chopina. W końcu tylko poeta fortepianu może złożyć honory poecie… życia.
[1] Zgodnie z wierzeniami chasydów, w każdym pokoleniu żyje Cadik ha-Dor (z hebr. Cadyk Cadyków), mający według niektórych wyznawców duszę Mojżesza.
[2] Z Brandstaetterem przyjaźnił się do czasu opuszczenia przez niego Palestyny i odejścia od żydostwa – czynu tego Lazer nie zapomni mu nigdy, czemu będzie dawał wyraz w publicystyce i listach do przyjaciół.
[3] Chagall mieszkał tam do 1966 roku, później przeprowadził się kilka kilometrów dalej, do Saint-Paul-de-Vence, gdzie przebywał aż do śmierci.
Korzystałam z publikacji Elżbiety Kossewskiej pt. Marc Chagall – Dawid Lazer. Listy, Wydawnictwo Neriton, Warszawa 2018
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W drugim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej wędrówki po śródziemnomorskich szlakach, bowiem tematem roku jest PODRÓŻ. Przygotuj plecak, włóż wygodne buty – i nie zapomnij słuchawek!
Co kocham w Andaluzji, najcieplejszym i najbardziej słonecznym regionie Hiszpanii? Oczywiście wielokulturowość, antyczną historię, niezwykle różnorodne zabytki i muzykę rozbrzmiewającą na ulicach. W rozmowie z Magdą Miśką-Jackowską opowiadam także o duchu duende, który przesyca andaluzyjską kulturę i bez którego nie mogłoby istnieć flamenco; o intensywnych kolorach tej ziemi oraz o wszechobecnym, cudownie pachnącym kwiecie pomarańczy, który zdaje się przynosić szczęście tutejszym mieszkańcom.
Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:
Są lata ‘60 ubiegłego wieku. W małym miasteczku na Sycylii dojrzewa Oliva Denaro, pełna życia piętnastolatka, marząca, jak wiele jej rówieśniczek, o innym życiu. I nie, nie chodzi o piękniejsze stroje, dłuższe wakacje czy więcej przyjaciół. Oliva postanawia stawić czoła wielowiekowej tradycji Południa, a nawet włoskiemu prawu, nie akceptując przypisanej jej roli kobiety-przedmiotu. Buntuje się przeciwko głęboko zakorzenionej na Sycylii kulturze patriarchatu, mocno wspieranej przez Kościół. Dlaczego kobieta musi wyjść za mąż, poświęcić się rodzinie i wychowaniu dzieci, pozostając przy tym czystą, cnotliwą i pobożną? Dlaczego nie wolno jej mieć własnego zdania, wybierać swej drogi, wpływać na swój los i decydować o sobie, w tym o swoim ciele? Dlaczego porównuje się ją nieustannie do szklanki, która należy zawsze do tego, kto ją stłucze?
Opowieść Violi Ardone przybliża nam Włochy sprzed zaledwie kilkudziesięciu lat; Włochy, w których osobista tragedia i niezwykła odwaga młodej dziewczyny przyczynią się do wielkiej społecznej transformacji. To także poruszająca historia o krzywdzie, jaka wynika z narzuconych ról społecznych. Cierpią tu bowiem nie tylko kobiety, nie tylko tytułowa bohaterka, ale także mężczyźni czujący się trybikiem w ogromnej maszynie, jak chociażby tłamszony przez żonę ojciec Oliwy.
Książka Ardone została entuzjastycznie przyjęta we Włoszech – zarówno ze względu na tematykę, jak i formę, w tym piękny, surowy, a jednocześnie czuły język. Na polski przełożył ją Mateusz Kłodecki, jeden z najbardziej utalentowanych tłumaczy młodego pokolenia, a opublikowało Wydawnictwo Sonia Draga. Polecam Wam serdecznie lekturę, a jednocześnie przypominam, że już w tym tygodniu autorkę będzie można poznać osobiście na warszawskich Targach Książki! Szczegóły zamieszczam poniżej.
W dniu 18 maja 2023 roku, z okazji 75. rocznicy powstania państwa Izrael, w Senacie RP odbyła się konferencja dla parlamentarzystów, zatytułowana “Polska i Izrael – wspólne korzenie i wartości”. Wzięła w niej udział Julia Wollner, redaktorka naczelna magazynu “Lente”.
Konferencja zorganizowana została przez Senat i Polsko-Izraelską Grupę Parlamentarną. Partnerem konferencji była organizacja ELNET (European Leadership Network), której celem jest pogłębianie współpracy pomiędzy Europą i Izraelem w oparciu o wspólne potrzeby i demokratyczne wartości.
Chorwackie ryby i owoce morza cenione są przez smakoszy na całym świecie. Wyławiane w krystalicznych dalmatyńskich zatoczkach nie potrzebują skomplikowanej oprawy: tłuste makrele i okonie morskie grillowane są nad ogniem, a świeże krewetki, mule i langustynki gotowane w prostym, aromatycznym sosie na buzaru. Za każdym razem, kiedy go przygotowuję, przenoszę się na wakacje do Dalmacji.
Dobrych wspomnień z żeglugi wzdłuż dalmatyńskiego wybrzeża mam sporo: poranna kawa przy akompaniamencie cykad, ciepły wiatr w żaglach i spektakularne widoki na wyspy archipelagu Kornaty wieńczące spacer na wzgórze. Ze wszystkimi wygrywają jednak kolacje w konobach, czyli lokalnych tawernach. Po całym dniu żeglowania cumujemy na bojce w spokojnej zatoczce i pontonem – wiosłując, żeby nie zmącić ciszy odgłosami silnika – dopływamy na ląd. Wokół nie ma właściwie nic, tylko jedna kamienna chata, z kilkoma stolikami rozstawionymi wprost na plaży albo na drewnianym tarasie. Wszystkie zajmują żeglarze, bo trudno dostać się tu w inny sposób. Słońce zachodzi nad naszymi jachtami, a uśmiechnięty właściciel przynosi butelkę schłodzonego domowego białego wina i pyta, czy będziemy jeść jagnięcinę, czy ryby albo owoce morza. Ja prawie zawsze wybieram to drugie. Dostaję grillowanego nad oliwnym drewnem okonia morskiego z porannego połowu albo talerz frutti di mare – świeżych muli, sercówek, krewetek albo langustynek – na buzaru: w aromatycznym sosie z pomidorami i winem, posypanych bułką tartą i natką pietruszki.
Owoce morza na buzaru to kultowe dalmatyńskie danie, które może być przygotowane na dwa sposoby: z dodatkiem pomidorów albo bez nich. Podstawowy przepis wykorzystuje oliwę, czosnek, białe wino, bułkę tartą i natkę pietruszki. W czerwonej wersji do sosu dodaje się też świeże, dojrzałe pomidory. W chorwackich konobach w ten prosty, smakowity sposób przygotowuje się najczęściej langustynki, krewetki albo muszle. Podobne dania — scampi alla busara, gamberi alla busara albo cozze alla busara — występują również we Włoszech. To tradycyjne dania kuchni weneckiej, dokąd prawdopodobnie dotarły z Dalmacji, która była częścią Republiki Weneckiej przez ponad 300 lat. Niektórzy uważają, że nazwa busara pochodzi od słowa busiara, w dialekcie weneckim oznaczającym kłamstwo albo oszustwo: podobno w pomidorowym sosie łatwo ukryć kiepskie okazy krewetek. W Chorwacji danie najczęściej podaje się z chrupiącym pieczywem, choć czasami, podobnie jak we Włoszech, sos miesza się z makaronem spaghetti.
Przepis: Krewetki na buzaru
Porcja dla dwóch osób
3 łyżki oliwy
2 łyżki bułki tartej
4 ząbki czosnku, drobno posiekane
puszka pomidorów
200 ml białego wina
sól i pieprz, do smaku
400 g surowych krewetek, obranych
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
do podania: chrupiąca bagietka
Na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwę, dodajemy bułkę tartą, podsmażamy na złoto i zdejmujemy z patelni.
W garnku lub na dużej patelni rozgrzewamy dwie łyżki oliwy, dodajemy posiekany czosnek, smażymy na lekko złoty kolor. Dodajemy pomidory, wino, sól i pieprz, zagotowujemy.
Po pięciu minutach zmniejszamy ogień, dodajemy krewetki.
Gotujemy pod przykryciem przez 5 minut.
Zdejmujemy z ognia, mieszamy z bułką tartą i pietruszką.
Podajemy od razu z pieczywem.
Magazyn śródziemnomorski “Lente” traktuje nie tylko o literaturze, jednak książki są jedną z naszych największych miłości. Umożliwiają poznawanie interesującej nas kultury, zabierają w podróż bez wychodzenia z domu. Teraz stworzyłyśmy przestrzeń, gdzie będzie można rozmawiać o nich tyle, ile nam się żywnie podoba – czyli bez końca!
Kochasz literaturę włoską, hiszpańską, izraelską? Kolekcjonujesz książki o antycznym Rzymie, Grecji czy Egipcie? A może zaczytujesz się w reportażach z Syrii lub Maroka? Zapraszamy także, jeśli pochłaniasz tureckie powieści albo delektujesz się grecką poezją!
Podziel się swoją pasją, powiedz nam, co czytasz, podyskutuj z innymi miłośnikami literatury! W naszej grupie, pod przeznaczonymi do tego celu postami, istnieje także możliwość wymiany oraz sprzedaży książek.
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W drugim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej wędrówki po śródziemnomorskich szlakach, bowiem tematem roku jest PODRÓŻ. Przygotuj plecak, włóż wygodne buty – i nie zapomnij słuchawek!
