Posted on

Kurtyzany i hetery

Mamy hetery dla rozkoszy, nałożnice jako stałe nasze otoczenie, a żony, by rodziły nam prawne dzieci i były nam wiernymi gospodyniami – tak w jednym zdaniu określił słynny mówca Demostenes status quo panujący w Atenach. Dokonał z jednej strony sporego uproszczenia, z drugiej zaś w dość brutalny sposób ukazał miejsce i rolę kobiet w greckim społeczeństwie. Kobieta mogła pełnić w nim jedną z trzech ról: żony, nałożnicy lub hetery, jednak wyłącznie ta trzecia dawała jej pełną niezależność. Kim były owe starożytne dawczynie rozkoszy i czy ich rola rzeczywiście sprowadzała się wyłącznie do tego, aby uszczęśliwiać mężczyzn?

Najstarszy zawód świata

Wzmianki o prostytucji znajdujemy w źródłach znacznie starszych niż greckie i rzymskie. Znany starożytny podróżnik i dziejopisarz, Herodot, wspomina w swoich Dziejach, że w Babilonie funkcjonowała instytucja prostytucji sakralnej – każda młoda kobieta pragnąca wyjść za mąż musiała udać się do świątyni Mylitty i zostać tam tak długo, aż jakiś mężczyzna zechciał ją posiąść, oczywiście na chwałę bogini. Dopiero po wypełnieniu tego – przykrego lub nie – obowiązku mogła wrócić do domu i rozglądać się za kandydatem na męża. Do kobiet uprawiających wiadomy zawód odnosiło się również prawo mojżeszowe, zabraniając wykonywać go córkom Izraela; nierządnicami o zasłoniętych welonem twarzach, stojącymi na skrzyżowaniach dróg, mogły być jedynie cudzoziemki i tylko z takimi porządny Izraelita mógł, aczkolwiek nie powinien, obcować. Egipscy faraonowie na swe usługi mieli cały zastęp luksusowych prostytutek, które na stałe zamieszkiwały w pałacu; tej lub owej udawało się od czasu do czasu wkraść w łaski władcy do tego stopnia, że czynił ją swoją oficjalną nałożnicą. Starożytnym Grekom i Rzymianom owo kobiece zajęcie nie było obce, wszakże tylko w Grecji – a szczególnie w wyrafinowanych Atenach w czasach ich rozkwitu – wykształcił się zupełnie inny typ prostytutki, która ze zwykłą porne nie miała nic wspólnego. Była to hetera.

Określanie tych kobiet mianem „prostytutek” byłoby dla nich obraźliwe, gdyż hetery były kimś o wiele bardziej znaczącym niż sprzedawczynie swoich ciał. Rzecz jasna, ten rodzaj usług również był dostępny mieszkańcom Hellady – mogli wybierać i przebierać w całych zastępach pań wykonujących swą profesję w znacznie gorszych warunkach i po znacznie niższej cenie. Należy jednak zaznaczyć, że zakres przyjemności świadczonych przez pornai był jasno określony i o niczym innym w ich wykonaniu nie było mowy. Zwykle nosiły one buty z wyrytym pod podeszwą napisem „chodź za mną”, który miał wabić potencjalnego klienta do miejsca schadzki. Rekrutowały się z cudzoziemek, wyzwolenic, branek wojennych. Ta „zwykła” prostytucja w Atenach kwitła i miała się znakomicie – jednak wyrafinowany grecki umysł pożądał zgoła czegoś innego i nie był w stanie się zadowolić krótkotrwałą, ulotną rozkoszą. Grecy, ci zapaleni mizogini, pożądali towarzystwa kobiet nie tylko dla zaspokojenia zmysłów, ale również ducha.

Hetera biorąca udział w kottabos – grze urządzanej na sympozjach
Hetera biorąca udział w kottabos – grze urządzanej na sympozjach; fot. Dave & Margie Hill / Kleerup / Wikimedia, CC BY-SA 2.0

Matki, żony i kochanki starożytnej Grecji

Dlaczego hetery zajmowały tak istotne miejsce w greckim społeczeństwie? Odpowiedź jest niezwykle prosta: ponieważ greckie społeczeństwo składało się z samych mężczyzn. I to dosłownie! Na ulicy nie sposób było spotkać porządnej kobiety, o ile nie była ona matroną w odpowiednim wieku, nie nosiła stosownego odzienia, zakrywającego ją niemal całą wraz z włosami, i nie szła w towarzystwie służącej – „damy do towarzystwa”. Ogólnie mówiąc, Ateńczycy wychodzili z założenia, że jeśli kobieta już koniecznie musi opuścić gynajkon, czyli wydzielone dla niej pomieszczenia w domu męża, powinna to robić wówczas, gdy będzie można o niej mówić, że jest matką tego i owego młodzieńca, nie zaś żoną tego czy innego obywatela. Nie można stwierdzić, że kobiety obowiązywał całkowity zakaz opuszczania domu – owszem, mogły pojawiać się wśród ludzi podczas świąt i uroczystości, pokazywać się w teatrze (w towarzystwie męża lub przyzwoitki) – nikt ich na klucz w gynajkonie nie zamykał. Niemniej ich pojawienie się na ulicy było raczej niemile widziane. Do historii przeszła niejaka Ksantypa, żona filozofa Sokratesa, która za nic miała nakaz pozostania w domu i naprzykrzała się małżonkowi podczas filozoficznych debat.

Pojawienie się kobiety u boku męża na ulicy w Atenach, o ile nie było to akurat żadne święto, urągało mężowskiej dumie. Co ciekawe, hańbę przynosiła mu również… miłość do żony. W starożytnych Atenach małżeństwa bynajmniej nie zawierano z miłości, ale z czystego rozsądku i chłodnej kalkulacji. Mężczyzna żenił się zazwyczaj około trzydziestki, bo wcześniej po prostu nie wypadało – efebowie nie brali sobie żon, a młodzieńcy musieli najpierw przejść „szkołę” u starszych mężczyzn. Kiedy taki trzydziestolatek już się dostatecznie wyedukował (czyli wyszalał, nabywając w ten sposób życiowej mądrości), przychodził czas na płodzenie potomstwa. Przyszły pan młody szukał sobie wówczas żony jak najmłodszej, by ją sobie wychować i uczynić posłuszną. Wygadane, inteligentne i obyte w świecie kobiety, w dodatku takie, które przekroczyły piętnasty rok życia, nie stanowiły w Atenach ideału kandydatki na żonę. Co innego młode dziewczęta, które dopiero co stały się kobietami. Te nadawały się idealnie. Dodajmy przy tym, że największą zaletą takiej narzeczonej była umiejętność milczenia.

Ateńczyk pojmował za żonę nastolatkę, najczęściej wystraszoną perspektywą dzielenia życia (a zwłaszcza łoża) z mężczyzną dwukrotnie od niej starszym, niewykształconą, nieobytą w towarzystwie. Była wyedukowana jedynie w kobiecych zajęciach, takich jak tkanie, szycie i przędzenie, a także naprędce odbyła kurs wydawania poleceń służbie. Trudno wymagać, by grecki mężczyzna – wychowany w miłości do literatury, kultury, muzyki, sztuki, filozofii, cytujący eposy Homera i pieśni Alkajosa, zapałał miłością do tego przerażonego stworzenia. Zresztą, obdarzanie żon uczuciem uchodziło w Grecji za coś „nienormalnego” (dlatego swego czasu Perykles uchodził za wariata, ponieważ zakochał się bez pamięci w Aspazji, notabene byłej heterze) i było, delikatnie mówiąc, niesmaczne. Żony można było co najwyżej darzyć szacunkiem, zwłaszcza jeśli wydały na świat synów, niekoniecznie córki. Niewykluczone, że takie sytuacje miały miejsce, jednak nie wypadało tego publicznie mówić, ani tym bardziej okazywać.

Czy to oznaczało, że Grecy w ogóle nie padali ofiarami strzał Erosa? Wszak specjalistów od miłości mieli w swoim panteonie całe mnóstwo. Otóż nie, byli bardzo kochliwi, jak na mieszkańców Śródziemnomorza przystało. Tyle że nie zakochiwali się w swoich życiowych partnerkach. Od tego mieli… hetery.


Towarzyszka, przyjaciółka, dama do towarzystwa

Słowo „hetera” (gr. hetaira) oznaczało „towarzyszkę” i stanowiło żeński odpowiednik słowa hetairos – towarzysz, przyjaciel. Faktycznie, hetera była nią w dosłownym znaczeniu, gdyż jej podstawowym zajęciem było towarzyszenie mężczyznom podczas sympozjonów, na które przyzwoite kobiety nie miały wstępu. Do obowiązków hetery należało początkowo umilanie uczty, zabawianie mężczyzn rozmową, zaś erotyczny aspekt jej obecności miał znaczenie drugorzędne. Nie było wcale powiedziane, że sympozjon skończy się w wiadomy sposób, jak to czasem widzimy na wazach czarno- i czerwonofigurowych. Hetera mogła, ale nie musiała, świadczyć typowo erotyczneusługi. To ona decydowała, czy odda się któremukolwiek z uczestników biesiady, a jeśli tak, to również ona decydowała –komu. W tym celu organizowano najczęściej konkursy. Bywało tak, że dwie lub kilka heter sprawiało zmysłowe przyjemności wszystkim gościom zgromadzonym na biesiadzie. Jednak zazwyczaj pobierały za to sporą opłatę, nie każdego więc było stać na podobne luksusy.

Hetera stanowiła swego rodzaju ozdobę sympozjonów. Trzeba nam pamiętać, że hetery były na ogół kobietami wykształconymi– w przeciwieństwie do legalnych żon ateńskich czytały literaturę, potrafiły grać na co najmniej jednym instrumencie, interesowały się filozofią. Niektóre z nich znały się nawet na matematyce i astronomii. Podczas biesiad umilały więc gościom czas nie tylko swym wyglądem, śpiewem i tańcem, ale również konwersacją na wysokim poziomie. Na ogół uważa się, że hetery „służyły” mężczyznom wyłącznie do zaspokajania zmysłów. Nic bardziej mylnego i krzywdzącego dla owych kobiet „greckiego renesansu”. Oferowały one swoim klientom w pierwszej kolejności zaspokojenie potrzeb umysłu i ducha, możliwość przebywania w towarzystwie pięknych i inteligentnych kobiet – czego starożytni Grecy pragnęli, jakkolwiek na agorach i w gimnazjonach uparcie powtarzali, że liczą się w świecie wyłącznie mężczyźni, a najwyższym wyrazem piękna jest męskie ciało. Bardzo często zdarzało się też, że potencjalny klient musiał się długo naczekać, aż drzwi domu wybranki otworzyły się przed nim, aby mógł skorzystać z pełni usług. Nic dziwnego, że mężczyźni tracili głowy dla heter. Uosabiały one wszystko to, czego żony nie mogły i nie potrafiły im dać.

Głowa z Arles, fragment rzymskiej rzeźby, najprawdopodobniej kopii posągu Fryne ze świątyni delfickiej
Głowa z Arles – fragment rzymskiej rzeźby, najprawdopodobniej kopii posągu Fryne ze świątyni delfickiej; fot. Jerónimo Roure Pérez / Wikimedia, CC BY-SA 4.0

 

Hetery niekiedy wiązały się ze swoimi klientami. Tak było choćby w przypadku jednej z najpiękniejszych „towarzyszek” starożytnych Aten – Fryne. Jako wieloletnia kochanka Praksytelesa pozowała mu do wielu rzeźb; to prawdopodobnie jej twarz i ciało możemy podziwiać pod postacią Afrodyty z Knidos. Jej wizerunek znany jest również jako „Głowa z Arles”, która stanowi prawdopodobnie kopię posągu Fryne ze świątyni delfickiej. Piękna hetera pozowała również malarzowi Apellesowi, jednak jego dzieła nie zachowały się do naszych czasów. Z postacią Fryne wiąże się jeden z największych skandali w historii starożytności: proces o bezbożność. Fryne miała się zjawić naga podczas jednego ze świąt ateńskich, czym rzekomo oburzyła lud. W rzeczywistości jej procesu, przegranej, a w konsekwencji śmierci, domagał się odrzucony kochanek. Aby udowodnić niewinność pięknej hetery, jej obrońca, Hyperejdes, nie mogąc wywrzeć na sędziach wrażenia w inny sposób, podczas procesu obnażył piersi Fryne, tym samym udowadniając, iż kobieta tak piękna nie może być bezbożna. Sędziowie, którzy zapewne oniemieli z zachwytu, jednogłośnie wydali wyrok uniewinniający.

Hetery wykonywały swój zawód stosunkowo krótko – w Grecji kobieta trzydziestoletnia uważana już była za osobę starą. Aby uchronić się przed nędzą starości, często brały na wychowanie sieroty i kształciły je w zawodzie, a następnie stręczyły. Jeśli same posiadały córki, a wielokroć tak bywało, kształciły je na swoje następczynie.

Instytucja luksusowej prostytutki, można rzec, kurtyzany, nie wykształciła się w żadnej innej starożytnej kulturze. W Rzymie  prostytucja naturalnie istniała, ale ograniczała się do lupanarów i praktykowana była w warunkach zwykle uwłaczających kobiecej godności, a swoje potrzeby u tego rodzaju pań zaspokajali najczęściej żołnierze, marynarze lub bezżenni mężczyźni, którzy nie mieli możliwości schadzek z obywatelkami rzymskimi. U schyłku republiki, kiedy nastąpił ogólny upadek obyczajów, instytucja ta stała się mniej popularna, bowiem rzymskie matrony schodziły na coraz gorszą drogę. Inaczej miała się rzecz poza stolicą, choćby w Pompejach, gdzie domy publiczne stanowiły swego rodzaju kompleksy usługowe. Niemniej „heteryzm” się w Rzymie nie sprawdził: obdarzeni racjonalnymi umysłami prawnicy i politycy nie łaknęli towarzystwa wykształconych i obytych w kulturze kobiet. Zjawisko to pojawiło się ponownie zupełnie nieoczekiwanie w dobie renesansu, a jego rozkwit przypadł na przełom wieku XV i XVI, przy czym największe triumfy święciło – a jakże – w Wiecznym Mieście.


Honesta curiam sequens

Termin „kurtyzana” – wł. cortigiana – pochodzi od słowa curia, które w XVI wieku oznaczało przede wszystkim dwór papieski. Wydawać by się mogło, że słowo to oznacza dosłownie „dwórkę”, i poniekąd tak było. Szesnastowieczne „hetery” pełniły tego rodzaju funkcję w jednym z największych, najświetniejszych i całkowicie pozbawionym kobiet dworze europejskim. Należy pamiętać, że w tamtych czasach Watykan był księstwem samym w sobie. Rządzony przez papieża, stanowił – i do dziś stanowi – odrębne państwo. Papieże otaczali się dworem złożonym z kardynałów, z których każdy miał własną świtę; z organizacyjnego punktu widzenia Państwo Kościelne nie różniło się wcale od innych italskich księstw doby renesansu. Z niewielkim wyjątkiem: pozbawione było kobiet i to w dosłownym sensie. Pozwalając sobie jednak na pewną uszczypliwość dodajmy, że jedynie w teorii, w praktyce bowiem lwia część owych kardynałów i biskupów posiadała mniej lub bardziej legalne partnerki, zwane konkubinami (od łacińskiego słowa concubere – współżyć), nałożnicami, lub po prostu towarzyszkami. Funkcjonowały też mniej zaszczytne określenia tego rodzaju kobiet, niemniej faktem pozostawało, że zajmowały one stałą i określoną pozycję u boku swoich partnerów w purpurze. Bardzo często z tego rodzaju związków na świat przychodziło potomstwo, przy czym jeśli zostało uznane przez ojców – tak jak w przypadku biskupa Pietra Bemba lub najsłynniejszego chyba kardynała-ojca (a później papieża), Rodriga Borgii – matka traciła prawo do opieki nad nimi. Takie dzieci uznawane były za oficjalnych wychowanków kurii i jako takim przysługiwały im specjalne przywileje, tytuły i względy. Konkubiny bywały nimi albo przez całe życie, jak partnerka wspomnianego Pietra Bemba, z którą żył on aż do jej śmierci, albo do momentu osiągnięcia przez kardynała wyższego stanowiska, jak w przypadku Rodriga Borgii, który oddalił Vannozzę Cattanei, gdy przybrał papieską tiarę (i związał się z młodą Giulią Farnese). Jednak to nie nałożnice nadawały ton i formę papieskiemu dworowi. Ten zaszczyt należał do kurtyzan.