Jak zwiedzać Grecję samodzielnie, także poza sezonem? Co może nas zaskoczyć podczas takiej podróży? Jak nie zderzać się z grecką rzeczywistością, tylko dać się zaprosić do współuczestniczenia w niej? Oto niektóre z kwestii, które w przebogatej rozmowie przybliża znawca i miłośnik Grecji Tomasz Kozłowski. Z audycji dowiecie się też, czy w Helladzie istnieją miejsca, do których jechać nie warto, co zobaczyć w mniej popularnych regionach, takich jak Tracja, Epir czy Tesalia, oraz jak zaplanować podróż, aby nie tylko oglądać, ale przede wszystkim PRZEŻYWAĆ.
Prowadzenie: Julia Wollner
Produkcja: Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:
Antun Šoljan i Goran Vojnović to dwa ważne nazwiska na literackiej mapie Bałkanów Zachodnich. Šoljan – przedstawiciel pierwszego powojennego pokolenia pisarzy chorwackich – zabiera nas na krótką wycieczkę po Istrii. W swojej książkę o takim właśnie tytule (Krótka wycieczka) opisuje jeden dzień na półwyspie, który bohaterowie spędzają wraz z charyzmatycznym przewodnikiem o imieniu Roko. Celem wyprawy jest poszukiwanie cennych fresków, które, zdaniem inicjatora przedsięwzięcia, dosłownie czekają na odkrycie. Wycieczkowicze przeżywają wiele perypetii, pojawiają się bowiem problemy z odnalezieniem malowideł, a nawet z dotarciem do miejsc, w których owe freski rzekomo się znajdują. Upał, bezdroża, kłopot z transportem – to wszystko powoduje, że grupa powoli się wykrusza. Główny bohater nie daje za wygraną, dzielnie towarzyszy przewodnikowi, ale sprawy nieustannie się komplikują, podczas gdy zdeterminowany Roko co chwila twierdzi, że cel jest już blisko.
Krótka wycieczka
Krótka wycieczka staje się symbolem ludzkiej egzystencji: postawy uczestników, błądzenie z powodu braku oznaczeń wskazujących cel podróży, wątpliwości dotyczące sensu podróżowania – to wszystko widoczne jest w tej niewielkiej książeczce. Šoljan prowadzi swoisty dialog z powojenną tradycją jugosłowiańską: powieści tamtego czasu prezentowały bohaterów zmierzających ku świetlanej przyszłości. Wynikało to z optymizmu związanego z zakończeniem wojny i budowaniem nowego ładu. Jednak już w latach sześćdziesiątych, zarówno w społeczeństwie, jak i w kulturze, nadszedł czas refleksji, a nierzadko wręcz zniechęcenia i apatii. I ten właśnie nurt bliższy jest Šoljanowi. Jego bohaterowie, powołani do życia w przytoczonej powieści, to młodzi ludzie szukający przygody, która mogłaby poderwać ich z mentalnego letargu. Podróżowanie nie ma wielkiego sensu, nie istnieje żadna droga prowadząca dokądkolwiek. Nawet najbardziej zdeterminowany uczestnik wycieczki – jednocześnie narrator powieści – ma szereg wątpliwości: przywołuje zdarzenia historyczne, które miały napędzać uczestników wyprawy do poszukiwań, zadaje pytania kwestionujące ich znaczenie, obawia się, czy nie są tylko ślepą kiszką dziejów. A jednocześnie nie cofa się, stara się iść dalej.
Šoljan jest wyraźnie zafascynowany egzystencjalną prozą spod znaku Camusa i Hemingwaya. Dla miłośników przywołanych tu autorów lektura Krótkiej wycieczki stanowi nie lada gratkę, a jednocześnie oferuje spojrzenie na ludzki los z perspektywy bliskiego nam kręgu kulturowego.
Książka opatrzona jest posłowiem tłumacza Macieja Czerwińskiego. Profesor Czerwiński przybliża czytelnikom cechy współczesnej prozy jugosłowiańskiej, co może okazać się cennym wsparciem dla tych, którzy nie znają dobrze literatury z tej części Europy.
Moja Jugosławia
Drugi z wymienionych na wstępnie autorów, młodszy od Šoljana o 50 lat Słoweniec Goran Vojnović, to dziecko kolejnej wojny na Bałkanach – urodzony w 1980 roku, był świadkiem wydarzeń z początku lat 90. Jego książka Moja Jugosławia, laureatka nagrody Angelus za rok 2020, to niezwykła kronika tragicznych konsekwencji nie tylko rozpadu kraju, lecz przede wszystkim rozpadu rodziny i świata małego chłopca, którego ojciec, zawodowy żołnierz, postanawia czynnie uczestniczyć w ludobójstwie. W powieści nie padają prawie żadne daty, narrator nie przedstawia genezy ani przebiegu wojny na Bałkanach, a jednak cały dramat dziecka, a później dorosłego mężczyzny, opisany jest na tle wydarzeń z tamtego czasu i stanowi niezwykłe świadectwo najnowszej historii. Ważnym spoiwem powieści jest motyw podróży. To wokół niej bohater, Vladan, buduje wielowątkową opowieść o swojej rodzinie, dzieli się spostrzeżeniami na temat życia na Bałkanach, mentalności jej mieszkańców. Podróż to także wgląd w emocje bohatera, jego rozterki, desperację i potrzebę zamknięcia pewnego istotnego etapu w życiu.
Pierwszą ważną podróż narrator odbywa jako dziecko. Z racji wykonywanego zawodu ojciec Vladana tuż przed wybuchem wojny musi opuścić chorwacką Pulę, w której stacjonował przez wiele szczęśliwych dla rodziny lat. Wszyscy udają się do Belgradu. Tam ojciec zostawia najbliższych w hotelu, a sam zostaje oddelegowany na posterunek, z którego komunikuje się z rodziną jedynie telefonicznie. Matka chłopca jest zrozpaczona, hotel w Belgradzie to dla niej koszmarny przystanek na drodze do nieuchronnej katastrofy. Sama jest Słowenką, nie popiera więc działań Armii Jugosłowiańskiej, do której przynależy jej mąż Serb. Kobieta zamyka się w sobie i całe dnie spędza poza hotelem. Chłopczyk, który przez większość czasu jest zostawiony sam sobie, zaczyna uciekać w świat fantazji. Kiedy już wiadomo, że wojna jest nieunikniona, a ojciec chłopca nie wróci do domu, matka wraz z synem przenosi się do Nowego Sadu, do rodziny męża. I choć znajdują tam wsparcie i opiekę, nie czują się dobrze, ponieważ mają bolesną świadomość, że stoją po dwóch stronach barykady. Serbscy krewni są bowiem przekonani o słuszności działań władz krajowych. To tylko jeden z wielu wątków pokazujących absurd wojny i dramat ludzi, których łączą więzy rodzinne, a dzieli polityka.
Drugą podróż bohater podejmuje już jako dorosły człowiek. Wie, że jego ojciec jest zbrodniarzem wojennym; wie także, że ukrywa się gdzieś na terenie byłej Jugosławii. Podejrzewa, że może być w Bośni albo w Serbii. Vladan przemierza więc dawny kraj w poszukiwaniu śladów ojca; pragnie spotkania z nim. Chce konfrontacji, nie rozumie, co powoduje, że człowiek wybiera zło, rezygnując z tego, co wydaje się najważniejsze: rodziny, bliskości, miłości. Bohater dzieli się swoimi wrażeniami z podróży, które przybliżają czytelnikowi Bałkany ostatnich dekad. Jest w tych opisach rozpacz i ironia, beznadzieja i komizm. Vladan nie oszczędza mieszkańców byłej Jugosławii, drwi z ich bałkańskiej mentalności, która widoczna jest nie tylko w stosunku do wojny, ale też w codziennym życiu.
Motyw wędrówki jest także pretekstem do opisów retrospektywnych. Całość opowieści jest przemyślana i misternie skonstruowana. Mimo wielu wątków czytelnik łatwo śledzi poszczególne etapy życia bohatera.
Książkę czyta się znakomicie: Vojnović umiejętnie przedstawia tragiczne wydarzenia sprzed 30 lat i ich współczesne konsekwencje dla bohatera, który nie potrafi wyzbyć się poczucia obcości i zbudować swojej tożsamości. Można być niemal pewnym, że w tej szerokości geograficznej podobnie czuje się niejeden współczesny trzydziesto- i czterdziestolatek, bowiem dramat rozegrał się niemal w każdym jugosłowiańskim domu. Autor pokazuje wiele aspektów tego dramatu: począwszy od absurdu „przynależności etnicznej”, która jest trudna do ustalenia w kraju takim, jakim była Jugosławia, poprzez brzemienne w skutki decyzje życiowe bohaterów. Chodzi tu nie tylko o wybór dokonany przez ojca, lecz także wybór matki, która w młodości rezygnuje z kontaktu z rodzicami, aby móc być blisko ukochanego. Dochodzi do tego wybór Vladana, który właściwie… nie ma wyboru, ponieważ to „wielka historia” zmusza go do poszukiwania wyjaśnienia mającego przynieść mu spokój. A może ulgę? Czy może coś jeszcze innego? Może ma utwierdzić w przekonaniu, że jego kontakt z ojcem jest już niemożliwy, że wątek ten należy ostatecznie zamknąć?
Obydwie powieści zostały wydane przez oficynę SEDNO, która specjalizuje się we współczesnej prozie bałkańskiej. Oprócz Małej Jugosławii wydawnictwo proponuje nam też inną pozycję Vojnovićia, Figę, która – podobnie jak nagrodzona Angelusem Moja Jugosławia, jest wielowątkową opowieścią rodzinną rozgrywającą się na tle wielkiej historii.
Wszystkie wymienione publikacje stanowią ważny wkład w historię i literaturę Bałkanów – zarówno dla tych, którzy interesują się tym regionem, jak i dla początkujących amatorów tej części Europy.
Antun Šoljan, Krótka wycieczka, tłumaczył Maciej Czerwiński, Wydawnictwo Akademickie Sedno, Warszawa 2021
Goran Vojnović, Moja Jugosławia, tłumaczyła Joanna Pomorska, Wydawnictwo Akademickie Sedno, Warszawa 2020
Goran Vojnović, Figa, tłumaczyła Joanna Pomorska, Wydawnictwo Akademickie Sedno, Warszawa 2020
Posłuchaj moich opowieści o Morzu Śródziemnym – teraz na Spotify, Youtube, Apple, Google i innych popularnych platformach podcastowych oraz bezpośrednio tutaj, na stronie magazynu “Lente”.
W drugim sezonie podcastu zapraszam Cię do wspólnej wędrówki po śródziemnomorskich szlakach, bowiem tematem roku jest PODRÓŻ. Przygotuj plecak, włóż wygodne buty – i nie zapomnij słuchawek!
W ramach naszej podcastowej wyprawy na Południe, tym razem pojedziemy na… Północ! Czeka na nas północny dystrykt Izraela, a przede wszystkim słynna historyczna kraina: Galilea. To właśnie tutaj Izraelczycy przyjeżdżają, by ładować akumulatory, spędzać czas na łonie przyrody, podziwiać piękne krajobrazy i zapominać o istnieniu zegarków. Opowiem Wam, jak żyje się w domach bez zamków w drzwiach, wśród kumkania żab, w cieniu oliwnych drzew, pogryzając słodki chlebek świętojański i słuchając muzyki granej dla… beczek z dojrzewającym winem. Na deser zaś dowiecie się, gdzie podaje się najlepszy falafel na świecie.
Prowadzenie: Magda Miśka-Jackowska
Produkcja: Michał Woźniak
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o kwestiach poruszonych w naszej rozmowie, zapraszamy serdecznie do lektury artykułów w magazynie “Lente”:
A z marruwijskiej ziemi przybył kapłan Z rozkazu króla Archippa, w szyszaku Wieńczonym liśćmi oliwki rodzajnej, Przemożny w walce Umbro, co zaklęciem I ręką żmije usypiał i strasznie Dyszące węże i koił ich wściekłość, A sztuką leczył też rany zadane Ich ukąszeniem. Lecz ciosowi włóczni Dardańskiej leki jego nie sprostały. Ni sen niosące zaklęcia, ni wszelkie Zioła zebrane na marsyjskich wzgórzach Wesprzeć go przeciw tej ranie nie mogły. Nad tobą, Umbro, płakał gaj Angicji I toń przejrzysta Fucynu, płakały Zwierciadła jezior.
Wergiliusz, Eneida, ks. VII, w. 1077 – 1091 (749 – 760), tłum. Zygmunt Kubiak
Większości z nas wersy te mogą się wydawać niemal tak tajemnicze i intrygujące, jak fragment mówiący o „złotej gałęzi”, który zainspirował Jamesa George’a Frazera do napisania znanej pracy z dziedziny antropologii kulturowej, i wiele innych nie do końca dla nas jasnych obrazów ukazanych przez wielkiego poetę. Brzemienne w znaczenia słowa Eneidy, pełne odniesień do odległej, zagadkowej przeszłości, do zapomnianych kultur, kryją ogrom wiedzy o najstarszych dziejach Italii, jej mitach i wierzeniach.
Wergiliusz opiewa wojnę Eneasza i sprzymierzonego z nim króla Latynusa z ludami italskimi, na których czele stał Turnus z latyńskiego plemienia Rutulów. Umbro to jeden z wodzów przybywających na jego wezwanie, by walczyć z Trojanami i Latynusem. Z jakiego ludu pochodził? Gdzie leżała marruwijska ziemia i kim była Angicja? Dlaczego waleczny kapłan znany był z tego, że usypiał żmije i leczył ukąszenia węży? I czy to możliwe, by istniał jakikolwiek związek między tym, co opisał Wergiliusz, a kultem pewnego chrześcijańskiego świętego?
Fucinus
Marruvium, stolica ludu Marsów (Marsi), leżało nad jeziorem Fucinus w środkowych Apeninach, na obszarze dzisiejszej La Marsica w regionie Abruzzo. Stamtąd pochodził Umbro. Przejrzystą toń Fucynu można dziś sobie tylko wyobrazić. Rozległe, prawie bezodpływowe jezioro, które co roku zatapiało pobliskie okolice, próbowano uregulować już w starożytności. Za cesarza Klaudiusza wybudowano podziemny odpływ, który pozwolił na znaczne zmniejszenie powierzchni Fucynu. Dzieło Klaudiusza kontynuowano w II wieku n.e., później zaś zaniechano kosztownego oczyszczania kanału. Ostatecznie jezioro całkowicie osuszono dopiero w XIX wieku. Trwające dwie dekady prace, uwieńczone sukcesem w 1875 roku, sfinansował rzymski bankier Alessandro Torlonia. Zmagania z jeziorem musiały dać mu się mocno we znaki, mawiał bowiem często: Albo Torlonia osuszy Fucino, albo Fucino wysuszy Torlonię („O Torlonia asciuga il Fucino, o il Fucino asciuga Torlonia”). Za swoje zasługi Torlonia został uhonorowany przez króla Wiktora Emanuela tytułem księcia. Dziś na miejscu jeziora rozciąga się równina pocięta szachownicą pól uprawnych, ale można nadal oglądać XIX-wieczny kanał odpływowy, zwany po włosku l’emissario.
Cocullo w Abruzzi, fot. Paolo Fefe’ / Flickr, CC BY-ND 2.0
Angitia
Wśród miejscowości położonych nad jeziorem Fucinus słynne było Lucus Angitiae, miasto, którego nazwa znaczy dosłownie Gaj Angitii (dzisiejsze Luco dei Marsi). Znajdowało się tam sanktuarium środkowoitalskiej bogini, której imię Kubiak podaje w spolszczonej wersji „Angicja”, wywodzącej się z łaciny średniowiecznej. Jako bóstwo chtoniczne, związane z ziemią, Angitia była boginią świata poziemnego, a jednocześnie sprawczynią życia i płodności natury, jak Cerera. Najbardziej jednak znana była jako bogini-uzdrowicielka; szczególnie jako ta, która leczy ukąszenia węży. Nie znamy dobrze jej kultu, ale węże – częsty atrybut bóstw chtonicznych i uzdrawiających – odgrywały w nim niewątpliwie pewną rolę. Jedyny zachowany posążek bogini przedstawia ją właśnie z wężem w rękach.
Marsi
Kult Angitii był rozpowszechniony w środkowej Italii, ale wyjątkową czcią otaczali ją Marsowie, zamieszkujący rejon jeziora Fucinus. Należeli do ludów sabelskich, spokrewnionych etnicznie z Sabinami i Samnitami, i podobnie jak Samnici cieszyli się reputacją mężnych i walecznych żołnierzy. Jak pisał grecki historyk Appian z Aleksandrii (II wiek n.e.), odkąd Rzymianie ich sobie podporządkowali i zawarli z nimi przymierze, żaden rzymski triumf nie odbył się bez ich udziału[1]. Jednak na początku I wieku p.n.e. Marsowie wystąpili zbrojnie przeciwko Rzymowi, stając na czele żądających równouprawnienia Italików podczas wojny nazywanej początkowo marsyjską, później italską lub sprzymierzeńczą (lata 90–87 p.n.e.). Wojna wymusiła ostatecznie na Rzymianach przyznanie zbuntowanym sprzymierzeńcom statusu pełnoprawnych obywateli rzymskiego państwa.
Dla Rzymian i sąsiednich ludów italskich Marsowie byli jednak nie tylko doskonałymi żołnierzami. Dziś mało kto wie, że byli znani jako nieodrodni synowie dzikiej, surowej natury, obdarzeni wyjątkowymi, niemal nadprzyrodzonymi zdolnościami, dzięki którym potrafili poskramiać węże i leczyć ich ukąszenia. Zapewne już w III wieku p.n.e. zyskali w Rzymie opinię zaklinaczy węży, wieszczków i augurów. Ich renoma wzrosła jeszcze za cesarstwa. Z czasem słowo Marsus stało się dla Rzymian wręcz synonimem maga, czarownika. Do magicznych mocy Marsów rzymska elita odnosiła się wprawdzie ze sceptycyzmem, ale ich szczególna umiejętność obchodzenia się z wężami była bezsprzecznym faktem, co czyniło z nich cenionych znawców w tej dziedzinie. Marsyjscy domitores serpentium, pochodzący z wybranych, być może kapłańskich rodów, potrafili nie tylko „zaklinać” i oswajać węże, lecz także pozyskiwać ich jad używany w medycynie. Doskonale opanowali też sztukę leczenia ziołami.
O niezwykłych zdolnościach Marsów wspominało wielu starożytnych autorów, przede wszystkim Pliniusz Starszy, który przebywał w ich regionie za Klaudiusza w związku z pracami nad osuszeniem jeziora Fucinus, a także Lukan, Gelliusz i słynny lekarz Galen.
Około roku 1000, w rejon Appennino Abruzzese przybył św. Dominik Opat (951-1031 r.), nazywany też Dominikiem z Foligno albo z Sory. W pierwszym z tych miast się urodził, w drugim spędził ostatnie lata życia. Był mnichem benedyktynem, kapłanem, reformatorem życia monastycznego, fundatorem klasztorów. Jako młody zakonnik zdobywał wiedzę w opactwie Montecassino, później zakładał klasztory w centralnych Włoszech, między innymi San Salvatore w pobliżu Rieti, San Pietro del Lago w rejonie jeziora di Scanno w regionie Abruzzo, San Pietro Avellana w górskich okolicach Castel di Sangro na północy dzisiejszego Molise, wreszcie l’Abbazia San Domenico w mieście Sora w południowo-wschodnim Lacjum, gdzie go pochowano. Mimo że zawsze tęsknił za życiem pustelniczym, nie odsunął się od świata i ludzi.