Galatea Rafaela
Galatea Rafaela

Cortigiana – hetera renesansu

Cudzoziemiec przyjeżdżający do Wiecznego Miasta zazwyczaj dziwił się niepomiernie ilością napotkanych na ulicy pięknych kobiet. Dopiero po jakimś czasie docierało do niego, że są to kobiety do wynajęcia, a jeszcze później, że owe damy nie są na jego kieszeń. Faktycznie bowiem ilość kurtyzan zamieszkujących Rzym w pewnym czasie przerosła liczbę „porządnych” mieszkanek, przy czym tych drugich ze świecą było szukać na ulicach miasta, szczególnie wieczorem. Nie wszystkie kurtyzany były rodowitymi rzymiankami; część z nich stanowiła element napływowy, głównie ze wsi i małych miasteczek. Wiele przyszłych heter rekrutowało się z grona dziewcząt, które zostały zhańbione i porzucone – pozbawione perspektyw na zamążpójście decydowały się szukać szczęścia w Państwie Kościelnym, gdzie nieżonatych (sic!) mężczyzn nie brakowało. Nie wszystkim udawało się wybić, jednak dla każdej, o dziwo, znalazło się miejsce, co wywnioskować można z tego, że koniec końców papież zmuszony był wydać bullę nakazującą wszystkim kurtyzanom wynieść się z miasta. Gdy decyzja ta napotkała gwałtowny sprzeciw ze strony zarówno jego „świty”, jak i męskiej części mieszkańców Rzymu, kobiety musiały ograniczyć swą działalność do jednej konkretnej dzielnicy.

Te kurtyzany, którym udało się, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, zrobić karierę, były niezależne finansowo i mogły o sobie mówić, że wiodą życie w luksusie. Najczęściej wiązały się one z jednym lub kilkoma możnymi klientami, którzy notabene chętnie dzielili się przychylnością damy. Podobnie jak setki lat wcześniej w Atenach, rzymskie kurtyzany pełniły rolę oficjalnych towarzyszek mężczyzn podczas niezliczonych przyjęć, biesiad, świąt i koncertów, wypadów za miasto. Społeczność rzymska przełomu XV i XVI wieku – podobnie jak ateńska w V w. p.n.e – zdominowana była przez mężczyzn i praktycznie pozbawiona obecności kobiet. Miejsce żon, matek i córek było w domu, a ich zadanie polegało na wychowywaniu dzieci i dbaniu o ognisko domowe. Kurtyzany pełniły rolę podobną do dzisiejszych celebrytek – podziwiano je, wielbiono, cieszyły się one sławą, uznaniem, a wręcz szacunkiem. Co ciekawe, po zakończeniu działań w swej profesji, w wieku około trzydziestu, a w niektórych przypadkach czterdziestu lat, kurtyzany zazwyczaj wychodziły za mąż, przy czym małżeństwa te, nierzadko układane, okazywały się bardzo trwałe i szczęśliwe. W epoce wielkiej seksualnej tolerancji, która nie powtórzyła się już nigdy później, kobieta pożądana przez wielu mężczyzn cieszyła się swoistą estymą, a każdy potencjalny małżonek odczuwał swego rodzaju dumę, że jego małżonką zostanie „bogini miłości”.

W przeciwieństwie jednak do starożytnej Grecji, gdzie swoje potrzeby seksualne mężczyzna mógł zaspokoić na różne sposoby zarówno z kobietami, jak i z mężczyznami, wskutek czego obowiązki heter w tym zakresie schodziły na plan dalszy, miłosny aspekt związku (lub spotkań) z kurtyzaną odgrywał w Italii bardzo ważną rolę. Musimy pamiętać, że szesnastowieczne hetery żyły i funkcjonowały w społeczeństwie, któremu nieobce było pojęcie grzechu, a co za tym idzie, którego seksualna swoboda, przynajmniej w aspekcie małżeńskim, była mocno ograniczona. Kurtyzana spełniała zatem wszystkie fantazje i pragnienia erotyczne mężczyzn, których nie mogli oni realizować w małżeńskiej sypialni, gdyż godziłoby to w godność żony. Ponadto prawowite małżonki najczęściej nie wyrażały zgody na realizowanie co śmielszych pomysłów swoich mężów, zatem szukali oni owej realizacji gdzie indziej – u kurtyzan, znakomicie obeznanych z ars amandi, często edukujących się nawzajem w tej dziedzinie. Owe talenty w połączeniu z urodą i inteligencją czyniły z kurtyzan niebywale atrakcyjne i godne pożądania kobiety, a co ciekawe, z tych właśnie wszystkich powodów cieszyły się one – przynajmniej w Rzymie – ogromnym szacunkiem. Nie bez przyczyny określano je mianem honesta curiam sequens, czyli zacna towarzyszka dworu.

Najwspanialszą spośród szesnastowiecznych kurtyzan była bez wątpienia Imperia Cognati, której wizerunek możemy prawdopodobnie podziwiać w kaplicy Chigi w kościele Santa Maria della Pace, a także na fresku Rafaela Triumf Galatei, który znajduje się w Villa Farnesina. Przyszła na świat jako córka kurtyzany Diany Di Pietro Cognati i nieznanego ojca. Bardzo szybko osiągnęła szczyt sławy, a udało się to dzięki doskonałemu przyswojeniu nauk pobieranych u matki. Była damą w każdym calu, opanowała umiejętność czytania i pisania, gry na instrumencie, tańca, podstawy literatury, filozofii, a nadto okazywała powściągliwość w zachowaniu, jadła z umiarkowaniem, zachowywała skromną postawę… i uśmiechała się niewinnie, kiedy mężczyźni w jej towarzystwie raczyli się niewybrednymi żartami. Potrafiła roztaczać wokół siebie czar i powab, dyskretnie uczestniczyć w męskich dyskusjach, czyniąc jednocześnie wrażenie milczącej, obezwładniać mężczyzn spojrzeniem ledwie na nich zerkając… jednym słowem: uwodziła ich w taki sposób, by nawet tego nie zauważyli. Tworzyła też poezję i pieśni miłosne. Żyła w prawdziwym luksusie, co zawdzięczała swemu wieloletniemu kochankowi i protektorowi, jednemu z największych bogaczy ówczesnej Europy, Agostino Chigiemu. Po śmierci żony związał się on z Imperią na wiele lat, co nie przeszkadzało kurtyzanie utrzymywać kontaktów (również miłosnych) z ośmioma innymi adoratorami. Ta najbogatsza w historii i najsławniejsza kurtyzana, która w pełni swej sławy posiadała wszystko, czego tylko kobieta może pragnąć, niespodziewanie popełniła samobójstwo, zażywając truciznę. Prawdopodobnie do tego kroku popchnęła ją decyzja kochanka, który postanowił ożenić się po raz drugi, nie wiadomo tego jednak z całą pewnością. Umierając, miała zaledwie trzydzieści jeden lat.

Damy w męskim świecie

Usuń jednak prostytutki spośród spraw ludzkich, a wszystko wprowadzisz w zamęt przez pożądliwości; powierz im miejsce matron, a pohańbisz wszystko niesławą i brzydotą – tak miał powiedzieć święty Augustyn niemal 800 lat po tym, jak Ateny święciły swój złoty wiek. Miał poniekąd rację. Instytucja luksusowych prostytutek święciła triumfy w społeczeństwach, które wykluczało kobiety z publicznego życia. Ponieważ mężczyźni nie mogli funkcjonować społecznie bez kobiet, musiało pojawić się trzecie rozwiązanie, swego rodzaju obyczajowy kompromis, który wpuszczał kobiety w męski świat, jednocześnie chroniąc te spośród nich, które tej ochrony z racji swego stanu i pozycji wymagały.

Nie bez znaczenia był fakt, że były to damy w pełnym tego słowa znaczeniu. Zaspokajały bez wątpienia wyższe pragnienia i potrzeby mężczyzn, nie tylko te związane stricte z popędem seksualnym. Dawały im możliwość obcowania z kulturą i pięknem, swą dyskretną adoracją podbudowując jednocześnie ich męskie ego. Ponieważ należały do wyższych sfer, dostęp do nich był ograniczony, a to z kolei powodowało, że obcowanie z nimi stanowiło przywilej; mężczyźni mogli mieć wrażenie, że należą do prawdziwej elity.

Złoty wiek heter zakończył się wraz z nadejściem baroku i kontrreformacji. Ta dość ponura epoka położyła kres wyzwolonemu, otwartemu na człowieka renesansowi, a co za tym idzie, nieskrępowaniu obyczajów i – co tu dużo mówić –wszechobecnej seksualnej swobodzie. W późniejszych wiekach mężczyźni musieli szukać znacznie bardziej przyziemnych uciech w ramionach kobiet, którym daleko było do wyrafinowania renesansowych kurtyzan. O wielkim znaczeniu, sławie i estymie owych „rzymskich Wenus”, świadczą zachowane do dziś freski, rzeźby, poematy i wzmianki renesansowych autorów. Można więc powiedzieć, że jakkolwiek ich epoka przeszła do historii, one same nie odeszły w zapomnienie… Niejeden współczesny mężczyzna zapewne chętnie westchnąłby i dziś do pięknej renesansowej damy.

Zdjęcie główne: José Frappa, Fryne, 1904
Posted on

Tahar Ben Jelloun, Dziecko z piasku, Święta noc

Dyptyk nieznanego mi jeszcze wtedy marokańskiego pisarza Tahara Ben Jellouna wypatrzyłam wiele lat temu w witrynie jednego z warszawskich antykwariatów. Nie pamiętam, co dokładnie przyciągnęło moją uwagę. Być może była to spoglądająca z okładki kobieca postać odziana w błękitny czador, być może chodziło o zapisany grubą czarną czcionką tytuł niosący w sobie zapowiedź czegoś niezwykłego. Niepozorna mała książeczka, którą zabrałam do pobliskiego parku i wreszcie, pełna nadziei, otworzyłam, okazała się jednym z najpiękniejszych i najbardziej przejmujących tekstów, jakie kiedykolwiek było mi dane czytać.

Najpierw była ta pociągła twarz z kilkoma pionowymi bruzdami podobnymi do blizn wyżłobionych przez dawne bezsenne noce, twarz niedogolona, naznaczona przez czas. Życie – jakie życie? – dziwna złuda utkana z zapomnienia, musiało dać mu się we znaki, ciążyć lub nawet wyrządzić krzywdę. Można w niej było dojrzeć, a raczej domyślić się głębokiej rany, którą niezręczny gest albo natrętne spojrzenie, zbyt dociekliwe czy nieprzyjazne oko otwierały na nowo. Tak właśnie zaczyna się niesamowita historia tytułowego „dziecka piasku”, istoty narodzonej z rozczarowania i szalonej dumy, zapisana w dwóch tomach, tworzących jednak nierozerwalną całość.

Pierwszy z nich to wiele opowieści w jednej, odwieczna baśń snuta przez bajarzy na placach i w kawiarniach pewnego marokańskiego miasta. Historia dziecka utkanego z piasku i wiatru zamknięta w szkatułce zdobionej scenami Baśni tysiąca i jednej nocy.  Zataczająca krąg i podejmowana przez coraz to nowe osoby, postaci w różnym wieku, pochodzące z różnych warstw społecznych. Każda z nich opowiada te same dzieje, widziane jednak przez pryzmat odmiennych doświadczeń, przefiltrowane przez odmienne spojrzenie. Niektóre wersje zaprzeczają sobie i nie wiadomo już, co jest prawdą, a co kłamstwem, co rzeczywistością, a co fikcją. Nieskończone ścieżki możliwości układają się w borgesowską bibliotekę-labirynt, w którym wybrzmią słowa perskiego poety: W tym zamkniętym ciele jest zgaszona twarz, rana, cień i wrzenie, jedno ciało zatajone w jakimś innym ciele…

Owa twarz należy do dziewczynki, która przychodzi na świat w wielodzietnej marokańskiej rodzinie naznaczonej przez rozgrywający się latami cichy dramat: pan domu marzy o męskim potomku, tymczasem znienawidzona żona rok po roku obdarza go samymi dziewczynkami. Kiedy więc zachodzi w ciążę po raz kolejny, w głowie mężczyzny rodzi się szalony i, wydawałoby się, niemożliwy do zrealizowania plan: bez względu na płeć dziecko będzie wychowywane jako chłopiec. I tak też się dzieje, a my wkraczamy w niepokojącą rzeczywistość: sen, gdzie tożsamość jest jak piasek, przybiera różne kształty, niesiona wiatrem nigdy nie będzie w stanie do końca się określić. Gwałt zadany jednostce jest tu podwójny – to tragedia istoty, której narodziny są dla patriarchalnego społeczeństwa przekleństwem i która nie tylko poddaje się narzuconemu z góry szatańskiemu pomysłowi, ale po latach przyjmuje go jako własny, prowadząc niebezpieczną grę. Jej źródłem jest strach przed odrzuceniem i słabością, zaś stawką władza oraz szacunek innych. To tragedia dziewczynki, którą uczyniono chłopcem, kobiety, która zdradzając własne ciało, pozostaje mężczyzną.

Drugi tom (wyróżniony w 1987 roku Nagrodą Goncourtów) jest opowieścią głównej bohaterki i kontynuacją każdej z historii tworzących Dziecko piasku. Zaczyna się pewnej wyjątkowej nocy, Nocy Przeznaczenia, „świętej nocy”, kiedy to ważą się losy wszelkich bytów; nocy, która staje się bramą do zupełnie nowego życia. Milczące dotąd ciało przemawia, budzą się tłumione przez lata uczucia, niemożliwością jest nadal udawać. Są i wielkie romantyczne porywy, w których zbawienną moc tak bardzo chcielibyśmy uwierzyć. Jednak ta wiara byłaby nazbyt naiwna, bo ucieczka przed przeszłością okazuje się niemożliwa. Nie sposób uwolnić się od pamięci, a duchy dawnych wydarzeń prowadzą wprost ku szaleństwu. Co więc jest ratunkiem? Być może jest nim przebaczenie udzielone sobie i innym, pełna akceptacji, cierpliwa miłość do świata i czekającego gdzieś zawsze drugiego człowieka. Nachylił się do mnie i rzekł: – No, nareszcie pani jest!

Wszystkie cytaty pochodzą z najnowszego wydania Dziecka piasku oraz Świętej nocy w tłumaczeniu Jacka Giszczaka (wydawnictwo Karakter, 2013). Na zdjęciach wydanie starsze (PIW, 1990).
Posted on

O śródziemnomorskich koszach

Kosze od wieków służyły do przechowywania owoców, warzyw, ziaren zbóż czy przedmiotów codziennego użytku; prędko stały się też elementem wystroju wnętrz, w wypadku którego liczyły się nie tylko względy praktyczne, ale także barwa, wzór i dbałość o szczegóły. Naturalny materiał, z którego wyplata się kosze – wiklina, trawa morska, słoma czy korzenie drzew – sprawia jednak, że są one dla archeologów rzadkim znaleziskiem. Wiemy na pewno, że używano ich już w neolicie – z tej epoki pochodzą najstarsze odkryte kosze. Bez wątpienia były one ogromnie popularne w starożytnym Egipcie: w Fajum odkryto wiele pięknie plecionych pojemników datowanych na około 5 000 lat przed Chrystusem. Charakteryzowały się one bardzo wysoką jakością, co świadczy o tym, że stanowiły ważny element lokalnej tradycji.

Kosz egipski z pokrywką z okresu 18. dynastii (ok. 1492–1473 r.p.n.e.), ze zbioru Metropolitan Museum of Art

Kosze w Egipcie

Antyczni Egipcjanie kochali kosze: o różnych kształtach i rozmiarach, jedno- i dwuramienne, farbowane i naturalne, wyplatane rozmaitymi metodami. Najchętniej stosowanym do ich produkcji materiałem były liście palmy daktylowej i widlicy, a także papirus, len i miejscowe trawy, np. Desmostachya bipinnata. Ceniono kosze zdobione wzorami geometrycznymi, szczególnie w kolorze białym, czerwonym i czarnym.