San Domenico i węże. Do 2012 roku uroczystość ku czci św. Dominika odbywała się w pierwszy czwartek maja, obecnie ma miejsce 1 maja
Il Santo dei serpenti
Mieszkańcy tych stron zapamiętali mnicha jako tego, który pomagał chorym, cierpiącym, pokrzywdzonym – zwykłym szarym ludziom. Dla nich był uzdrowicielem, lekarzem i cudotwórcą, którego słuchały nawet dzikie zwierzęta. Dominik chronił ludzi przed niebezpieczeństwami, na jakie w swoim regionie byli najbardziej narażeni. Na górskich, zalesionych terenach były to wilki, psy zarażone wścieklizną i… węże. Takiego świętego znamy z tradycji ludowej i niektórych średniowiecznych kronik. W okolicach Sory, w dolinie rzeki Liri, a także w południowym Abruzzo, dawniej zamieszkiwanym między innymi przez Marsów, Dominik jest do dziś czczony jako święty chroniący przed ukąszeniami jadowitych węży i wściekłych psów.
Wśród opowieści o jego cudach, niezwykle sugestywne są te z okolic miejscowości Cocullo, leżącej między Celano a Sulmoną. Według jednej z nich uratował niemowlę z paszczy wilka, rozkazując bestii oddać dziecko matce; wiele innych opowiada o tym, jak ocalił od śmierci ludzi pokąsanych przez węże.
Cocullo. Majowa uroczystość św. Dominika. Główny plac miasteczka wypełniają tłumy cocullesi i przybyszów z daleka. W samo południe rozpoczyna się jedyna w swoim rodzaju, przedziwna procesja, w której niesiona jest figura świętego… opleciona przez żywe węże. La festa dei serpari.
Mieszkańcy Cocullo, nazywający siebie nieprzetłumaczalnym, miejscowym słowem serpari (od włoskiego serpe – wąż), potrafią, jak dawni Marsowie, chwytać i poskramiać węże. Znają ich kryjówki i zwyczaje, bezbłędnie rozpoznają gatunki niejadowite, bo tylko takie obecnie przynosi się z górskich okolic na święto Dominika. Węże, schwytane w kwietniu przez mieszkańców, są umieszczane w specjalnych skrzyniach, karmione i pojone, a po uroczystości wypuszczane na wolność. Gdy rozpoczyna się procesja, mężczyźni i kobiety wkładają je na figurę świętego. Trzymają je gołymi rękami; spokojnie, bez lęku, a zwierzęta nie okazują agresji. Niektórzy owijają je sobie wokół ramion i szyi… Czyżby garstka serpari zachowała jakąś cząstkę niezwykłych umiejętności dawnych Marsów, przekazywanych przez setki lat z pokolenia na pokolenie?
W lokalnym zwyczaju i katolickim obrzędzie przetrwało coś z pradawnego rytuału. Okruchy starożytności. Może nawet prahistorii…
Czy wiesz, że…?
O wyjątkowych zdolnościach Marsów pisał między innymi Pliniusz Starszy (I wiek n.e.) w Historii naturalnej. Odporność na jad węży i wiedzę o leczeniu ziołami Marsowie mieli odziedziczyć po synu italskiej czarodziejki-bogini Kirke, od którego – wedle dość powszechnej opinii – pochodzili (ks. VII). Pod wpływem zaklęć Marsów – pisał też Pliniusz – węże miały się schodzić nawet podczas nocnego spoczynku (ks. XXVIII).
Ten sam wątek znajdujemy w Nocach attyckich Aulusa Gelliusza (II wiek n.e.), gdzie czytamy: Pewne marsyjskie rodziny, które nie skaziły swego pochodzenia domieszką obcej krwi, zachowały szczególną zdolność poskramiania najbardziej jadowitych węży oraz cudownegouzdrawiania ziołami, na które rzucają specjalne zaklęcia (ks. XVI).
Kair w języku arabskim to „al-Kahira” (arab. القاهرة), co oznacza Zwycięska. Nosi też miano Miasta Tysiąca Minaretów oraz Matki Świata. I nie bez powodu – jest największym ośrodkiem kultury islamskiej i największą metropolią Bliskiego Wschodu.
Kilka słów o historii
Historia miasta sięga – a jakże inaczej w Egipcie! – czasów starożytnych. Założone zostało ze względów politycznych: około 3150 roku p.n.e. faraon Namer (lub Meser), dokonał zjednoczenia Górnego i Dolnego Egiptu. Przypomnijmy, że przed tą datą istniały de facto dwa państwa nad Nilem, jednak Namer doszedł do wniosku, że rządy nad połączonym królestwem będą korzystniejsze. Aby jednak sprawnie je kontrolować, niezbędne było miasto położone nieco bardziej na północ od Teb. Wybór padł na strategiczną lokalizację tuż przed punktem, w którym Nil rozwidlał się na kilka odnóg. Tam właśnie powstało miasto Ineb-hedż (egip. Biały Dom). Według tradycji za datę jego założenia przyjmuje się rok 2925 p.n.e. Tym samym dzisiejszy Kair pretenduje do rangi jednego z najstarszych miast świata. Nazwa Memfis jest grecka; uważa się, że pochodzi od określenia Men-nefer, odnoszącego się do grobowca faraona Pepiego I. Notabene nazwa ta pojawiła się w użyciu dopiero w II tysiącleciu p.n.e. Dziś Memfis leży około 24 km od współczesnego Kairu.
Rozkwit Memfis przypadł na czasy III i IV dynastii, czyli na trzecie tysiąclecie p.n.e. To właśnie wówczas wzniesiony zostały „symbol” Egiptu – wspaniałe grobowce w kształcie ostrosłupa, które znamy pod nazwą piramid. Co istotne, grobowce powstały po zachodniej stronie Nilu zgodnie z egipskimi wierzeniami, że dusza udaje się do krainy zmarłych położonej na zachodzie. Umożliwiło to między innymi rozbudowę miasta po wschodnim brzegu rzeki w wiekach późniejszych. Przez długie stulecia Memfis pozostawało polityczną stolicą kraju (rolę religijnego centrum sprawowały Teby), a jego ranga podupadła dopiero wraz z założeniem Aleksandrii na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Przejęła ona znaczną część ekonomicznych funkcji dawnej stolicy. Z minionej świetności starożytnego miasta, poza kompleksem świątynnym w Sakkarze i Gizie, niewiele zostało dla nas współczesnych – a to dlatego, że Arabowie przybyli do Egiptu w VI wieku n.e. wykorzystali kamienie z memfickich budowli do wzniesienia miasta, które dało podwaliny dzisiejszemu Kairowi.
Wielki Kair (arab. القاهرة الكبرى, Al-Kahira al-Kubra) to największy metropolitalny obszar w Afryce i 16 na całym świecie. Zajmuje ok. 1700 km² i liczy ok. 15 mln mieszkańców
Mowa o Al Fustat, prototypie miasta, którego niektóre pozostałości zachowały się po dzień dzisiejszy. Arabska nazwa Fustat oznacza namiot. Wiąże się z nim legenda o gołębicy: miała ona znieść jajko w namiocie wodza, który dokonał podboju Egiptu, niejakiego Amra Ibn al-Asa. Rzecz jasna Amr uznał to za znak od Allaha i po zwycięskim szturmie na rzymską twierdzę Babilon polecił swoim żołnierzom rozłożyć namioty wokół swojego. Wkrótce po tym, w roku 642, wzniesiono pierwszy w mieście meczet, który można potraktować jako kamień węgielny pod podwaliny osady. Rozkwit miasta następował stosunkowo szybko; Al Fustat stałp się głównym ośrodkiem administracyjnym w Egipcie, a także największym miastem w kalifacie umajjadzkim. W IX wieku miasto liczyło 120 tysięcy mieszkańców. W 969 roku założone zostało wspomniane już miasto Al Kahira, w skład którego weszło również Al Fustat, a w roku 971 fatymidzki kalif Al-Mu’izz przeniósł tu z Tunezji swój dwór. Od tego czasu, aż po czasy obecne, Kair pełni rolę stolicy Egiptu.
Samo Al Fustat zostało niemal doszczętnie spalone w obliczu zagrożenia ze strony krzyżowców pod wodzą króla Jerozolimy, Almaryka. Mieszkańcy tej dzielnicy zostali ewakuowani do Al Kahiry, skąd mogli obserwować pożar trawiący ich domy. W tym okresie na karty historii Egiptu (i Kairu) wkracza słynny dowódca al-Malik an-Nasir Salah ad-Dunja wa-ad-Din znany jako Saladyn. To właśnie on odparł wojska chrześcijan i uratował Kair przed oblężeniem.
Saladyn obronił Egipt przed krzyżowcami (fot. Wikimedia)
Dzieje średniowiecznego Egiptu były dość burzliwe; władza stosunkowo często przechodziła z rąk do rąk, jednak należy sprawiedliwie przyznać, że wszyscy władcy, bez względu na przynależność do konkretnej dynastii, dbali o kulturowy i architektoniczny rozwój miasta. W średniowieczu Kair był jednym z najważniejszych bliskowschodnich centrów nauki i kultury; powstawały tu uniwersytety i szkoły koraniczne, meczety i bazary. Najsłynniejszą świątynią muzułmańską tego okresu pozostaje wspaniały meczet Al-Azhar (arab. جامعة الأزهر, Dżāmiʻat al-Azhar), będący de facto kairską uczelnią teologiczną. Co ciekawe, jest to budowla, która nigdy nie została zburzona, jakkolwiek Saladyn w ramach „rewolucji” religijnej nakazał zniszczenie ponad stu tysięcy książek, manuskryptów i prac zgromadzonych w czterdziestu pokojach. Inną ciekawostką pozostaje fakt, że w murach Al Azhar mogą studiować kobiety. Jeśli chodzi o zachowany średniowieczny bazar, to mowa oczywiście o Chan al Chalili, suk, którego historia sięga 1382 roku, kiedy to emir o tym nazwisku zbudował dla sułtana rozległy kompleks łączący zajazd i targowisko. Obecnie jest to cała dzielnica handlowa.
O Kairze można śmiało powiedzieć, że „przeskoczył” on z epoki średniowiecza od razu w środek Oświecenia, a to za sprawą Napoleona i jego podboju. Gdy w 1798 roku Bonaparte stanął na czele swej armii na egipskiej ziemi, stwierdził z niekłamanym zdumieniem, że w Kairze nie ma ani jednej brukowanej ulicy. Faktycznie, jakkolwiek tysiące przecudnych minaretów wznosiło swe smukłe szyje ku niebu, wierni stąpali do nich po glinianych traktach. Pierwsze próby zmodernizowania miasta nastąpiły zatem pod krótką, bo zaledwie trzyletnią okupacją francuską i były z powodzeniem kontynuowane przez Anglików w kolejnych latach. W 1851 roku zaczęto budowę kolei żelaznej, a zielonym światłem dla urbanizacji była budowa Kanału Sueskiego. Od końca lat 60 XIX wieku datuje się wzrost zainteresowania egipskimi zabytkami, a co za tym idzie, napływ turystów. Kair musiał mieć odpowiednie zaplecze architektoniczne, toteż kolejni władcy Egiptu pod czujnym okiem Europejczyków zaczęli rozbudowywać miasto. W zachodniej części powstawać zaczęły luksusowe wille, stawiane na pustynnym terenie; aby go nawodnić, zmieniono nieco bieg rzeki poprzez budowę kanału. Ostateczny rozkwit i urbanizacja miasta nastąpiły za rządów Nasera, który zrewolucjonizował cały Egipt w tej dziedzinie, wznosząc między innymi słynną tamę nazwaną jego nazwiskiem. Owo połączenie średniowiecza i nowoczesności, niekiedy nieco topornej i noszącej znamiona socrealizmu (szczególnie na placu Tahrir), daje niesamowity efekt, a dzisiejsze miasto bez wątpienia wzbudza żywe emocje w każdym odwiedzającym.
Nil
Spacerem po kairskich ulicach
W Kairze najprzyjemniej jest jesienią i zimą. Co ciekawe, powietrze pachnie tam wówczas jak u nas w kwietniu i w maju, czyli wiosennie. Ćwierkają wszędobylskie wróble, koncertują ptaki. Zmęczone europejską zimową szarówką oczy nacieszyć się mogą widokiem kwiatowych girland zwisających z balkonów bogatszych dzielnic miasta. Temperatura wynosi około 20 stopni – to najlepszy czas na piesze wycieczki po ulicach miasta. Latem, kiedy z nieba leje się morderczy żar, spacery wydają się praktycznie niemożliwe. Jedynym problemem zimą jest zapadający dość szybko zmrok, chociaż i tak Kair jest pod tym względem uprzywilejowany – mrok ogarnia miasto około 17, kiedy u nas od dwóch godzin panują już przysłowiowe egipskie ciemności. Wieczór daje możliwość podziwiania iluminacji, orgii kolorów, którymi miasto rozbłyskuje. Lśnią witryny sklepów, drapacze chmur, balustrady mostów, uliczne latarnie, barki na Nilu, a jakość i natężenie światła zmienia się w zależności od jego źródła: mogą to być typowe arabskie lampki zawieszone w kawiarniach, emitujące ciepły, kuszący poblask, albo metaliczne światła nowoczesnych budynków. Miasto nigdy nie śpi.
Kairu nie sposób zwiedzić w jeden dzień, ani w dwa, ani nawet w kilka. Egipska stolica jest bowiem jak mozaika, wielobarwna, różnorodna, inna na każdym kroku. Przypomina labirynt, z którego wyjścia prowadzą w najbardziej nieoczekiwane miejsca. Idąc nowoczesną, szeroką aleją nie spodziewamy się bynajmniej, że za zakrętem zacznie się dzielnica średniowieczna, czyli plątanina wąskich, krętych uliczek. Jadąc ulicą na zachód nie przypuszczamy, że nagle zza nowoczesnego mieszkalnego bloku wyłoni się w pełnej krasie piramida Cheopsa. Miasto szokuje, przenosi nas z epoki w epokę bez najmniejszej zapowiedzi, bez uprzedzenia, bez ostrzeżenia.
Najstarsza część Kairu wpisana jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO (fot. Francisco Anzola / Wikimedia Commons)
W zasadzie po Kairze nie da się tylko spacerować: potrzebne jest także klimatyzowane auto, które, poprzez nieskończone korki, dowiezie nas do miejsca, gdzie spacer można uskutecznić. Trasa ta ciągnie się od północnych przedmieść do samego centrum, przy czym musimy pamiętać, że zbliżając się do owych przedmieść wjeżdżamy na autostradę, która dowiezie do serca Kairu i nagle urwie się w gąszczu wielopasmowych ulic. Wyłoni się później ponownie z asfaltowego wężowiska po północnej stronie miasta, by zawieźć nas dalej, na wschód, brzegiem Morza Czerwonego, przez pustynię, do Hurghady. To, co podczas takiej przejażdżki z północy rzuca się w oczy najbardziej, to ogromny kontrast między dzielnicą biedy – Szubra al-Chajma a bogatymi zachodnimi dzielnicami usytuowanymi tuż przed Gizą. Napawając wzrok widokiem pięknych, ozdobionych kwiatami budynków, wzniesionych w modernistycznym stylu przywodzącym na myśl lata ‘20, mamy w pamięci tekturowe domy i nędzne blokowiska z mułowej cegły, zamieszkiwane przez bosonogich emigrantów. To jest właśnie Kair: połączenie nędzy z luksusem, skrajnego ubóstwa z niebotycznym bogactwem.
Sama przejażdżka kairskimi ulicami to wyczyn przyprawiający niektórych o stan przedzawałowy. Kierowców egipskich nie da się porównać z żadnymi innymi – ustępują im nawet zaprawieni w bojach Włosi. Dość powiedzieć, że przekroczenie ulicy na przejściu dla pieszych graniczy z cudem. O ile sami kairczycy dokonują tego ze stoickim spokojem, wkraczając na środek pasów jakby wychodzili do przydomowego ogródka, o tyle zdesperowany Europejczyk, zanim podejmie największe ryzyko swego życia, spędzi na krawężniku zapewne ponad kwadrans. Niewiele lepiej wygląda kairska ulica zza kierownicy: podczas gdy miejscowe piękności odziane w eleganckie hidżaby, z nienagannym makijażem, nonszalancko jedną ręką prowadzą drogie wozy, zmieniając dowolnie pasy bez spoglądania w lusterko, Europejczyk kurczowo ściska kierownicę w spoconych dłoniach i trzyma obie nogi w pełnej gotowości, nie wiedząc, czy naciskać na gaz, czy raczej na hamulec…
Jeśli już jednak dotrzemy na miejsce przeznaczenia – czyli spaceru, czeka nas na ogół miła niespodzianka. Najmilsza bodajże w historycznej dzielnicy zwanej Starym Kairem albo Kairem islamskim – obowiązkowym punkcie wszystkich programów wycieczkowych. Stary Kair to przede wszystkim średniowieczne dzielnice koptyjskie, pełne charakterystycznych kościołów, a także smukłe, brunatne lub białe minarety. To wreszcie kręte uliczki – bazary prowadzące do najważniejszego, wspomnianego już Chan al Chalili. Powietrze pachnie tu specyficzną, orientalną mieszanką woni – przyprawami, kadzidłem, mirrą, olejkiem różanym i jaśminowym. Aromaty te mieszają się z zapachem sziszy, obowiązkowo palonej w każdej niemal kawiarni, a nade wszystko z ciężkim zapachem gotowanej kawy. Można odnieść wrażenie, że suk trwa w niezmienionej formie od setek lat; ten sam gwar niósł się nad nim zapewne w XIV wieku. Zakupy na nim to sama przyjemność, okraszona miętową herbatą i wymianą uprzejmości, pozwalających przejść do mniej lub bardziej poważnych negocjacji. Bez targowania nie ma zakupów, o czym zapewne wiedzą wszyscy, który mieli okazję dokonywać transakcji arabskim zwyczajem. Na Chan al Chalili robi się to wszakże wśród klimatycznych zaułków, pod łukowatymi sklepieniami, w blasku migoczących arabskich lampek. Zazwyczaj nie wychodzi się z tego miejsca z pustymi rękami. Kairscy kupcy mają ponad siedemsetletnią wprawę w sztuce marketingu.