Kosze w Egipcie pozostają w powszechnym użyciu także dzisiaj; stanowią też chętnie kupowaną pamiątkę z pobytu w tym kraju. Na ulicznych straganach w Kairze kupić można przede wszystkim tradycyjne wyroby z Fajum; warte uwagi są też kosze z południa kraju, przede wszystkim z Asuanu.

 

Kołyski dla dzieci z plecionej wikliny lub rattanu także dziś określa się mianem “kosza Mojżesza” (po ang. Moses’ basket). Na zdjęciu: kadr z filmu Dziesięć przykazań w reżyserii Cecila B. DeMille’a (1956)


Kosze w Izraelu

O koszach wielokrotnie wspomina Biblia. Podobnie jak w wypadku wyrobów egipskich, mogą one pełnić rozmaite funkcje i mieć różnorodną formę. Na kartach Starego Testamentu wymienia się m.in. kosz noszony na głowie przez piekarzy, którzy wypełniali go rozmaitymi ciastami i pieczywem, kosz do przenoszenia ofiar mięsnych do świątyni, kosz na ziarna zbóż przechowywane w domu,  kosz na cegły używany przez zniewolonych Izraelitów pracujących w Egipcie, a nawet kosz-klatkę, w którym trzyma się ptactwo hodowlane. Kosz ma także swoją symbolikę: nie tylko pozwala przechowywać pokarmy, ale także ratuje życie, które jest największym Boskim darem. Stało się tak w historii Mojżesza, którego rodzice włożyli do kosza i puścili z wodą Nilu.

W antycznej Grecji kosze kojarzono z bożkiem wina Dionizosem albo z bogactwem i obfitością. Na zdjęciu: kosz z trawy morskiej z dawnej oferty Lente 

 

Kosze w Grecji

W słowniku symboli J.E. Cirlota czytamy, że na dawnych greckich monetach kosz przykryty i spowity bluszczem stanowił aluzję do misteriów dionizyjskich; istnieje też legenda, według której Semele, gdy nosiła w łonie Dionizosa, została umieszczona w koszyku i wrzucona do rzeki. Kosze, z całą pewnością powszechnie używane w życiu codziennym, stały się też ważnym elementem greckiej sztuki: zarówno jako motyw dekoracyjny w malarstwie, jak i podpora architektoniczna w rzeźbie. Mowa tu o tzw. kaneforze (gr. κάνεον “kosz” i φέρω “niosę”) – postaci kobiety lub dziewczyny, wzorowanej na uczestniczkach procesji kultowych, niosącej na głowie lub ramionach kosz (kalatos) z kwiatami lub owocami. Sam kalatos miał w Grecji najczęściej kształt cylindra, a wyplatano go zwykle z wikliny. Szczególnie chętnie używały go kobiety, które przechowywały w nim wełnę oraz, oczywiście, owoce i warzywa, przez co do dziś kojarzony jest z obfitością.

 

Trudno wyobrazić sobie Neapol bez koszyków spuszczanych z najwyższych pięter kamienic. Fot. via Pinterest

 

Kosze w Italii

Kosz pojawia się już w historii o założeniu Rzymu. Westalka Rea Sylwia za sprawą boga Marsa poczęła dwóch synów, Romulusa i Remusa. Jako że kapłanki Westy powinny były bezwzględnie utrzymywać czystość, skazano ją na śmierć, dzieci zaś postanowiono utopić w rzece. Kat, który miał tego dokonać, ulitował się jednak nad chłopcami i wrzucił ich do Tybru w koszyku. Ten popłynął z prądem i utknął na mieliźnie w jednej z zatoczek. Kwilenie niemowląt usłyszała wilczyca – od tysiącleci symbol Rzymu – która zaczęła regularnie odwiedzać dzieci i karmić je własnym mlekiem.

Od kosza zaczyna się także historia Cesarstwa Rzymskiego. Wielka kariera Oktawiana Augusta, pierwszego cesarza imperium, zaczyna się przecież poniekąd od śmierci Kleopatry, ostatniej helleńskiej władczyni Egiptu. Nie chcąc trafić do triumfalnego pochodu Oktawiana jako jego wojenna zdobycz, królowa popełniła samobójstwo przez dopuszczenie do ukąszenia jadowitego węża przeszmuglowanego przez niewolników w koszu na figi.

Najstarszym koszem znalezionym na Półwyspie Apenińskim jest artefakt z groty Santa Croce di Bisceglie w Apulii – szacuje się, że powstał przed rokiem 6 555 przed naszą erą.

Rzymianie nie wyobrażali sobie życia bez koszy – zabierali je chociażby do pracy w polu. Ówcześni malarze chętnie wykorzystywali motyw kosza w swoich martwych naturach – do dziś zachowały się piękne pompejańskie freski ukazujące kosze pełne owoców.

Kosze pozostają także tradycyjnym wyrobem współczesnych włoskich rzemieślników. Słynie z nich chociażby miejscowość Ischitella w Apulii, gdzie produkowana jest tzw. cruedda, w dialekcie cruedd – słomiany kosz wykonany przy użyciu lnianego sznurka i trzciny. Bez koszy trudno wyobrazić sobie także uliczki starej części Neapolu – z okien kamienic spuszcza się tu cestino, który przechwytują urzędujący na parterze sklepikarze. Ten stary obyczaj nazywa się o’ panar i jest sprytną metodą załatwienia sprawunków stosowaną przez tych, którzy nie mogą bądź nie chcą wychodzić z domu. Koszyk, spuszczany z listą zakupów i drobnymi, jest zapełniany przez zaufanych sprzedawców i wciągany z powrotem na górę przez zadowolonego nabywcę. Jak nietrudno się domyślić, swój wielki renesans przeżył w czasie pandemii koronawirusa.

Posted on

Oliwna gałązka otuli twe skronie. Symbolika drzewa oliwnego

Uprawą oliwek ludzie zajmują się od około 8 000 lat, pierwotnie jedynie na terenie starożytnej Persji i Mezopotamii. Obecnie na całym świecie rośnie ponad 800 milionów drzew oliwnych. Ich wzrost jest powolny i zwykle nie osiągają spektakularnych rozmiarów, choć przy dobrych warunkach potrafią urosnąć nawet do 15 m wysokości. Zwykle myśląc o oliwkach mamy jednak przed oczami obraz karłowatych drzewek, które niezależnie od wieku wyglądają jak z innej epoki. To skojarzenie jest całkiem poprawne, gdyż oliwki należą do długowiecznych i bardzo wytrzymałych. Przypuszcza się, że okazy rosnące na Krecie i Sardynii mogą liczyć nawet 4 000 lat!

Olea

Historię oliwki możemy prześledzić w różnych źródłach. Pojawia się w Biblii, mitologii greckiej, a także w sztuce krajów starożytnych. W dawnej Grecji gałązki oliwne stanowiły dary ofiarne, a wieczny płomień igrzysk olimpijskich zasilano oliwą z oliwek. W grobie faraona Tutenchamona odnaleziono liściaste oliwne gałęzie, a jego ciało zabalsamowano oliwą. Natomiast na Santorini odkryto skamieniałe liście oliwki, których wiek określa się na 37 000 lat. I choć z omawianą rośliną najczęściej kojarzymy właśnie Grecję, to “krajem oliwki” określano kiedyś Egipt, w którym była ona atrybutem boga nieba, Horusa, głównego opiekuna egipskiej monarchii.

gałązki oliwne w Egipcie


Starożytne mity

Drzewo oliwne jest symbolem nieśmiertelności, sił życiowych, pokoju, płodności i czystości. Greckie mity utrzymują, że zostało stworzone przez boginię Atenę, jako dar dla miasta, które nosi jej imię. Zgodnie z legendą bogowie założyli się, który z nich zdoła stworzyć dar najcenniejszy dla śmiertelnych. Wygrała Atena, spulchniając ziemię kamieniem i sadząc drzewko oliwki. Prócz Ateny za swój znak obrali ją także inni greccy bogowie: Zeus, Apollo i Demeter.

Drachma ateńska z głową Ateny, Museum of Fine Arts w Bostonie
Drachma ateńska z głową Ateny, Museum of Fine Arts w Bostonie

Z oliwnego drewna powstała maczuga Herkulesa, a gałązki zdobiły głowy poetów i bohaterskich wodzów. Później powędrowały na skronie ateńskich panien młodych, którym oliwny wianek miał zapewnić płodność. Tymczasem kawalerom i niezamężnym dziewczętom oliwkowe liście pomagały znaleźć współmałżonków. Jak pisał Wergiliusz w Eneidzie, wieniec wykonany z dzikiej oliwki był nagrodą dla zwycięskich olimpijczyków oraz uczestniczek igrzysk herajskich, czyli zawodów sportowych dla kobiet organizowanych na cześć bogini Hery. Prócz naturalnych, zielono-srebrzystych liści lubowano się także w tworzeniu oliwnych gałązek ze złotej folii i pleceniu z nich misternych wianków. Wśród macedońskich członków rodziny królewskiej i elity kraju panowała moda, aby zmarłych chować z oliwnym złotym wieńcem jako odznaką honorową.

Gałęzie oliwne miały także moc wypędzania demonów. Dawni Grecy używali ich jako noworoczną miotłę w celu przegonienia z domostw złych mocy odchodzącego roku, nieraz reprezentowanych przez muchy i komary. Nadprzyrodzone moce przypisywano również oliwie, stanowiącej źródło ognia i światła; namaszczano nią wybitne osobistości i stosowano do oczyszczenia i uzdrawiania.

Grecki złoty wieniec z oliwek, około IV wieku p.n.e., fot.: www.sothebys.com
Grecki złoty wieniec z oliwek, około IV wieku p.n.e; fot.: www.sothebys.com


Oliwka pełna wiary

Dzięki różnorodnemu zastosowaniu, drzewu oliwnemu zaczęto przypisywać bogatą symbolikę również w innych kręgach religijno-kulturowych. Spotkamy ją na kartach Starego i Nowego Testamentu oraz Talmudu. Oliwka wymieniana jest jako jedna z roślin wybranych, symbolizujących mądrość. Człowieka sprawiedliwego porównuje się do urodzajnego drzewa oliwnego. Natomiast artyści chrześcijańscy często umieszczali przedstawienia gałązek przy wizerunkach Matki Boskiej i archanioła Gabriela w scenach Zwiastowania. W symbolicznym wieńcu przedstawiającym pory roku, gałązki oliwne stają się wyobrażeniem zimy, gdyż owoce drzewa późno dojrzewają. Warto przypomnieć także, że w Piśmie Świętym drzewo oliwne jest znakiem błogosławieństwa i łaski. Według tradycji gołębica wypuszczona z Arki Noego powróciła doń, niosąc gałązkę oliwną z góry Ararat – symbol pokoju między Bogiem a ludźmi.

Jedna z arabskich legend tłumaczy poskręcany wygląd pni oliwek i fakt, że w ich centrum często widnieje głęboka dziupla. Pewnej jesieni, tuż po śmierci proroka Mahometa, cała przyroda zamarła w boleści. Figi i granaty z rozpaczy zrzuciły liście. Wtem ujrzały, że gałązki drzewa oliwnego nadal przyozdabiają zielone listki, i zaczęły robić oliwce wyrzuty. W odpowiedzi oliwka wypomniała swym siostrom drzewom, że one straciły ledwie włosy, podczas gdy jej – tu wskazała na swój pień – pękło serce.

Współcześnie gałązka oliwna najbardziej kojarzy się z krajobrazem Grecji oraz symbolem pokoju w znanej graficznej interpretacji Pabla Picassa. Dwie gałązki odnajdziemy także na fladze ONZ. Oliwka występuje nawet w przyśpiewkach rzymskich. Niech słowa jednej z nich będą dowodem, jak ta roślina ważna była i jest dla mieszkańców Śródziemnomorza.

Fiore d’oliva! Beato chi te cerca e non te trova,
E chi te corre appresso e non t’arivva!
Kwiecie oliwki! Szczęśliwy ten, kto cię szuka,
a nie znajduje,
Kto biegnie za tobą, a dogonić cię nie może.

(Cytat za: Barbara Szczepanowicz, Atlas roślin biblijnych)

 

Posted on

Aleksandra Lipczak, Lajla znaczy noc

Dezorientacja to stan, w który Hiszpania wprawia z łatwością. Należałoby ją wręcz zwiedzać szlakiem konfuzji, tworzyć specjalne mapy, podążać trasami i szlakami podsycającymi niepewność, potęgującymi kognitywne zagubienie, umysłowy zamęt i nie do końca przyjemne łaskotanie gdzieś z tyłu mózgownicy – pisze Aleksandra Lipczak. Jej książka tę Hiszpanię, przede wszystkim Andaluzję, do jakiegoś stopnia objaśnia i tłumaczy. A przynajmniej pokazuje, gdzie tłumaczenia można by poszukać.

To już druga publikacja autorki poświęcona Hiszpanii. O pierwszej, Ludzie z Placu Słońca, pisaliśmy tutaj

Publikacja łącząca cechy napisanego ze swadą historycznego eseju i dynamicznego reportażu pokazuje burzliwą przeszłość regionu i to, jak dzisiaj obchodzi się on ze swoim dziedzictwem. Razem z autorką odbywamy więc i podróż w czasie, odkrywając muzułmańsko-arabskie korzenie regionu, i w hiszpańskiej przestrzeni: między Madrytem, próbującym zdefiniować jej tożsamość, i Andaluzją, najludniejszą hiszpańską wspólnotą autonomiczną, która się definicjom się wymyka. Przebiegamy korytarzami tajemniczej trzynastowiecznej Alhambry i obserwujemy współczesne łodzie uchodźców przybijające do brzegów Taryfy. Poznajemy fragment Europy, która w Afryce przegląda się jak próżna panna w lustrze – to z lubością, to z niepokojem, to z odrazą, za każdym razem jednakowo nie mogąc oderwać oczu.

 

Książka Lajla znaczy noc dostępna jest w sklepie internetowym Lente pod tym linkiem
Książka Lajla znaczy noc dostępna jest w sklepie internetowym Lente pod tym linkiem


Lajla znaczy noc
to książka rozpiętą między umownym Wschodem i Zachodem, zupełnie niczym Cieśnina Gibraltarska, która, jak zauważyła autorka, stanowi most i mur, wąziutki przesmyk i dziewięćsetmetrową przepaść w jednym. Czytając ją, sami szukać musimy odpowiedzi o granice władzy, miarę człowieczeństwa, możliwość pogodzenia interesów. I także przejrzeć się w lustrze – my z kolei tym andaluzyjskim – by spróbować zrozumieć, dokąd zmierza kontynent, który już wielu przed nami nazywało domem.

Aleksandra Lipczak, Lajla znaczy noc, Karakter, Kraków 2020
Posted on

Oktawian August. Odnowiciel Rzymu

Sierpień w wielu europejskich językach nosi podobną nazwę. Włosi, Hiszpanie i Portugalczycy nazywają go agosto; mieszkańcy Wysp Brytyjskich oraz Niemcy posługują się nazwą August, w języku francuskim brzmi ona août. Dotarła nawet do zimnej Skandynawii i w języku szwedzkim przybrała brzmienie augusti. Niemal cała Europa, świadomie lub nie, w nazwie ósmego miesiąca roku oddaje hołd pierwszemu spośród rzymskich imperatorów, Gajuszowi Juliuszowi Cezarowi Oktawianusowi Augustowi, znanemu nam bliżej jako Oktawian August, który w tym miesiącu rozpoczął swoje panowanie i w tymże samym miesiącu umarł. W roku 2014 przypadała okrągła, dwutysięczna rocznica śmierci tego zasłużonego władcy, pierwszego obywatela Rzymu; człowieka, który przyczynił się do powstania wielkiego imperium. Z jego dziedzictwa Europa przez dwa tysiące lat czerpała pełnymi garściami. A urodził się Oktawian we wrześniu, dokładnie 23-ego, w roku 63 przed naszą erą.