Kairscy kupcy mają ponad siedemsetletnią wprawę w sztuce marketingu
Warto wspomnieć o koptyjskich kościołach, które niemal w niczym nie przypominają naszych. Są znacznie skromniej wyposażone, przywodzą trochę na myśl greckie lub prawosławne cerkwie. Ich surowy wygląd miał za zadanie skupiać uwagę wiernych na modlitwie i kierować ich myśli ku Bogu. Najsłynniejszym koptyjskim kościołem jest bez wątpienia Kościół Zawieszony, datowany na lata 689–692. Była to pierwsza chrześcijańska świątynia tego typu w Kairze; co istotne, jest to siedziba papieża aleksandryjskiego (pamiętajmy, że Koptowie mają swojego własnego duchowego zwierzchnika). Jej architektura jest nietypowa – nawę umieszczono nad przejściem do starożytnej rzymskiej Twierdzy Babilon, a wejście do niej stanowi zwieńczenie dwudziestu dziewięciu schodów. Dzisiejszy wygląd świątynia zawdzięcza przebudowie, jaka miała miejsce w XIX wieku, kiedy to wzniesiono przedsionek. Za trzynastowieczną marmurową amboną znajdują się trzy prezbiteria. Przed amboną wznosi się trzynaście kolumn, symbolizujących Jezusa i dwunastu apostołów. Specyficzną cechą koptyjskich kościołów jest kolor kolumn – czarna uosabia Judasza, natomiast szara Tomasza.
Nie mniej ciekawa, choć w odmienny sposób, jest dzielnica Zamalek (Zamalik) na wyspie Dżazira, uważana za jedną z najbogatszych w Kairze. Odwiedzając ją, na moment można odnieść wrażenie, że przebywa się w luksusowej europejskiej dzielnicy jakiegoś wspaniałego miasta, jednak arabskie szyldy na wystawach sklepowych szybko uświadomią nam, gdzie jesteśmy. Trudno znaleźć tu uliczną kawiarnię albo skromne stoisko z produktami pierwszej potrzeby, za to spotkać można prawdziwych kairskich elegantów. Mieszkańcy tego rejonu miasta noszą się po europejsku. Część kobiet nie nosi zasłon na włosach, mężczyźni paradują w markowych garniturach. Galabiji raczej nie zobaczymy. W ekskluzywnych sklepach nabyć można praktycznie wszystko, o ile dysponuje się odpowiednią ilością gotówki. Nic nie stoi na przeszkodzie, by pozachwycać się przez szybę… W tej właśnie dzielnicy mieści się ambasada Polski, ulokowana zresztą obok budynków goszczących misje dyplomatyczne wielu innych krajów.
Warto spojrzeć na Egipt także nocą. Ciekawy widok rozpościera się z Wieży Kairskiej (fot. Przemyslaw “Blueshade” Idzkiewicz / Wikimedia Commons)
Spacerować można także przy brzegu Nilu; pamiętajmy jednak, że wzdłuż kanału ciągną się szerokie, wielopasmowe jezdnie. Nad rzeką panuje ogromny hałas; jeśli więc chcemy spotkać się z Nilem twarzą w twarz, najlepiej jest poszukać zejścia na nabrzeże, gdzie cumują statki. O ile w Luksorze po rozkołysanych wodach suną białe feluki, o tyle w Kairze spotkać można najczęściej kilkupiętrowe barki; feluk jest zdecydowanie mniej. Sam Nil przepływający przez stolicę Egiptu to zupełnie inna rzeka niż ta znana nam z południa kraju. Wydaje się znacznie węższy niż wcześniej, a przecież jeszcze nie zdążył się rozgałęzić na swe liczne odnogi. W czasach antycznych i średniowiecznych koryto rzeki było dużo szersze niż obecnie; do dzisiejszego rozmiaru i wyglądu rzeki przyczyniła się bez wątpienia tama w Asuanie, która sztucznie wyregulowała bieg Nilu. W pobliżu przystani można znaleźć przyjemne kawiarnie, w których można skosztować pysznej miętowej herbaty i zrelaksować się przed dalszą drogą.
Najbardziej szokującym miejscem w Kairze jest bez wątpienia Miasto Umarłych – cmentarz zamieszkiwany przez żywych mieszkańców miasta należących do najuboższej warstwy społecznej. Arabska nazwa tego miejsca to al-Arafa; spoczywa tu wielu historycznych władców miasta. Miasto Umarłych cieszy się złą sławą: ponoć nigdy nie przyjeżdża tu policja, pozostali mieszkańcy Kairu również się tam nie zapuszczają. Wśród grobowców i trumien toczy się codzienne życie: rodzą się dzieci, umierają starcy, odbywają się wesela. Miejscowi niechętnie patrzą na przyjezdnych, turystów w zasadzie nie chcą wpuszczać. I tylko dzieci z właściwą sobie ufnością odpowiadają szczerym uśmiechem na uśmiech, pozostając pod czujnym spojrzeniem matek.
Cmentarz Północny w Kairze, fot. Flickr / cyanocorax
Zabytki must visit
Co warto zwiedzić w Kairze? Oczywiście meczety. Jest ich bez liku, jednak nie do wszystkich mogą wchodzić kobiety. Jednym z najpiękniejszych obiektów tego typu, a z całą pewnością najstarszym, jest meczet Ahmada Ibn Tuluna, wzniesiony w 879 roku. Prace nad nim trwały raptem trzy lata; jest to do dziś dnia trzeci pod względem powierzchni meczet na świecie, natomiast największy w Kairze. Wzniesiony został w nie byle jakim miejscu, bo na Wzgórzu Dziękczynnym, gdzie wedle muzułmańskiej tradycji miała zatrzymać się arka Noego. Charakterystyczną jego cechą jest schodkowy minaret. Jak chcą historycy, projektu dokonał sam Ibn Tulun, namiestnik Egiptu, który miał nawijać kawałek pergaminy na palec; zapytany przez jednego z obecnych, co też robi, odparł, że projektuje minaret. Meczet był kilkakrotnie restaurowany, po raz ostatni w 2004 roku. Dzięki swemu surowemu pięknu połączonemu z bogatą ornamentyką, stanowi istną perełkę wśród religijnych obiektów Kairu.
Jedną z piękniejszych świątyń jest również meczet Muhammada Alego, zwany także Meczetem Alabastrowym, wzniesiony w latach 1824–1848. Został wzniesiony w modnym wówczas w islamskim świecie stylu osmańskim; swą konstrukcją nawiązuje do budowli tureckich. O ile jego fasada sprawia wrażenie jasnej i nieskalanie czystej, wnętrze przedstawia sobą widok zgoła inny. Panuje w nim półmrok rozpraszany zwisającymi z sufitu lampionami, które nie dają jednak zbyt wiele światła. Wystarczy go jednak, aby podziwiać zdobienia na kopułach i filarach. Przepiękny jest też wewnętrzny dziedziniec meczetu, z charakterystyczną fontanną, gdzie ażurowe arkady aż proszą, by się nimi przespacerować albo usiąść w ich cieniu. Meczet znajduje się na terenie kompleksu zwanego Cytadelą Kairską. Jest to istna średniowieczna twierdza, której powstanie przypisuje się Saladynowi. Wzniesiona została w latach 1176–1183 na wzgórzach Mukattam. Twierdza pełniła funkcję obronną miasta, jak również stanowiła siedzibę władców Egiptu aż do 1849 roku. Z Cytadeli rozpościera się zapierający dech widok na miasto, na wznoszące się ku niebu wysmukłe minarety i nowoczesne drapacze chmur. Przy niskim smogu widać doskonale piramidy sprawiające wrażenie bardzo bliskich… a zarazem niezwykle odległych. Wizyta w Cytadeli to niezapomniane przeżycie.
Wizyta w Muzeum Egipskim to punkt obowiązkowy podczas zwiedzania Kairu (fot. Celio Maielo / Wikimedia Commons)
Nie można zwiedzać Kairu bez wizyty w Muzeum Kairskim. Jest to przysłowiowa wisienka na torcie, miejsce wzbudzające zachwyt i wzruszenie. Obiektu tego reklamować zresztą nie trzeba – to właśnie tam można spojrzeć w oczy Tutanchamonowi i Ramzesowi II. Aż się prosi, by sparafrazować w nim słowa Napoleona: tysiące lat patrzą na nas z tych murów.
Fascynujący jest widok rozświetlonego Kairu z okna samolotu. Lot nad metropolią trwa dobrych kilkanaście minut, a miasto zdaje się nie mieć końca. Opuszczając je, wciąż pamięta się jego niezwykły klimat, którego nie sposób oddać słowami. Trzeba tam pojechać, wciągnąć pełną piersią powietrze przesycone tysiącem zapachów, posłuchać kakofonii dźwięków, tak innych od naszych europejskich, nasycić oczy widokiem luksusu i nędzy, poczuć na języku gorzki smak egipskiej kawy i słodycz zimowych pomarańczy, dotknąć chropowatych fasad kościołów i meczetów, ogarnąć miasto wszystkimi zmysłami. Inaczej nie można go poznać, przesiąknąć nim. Jest zupełnie inne niż wszystkie możliwe europejskie miasta; jednocześnie przytłacza i zachwyca. Na jego ogromnej powierzchni odnaleźć można tysiące wysepek: dzielnic, muzeów, bazarów, a każda z nich stanowi odrębny świat. To tak, jakby Kair składał się z mnóstwa osobnych, wewnętrznych miast. Wszystkie zapadają w pamięć i raz po raz przypominają o sobie, nawołując do ponownej wizyty w ich murach.
Leżąca w centralnej części Półwyspu Apenińskiego skalista Abruzja od XIX wieku określana jest przymiotnikami forte e gentile. Ziemia twarda i uprzejma; surowa, zdystansowana, ale, po szeregu podjętych przez przybysza prób, przyjmująca, że oto z obcego stał się swoim.
Takim swoim stał się dla Abruzyjczyków Kępiński, związany z regionem poprzez stosunki rodzinne i odwiedzający go regularnie od wielu lat. Mieszkający na co dzień w Rzymie autor opisuje więc Abruzzo z dwojakiej perspektywy: zarówno zewnętrznego obserwatora, jak i prawie-miejscowego, który wydeptał już swoje ulubione ścieżki i poznał dogłębnie lokalne historie tworzące delikatną tkankę tamtejszej tożsamości. To bardzo ciekawe połączenie, pozwalające przeplatać erudycyjne refleksje na temat krajobrazu, ludzi, historii i tradycji z fragmentami rozmów od serca, autorefleksyjnym humorem i próbami uchwycenia istoty abruzyjskiej duszy.
Mieszkańców regionu określa Kępiński mianem innego narodu – odmiennych od stereotypowego Włocha, niezwykle pracowitych, skromnych, pragmatycznych i zdystansowanych. Jednocześnie zauważa, że ta wymagająca ziemia niczym w soczewce skupia najważniejsze problemy Italii: załamanie gospodarcze, zależność od mafii, walkę z myślowymi schematami i przyrodę, której piękno zapiera dech w piersi, stanowiąc zarazem nieustające zagrożenie. Wszystkie te elementy budują opowieść zawartą w książce. Spotykamy w niej emigrantów, bandytów, literatów, górskich wędrowców, ratowników, którzy walczą o ludzkie życie podczas trzęsień ziemi, a nawet abruzyjskie niedźwiedzie, którym zdarza się wpadać na ciastko do lokalnej curkieni.
Czas spędzony z książką Piotra Kępińskiego wydaną przez Czarne to kolejna okazja do poznania Włoch nielukrowanych, odmiennych od tych prezentowanych w folderach biur podróży. Mamy tu do czynienia ze świetnie napisanym, przemyślanym, mądrym tekstem. Z całą pewnością zasługuje on na uwagę – chociaż mnie podczas lektury brakowało jakiegoś bliżej nieokreślonego je ne sais quoi, które sprawiłoby, że, jak wypadku Szczurów z Via Veneto, książka porwie mnie i dogłębnie poruszy. Czyżby była to wina Abruzji, twardej i uprzejmej, ale niekoniecznie charyzmatycznej i intrygującej? Sprawdźcie sami.
Piotr Kępiński, W cieniu Gran Sasso. Historie z Abruzji, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023
Na początku XI wieku liczący sobie tysiąc lat Kościół katolicki potrzebuje duchowej odnowy. W wyniszczonych wojnami i zarazą krajach rozwija się sporo ruchów mistycznych i heretyckich. Zjednoczona pod rządami Karola Wielkiego Europa tworzy jednolite politycznie i gospodarczo imperium, a między władzą świecką i kościelną panuje zgoda. Rośnie znaczenie rodów arystokratycznych oraz miast, kwitnie handel lądowy i morski, a unowocześnione galeony umożliwiają bezpieczniejszą żeglugę i skuteczną obronę przeciw Saracenom. Mimo to ciągle spogląda się z niepokojem w stronę Orientu w obawie przed kolejną inwazją muzułmanów. Kiedy w roku 1076 Palestyna dostaje się pod władanie Turków seldżuckich, Jerozolima staje się sułtanatem i rozpoczynają się prześladowania chrześcijan pielgrzymujących do Ziemi Świętej. W roku 1095 papież Urban II wzywa lud i rycerstwo do obrony Grobu Chrystusa; żarliwymi kazaniami wspiera go Piotr Eremita, kaznodzieja z Amiens. Rok później rusza pierwsza krucjata: oddziały rycerstwa, kupcy, zastępy wiernych, szlachty oraz niemającej nic do stracenia biedoty. Szlak z Europy Środkowej wiedzie drogą lądową przez Bałkany, z Zachodniej – przez Alpy do portów nad Morzem Śródziemnym: Marsylii, Genui i Ankony.
Stabilna ekonomicznie, kupiecka Genua jako jedna z pierwszych odpowiada na papieski apel, słusznie dopatrując się w krucjatach lukratywnych możliwości. W lipcu 1097 roku z portu w Ligurii wyrusza dwanaście galionów i… jedna gondola. Prym wiedzie Guglielmo Embriaco, który ze względu na słuszną posturę i porywczy charakter zwany jest Młotogłowym – Caput mallei. Wraz z bratem Primo wystawia dwa galeony Embriaga i Grifona i z zastępem dwustu mężczyzn wyrusza na odsiecz rycerzom frankońskim i normańskim, już od jakiegoś czasu oblegającym bezskutecznie Antiochię. Po krwawych walkach udaje się w końcu zdobyć miasto, które staje się pierwszym łupem wojennym liguryjczyków. To z pewnością zasługa genueńskich kuszników – sławnych na całą Europę i szkolonych do zadań specjalnych protoplastów dzisiejszych komandosów. Doświadczeni w walce na lądzie i na morzu, oprócz kusz wyrabianych w Genui wyposażeni są w sztylet, kolczugę, hełm, ryngraf i pawęż – bogato zdobioną, drewnianą tarczę. Męstwo i militarne kwalifikacje byłyby jednak niczym bez udziału sił nadprzyrodzonych. Wielu wierzy bowiem, że do zwycięstwa przyczynia się przechowywana w jednym z klasztorów Antiochii włócznia Longina, którą swego czasu rzymski legionista przebił bok konającego na krzyżu Jezusa Chrystusa.
Gugliermo Embriaco stanął na czele genueńczyków, którzy wyruszyli bronić Grobu Chrystusa (ilustracja: fresk w Kaplicy Dożów w Genui / Wikimedia Commons)
Po zdobyciu Antiochii Guglielmo Embriaco rusza do Jerozolimy, po drodze zahaczając o położoną w dzisiejszej Turcji Mirę. To stąd parę lat wcześniej przeniesiono do Bari prochy św. Mikołaja, ale genueńczyk węszy jeszcze inną okazję. Wdziera się do kaplicy jednego z zakonów, rozbija kryptę pod ołtarzem i nie zważając na krzyki i lamenty zakonników, wydobywa z niej urnę zawierającą ponoć prochy św. Jana Chrzciciela. Wkrótce potem dociera do portu w Jaffie, gdzie już od jakiegoś czasu stacjonuje duży oddział muzułmański. Guglielmo dla niepoznaki każe rozmontować dwa drewniane statki. Z części drewna konstruuje wozy, a resztę materiału – jak zwyczajny kupiec – przewozi do Jerozolimy. Tam projektuje zmyślne maszyny balistyczne: wieże wysokie na czterdzieści metrów, które otula mokrymi szmatami i ociekającymi jeszcze krwią skórami, tak by nie imał się ich ogień. U boku każdej wieży, na wysokości murów obronnych każe przymocować platformę na wzór zwodzonego mostu, która jednym końcem oparta o bastiony oblężonego miasta pozwala bezpiecznie przedostać się rycerzom do środka. Atakuje od strony południowej, którą uważa za najsłabiej strzeżoną.
Walki są krwawe i zacięte, po obu stronach dochodzi do masakry, ale ostatecznie zwycięstwo należy do genueńczyka. W jego konsekwencji Gotfryd z Bouillon przekazuje mu na własność magazyn, studnię, plac, kościół i trzydzieści domostw na terenie Jerozolimy oraz jedną trzecią łupu wojennego. Nowy król każe też umieścić na architrawie w Bazylice Grobu Pańskiego napis Chwała potędze genueńczyków, a Embriaco obiera wkrótce kurs na Cezareę, którą podporządkowuje sobie po długich zmaganiach. Znajduje się tu skarb bezcenny i niezwykły. Przenajświętsze Naczynie – sześciokątna misa z prawdziwego szmaragdu, z której Jezus miał spożywać ostatnią wieczerzę. Powróciwszy do Genui, podarowuje miastu i Kościołowi nowe kolonie i wszystkie zdobycze. Terra Santa stoi teraz otworem przed genueńskimi panami i kupcami, a oni już wiedzą, jak zrobić z tego użytek.
Gotfryd z Bouillon kazał umieścić na architrawie w Bazylice Grobu Pańskiego napis “Chwała potędze Genueńczyków” (na zdjęciu: Bazylika Grobu Pańskiego w Jerozolimie)
Wątek militarny i hultajski to jednak tylko część historii krucjat; kilkusettysięczną masę pielgrzymów stanowią zwykli ludzie, nierzadko pieszo przemierzający lądy i morza. Szukają, owszem, życiowej szansy, ale także pokuty i duchowej odnowy, pragną przeciwstawić się muzułmańskiej inwazji. Niektórzy wyruszają wierząc, że – jak przed Mojżeszem – rozstąpią się przed nimi morza, że dotrą na miejsce suchą stopą i wyzwolą Grób Chrystusa czystością serca i intencji. Nie brakuje szarlatanów i nawiedzonych agitatorów, którzy ciągną za sobą tłumy zdesperowanej biedoty. Większość z nich nawet nie dociera do Jerozolimy. Zdziesiątkowani przez głód i choroby, umierają w czasie wędrówki. Długoletnia pielgrzymka staje się sposobem na życie, a wzdłuż przemierzanych szlaków wyrastają kościoły, dormitoria i schroniska, cała podróżniczo–pokutnicza infrastruktura. Pieczę nad nią sprawują wywodzący się z Jerozolimy joannici, dzisiejsi rycerze maltańscy. Z czasem swoimi wpływami obejmują coraz większe terytoria Europy, które dla sprawniejszego zarządzania dzielą na komandorie – jednostki administracyjne, w skład których wchodzą dobra zakonne, świątynie, domy pielgrzyma, szpitale i magazyny mieszczące towary, broń i konie. Jedna z komandorii powstaje w roku 1180 w Genui i stanowi bezcenny przykład architektury krzyżowej.