 

Szkicując Europę

Postać Oktawiana jest jedną z najbardziej znanych – zapewne zaraz po jego ciotecznym dziadku i przybranym ojcu, Juliuszu Cezarze – postaci starożytności. Biografia tego władcy wpisuje się w szereg tak zwanych pochwalnych żywotów, w przeciwieństwie do innych przedstawicieli dynastii julijsko-klaudyjskiej. Potomni ocenili Oktawiana pozytywnie. Zaraz po śmierci, w 14 roku n.e., został deifikowany, czyli wliczony w poczet bogów, a arcykapłanką kultu mianowano jego żonę, Liwię. Już za życia Oktawian był zresztą wychwalany i gloryfikowany; wystarczy odnieść się do twórczości takich poetów rzymskich, jak Horacy czy Wergiliusz. Współczesny znawca kultury antycznej, Zygmunt Kubiak, stwierdza, że to właśnie Oktawian stworzył pierwszy szkic dzisiejszej Europy i że my, jako potomni, zawdzięczamy mu taki, a nie inny podział Starego Świata.

O swej wielkości Oktawian przemawia zresztą sam, ze ściany świątyni Augusta i Romy w Ancyrze w Galacji (dzisiejsza Ankara). Chodzi o Monumentum Ancyranum, dokument odkryty w 1555 roku, w starożytności znany jako Res Gestae Divi Augusti, czyli „Czyny boskiego Augusta”. Powstał w roku 13 n.e., czyli rok przed śmiercią władcy, i stanowi autobiografię cesarza przeznaczoną na widok publiczny. Tekst wyryto w języku łacińskim i greckim, aby był zrozumiały dla każdego mieszkańca Imperium Romanum. 76-letni cesarz w rzeczowy, pozbawiony emocji sposób przedstawia potomnym kolejne etapy swojego życia: decyzje polityczne, piastowane urzędy, rozegrane wojny, liczbę wzniesionych świątyń i budowli, zorganizowane igrzyska, przeprowadzone spisy ludności. Rozlicza się ze swej wieloletniej działalności; wymienia nawet zbudowane akwedukty i naprawione kanały ściekowe. Skrupulatnie i dokładnie – jak na Rzymianina przystało. Czy chciał w ten sposób ukazać swą potęgę, czy po prostu sporządzić rachunek wszystkich swoich czynów w przeczuciu nadchodzącej śmierci?

August, który tak bardzo troszczył się o sukcesję i zapewnienie ciągłości rządów, umarł, nie pozostawiwszy męskiego potomka. Kolejnym rzymskim władcą stał się jego pasierb Tyberiusz. Na zdjęciu: posąg zwany Augustem z Prima Porta, Rzym, Muzea Watykańskie


Syn swojego wuja

Jego prawdziwe imię brzmiało Gajusz Oktawiusz. Przyszedł na świat za konsulatu Marka Tuliusza Cycerona i Gajusza Antoniusza Hybrydy, 23 września 63 roku p.n.e. Narodzinom przyszłego cesarza towarzyszyły, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, niezwykłe znaki. Swetoniusz podaje, że ojciec Oktawiana, Gajusz Oktawiusz, krótko przed narodzinami syna miał sen, w którym widział, jak z łona jego matki wytryska słoneczny promień. Jej samej natomiast śniło się, że jej ciało unosi się ku przestworzom i zasłania sobą cały obszar nieba i ziemi. Gdy w dniu narodzin syna Oktawiusz spóźnił się na obrady senatu i tłumaczył się jednemu z senatorów, usłyszał, że oto narodził się władca świata. Tego rodzaju anegdoty krążyły po Rzymie i przekazywane z ust do ust obrosły nimbem tajemniczości, po czym stały się nieodłącznym elementem biografii cesarza.* Co ciekawe, podobne przypadki nie towarzyszyły narodzinom jego przybranego ojca, Juliusza Cezara, ani też jego następcom z dynastii julijsko-klaudyjskiej.

Oktawiusz bardzo wcześnie stracił ojca i wychowywał się wraz ze starszą siostrą, Oktawią, pod czujnym okiem matki, Atii, a także stryjecznego dziadka, Cezara, który, jeśli wierzyć słowom Swetoniusza, darzył swego ciotecznego wnuka ogromnym uczuciem i traktował jak własną latorośl. Być może dlatego, że sam nie miał syna i upatrywał w Oktawiuszu swego następcę. Tak też się stało: niedługo po wdzianiu męskiej togi Oktawiusz został formalnie adoptowany przez Cezara i jako taki przybrał imię Gajusz Juliusz Cezar Oktawianus. Adopcja ta oznaczała niewątpliwą nobilitację młodzieńca pochodzącego ze znamienitego co prawda rodu Oktawiuszów z Velitrae, jednak czym innym było ekwickie pochodzenie z innego miasta niż Rzym, a czym innym wywodzenie się ze starej rzymskiej nobilitas, której przedstawicielem był Cezar. Nobilitacja dotyczyła również kwestii finansowej, bo Cezar był wówczas najbogatszym i najpotężniejszym człowiekiem w Rzymie.

Oktawian pojawił się na rzymskiej scenie politycznej dość nieoczekiwanie i wywołał zamieszanie wśród potencjalnych kandydatów do sprawowania rządów po śmierci dyktatora w wyniku id marcowych. Wiadomość o śmierci wuja zastała Oktawiana w Apollonii, gdzie studiował pod czujnym okiem wybitnych greckich filozofów. Nie zwlekając, udał się do Brundyzjum, a stamtąd wraz ze stacjonującym tam wojskiem Cezara do Rzymu. Władzę po cichu zdążył uzurpować sobie Marek Antoniusz, do tej pory magister equitum, czyli dowódca jazdy i prawa ręka dyktatora. Pojawienie się politycznego spadkobiercy Cezara stało się zarzewiem konfliktu między tymi dwoma wodzami; konfliktu, który z przerwami miał trwać kolejne czternaście lat, aż do śmierci Antoniusza w 30 roku p.n.e.

Ojciec Oktawiana krótko przed narodzinami syna miał sen, w którym widział, jak z łona żony wytryska słoneczny promień

Niemal całą młodość wypełniły Oktawianowi wojny. Począwszy od 43 roku p.n.e. aż do 30 roku p.n.e. przyszło mu staczać większe lub mniejsze bitwy, w tym pierwszą i ostatnią z wieloletnim przeciwnikiem politycznym, nota bene własnym szwagrem, Antoniuszem. W bitwie pod Mutiną 20-letni wówczas Oktawian pokonał tego doświadczonego wodza, po czym dwaj spadkobiercy Cezara postanowili zawrzeć sojusz i podzielić się władzą, by zaprowadzić w targanym nową wojną domową Rzymie porządek na własnych warunkach. Spotkali się na niewielkiej wysepce na rzece Lawinius, każdy w asyście 300 ludzi, aby przedyskutować warunki sojuszu i ostatecznie wraz z trzecią osobą dramatu, Lepidusem, zawrzeć trwający dziesięć lat tak zwany drugi triumwirat oraz rozprawić się z zabójcami Cezara.

Na tym etapie politycznej kariery pozytywny wizerunek Oktawiana natrafia na pierwsze trudności, jako że rok 43 w Rzymie był rokiem proskrypcji, czyli masowych rzezi politycznych przeciwników triumwirów. Sporządzono listy obywateli przeznaczonych na śmierć, a zatem Oktawian, za namową Antoniusza, podążył tą samą drogą, co ongiś sławny dyktator Sulla, który uśmiercił setki stronników wrogiej sobie partii. Największą ofiarą proskrypcji był wielki rzymski mówca, Marek Tulliusz Cyceron, który przypłacił życiem wystąpienie przeciwko Antoniuszowi w swych mowach politycznych, znanych historii pod nazwą Filipiki. Ponoć Oktawian był przeciwny tej egzekucji, jednak przystał na nią ostatecznie dla większego dobra, czyli ugłaskania rozsierdzonego Antoniusza. Po zaprowadzeniu porządku w stolicy Oktawian i Antoniusz przystąpili do rozprawy zbrojnej z zabójcami Cezara. Antoniusz pokonał ich w dwóch bitwach pod Filippi w październiku 42 roku p.n.e., po czym udał się na Wschód, gdzie wkrótce uwikłał się w brzemienny w skutki romans z Kleopatrą.

Oktawian pozostał więc sam na rzymskiej arenie politycznej, gdzie przez kolejną dekadę umacniał stopniowo swoją władzę, odsuwając Antoniusza od rządów. Wykorzystał przy tym umiejętnie namiętność swego szwagra do Kleopatry, powoli podburzał przeciw niemu lud rzymski, posunął się nawet do tego, że wydobył na światło dzienne testament Antoniusza, który do tej pory leżał bezpiecznie w domu Westalek. Triumwir poczynił w dokumencie zapisy na rzecz egipskiej królowej i ich wspólnych dzieci, co w oczach Rzymian stanowiło niesłychaną zbrodnię. Trudno ocenić, czy cierniem w oku Oktawiana była sama Kleopatra, ponieważ jako kobieta sprawowała królewską władzę i nosiła tytuł faraona Egiptu, co rzymskiemu politykowi nie mieściło się w głowie, czy raczej Antoniusz, który dość swobodnie poczynał sobie ze wschodnimi prowincjami Imperium.

Nie wiadomo, jak potoczyłyby się dalsze losy Europy, gdyby w 31 roku p.n.e. duet Kleopatra-Antoniusz nie został pokonany w bitwie morskiej pod Akcjum. Być może gdyby nie energiczna polityka Oktawiana i jego decyzje militarne, Rzym znalazłby się pod panowaniem Egiptu, a granice Europy przesunęłyby się znacznie na zachód. Wygrywając bitwę pod Akcjum, Oktawian zatrzymał egipską ekspansję i wytyczył nienaruszalne przez niemal pięć kolejnych wieków granice Imperium, granice europejskich wpływów i dziedzictwa kulturowego. Po 2 września 31 roku p.n.e. Egipt nie dźwignął się już z kolan, zmiażdżony przez rzymską potęgę; Wschód został podbity, a rok później Oktawian stał się faktycznym jedynowładcą imperium sięgającego od Atlantyku do Renu, od Brytanii do Eufratu, od północnych rubieży dzisiejszej Francji do piasków Sahary.

Forum Augusta w Rzymie, fot. Jakub Hałun, CC BY-SA 4.0

 

Od drewna do marmuru

Po zaprowadzeniu ładu politycznego i pokonaniu przeciwników, Oktawian rozpoczął wieloletnie dzieło odbudowy Rzymu zrujnowanego w ciągu ostatnich dziesięcioleci nieustannymi wojnami domowymi. Oktawian zastał Rzym drewnianym, a zostawił marmurowym, czego świadectwem były niezliczone budowle postawione na jego polecenie. Wzniósł kurię, czyli miejsce posiedzeń senatu, świątynię Apollina na Palatynie, świątynię Boskiego Juliusza na Forum Romanum, świątynię Marsa Ultora, a także odrestaurował wiele innych obiektów sakralnych. Ukończył budowę Forum Julii, czyli forum zaprojektowanego przez swego przybranego ojca, po czym rozszerzył je o Forum Augusta, jedno z najwspanialszych rzymskich placów, całe w paryjskim marmurze, pełne świątyń o pozłacanych frontonach i monumentalnych posągów. Do dzisiaj zachował się również Teatr Marcellusa, od imienia pierwszego zięcia oraz siostrzeńca Augusta, który można podziwiać niemal w całości. W XVI wieku szlachecka rodzina Savelli wybudowała pałac na ruinach teatru, co uchroniło starożytną budowlę przed zburzeniem.

Najbardziej niesamowitym obiektem wzniesionym przez Augusta jest jednak jego mauzoleum, znajdujące się na Polu Marsowym. Wywołuje ono zupełnie inne wrażenie niż monumentalne budowle stawiane na chwałę cesarza. Mauzoleum ma kształt okręgu, jego prostokątne wejście przesłania ściana bluszczu, przez co przedsionek spowity jest półmrokiem, który zagęszcza się we wnętrzu budowli. W pozbawionych ozdób ścianach zamurowane są urny z prochami członków dynastii julijsko-klaudyjskiej, w tym szczątki samego cesarza i jego żony Liwii. W mrocznym wnętrzu panuje cisza, nie dochodzi tu szczebiot ptaków, kroki turystów zdają się dudnić, a myśl, że jest to miejsce wiecznego pochówku rzymskiego władcy i jego najbliższych sprawia, że ciarki przebiegają po plecach.

Oktawian znany był jakoby ze swoich perwersyjnych nawyków seksualnych. Podczas bankietów i uczt miał rzekomo nie wstydzić się wyprowadzić z pokoju żony któregoś z senatorów, by po jakimś czasie przyprowadzić ją z powrotem z potarganą stolą i włosami w nieładzie. W późniejszym wieku upodobał sobie ponoć deflorację dziewic, które miała mu dyskretnie podsyłać do sypialni jego własna żona Liwia. Podobno kochanki wybierali mu przyjaciele, którzy dokładnie oglądali kandydatkę na partnerkę cesarza, niczym niewolnicę na targu. Na zdjęciu: posąg cesarza na Via dei Fori Imperiali w Rzymie, fot. Julia Wollner

 

Skromny przepych, niewinne romanse

Nie można jednak zapomnieć, że ten wielki polityk i władca był również – czy raczej bywał – zwykłym człowiekiem, jakkolwiek jego życie osobiste znajdowało się przez cały czas na świeczniku, głównie w wyniku szeroko zakrojonej propagandy obyczajowej, którą sam wprowadził. Tu sprawy nie wyglądają już tak różowo, a biografowie cesarza przytaczają również mniej chwalebne fakty z życia prywatnego władcy. Oktawian był trzykrotnie żonaty, chociaż publicznie ganił rozwody i zachęcał do jak najwcześniejszego wstępowania w związki małżeńskie. Wszystkie trzy żony pojął dla korzyści politycznych, jednak wydaje się, że ostatnią, Liwię Druzyllę, darzył szczerym uczuciem. Małżeństwo to zostało zresztą zawarte w atmosferze niemałego skandalu, jako że Liwia, wówczas zaledwie 17-letnia, była w szóstym miesiącu ciąży. W Rzymie zaczęła wówczas krążyć złośliwa anegdotka, że dzieci przychodzą teraz na świat w trzy miesiące po ślubie…

Oktawian, który surowo piętnował zdrady małżeńskie, sam od nich nie stronił. Godny przytoczenia jest fragment listu Antoniusza z Egiptu, wystosowany do byłego szwagra krótko przed rozpoczęciem konfliktu: Cóż cię w stosunku do mnie odmieniło? Że spółkuję z królową? Przecież jest moją żoną. Zresztą czy od dzisiaj, czy od dziewięciu już lat? Bodajbyś tak zdrów był, jeśli czytając ten list nie używasz sobie właśnie na Tertulii, czy Terentilli, lub Rufilii albo Salwii Titisenii, albo wszystkich razem. Krążyła również plotka, jakoby Oktawian odwiedzał żonę swego przyjaciela Mecenasa za jego zgodą, a nawet czynił to razem z nim.

W Rzymie zaczęła krążyć anegdotka, że dzieci przychodzą teraz na świat w trzy miesiące po ślubie

Z drugiej zaś strony, Oktawian bardzo surowo potraktował własną córkę Julię za jej seksualne wybryki, skazując na wygnanie na maleńką wyspę Pandatarię (dziś Ventotene), z której odwołał ją kilka lat później i przeniósł w znacznie lepsze warunki, jednak nigdy nie cofnął wyroku o wygnaniu. Gdy zaś usłyszał, że służąca jego córki, Febe, ze wstydu i zgryzoty popełniła samobójstwo, wykrzyknął z goryczą: Dlaczegóż nie jestem ojcem Febe!

W życiu osobistym ten fundator wspaniałych budowli i widowisk pozostawał podobno bardzo skromnym człowiekiem. Jadł niewiele, nosił ubrania domowej roboty, tkane własnoręcznie przez żonę lub córkę, czym hołdował starorzymskim obyczajom. Zajmował dwa pokoje w skromnym domu na Palatynie, z których jeden służył mu do pracy, drugi do spania. W przeciwieństwie do swego przybranego ojca, nie gustował w luksusie i bogactwach. Własne oszczędności przeznaczał na użytek publiczny: czy to na budowle, czy na igrzyska, czy wreszcie na rozdawnictwo zboża najuboższym warstwom społecznym. Tymi poczynaniami zaskarbiał sobie miłość plebsu i uznanie ludu rzymskiego.

Oktawian August mierzył 170 cm wzrostu, miał kędzierzawe ciemnoblond włosy, niebieskie oczy i szlachetne rysy twarzy, których nie zdołał zniszczyć upływ czasu. Nawet w późnych latach życia cieszył się łagodną, delikatną, wręcz chłopięcą urodą, o czym wspomina między innymi Swetoniusz. Podobizny Augusta, jakkolwiek stylizowane, oddają jego postać jako przystojnego, dobrze zbudowanego mężczyzny. W rzeczywistości August był wątłego zdrowia i dość wątłej postawy; zimą musiał nosić kilka warstw ubrań. Jedynym sportem, jaki uprawiał, były poranne spacery. Na zdjęciu: posąg cesarza na Via dei Fori Imperiali w Rzymie, fot. Julia Wollner

 

Król republiki

Sukces Oktawiana na arenie politycznej polegał na tym, że pod pozorem rządów republikańskich sprawował de facto władzę królewską. Podczas gdy jego przybrany ojciec popełnił kardynalny błąd, odbierając senatowi władzę i umniejszając jego znaczenie, a co więcej, publicznie drwiąc z senatorów i ustroju republikańskiego, Oktawian nigdy nie zdobył się na podobny brak rozsądku. Kilkakrotnie udawał, że chce się zrzec Imperium i oddać je senatowi, czyli wrócić do ustroju republikańskiego. Za każdym razem senatorzy ze łzami w oczach błagali go, by zaniechał swych zamiarów i dalej dzierżył w rękach stery rzymskiego okrętu. Pod tym względem Oktawian był sprytnym manipulatorem. Prawda jednak była taka, że jakkolwiek Oktawian rozpoczął trzecią wojnę domową w Rzymie, tak też on ją zakończył „na zawsze” – wprowadził pokój w granice Imperium, tak zwaną Pax Romana. Dał znękanemu wojnami domowymi, proskrypcjami, głodem i nędzą ludowi to, czego najbardziej pragnął: spokój, bezpieczeństwo i nadzieję na poprawę losu. W imię tego można było przymknąć oczy na jego monarchistyczne zapędy. Senat wolał zadowolić się pozorami i smakować słodkie owoce polityki Augusta, niż dla utopijnych idei wskrzeszania republiki wdawać się z nim w spory i wywoływać wojny. Był to niewątpliwy sukces człowieka, który pojawił się nagle znikąd i przeszedł do historii jako pierwszy rzymski cesarz.

Przydomek augustus pochodzi od czasownika augeo, augere, czyli „powiększać”, „rosnąć”

Pomimo jego niezaprzeczalnie ludzkich wad, które zresztą wymieniają historycy, takich jak okrucieństwo w stosunku do pokonanych, niekiedy małostkowość, folgowanie namiętnościom, a nawet skąpstwo pod koniec życia, wielkości Oktawiana Augusta jako władcy żaden z nich nie kwestionuje. W przeciwieństwie do swego wielkiego poprzednika i nie mniej interesujących następców, Oktawian nie zapisał się na kartach historii jako postać kontrowersyjna. W oczach współczesnych urastał do rangi nowego Romulusa, założyciela Rzymu, który to tytuł faktycznie mu proponowano, on jednak zdecydowanie odmówił i zadowolił się przydomkiem augustus. Przydomek ten nie tylko oznacza boskość, ale również wielkość; pochodzi bowiem od czasownika augeo, augere, czyli „powiększać”, „rosnąć”. Zaiste Oktawian nie tylko sam wzniósł się na boskie wyżyny, ale również wyniósł państwo nad Tybrem do rangi imperium, którego przez kolejne wieki żadna siła nie była w stanie pokonać. Jako pierwszy władca zapewnił Europie stabilizację i dał możliwość rozwoju, czego skutkiem były późniejsze narodziny kulturalnie, językowo i historycznie powiązanych ze sobą europejskich państw.

Dwa tysiące sześć lat temu, tuż przed śmiercią 19 sierpnia 14 roku n.e., August zwrócił się do przyjaciół z następującym cytatem:

A jeśli dobra sztuka, oklaski dajcie
I razem wszyscy radość swą nam okażcie.

My, potomni, klaszczemy do dzisiaj, przechadzając się rzymskimi ulicami, pod kopułą Panteonu, w cieniu Mauzoleum, wznosząc wzrok na palatyńskie wzgórze nad Forum Romanum.

 

*Zob. Swetoniusz, Żywoty Cezarów, II 94

 

Zdjęcie główne: August z Prima Porta, fot. Bradley Weber / Flickr, CC BY 2.0
Posted on

Rosz ha-Szana. Izraelski Nowy Rok

W Izraelu, znużeni upalnym latem, wszyscy czekają o tej porze na deszcz. Liście z drzew prawie nie opadają, ziemia jest sucha i zmęczona, a świat pokryty jest żółtawym pyłem. Nowego początku, który wydarzy się przy stole przykrytym śnieżnobiałym obrusem, wypatruje się z niecierpliwością.

Rosz ha-Szana znaczy dosłownie “głowa roku”. Jest to święto tyleż wesołe, co refleksyjne: celebracja nowego łączy się tu z przypomnieniem o Bożym sądzie. Religijni Żydzi opróżniają kieszenie, wyrzucając ich zawartość do rzeki i rozstając się tym samym ze swoimi grzechami. Rodziny gromadzą się przy kolacji, podczas której podawane są potrawy symbolizujące dobrobyt i szczęście: okrągła chałka, daktyle, granaty oraz jabłka pokrojone w cząstki przypominające małe łódeczki, obowiązkowo maczane w miodzie. Nowy Rok ma być dobry i słodki, a pomyślność, zrodzona z naszych własnych zasług, mnożyć się niczym pestki granatu.

 

Jako chrześcijanka towarzyszę mojej izraelskiej rodzinie w cichym skupieniu, chłonąc znaczenia i dzieląc nadzieję. W tym roku szczególnie – podczas gdy reszta świata czekać musi jeszcze do grudnia, my otwieramy nowy kalendarz już dzisiaj, licząc na koniec tego, co złe i trudne ponad nasze siły. Ciesząc się płynącymi zewsząd życzeniami zastanawiam się jednak, na ile odrobiliśmy lekcję zadane w roku, który dobiega końca. Nauczyliśmy się, być może, że nic nie jest nam dane raz na zawsze, a zmiana nastąpić może w mgnieniu oka. Nade wszystko jednak pokazano nam, że, bez względu na okoliczności, chcemy udawać, że wszystko jest po staremu, unikać uznania tej zmiany, uciekać od szansy na całkowitą odnowę. Łatwiej rozłożyć biały obrus niż naprawdę zacząć od początku, inaczej. Czy tym razem się uda? Przekonamy się już w grudniu. Szana towa!

Posted on

Uczta Lamparta

Sycylia, położona w środku basenu Morza Śródziemnego, na skrzyżowaniu szlaków, przesiąknięta jest kontrastującymi ze sobą kulturami. Na przestrzeni wieków przetaczały się przez nią i kolonizowały różnorodne nacje, które, zza morza, często krwawo wkraczały na wyspę, ale także przywoziły ze sobą i pozostawiały swoje tradycje, upodobania i zwyczaje. To wyjątkowa kraina, której gastronomia jest jak bogata księga dziejów wyspy. To kuchnia luksusu, biedy i skrzyżowania kultur.

Wiekowe pałace i żyjący w nich sycylijscy arystokraci były pretekstem mojej ostatniej podróży do Palermo. Do siedziby rodu Lampedusa wybieram się, aby porozmawiać o sycylijskiej i pałacowej kuchni, ale także o literaturze.

Lampart czyli Gepard

Wąską uliczką Via Butera tuż przy bulwarach nad zatoką Palermo idziemy z Agnieszką Kwiatek, mieszkanką stolicy Sycylii, na spotkanie z księżną Nicolettą. Umówiłyśmy się, aby porozmawiać o Lamparcie (a właściwie o Gepardzie, bo taki był tytuł oryginału mylnie przetłumaczonego i używanego przez lata). To jedyna powieść jej teścia Giuseppe Tomasiego księcia Lampedusy i diuka Palmy, która o mały włos pozostałaby w rękopisie wśród pamiątek po krewnym księcia z Palermo. Ukazała się bowiem już po śmierci autora, a za jego życia nie wzbudziła entuzjazmu u wydawcy. Dziś jest dostępna w kilkudziesięciu językach i uznana za najważniejszą sycylijską powieść. Napisana w  XIX-wiecznej konwencji, ukazuje schyłek świata starej burbońskiej arystokracji na Sycylii w czasach zjednoczenia Włoch. W 1963 roku została wybitnie zekranizowana przez Luchino Viscontiego (też arystokratę), z gwiazdorską obsadą.

Z Nicolettą spotykamy się także, aby porozmawiać o kuchni sycylijskiej, do której ja mam słabość od lat – księżna jest w tym temacie specjalistką. Jej mąż, książę Gioacchino (autor wstępu do ostatniego polskiego wydania Geparda), jest muzykologiem, a także przybranym synem i spadkobiercą literackiej spuścizny księcia Lampedusy. Wraz z żoną, poliglotką i animatorką kultury, po wielu latach spędzonych w różnych zakątkach świata osiedlił się w Palermo. W odremontowanym i rozbudowanym pałacu, gdzie ostatnie lata życia spędził autor Lamparta, udostępniają gościom stylowe apartamenty, a księżna prowadzi dla zainteresowanych kursy kulinarne.

Autorka z księżną Nicolettą
Autorka z księżną Nicolettą

Na szezlongu w sali balowej

Nicoletta jest sympatyczną i bezpośrednią osobą z poczuciem humoru. Rozmawiamy w wielkim salonie – dawnej sali balowej z cudownym widokiem na zatokę. Dziś pomieszczenie pełne jest stylowych mebli, a ściany zdobią wielkie ciemne płótna dawnych mistrzów. Siedzimy na żółtych sofach i prowadzimy uroczą konwersację. Uprzejma księżna zauważa, że moje spodnie w żółte róże świetnie komponują się z miodową barwą szezlonga, na którym siedzę… Śmiejemy się, że miejsce jest po prostu dla mnie stworzone.

Rozmawiamy też o prawdziwym pałacu Lampedusy. Ten, w którym gościmy, nie był jego rodzinnym gniazdem, stał się nową przystanią po utracie rodowego domu. Pałac Lampedusy, oddalony o kilka przecznic stąd, został zbombardowany w 1943 roku przez aliantów. Nie pozostało po nim nic oprócz cudem ocalonej biblioteki pisarza. To był dramatyczny moment w życiu autora Lamparta. – Do końca życia nie mógł pogodzić się ze stratą tego świata – mówi księżna. W salonie „nowego” pałacu pokazuje nam gablotę, w której obok rękopisu Lamparta (wielki zeszyt zapisany odręcznym, równym pismem) pozostały tylko trzy przedmioty z herbem rodowym rodziny. To srebrne papierośnica i zapalniczka oraz… mały, porcelanowy kieliszek do jajek. W tym domu przy via Butera (nabył go ponad 200 lat temu jego pradziad, pierwowzór księcia Saliny z powieści), pisarz przeżył swoje ostatnie lata. Jest tu także cały gabinet z bibliofilską kolekcją ukochanych dzieł, o których wiedzą dzielił się z pasją ze studentami. Miejsca, w którym pracował, nie zmieniono od czasu jego odejścia, czyli od ponad 60 lat.

Księżna Nicoletta z przyjemnością oprowadza nas po pałacowych pomieszczeniach. Poza stylową biblioteką z kominkiem, oglądamy jadalnie z długimi stołami i z kredensami kryjącymi porcelanę. Trudno tu nie sięgnąć do lektury i zmysłowego opisu składników i bogactwa menu pałacowego przyjęcia z Lamparta.

Pod kandelabrami, pod piramidami nigdy nie zjadanych tortów, piętrzącymi się w pięciu kondygnacjach rozciągało się monotonne bogactwo stołów zastawianych na wielkie bale: czerwone, koralowe żywcem rzucane w ukrop homary, woskowe i śliskie chaud-froids z cielęciny, solki koloru stali zanurzone w gęstym sosie przyrumienione na złoty kolor indyki, pasztety z gęsich wątróbek, różowe pod pancerzem żelatyny obrane z kości bekasy na wysokich bursztynowych grzankach, przystrojone posiekanymi podróbkami, galaretka koloru jutrzenki i dziesiątki innych, okrutnych i barwnych specjałów[1].

pamiątki po Lampedusie z herbem Geparda
pamiątki po Lampedusie z herbem Geparda

Pokój z białymi kafelkami

Wreszcie dochodzimy do kuchni, kulinarnego serca domu. Oświetla je duże, otwarte okno z widokiem na wewnętrzny dziedziniec i błękitne niebo w górze. Ściany pokryte ceramicznymi  kaflami z kobaltowymi wzorkami kontrastują ze staroświeckim zestawem wypolerowanych na błysk miedzianych rondli i foremek do deserów i ciast. Wielki okap nad palnikami także pokryty jest kafelkami z niebieskim deseniem. Rozmawiamy w miejscu, gdzie ze smakiem Sycylii spotykają się praktycznie uczestnicy kursów.

Jak wyjaśnia nam księżna Nicoletta, kuchnia arystokratycznych pałaców kontrastowała z rustykalną, często prostą i ubogą kuchnią zwykłych Sycylijczyków. Wśród zwykłej, rolniczej ludności popularne były nieskomplikowane i tanie potrawy. – Takiej lokalnej kuchni nie podawano na pańskich stołach – wyjaśnia księżna. W pałacach powszechne były wyrafinowane smaki kuchni francuskiej. Tworzyli ją rodowici francuscy kucharze lub adepci szkół kulinarnych z kraju nad Sekwaną. Monsu – takie miano  nosił pałacowy kucharz, a nazwa pochodziła wprost od francuskiego słowa monsieur. – Posiadanie wybitnego monsu było kwestią prestiżu i przedmiotem konkurencji pomiędzy rodami – opowiada księżna. Taka kuchnia należała do skomplikowanych, wymagała pracy, ale także bogactwa składników: dużo mięsa, masła czy śmietany. – W takim domu monsu nie przyrządzał po prostu jajek. To było soufflé żartuje Nicoletta. Podkreśla też, że dawniej jedzono więcej, ale też tłuściej i zdecydowanie mniej zdrowo.

Pytamy o kulinarne predyspozycje wysoko urodzonych. – Panie z pałacu nie gotowały – wyjaśnia. – Nigdy nie wchodziły do kuchni – dodaje i wspomina rodzinną anegdotę o biologicznej matce swojego męża, która, zapędziwszy się kiedyś w kuchenne rejony pałacu, ze zdziwieniem powiedziała: – Jaki dziwny pokój z białymi kafelkami!…

Wnętrza pałacu
Wnętrza pałacu

Zapiekanka księcia Saliny

W Lamparcie można znaleźć sporo opisów wyszukanych potraw, których nie znamy – bogactwo języka autora pozwala nam próbować sobie je wyobrazić i wierzyć, że miały nie tylko wyjątkowy wygląd, ale i smak. Kiedy przechodzimy przez kolejne pałacowe salony i jadalnie, niemal czekamy, aż przez drzwi, jak w Lamparcie, wejdą lokaje w zieleni i złocie liberii, w bieli upudrowanych włosów, z piętrzącymi się na srebrnych półmiskach piramidami zapiekanego makaronu czyli timballo del Gattopardo. Daniem tym co roku witał swoich gości bohater powieści Don Fabrizio Salina podczas otwarcia sezonu w letniej rezydencji w Donnafugata. Tu znów sięgamy do książki i znanego, smakowitego opisu słynnej zapiekanki makaronowej z licznymi dodatkami i sosami, zapieczonej pod ciastem francuskim:

Przyrumieniona na złoty kolor powierzchnia ciasta i bijący w nozdrza słodkawy aromat cynamonu stanowiły tylko preludium do delicji ukrywających się w środku; gdy nóż przecinał chrupiącą powłokę, najpierw dobywała się ze środka wonna para, a potem dopiero ukazywały się kurze wątróbki, cienkie plasterki jajek na twardo, szynki, kawałku pulardy i trufle zagłębione w tłustej, gorącej masie nitek makaronu, któremu esencjonalny sos mięsny nadawał ponętny kolor brunatnego zamszu[2].