Genueńska komenda (Commenda di Prè) jest jednym z największych i najnowocześniejszych obiektów tego typu w średniowiecznej Europie. Dwunawowa sala, łącząca funkcje szpitala i kościoła, może przyjąć jednorazowo osiemdziesięciu chorych, a zupełną nowością – choć dziś brzmi to zaskakująco – jest możliwość ich fizycznego odseparowania od zdrowych pielgrzymów. Bezpośrednie przejście między salą szpitalną a kościołem daje pacjentom możliwość uczestnictwa we mszy świętej – sprawom ducha poświęca się bowiem przynajmniej tyle samo uwagi, co sprawom ciała. To dwunawowe rozwiązanie zaczerpnięto prawdopodobnie z architektury islamskiej – kontakty ze światem arabskim to nie tylko krwawe jatki, ale i rozwój medycyny. Przyjęcie do szpitala możliwe jest po wcześniejszej spowiedzi i komunii, dopiero potem poddaje się ablucjom głowę i stopy. Powszechną praktyką w średniowiecznych szpitalach jest stosowanie łóżek kilkuosobowych, jedynie obłożnie chorzy mają prawo do oddzielnego legowiska. Odmówienie spania na jednym posłaniu ze współcierpiącymi grozi wydaleniem z przybytku. Chorzy otrzymują siennik, poduszkę, koc i pościele, codzienne, treściwe wyżywienie (nawet wino i mięso, jeśli zalecenia dietetyczne pozwalają na takie ekscesy), opiekę lekarską, a także wsparcie moralne ze strony kapelana i wspomnienie w modlitwie u sióstr zakonnych. Na wysokim poziomie stoi w Genui farmakologia, a działania aptekarzy i medyków określają surowe przepisy.
Dziś Commenda, czyli historyczny budynek krzyżowców i szpitalników, zajmuje Muzeum Włoskiej Emigracji
Ozdrowieniec wyrusza w świat wyposażony w koszulę, portki, buty z cholewami, baranią skórę i wełnianą czapkę. Joannici to prekursorzy szpitalnictwa, dlatego często nazywani są szpitalnikami, ale kawalerowie jerozolimscy to także rycerze i żeglarze. Dysponują własną flotą, gwarantując pielgrzymom pozbawioną nieoczekiwanych zwrotów akcji podróż do Ziemi Świętej, a konkretnie, że nie zostaną po drodze sprzedani muzułmanom jako niewolnicy, co zdarza się wielokrotnie w przypadku prywatnych przewoźników z Pizy i Genui.
Liguryjska komandoria ma też własnego świętego. Wkrótce po swojej śmierci w 1223 roku staje się nim jeden z przeorów, brat Ugo Canefri. Swym pełnym miłosierdzia życiem wzbudza miłość i uznanie podopiecznych, ale władze zakonne, chcąc wzmocnić własny autorytet, przypisują mu liczne cuda i tworzą legendy. Taka jest polityka średniowiecznego Kościoła. Katedra św. Wawrzyńca w Genui z czcią przechowuje ukradzione w Mirze prochy św. Jana Chrzciciela, Święte Naczynie z Cezarei i trzy różne fragmenty Krzyża Męki Pańskiej, wcześniej przerzucane z rąk do rąk przez kolejnych roszczących sobie do nich prawa rabusiów i „właścicieli”. Kult wokół domniemanych pamiątek z życia Chrystusa i jego apostołów spełnia funkcje propagandowe i usprawiedliwia kolejne ekspansje, a biskupi i kronikarze (zupełnie jak współcześni spin doktorzy) dorabiają do nich ideologię.
Genua chciała być stolicą chrześcijaństwa
Wzbogacona na krucjatach, potężna Republika Genueńska kreuje się na stolicę europejskiego chrześcijaństwa. Dowodem na to mają być między innymi właśnie święte szczątki. Biskupi starają się, by szczególnym kultem otoczyć szmaragdową misę Sacro Catino. Niektórzy twierdzą wręcz, że to święty Graal (choć naczynie kształtem nawet nie przypomina kielicha); według innych to talerz, z którego Jezus z Nazaretu spożywał paschalnego baranka w czasie ostatniej wieczerzy. Są głosy, że ta wykonana z pozaziemskiej materii misa posłużyła Nikodemowi do zebrania krwi przelanej przez Chrystusa. Jest jednak wiele opinii krytycznych, ktoś racjonalnie stwierdza, że tak piękny i cenny przedmiot ma się nijak do ubóstwa Jezusa. W końcu zamiary wytworzenia wokół tej zdobyczy „religii obywatelskiej” spalają na panewce, choć przez wieki nadal intryguje i pobudza wyobraźnię. W pewnym momencie Przenajświętsze Naczynie dostaje się w ręce Napoleona Bonapartego, który zleca jego badanie w Paryżu. Okazuje się, że szmaragd jest szkłem.
Sacro catino, fot. Veronica Arnoldi
Dziś Przenajświętsze Naczynie wraz z innymi skarbami, takimi jak: prochy św. Jana Chrzciciela, talerz, na którym podano Herodowi jego ściętą głowę i wykuty w złocie bizantyjski krzyż, należący do rodziny Zaccaria są przechowywane w skarbcu Katedry św. Wawrzyńca w Genui, miejscu interesującym również ze względu na nowoczesną restrukturyzację. Najnowsze badania naukowe – datowania radiowęglowe – potwierdziły, że Sacro Catino faktycznie pochodzi z okresu przypadającego na ziemską wędrówkę Chrystusa. Któż to wie, w każdym micie jest coś z prawdy. Może przed nami jeszcze wiele do odkrycia, ale przynajmniej na razie reszta jest milczeniem…
Również budynek Komandorii w dzielnicy Prè przetrwał do dziś wraz z fascynującym, dwupoziomowym kościołem św. Jana i został w kilku etapach odnowiony w okresie po II wojnie. Od roku znajduje się w nim Muzeum Włoskiej Emigracji – świadectwo ludzkich wędrówek od zarania do czasów współczesnych, opowieść o wyprawach Włochów, którzy z duchowych i materialnych pobudek zmuszeni byli do ruszenia w nieznane, do szukania w podróży nowych rozwiązań i możliwości. Dla potwierdzenia starej prawdy, że prawdziwe życie odbywa się w ruchu.
Zdjęcie główne: Genua widziana z Palazzo Rosso, fot. Paolo Trabattoni / Wikimedia Commons, CC BY 2.0
– Co najbardziej lubisz w Grecji? – pytam moją córkę Lię, lat siedem i trzy czwarte. – Ciepło i słońce, przecież wiesz, że jestem gorącą dziewczyną! – odpowiada z poważną miną. – A z czym Ci się Grecja kojarzy? – drążę. – Z Ateną i niebiesko-białymi domkami na Santorini – nie waha się ani chwili. Na Zeusa, myślę, nie jest dobrze. Dionisios Sturis w każdym razie nie byłby zadowolony. Jego nowa książka, zatytułowana śpiewnie Kalá, kalá. Grecja dla dociekliwych, od tego przecież właśnie się zaczyna: że Hellada to nie tylko starożytność, pocztówkowe widoki i idealna pogoda na urlop. Cóż, poniosłam chyba edukacyjną klęskę, ale dzięki temu możemy z Lią zasiąść do wspólnej lektury. Cieszy się na nią nie tylko moja córa. Wszak jej mama uwielbia czytać Sturisa nie od dziś!
W odróżnieniu od Gorzkich pomarańczy czy Zachodu słońca na Santorini, Kalá, kalá skierowane jest do dzieci, ale, podobnie jak reportaże autora, wychodzi daleko poza stereotypowe obrazki. Na stu kilkudziesięciu stronach tłumaczy on greckie zjawiska, przybliża zwyczaje, objaśnia tradycje, często niejasne nawet dla tych, którzy nad Morzem Śródziemnym czują się jak w domu. Lia dowiaduje się więc, jak powstała grecka flaga, ja z zainteresowaniem odkrywam, skąd pochodzi toponim „Grecja”. Razem postanawiamy odwiedzić tamtejsze panigiria, czyli imieniny świętego patrona danej miejscowości, a następnie sprawdzamy, która z nas wymieni więcej wyrazów greckiego pochodzenia. Moja mała pół-Izraelka piszcze z radości, gdy docieramy do rozdziału o oku proroka zdobiącym jej ulubioną bransoletkę (– Ale fajnie, czyli ten amulet znają nie tylko w kraju taty?!); ja, miłośniczka etymologii, zapisuję w notesie pochodzenie słowa komboloi. Tym koralikom nawleczonym na jedwabny sznurek, których nazwa znaczy mniej więcej tyle, co „przy każdym węźle odmawiam modlitwę”, autor poświęcił ładnych kilka stron, podobnie jak teatrowi cieni, kolorowym ateńskim muralom, związkom polsko-greckim, wielkiej Melinie Mercouri i niezwykłemu zjawisku, jakim są… grecki kiosk czy bazarek. Cieszę się, że podczas wspólnej lektury Lia dowiaduje się o znaczeniu filoksenii i z dumą przytakuję, gdy greckie sigá sigá porównuje do łacińskiego lente lente. A potem szykujemy sobie grecki jogurt z miodem według przepisu Dionisa i jest nam naprawdę dobrze. Czyli kalá.
Lia swój pierwszy krok zrobiła sześć lat temu w Atenach, nosi imię przez wielu uważane za greckie, a teraz twierdzi, że dzięki nowej książce wydawnictwa Dwie Siostry całkiem dobrze poznała kraj, z którego pochodzi jej ukochany deser – słodka bougatsa. I choć autora nie miała jeszcze okazji spotkać osobiście, to nagrywa dla niego video z wiadomością: „Dionis, napisałeś super książkę”. Cóż, ta bezpośredniość chyba też jest grecka. I, podobnie jak Kalá, kalá, bardzo mi się podoba.
Dionisios Sturis, Kalá, kalá. Grecja dla dociekliwych, ilustrowała Dominika Czerniak-Chojnacka, Dwie Siostry, Warszawa 2023
Strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, zgodnie z Polityką prywatności.