Przy wspomnieniu tego opisu pytam Nicolettę, czy przygotowuje słynną zapiekankę z uczty księcia Saliny. Okazuje się, że przyrządziła ją tylko raz. – Zajmuje to zbyt wiele czasu: aż dwa dni! – wyznaje szczerze. Wynika to z wieloskładnikowej receptury, obejmującej m.in. trufle, szynkę, łączone dwa sosy, a wszystko przykryte słodko-słonym ciastem z dodatkiem cynamonu. Księżna podkreśla także trudności w zdobyciu niektórych produktów, takich jak np. kura z jajkami w… środku (!), a także spory koszt wszystkich składników, wynoszący blisko 200 euro.

Między targiem a pałacem

Księżna z zamiłowania jest kucharką, choć kuchnia sycylijska nie jest jej rodzimą tradycją – Nicoletta wiele czasu spędziła w Wenecji, a także w Moskwie. Zawodowo zajmowała się tłumaczeniami, redakcją książek, organizacją festiwali muzyki i sztuki. Jako anegdotę wspomina dawną rozmowę z przyjaciółką w Nowym Jorku. – Jesteś księżną, mieszkasz w pałacu, świetnie gotujesz, więc co mogłabyś robić? – pytała przyjaciółka. I tak zrodziła się koncepcja: dzień gotowania z księżną w prawdziwym pałacu w Palermo.

Dla osoby, której domowa kuchnia wywodziła się z Wenecji, przyswojenie smaków sycylijskich nie było proste. Nicoletta zwraca uwagę na spore różnice pomiędzy kuchnią Wenecji i Palermo, w tym inne ryby i przyprawy. – Tu, na Sycylii, mamy całe bogactwo tych ostatnich, a ich historia sięga jeszcze czasów arabskich – wyjaśnia. Podkreśla rolę makaronu, oliwy i warzyw, takich jak okrągłe bakłażany, kolczaste karczochy i długie cukinie, odmiennych także z powodu sycylijskiego wulkanicznego podłoża.

Zajęcia prowadzone przez księżną odbywają się w kameralnych grupach do 12 osób. Rozpoczynają się wcześnie rano wspólną wizytą na Il Capo – jednym z trzech znanych mercato w Palermo. Mimo że bliżej znajduje się słynny Vucciria, to jednak nie tam jest największy wybór sezonowych ryb, owoców i warzyw. Księżna korzysta także ze swojego ogrodu, znajdującego się na pałacowym tarasie. Uprawia tam własne cytryny i zioła. Uczestnicy pod jej fachowym okiem gotują w pałacowej kuchni, aby potem zasiąść do biesiady i zjeść wszystkie przygotowane wspólnie dania.

W warsztatach uczestniczą ludzie z różnych stron świata. Ponieważ księżna włada wieloma językami, warsztaty może powadzić po włosku, angielsku czy hiszpańsku. – W kursie uczestniczą osoby, które interesują się kuchnią i które poprzez kulinaria chcą poznać Sycylię – wyjaśnia. Czasem także ci, którzy traktują zajęcia rozrywkowo, zaciekawieni wizytą w pałacu. Większość jednak jest czynnie zaangażowana. – Bywa, że wracają ponownie na kurs – mówi Nicoletta. – Wtedy muszę sprawdzać, co przygotowywali poprzednim razem, żeby nauczyć ich czegoś nowego – żartuje.

Na targu w Palermo
Na targu w Palermo

Jaśminowy arbuz

Kuchenną rozmowę o słodkościach kieruję znów ku literaturze. Pytam, czy prawdą jest, że Lampedusa pisał swoją powieść przy kawiarnianym stoliku słynnej Pasticceria Mazzaro, tuż obok Teatro Massimo w Palermo? Faktycznie był to jego ulubiony lokal w mieście, który odwiedzał regularnie. Do niedawna cukiernia słynęła ze swoich wyrobów i była tłumnie odwiedzana przez mieszkańców i turystów. Wraz z jej likwidacją zakończyła się ponad stuletnia historia lokalu ulubionego przez miłośników teatru, melomanów, artystów, pisarzy i polityków. Im dłużej od zamknięcia, tym bardziej rośnie w siłę legenda o stoliku sędziego Falcone, bywającego tu malarza Guttuso, pisarza Sciasci oraz mistrzów i gwiazd włoskiego kina: Felliniego, Viscontiego czy Mastroianniego.

Księżna wyjaśnia, że słodycze były słabością i wielka przyjemnością jej teścia – nie powinny więc dziwić smakowite opisy słodkości w Lamparcie:

Tam z kolei porozstawiane były ogromne baby w kolorze bułanych koni, śnieżne od kremu zaspy Monte Bianco, baignets Dauphin upstrzone na biało migdałami na zielono pistacją,  wzgóreczki profiterolek z czekoladą, kasztany w cukrze, brązowawe jak humus równin katańskich (…) parfety różowe, parfety szampańskie, parfety dereszowate, które rozpadały się z chrzęstem pod łopatką, stosy kandyzowanych wiśni, żółte krążki ananasów, „triumfy łakomstwa” z  matową zielenią siekanej pistacji oraz nieskromne ciastka „panieńskie[3].

Na koniec pytam o ulubiony deser księcia, gelo di melone (lokalnie zwany gelo di mellone, przez dwa l) – z arbuza z aromatem jaśminu. Okazuje się, że to nie lody, jak powszechnie sądzono, ale coś w rodzaju żelu z arbuzowego soku, z dodatkiem aromatu i kwiatów jaśminu. Owoc, który znamy na ogół w wersji na surowo i na zimno, jest tu wyciskany i gotowany. Taki deser  przygotowuje Nicoletta na kursie. Dekoruje żywymi kwiatami jaśminu i drobnymi kawałeczkami czekolady, imitującymi czarne arbuzowe pesteczki, i wspólną konsumpcją kończy Dzień gotowania z księżną.

.
[1] Giuseppe Tomasi di Lampedusa, Lampart, tłum. Zofia Ernstowa, Książka i Wiedza, Warszawa 1988, s.301.

[2] Tamże, str. 102-103.

[3] Tamże, str. 301-302.


Artykuł stanowi fragment książki pt. Lampart w pomarańczach czyli sycylijskie zapiski kulinarne, która ukaże się w grudniu 2020 r. nakładem wydawnictwa Bernardinum.

Posted on

Rafael z Urbino. W cieniu zamku da Montefeltro

Urbino, niewielkie, spokojne miasto, które dziś znalazło się poza głównymi włoskimi szlakami turystycznymi, w renesansie tętniło życiem. Pod rządami Federica da Montefeltro (1422–1482) stało się potężnym centrum artystycznym i politycznym. Teraz w roku akademickim gwarem wypełniają je studenci.

Miasto jest malowniczo położone u podnóża Apeninu Umbryjsko-Marchijskiego (część Apeninów Środkowych); 50 km na północ  leży państwo San Marino. W pobliżu miasta znajduje się rezerwat przyrody Gola del Furlo.

Miłośnicy renesansu poczują się w Urbino jak w raju. Gdyby nie samochody, można by mieć wrażenie, że na wąskich, pokrytych brukiem uliczkach, wśród kamieniczek ze złocistej cegły, zatrzymał się czas.

Nad Urbino góruje potężny zamek, który przez 18 lat wznoszono z nadania Federica. Jego portret znamy wszyscy z dyptyku autorstwa Piera della Francesca, reprodukowanego w licznych podręcznikach i należącego dzisiaj do zbiorów galerii Uffizi. Montefeltro ukazany jest profilem, tak samo jak jego żona, Baptysta Sforza. Federico zawsze portretowany był z lewej strony –  gdy miał 20 lat, w pojedynku stracił prawe oko oraz kawałek nosa i nie chciał chwalić się światu swoim kalectwem.

Słynny dyptyk pędzla Piera della Francesca


Włoskie Ateny


W XV wieku jego dwór nazywano Atenami Włoch, a samego księcia – światłem Włoch
 – napisała Bożena Fabiani w Gawędach o sztuce. Federico był kondotierem, najemnym wojownikiem, mistrzem w swoim fachu. Na wojaczce zbił fortunę. Walczył na zlecenie papieży, książąt i królów. To, co zarobił, inwestował w Urbino. W 1474 r. papież nadal mu tytuł książęcy. Źródła historyczne nie przedstawiają jednoznacznego portretu księcia. Wiadomo jednak na pewno, że był miłośnikiem sztuki i nauki, a na swoim dworze nie musiał obawiać się spisku, bo powszechnie go szanowano.
Za rządów Federica i jego dwóch następców Palazzo Ducale w Urbino tętniło życiem. Tam Baldassare Castiglione napisał słynnego Dworzanina, dzieło będące podręcznikiem dobrego wychowania. Federico książki uwielbiał. Jak podkreśla Bożena Fabiani, miał najwspanialsze zbiory w całej Italii, trzymał armię kopistów – 40 czy 50 osób przepisywało mu na pergaminie starożytne rękopisy i współczesne dzieła warte uwagi, miał też na swe usługi tłumaczy z greki i łaciny.
W apartamentach księcia Federica znajduje się niewielkie pomieszczenie – jego gabinet zwany studiolo, ze ścianami wyłożonymi intarsjowanym drewnem. Tam ponoć da Montefeltro lubił oddawać się lekturze.

Madonna Sykstyńska, 1513 lub 1514 r.


Dzieciństwo Rafaela

Ojciec twórcy Madonny Sykstyńskiej był nadwornym malarzem Federica da Montefeltro. W domu, w którym mieszkała rodzina Santi, przy via Rafaello, mieści się dzisiaj muzeum. W jednym z niewielkich pomieszczeń, gdzie ponoć urodził się Rafael, można obejrzeć jego młodzieńczy fresk.

Rafael wcześnie został sierotą. Gdy miał osiem lat, zmarła jego matka, a cztery lata potem – ojciec. Zanim to się stało, chłopiec chłonął atmosferę ojcowskiej pracowni malarskiej i pod jego okiem brał pierwsze lekcje. Bywał też z Giovannim na dworze księcia da Montefeltro i mógł podziwiać prace m.in. Piera della Francesca, Pedra Berruguete czy Antonia del Pollaiuolo.
Po śmierci ojca opiekę nad Rafaelem przejął wuj, ksiądz o imieniu Bartolomeo. Za jego pozwoleniem uzdolniony chłopiec rozpoczął naukę w pracowni słynnego już Perugina, jak zwano Pietra Vannucciego, w Perugii. Według Vasariego, uczeń szybko prześcignął mistrza.
Do Urbino Rafael wrócił dopiero w 1505 r., na dwór syna Federica, Guidobalda. Artysta był już opromieniony sławą, pracował m.in. we Florencji, Sienie i Rzymie. Na prośbę Guidobalda stworzył kilka dzieł, m.in. portrety księcia i jego żony Elżbiety Gonzagi oraz Madonnę zwaną Orleańską.
W 1506 r. opuścił rodzinne miasto; pracował potem m.in. w Perugii i Florencji. W 1508 r. papież Juliusz II wezwał artystę do Rzymu. Po śmierci Juliusza Rafael pracował dla Leona X. W ciągu 12 lat stał się artystyczną gwiazdą Rzymu. Zachwycano się jego urodą, talentem i dziełami. Podziwiał niegdyś starszych od siebie – Leonarda da Vinci i Michała Anioła – a teraz tworzy z nimi trójcę renesansowych mistrzów. Obu sportretował na słynnym fresku Szkoła ateńska w Watykanie. Da Vinci jest Platonem, a Michał Anioł – Heraklitem. Na tym fresku odnajdziemy też podobiznę samego artysty.

Szkoła Ateńska, 1511 r.


W Panteonie się skończyło

Malarz z Urbino pochowany jest w Panteonie, jednej z najsłynniejszych budowli w Rzymie. Gdy już nasycimy oczy widokiem monumentalnej kopuły z oculusem w środku, warto zerknąć na grobowiec Rafaela.
Malarz chciał spocząć w Panteonie, nie myślał o rodzinnym grobie w Urbino, i przeznaczył na to zawrotną na tamte czasy sumę 1.5 tys. złotych dukatów. Zapobiegliwie zamówił też u swojego ucznia Lorenzetta posąg Madonny z Dzieciątkiem, który zdobi niszę nad grobowcem. Zapewne znakomity malarz, bożyszcze rzymian, nie przypuszczał, że jego ciało zostanie tam złożone tak wcześnie. Zmarł przecież w wieku zaledwie 37 lat. Na jego grobowcu wyryto epitafium pióra poety Pietra Bembo: Tu spoczywa Rafael. Bałem się tego, co niezgłębione, pokonałem zwyczajne, wielkim równy, tylko śmiertelne zmarło ze mną.
Warto też zajrzeć do galerii w Palazzo Barberini, by popatrzeć na Narcyza Caravaggia oraz na La Fornarinę Rafaela Santiego. „Fornarina”, czyli piekareczka, była wielką miłością Rafaela. Śliczną 17-latkę ujrzał, gdy wychodziła z kąpieli w Tybrze. Urzeczony jej urodą, wykupił ją od ojca piekarza. Dom, w którym mieszkała, stoi do dziś przy Porta Settimiana.
Małgorzata, bo tak piękna dziewczyna miała na imię, zamieszkała z Rafaelem i pozowała mu do obrazów. Z obrazu w Palazzo Barberini patrzy ufnie w stronę widza – a tak naprawdę tego, który ją malował – ciemnowłosa i ciemnooka piękność. Na ramieniu ma opaskę z napisem „Raphael”.

La Fornarina, 1518–1520 r.


Klamra Wielkiego Piątku

Rafael zmarł 6 kwietnia 1520 r. w Wielki Piątek. Stało się to dokładnie 37 lat po tym, jak przyszedł na świat w Urbino. W Wielki Piątek 6 kwietnia 1483 r. Maria di Ciarla, żona malarza Giovanniego Santiego, urodziła chłopca, któremu nadano imię Raffaello.
Giorgio Vasari, renesansowy biograf artystów, tak pisał na początku tekstu o autorze Madonny ze szczygłem, którego nazywał „boskim”: Jak dalece niebo okazało się szczodre i błogosławione, obdarzając łaskawie tylko jednego człowieka swymi skarbami, dzielonymi przez wieki między wielu, to właśnie widzi się w osobie świetnego i pełnego wdzięku Rafaela Sanzio z Urbino. (…) Z Rafaela natura uczyniła ludzkości dar: zniewolona przez sztukę Michała Anioła, dzięki Rafaelowi zabłysnąć mogła i sztuką, i pięknymi obyczajami. (Giorgio Vasari, Żywoty najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów, tłum. Karol Estreicher).

500-lecie śmierci Rafaela obchodzone jest w cieniu epidemii koronawirusa. Urbino nie mogło zrealizować swojego planu obchodów rocznicowych i dać się szerzej poznać światu. A przecież dobrze byłoby odwiedzić miasto, w którym urodził się człowiek opisany przez Vasariego słowami: Bo ty, o Sztuko Malarstwa, ty możesz nazwać się najszczęśliwszą w owych czasach, gdyż należał do ciebie artysta, dzięki którego cnotliwości i obyczajom wyniesiona zostałaś pod niebiosa. Oby szybko nastąpiła ku temu okazja.

 

Zdjęcie główne: Palazzo Ducale w Urbino, fot. Fabio Demitri / Wikimedia, CC BY-SA 4.0
Posted on

Z południa na północ. O tych, co przybyli na polską ziemię

Grecy na Dolnym Śląsku i Podkarpaciu
Pod koniec II wojny światowej dochodzi do zaostrzenia wewnętrznych konfliktów politycznych i militarnych w Grecji. Efektem nieporozumień i napięć pomiędzy zwolennikami prawicowych rządów wspierających monarchię a komunistycznymi siłami Demokratycznych Wojsk Grecji jest wyniszczająca wojna domowa. Prawica wspierana przez Wielką Brytanię przejmuje kontrolę nad krajem i rozpoczyna represje wobec opozycji. Działacze komunistyczni, ich rodziny i sympatycy, chcąc uniknąć więzienia i tortur, muszą opuścić kraj.
Naturalnym kierunkiem komunistycznych uchodźców z Grecji staje się Europa Wschodnia: Jugosławia, Bułgaria, Rumunia, Czechosłowacja i Polska. W latach 1949–51 do naszego kraju przyjeżdża 12 tysięcy Greków i Macedończyków. Zostają rozlokowani głównie na Dolnym Śląsku, Pomorzu Zachodnim i na Podkarpaciu, choć spotkać ich można wszędzie. Dionisios Sturis, dziennikarz i reporter pochodzący z Chojnowa na Dolnym Śląsku, w książce pt. Nowe życie, poświęconej polskim Grekom, pisze: Na powojennej mapie Polski roiło się od greckich wysp – większych i mniejszych. Wszystkie one tworzyły rozproszony archipelag, osobny miniświat, który wybuchł nagle i niespodziewanie, rozrastał się i powoli tężał, początkowy wyraźnie odmieniony, choć w tej samej Galaktyce, a z upływem czasu zaczął zbliżać się do polskiego megaświata i go przenikać. Przez pewien czas oba światy istniały równolegle i pozytywnie na siebie oddziaływały.

Grecy – dzieci i wnuki uchodźców z połowy ubiegłego wieku – rozpoznawani są do dziś przede wszystkim w popkulturze. W latach osiemdziesiątych wielką popularnością cieszyła się piosenkarka Eleni, niezwykłą karierę w świecie muzyki zrobił też Milo Kurtis, założyciel grupy Osjan i Maanam. To za jego namową Grecję odwiedziła Kora, to jemu poniekąd zawdzięczamy Cykady na Cykladach, które wokalistka Maanamu napisała po wakacjach na wyspie Ios. Inni znani muzycy pochodzący z rodzin greckich uchodźców to Mikis Cupas, Apostolis Antimos, śpiewak Jorgos Skolias, oraz Maja Sikorowska – córka Andrzeja Sikorowskiego i Chariklii Motsiu. Potomkiem greckich uchodźców jest także cytowany powyżej Dionisios Sturis, reporter i dziennikarz, autor wielu książek i artykułów o tematyce migracyjnej.
Kiedy jednak rozmawia się z Polakami o Grekach w Polsce, to mało kto jest w stanie powiedzieć, skąd właściwie się wzięli w naszym kraju. Starsze pokolenie pamięta być może historię ich uchodźctwa, ale już współcześni trzydziesto – czterdziestolatkowie nie mają o tym pojęcia. Zachowaniu pamięci nie sprzyja fakt, że wielu Greków po upadku prawicowego reżimu w Grecji wróciło do ojczyzny. Największe archiwum gromadzące dokumenty związane z polskimi Grekami we Wrocławiu zostało zlikwidowane w 2009 roku, a dane o nich – zniszczone. Tym bardziej należy docenić pracę Dionisiosa Sturisa, który poświęcił polskim Grekom swoje dwie książki, odbył dziesiątki rozmów z mieszkańcami Dolnego i Górnego Śląska, Małopolski i podkarpackiej wsi Krościenko. Do dziś na cmentarzach w regionach zamieszkałych przez Greków, a więc w Chojnowie, Zgorzelcu, Świdnicy, Bielawie, Wrocławiu, a także w Krościenku można znaleźć groby z egzotycznie dla Polaków brzmiącymi nazwiskami, a niektórzy mieszkańcy wciąż rozpoznawani są po nazwiskach swoich ojców i dziadów.

Waldensi z okolic Cedyni
Cedynia, najdalej wysunięte na zachód polskie miasteczko, kojarzy się z wczesnymi lekcjami historii. W 972 roku Mieszko I stoczył tam bitwę z Hodonem zarządzającym Marchią Łużycką i pragnącym zająć tereny Polan. Tymczasem zwiedzając Pojezierze Zachodniopomorskie, jadąc drogą nr 124 z Orzechowa do Cedyni można natknąć się na tzw. Wzgórze Waldensów. Na niewielkim wzniesieniu znajduje się kapliczka będąca punktem orientacyjnym i… niczym więcej. O religijnym ruchu waldensów nie dowiemy się stamtąd nic. Zdobycie informacji o tych reformatorach kościoła, przybyłych z południa Europy, nie jest zresztą łatwiejsze nigdzie w okolicy.
Waldensi mieszkali na dzisiejszym pograniczu polsko-niemieckim, między innymi w zakolu Odry. Przybyli na tereny dzisiejszej Polski z Francji, przez Czechy, na przełomie XIII i XIV wieku. Byli jedną z licznych heretyckich grup negujących oficjalną doktrynę Kościoła w Europie; sprzeciwiali się praktykom religijnym i obyczajowym ówczesnych duchownych. Podobnie jak katarzy i albigensi na południu Francji oraz bogomili w Bułgarii i Hercegowinie, waldensi żyli skromnie, odrzucając dobra materialne. Nazwa “waldens” pochodzi od Piotra Valdes (Waldo) – kupca z Lyonu, który w XII wieku rozdał biednym swój majątek i nakłaniał wiernych do życia w ubóstwie. Szybko otrzymał zakaz działalności z powodu otwartego krytykowania Kościoła, dlatego w 1179 r. udał się do Rzymu, aby przekonać Aleksandra III do swoich racji. Jego aktywność nie zyskała jednak aprobaty papieża. Piotr Waldo nie ustąpił, więc następca Aleksandra, Lucjusz III, w 1184 r. obłożył upartego heretyka ekskomuniką. Waldo przeniósł się do Czech, gdzie prawdopodobnie w 1197 roku zmarł. Ośrodki jego wyznawców znajdowały się na terenach dzisiejszych północnych Włoch (w Lombardii i Piemoncie); waldensi szybko też pojawili się w Nowej Marchii na pograniczu polsko-niemieckim. Stamtąd już tylko krok do tzw. Winkla Cedyńskiego, czyli zakola Odry. W XIV wieku w okolicy istniało już całkiem pokaźne skupisko kacerzy, jak nazywali waldensów miejscowi (według Zygmunta Glogera, autora Encyklopedii Staropolskiej, kacerze to inaczej agitatorzy lub apostołowie sekciarstwa). Mieszkali przede wszystkim w okolicach Orzechowa, Objezierza, Chojny oraz, oczywiście, Cedyni. Czym zajmowali się na co dzień? Byli drobnymi rzemieślnikami, kupcami, część uprawiała rolę.

Waldensi do dziś obecni są we Włoszech. Na zdjęciu: fasada ich kościoła w Mediolanie, fot. G.dallorto / Wikimedia

Ważnym źródłem na temat waldensów z okolic Cedyni są protokoły z procesów szczecińskich z lat 1392 do 1394 – działalność religijna i agitacyjna heretyków spotkała się z szybką reakcją Kościoła. Były to procesy inkwizycyjne, podczas których dokonywano szczegółowych przesłuchań „wrogów krzyża”, skrupulatnie spisując ich dane osobowe i historię życia. Protokoły szczecińskie zawierają więc imiona i nazwiska członków grupy heretyckiej, ich zawody i zajęcia, wiek, nazwiska uwodzicieli (tak oficjalnie nazywano tych, którzy wprowadzali daną osobę do sekty) i osób uwiedzionych, daty przystąpienia do grupy, daty spowiedzi i uczestnictwa w kazaniach, postanowienia poprawy przesłuchiwanych i inne. Wszyscy przesłuchiwani mieli okazać skruchę i, w konsekwencji, zaprzestać swoich praktyk. Wiadomo jednak, że tak się nie stało. Część heretyków powróciła na łono Kościoła, ale spora część nadal pozostała wierna swojej grupie. Kościół prowadził więc działalność inkwizycyjną do skutku.
W XV wieku dochodzi do połączenia waldensów z czeskimi husytami. Nie było to trudne, łączył ich bowiem taki sam stosunek do Biblii i jej interpretacja oraz opór wobec Kościoła. Połączeniu sił obydwu grup sprzyjają wyprawy husyckie na północ wzdłuż Łaby na tereny Brandenburgii i Nowej Marchii. O ile jednak husyccy bracia waldensów mają dzisiaj w Czechach sporo miejsc upamiętniających ich działalność (zarówno w Pradze, jak i w innych miastach, w tym w zachwycającym Taborze na południu kraju), o tyle polscy waldensi pozostają jedynie w historycznych zapiskach i… naszej wyobraźni. Pod koniec XV wieku ślad po heretykach z Francji na ziemiach polskich właściwie zanika.

Karaimi polscy
Ta niewielka grupa religijna, powstała na fundamentach judaizmu, żyjąca w rozproszeniu, posiadająca jedynie nieliczne stowarzyszenia i organizująca cykliczne imprezy poświęcone swojej kulturze i przeszłości, jest właściwie zupełnie w naszym kraju nieznana. Jej początki sięgają VIII wieku i dalekiej Mezopotamii, gdzie Karaimi postanowili odłączyć się od żydowskich wspólnot religijnych. Nie akceptowali Talmudu, studiowali jedynie Torę. Tworzyli wiele gmin religijnych w Egipcie, Jerozolimie, na Peloponezie, w Bułgarii, Macedonii, a także na Krymie. I to z Krymu prawdopodobnie trafili do naszej części Europy. Sprowadził ich w XIV wieku Witold, książe litewski. Zamieszkiwali przede wszystkim Troki, Łuck, Halicz. Po włączeniu Rusi Halickiej do Rzeczpospolitej znaleźli się pod panowaniem królów polskich.
Gminy karaimskie miały własny samorząd, w którym wyróżniano szkolnika zarządzającego kienesą, gabbaja (skarbnika) i hazzana odpowiadającego za sądy i sprawy wyznaniowe. Słowo „kienesa” pochodzi z języka hebrajskiego i oznacza „zgromadzenie”; według innej hipotezy pochodzi od arabskiej „kanisy”, czyli domu modłów. Nieprzypadkowo zestawia się te dwa źródła – Karaimi byli bowiem grupą wyznaniową i etniczną, która miała silne związki ze społecznością muzułmańską na Bliskim Wschodzie i na obszarach Azji pozostających pod wpływem kultur związanych z islamem. Karl Marcus Gauss w swojej książce poświęconej Karaimom twierdzi, że relacje karaimów z muzułmanami były zawsze znacznie lepsze niż z Żydami czy chrześcijanami.
W naszym kraju w obowiązujących po wojnie granicach Karaimi znaleźli się na mocy porozumień o przesiedleniach, które zostały zawarte przez stronę polską z władzami ZSRR. Wszyscy ci, którzy chcieli zamieszkać w Polsce po 1945 roku, mogli się tutaj przenieść.

Karaimi krymscy w tradycyjnych strojach (XIX-wieczna rycina)

Dzisiaj wspólnota Karaimów polskich liczy sobie zaledwie 350 osób. Wszyscy mówią w naszym języku. Zrzeszają się w Karaimskim Związku Religijnym RP i Związku Karaimów Polskich. Wydają między innymi periodyk „Awazymyz” i rocznik naukowy „Almanach karaimski”. Ale przetrwać im będzie trudno. Język karaimski zachował się właściwie tylko w liturgii; w życiu codziennym zanika z powodu dużego rozproszenia i asymilacji ze społecznością polską, a także z przyczyn zupełnie prozaicznych: językiem tym posługują się głownie ludzie starsi, którzy powoli odchodzą. Według spisu powszechnego z 2011 roku polską odmianą języka karaimskiego posługiwało się czynnie zaledwie 11 osób. W języku karaimskim nie powstają współczesne teksty, nie rozwija się słownictwo związane z życiem codziennym. Język, podobnie jak kultura odchodzi wraz z ostatnimi przedstawicielami tej grupy etnicznej i religijnej.

Źródła:
Zygmunt Gloger, Encyklopedia staropolska, Wiedza Powszechna, Warszawa 1958
Karl Marcus Gauss, Mieszkańcy Roany odchodzą pogodnie. Wyprawy do Asyryjczyków, Cymbrów, Karaimów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010
Szymon Pilecki, Karaimskie życie rodzinne, społeczne i religijne okresu międzywojennego. Czas wojny, decyzje o przyjeździe do Polski (w:): Karaimi, seria: Mniejszości narodowe i etniczne w Polsce, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2012
Edward Rymar, Waldensi z “kacerskich” okolic Chojny w XIV-XV wieku (w:) “Rocznik Chojeński, Pismo historyczno – społeczne”, Stowarzyszenie Historyczno-Kulturalne „Terra Incognita” w Chojnie, Chojna 2012
Dionisios Sturis, Nowe życie, Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2017
www.karaimi.org

Posted on

Homoseksualizm w starożytnej Grecji. Kilka faktów, które warto znać

Gdy chłopiec ma lat dwanaście, raduje mnie,
A kiedy w trzynasty rok życia wkracza, wabi mnie jeszcze bardziej.
Lecz w wieku lat czternastu słodszym jest kwieciem miłości,
Piętnaście zaczynając, rozkoszniej się kochać daje.
Szesnastoletni dla bogów są wszystkich przeznaczeni,
Zaś siedemnastoletnich nie szukam, należą do Zeusa.
Gdy jeszcze starsi cię nęcą, już grą to być przestaje,
Ty bowiem czekasz, by on ci odparł.

Straton z Sardes

 

1
To właśnie z Grecji pochodzi jeden z pierwszych opisów relacji homoseksualnej w literaturze europejskiej. Mowa oczywiście o parze przyjaciół i, prawdopodobnie, kochanków spod Troi – Achillesie i Patroklesie. Jeżeli wczytamy się uważnie w tekst Iliady, doszukamy się fragmentu, w którym boski Achilles opłakuje uda Patroklesa. Świadczy to dobitnie o charakterze związku tych dwojga bohaterów. Co istotne, zarówno Achilles jak i Patrokles zdawali się być biseksualni, jako że obaj utrzymywali stosunki ze swoimi brankami – wszak spór między Achillesem a Agamemnonem rozpoczął się o kochankę syna Tetydy, Bryzeidę. Jak widać, homoseksualizm nie wykluczał heteroseksualizmu i vice versa.

Achilles opłakujący śmierć Patroklesa – obraz Gavina Hamiltona (1760-1763)

 

2
Myli się ten, kto uważa, że pederastia w Grecji sprowadzała się wyłącznie do kontaktów seksualnych. W istocie związki między dojrzałymi mężczyznami około czterdziestki a młodymi chłopcami, tak zwanymi efebami, w wieku od 12 do około 17 lat (w zależności od intensywności procesu dojrzewania), odznaczały się dużo większą głębią i wyrastały przede wszystkim z podziwu dla piękna męskiego ciała. O podziwie tym świadczyć mogą najstarsze posągi (i akty) męskie, tak zwani kurosi. Były to wizerunki często nagich mężczyzn w postawie podobnej do posągów egipskich, z jedną nogą wysunięta do przodu i rękami ułożonymi wzdłuż ciała. Posągi te przypominają rzeźby kreteńskie i minojskie. Oprócz kurosów pojawiały się również kory, czyli posągi kobiece, ale co istotne, zawsze ubrane. Męskie piękno, aż do IV/III w. p.n.e., ceniono dużo wyżej niż kobiece.

Kuros z końca VI w. p.n.e., Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku

 

3
Związek między dojrzałym mężczyzną a efebem, jak już powiedziano, miał przede wszystkim charakter platoniczny. Kwestia erotyki pozostawała na dalszym planie, aczkolwiek do stosunków seksualnych również dochodziło (najczęściej były to stosunki udowe; penetracja analna uchodziła początkowo za coś niestosownego). Charakterystyczną cechą takiego związku były określone role, jakie przyjmowali partnerzy. Starszy z nich, erastes (czyli miłośnik), był mentorem i nauczycielem młodszego, czyli eromenosa (oblubieńca). Rolą erastesa było wprowadzanie młodzieńca w życie, udzielanie lekcji wychowania obywatelskiego, zaznajamianie ze sztuką, kulturą, filozofią, a co najważniejsze, zasadami
kalokagatii, czyli połączenia piękna i dobra, jakim młodzieniec winien kierować w życiu. Istotna była również kwestia pożądania – to starszemu mężczyźnie wypadało podziwiać, wielbić i pożądać młodszego, nigdy na odwrót. Można stwierdzić, że pederastia stanowiła pewną konwencję, modus vivendi wynikający z upodobań estetycznych, nie zaś do końca kwestię popędu.

4
O wyższości związków homoseksualnych nad heteroseksualnymi w opinii Greków świadczyć może fakt, że uważali oni stosunki damsko-męskie za równe tym, które panują między zwierzętami – a więc sprowadzone do poziomu biologii i instynktu rozrodczego. Do tego zresztą służyły kobiety w Grecji – do rodzenia dzieci, przedłużania rodu, zaspokajania naturalnych potrzeb mężczyzn. Jest to, rzecz jasna, pewne uogólnienie, aczkolwiek greckie żony zamykane były w gynajkonach, podczas gdy mężczyźni cieszyli się całkowitą swobodą. Uważano, że za seksualny, a zatem niski, pociąg mężczyzny do kobiety odpowiada Afrodyta, natomiast za uduchowioną miłość mężczyzny do chłopca odpowiedzialny jest Eros, który, w przeciwieństwie do swej boskiej matki, uosabiał zwykle miłość mniej zmysłową, a bardziej duchową. Takie nastawienie do pederastii głosił w swych dialogach Platon, przedstawiając je zresztą ustami kobiety, filozofki Diotymy, w swej słynnej Uczcie. Jakkolwiek związki między miłośnikiem i oblubieńcem dopuszczały stosunki seksualne, to jednak ideą takiej relacji pozostawała powściągliwość. Istotna była przede wszystkim miłość duchowa, przyjaźń, porozumienie, jedność intelektów.

Pocałunek – Malarz Bryzeidy, ok. 480 r. p.n.e. Paryż, Luwr

 

5
Pederastia była w Grecji ograniczona czasowo. Kiedy oblubieniec zaczynał dojrzewać, tracił w naturalny sposób na atrakcyjności i sam mógł przeobrazić się w miłośnika. Nie oznacza to, że każdy mieszkaniec Hellady stawał się automatycznie homoseksualistą, niemniej stosunki męsko-chłopięce należały, jak już podkreślono, do kanonu zachowań. Kiedy kontakty erotyczne dobiegały końca, pozostawała niezmiennie więź duchowa, intelektualna, jaka zdołała narodzić się w czasie kilkuletniego niekiedy związku między partnerami. Bardzo często tego typu przyjaźń trwała całe życie byłych kochanków, co też stanowiło pierwotny cel ich związku. Dlatego właśnie Grecy uważali pederastię za najwyższy rodzaj miłości.

 

6
Greccy homoseksualiści byli często obdarzeni wspaniałą męską urodą (vide boski Achilles); jawili się jako waleczni, odważni i niepokonani w boju. Do historii przeszedł słynny tebański hufiec, złożony w całości z homoseksualistów tworzących pary hoplitów, w których jeden walczył za drugiego. Męstwo owych elitarnych wojowników, tak zwanych trzystu (nie należy mylić z 300 Spartanami), było słynne na całą antyczną Helladę. Ponieważ walczących łączyły bliskie więzi, starali się oni nie tylko zaimponować jeden drugiemu, ale przede wszystkim chronić życie partnera za wszelką cenę – stąd wielka waleczność oddziału. Święty hufiec jako pierwszy pokonał oddziały spartańskie w bitwie pod Tegyrą w 375 roku p.n.e., a następnie w bitwie pod Leuktrami. Gdy podczas słynnej bitwy pod Cheroneją z Filipem Macedońskim (a de facto jego synem Aleksandrem) hufiec został rozgromiony: życie straciło 254 hoplitów. Zostali oni pochowani z honorami, a ich mogiły strzegł marmurowy pomnik Lwa Cheronejskiego.

W 1818 roku pomnik Lwa został rozbity przez powstańców greckich walczących przeciw Turkom – szukali oni bogactw, które, jak wierzono, schowano we wnętrzu posągu. W 1879 roku zbadano grób znajdujący się pod posągiem. Odnaleziono 254 szkielety ułożone w siedmiu rzędach. W 1902/1903 roku archeolodzy greccy zrekonstruowali monument Lwa. Fot. Philipp Pilhofer / Wikimedia, CC BY-SA 3.0

7
Wielu znanych greckich mężów stanu, polityków, filozofów, tyranów i królów było orientacji homoseksualnej; wielu też wchodziło jednocześnie w związki małżeńskie, jak np. Aleksander Macedoński, który oprócz posiadania prawowitych małżonek, utrzymywał również intymne kontakty ze swym przyjacielem Hefajstionem. Wydaje się, że darzył go znacznie silniejszym uczuciem niż swoje żony, a męską przyjaźń w pełnym jej słowa znaczeniu cenił dużo wyżej niż jakiekolwiek relacje z kobietami (od których notabene nie stronił). Skłonności homoseksualne wykazywał również jego ojciec Filip, mąż ośmiu żon. Starożytni przechodzili nad tym do porządku dziennego, nie piętnując bynajmniej ojca ani syna z tego powodu.
Także wśród zwykłych obywateli małżeństwo i związki homoseksualne funkcjonowały równolegle bez najmniejszych przeszkód względem siebie. Żonaty, posiadający dzieci mężczyzna nierzadko posyłał drogie prezenty swojemu oblubieńcowi z gimnazjonu. Nikt, z żoną na czele, nie upatrywał w tym niczego zdrożnego.

Według starożytnych mieszkańców Grecji bogowie stworzyli ongiś dwupłciowego człowieka, który następnie został rozdzielony na dwie płcie. I tak jedni ludzie ciągnąć mieli po owym rozdzieleniu do płci przeciwnej, inni (zarówno mężczyźni, jak i kobiety) do tej samej płci. W obu wypadkach chodziło o naturalne dążenie do duchowego i cielesnego zjednoczenia. Na zdjęciu: tondo attyckiej wazy z 480–470 r.p.n.e., Ashmolean Museum w Oksfordzie

8
Miłość i uwielbienie do własnej płci okazywały w Grecji również kobiety; ich najsłynniejszą przedstawicielką pozostaje bez wątpienia Safona, poetka z Lesbos żyjąca na przełomie VII i VI wieku. Wydaje się przy tym, że była ona raczej biseksualna niż jednostronnie homoseksualna. Wiadomo, że posiadała córkę, Chloe, której dedykowała jeden z zachowanych do dzisiaj utworów. Według Księgi Suda z X w. Safona wyszła za mąż za mężczyznę o imieniu Cercylas.
Safona była przewodniczką koła czcicielek Afrodyty, kształciła młode kobiety w sztuce, tańcu, poezji i muzyce aż do momentu ich zamążpójścia. O jej afekcie do podopiecznych świadczyć miały miłosne liryki, w tym najsłynniejsza bodajże pieśń pantograficzna.

Zdjęcie główne: Akropol, fot.: Tomas1111
Posted on

Piazza Armerina. Sportsmenki w bikini

Villa Romana Del Casale leży w prowincji Enna, w samym sercu Sycylii, z dala od plaż i morza. Niezwykły zabytek otacza pagórkowata kraina żyznej ziemi, oliwek i winnic. Enna urzeka krajobrazowym pięknem i bywa nazywana Belwederem Sycylii.  Wytchnienia od upału można tam szukać nad jeziorami lub na brzegach rzek, a cień dają sosnowe i dębowe lasy. Wszędzie słychać cykady.

Fot. Uri Wollner


Muzeum pod otwartym niebem

Historia Sycylii była burzliwa. Wyspa od zarania dziejów przechodziła z rąk do rąk. W czasach starożytnych władali nią Grecy, następnie Fenicjanie, a potem Rzymianie. Pod rządami tych ostatnich trójkątna wyspa stała się spichlerzem imperium. Dziś Sycylię można nazwać muzeum pod otwartym niebem – archeologowie raz po raz odnajdują tam antyczne pozostałości. Jedną z nich jest właśnie imponująca posiadłość z IV wieku naszej ery – Villa Romana Del Casale, leżąca nieopodal miasteczka Piazza Armerina.

Fot. Uri Wollner

Informacje na temat willi, a właściwie pałacu, którego część zachowała się do naszych czasów, zaklęte są w kamieniach i kamyczkach – Villa Romana Del Casale słynie na cały świat z unikatowych mozaik z czasów późnego Imperium Rzymskiego. Kolorowe, kunsztowne posadzki zajmują powierzchnię ok. 3.5 tys. metrów kwadratowych, wiele mówiąc o dawno minionym życiu możnych, ich obawach i nadziejach.

Na miejscu cały czas trwają prace konserwatorskie. Obrazy stworzone z niewielkich kawałków marmuru i kamieni w 37 kolorach  są pieczołowicie zabezpieczane i restaurowane – centymetr po centymetrze. Fot. Andrea Schaffer / Flickr, CC BY 2.0


Luksusowa rezydencja 

W sferze domysłów pozostaje odpowiedź na pytanie, kto mieszkał w tej okazałej posiadłości. Bajeczna rezydencja należała najprawdopodobniej do rzymskiego senatora, właściciela latyfundium, czyli ogromnego majątku ziemskiego. Być może przyjeżdżał tu na sekretny wypoczynek sam cesarz? Rozmiar willi i przepych zdobień świadczą o jego ogromnym bogactwie. Villa Romana Del Casale to kompleks czterech grup budynków; całość zaprojektowano tak, by idealnie harmonizowała z nachyleniem pobliskiego wzgórza Monte Mangone.  Znajdziemy tu dziedziniec w kształcie podkowy, perystyl z ogrodem i fontanną oraz pokojami dla gości, apartamenty gospodarzy oraz łaźnie i mieszkania dla służby – w sumie około 50 pomieszczeń. Prawie każde z nich miało piękną, zdobną podłogę.

W latyfundium uprawiano m.in. oliwki i winorośl (warto dodać, że sycylijskie wina udają się świetnie – służy im gorący śródziemnomorski klimat). Wodę do posiadłości doprowadzał kamienny akwedukt. W pobliżu płynie rzeka Gela, której nazwa odnosi się do zimnych wód pochodzących z gór środkowej Sycylii. Fot. Julia Wollner

Schyłek  świetności i światowa sława

Po upadku Imperium Rzymskiego Sycylią zawładnęli Wandalowie, a willa zaczęła popadać w ruinę. Aktu zniszczenia dopełniła lawina ziemi, która osunęła się na zabytek w XII wieku. Jednak to właśnie dzięki temu zdarzeniu pod grubą warstwą mułu do naszych czasów zachowały się starożytne mozaiki – w niemal niezmienionym stanie!

Fot. Uri Wollner

W XVIII wieku zaczęto uważnie przyglądać się temu, co odsłania ziemia, i doceniono wartość znalezisk; w 1778 roku postanowiono zabezpieczyć teren przed grabieżami. W 1808 roku brytyjski konsul generalny Robert Fagan uzyskał koncesję na rozpoczęcie wykopalisk na całej Sycylii, w tym także w Villa Romana del Casale. Po 80 latach pieczę nad archeologicznymi badaniami w willi przejęła gmina Piazza Armerina.

Fot. Uri Wollner

W 1950 roku archeolog Gino Vinicio Gentili ogłosił, jakie artystyczne bogactwo kryje się pod ziemią w samym centrum Sycylii. Odnalezione mozaiki rozpalają odtąd wyobraźnię nie tylko naukowców – turyści przebywający w tym miejscu mogą snuć wizje o tym, jak wyglądało życie na wyspie kilkanaście wieków temu. Nic dziwnego, że starożytna posiadłość stała się sławna na całym świecie, a w 1997 roku wpisano ją na listę kulturowego dziedzictwa UNESCO.

Fot. Uri Wollner

Mozaikowe świata opowiadanie  

W krótkim tekście nie sposób opisać wszystkich mozaik z tej rzymskiej willi. Ich styl wskazuje na to, że wykonali je rzemieślnicy sprowadzeni na Sycylię z północnej Afryki; stamtąd przywiezione zostały też tessere, którymi „malowano” kunsztowne mozaikowe obrazy.

Fot. Uri Wollner

Te zaś układają się w kilka cykli tematycznych. Są tu sceny z polowań, z życia codziennego oraz wiele mitologicznych opowieści. Istnieją podejrzenia, że dzieło stworzyli dwaj projektanci – jeden z nich opowiadał historie bogów, drugi ukazywał obrazy ze świata współczesnego.

Fot. Uri Wollner

Archeolog Andrea Carandini, który od 1970 roku przez wiele lat pracował na terenie Villa Romana Del Casale, podkreślał w wywiadach, że dobór tematów mozaik był w jego odczuciu bardzo przemyślany. Jak stwierdził, zamawiającemu przyświecała myśl, by pokazać triumf człowieka nad naturą, nad złem i nad ludzkimi słabościami. Podłogi willi zdobi więc m.in. scena, w której Orfeusz czaruje swoją muzyką dzikie bestie; jest też Ulisses zwyciężający nad Polifemem. 66-metrowej długości Korytarz Wielkiego Polowania zdobi z kolei opowieść o tym, jaką drogę z Afryki na rzymskie areny przebywały egzotyczne zwierzęta.

Fot. Uri Wollner

Trening, który trwa setki lat 

Najbardziej znaną mozaiką willi pozostaje jednak ta przedstawiająca wysportowane kobiety. Prawdopodobnie powstała ona nieco później niż inne– pokrywa drugą warstwą wcześniej stworzoną posadzkę, której fragment widać w lewym górnym rogu pomieszczenia (patrz zdjęcie poniżej). Rzymianek uprawiających sport jest 10, ale do naszych czasów zachowały się sylwetki dziewięciu – po dziesiątej pozostały zaledwie nogi. Panie w dwuczęściowych kostiumach biegają, grają w piłkę, rzucają dyskiem, a nawet ćwiczą z czymś, co przypomina współczesne hantle.

Fot. Julia Wollner

Na dolnym fryzie widzimy scenę udekorowania zwyciężczyń wieńcami róż. Kobieta, która wręcza nagrody, jest otulona dużym, przezroczystym szalem, spod którego prześwituje jej niewielki, jędrny biust.

Fot. Uri Wollner

Mozaika ma jasne tło – postaci sportsmenek są więc doskonale wyeksponowane, nic nie odwraca od nich uwagi. Sylwetki kobiet odbiegają od kanonu  urody, który promują dzisiaj media. Mają dość pełne, ciężkie biodra, a na ich brzuchach rysują się delikatne blizny. Emanuje z nich jednak kobieca siła, spokój i pewność siebie. I choć w tych skąpych strojach na pewno nie pokazywały się publicznie – i na pewno nie opalały się na plaży! – zastanawia fakt, że aktywność fizyczna była w ich życiu na tyle ważna, by zostało to uwiecznione w sztuce…

Inną sławną „kobietą w bikini” jest figurka Wenus, wydobyta spod warstwy popiołu w Pompejach. Dziś można ją podziwiać w Sekretnym Gabinecie w Narodowym Muzeum Archeologicznym w Neapolu. Znalazła się tam, bo bogini miłości towarzyszy Priap, bóg płodności z wyeksponowanym fallusem. Wenus  jest prawie naga, jej biust i biodra okalają złote przepaski. Rzeźbiarz uchwycił ją w chwili, gdy pochyla się, by zapiąć sandały. Fot. Sailko / Wikimedia, CC BY-SA 3.0

Biustonosz dla sportsmenki 

Sport w rozumieniu helleńskim opierał się na szlachetnym współzawodnictwie. W starożytnej Grecji w zawodach sportowych brali udział głównie mężczyźni; Grecy wielbili siłę i piękno męskiego ciała, a zawodnicy stawali do rywalizacji prawie nago, namaszczeni oliwą – tak, by widoczna była gra mięśni. Nieliczne kobiety, które uprawiały lekkoatletykę – głównie mieszkanki Sparty – musiały nosić tuniki. Na szczęście to w starożytnej Grecji pojawiły się też pierwsze biustonosze – opaski podtrzymujące biust, wymyślone dla wygody kobiet. Spartanki nosiły więc apodemones pod ubraniem lub zakładany na stroje strophion, korzystając z komfortu, jaki podczas aktywności fizycznej zapewniał starożytny biustonosz.

Całość słynnej mozaiki z Piazza Armerina, fot. Andrea Schaffer / Flickr, CC BY 2.0

W Rzymie zerwano z greckim rozumieniem sportu jako współzawodnictwa. Rzymianie postrzegali ćwiczenia fizyczne jako sposób spędzania wolnego czasu – rodzaj pożytecznej, higienicznej zabawy, która na pozwala na utrzymanie kondycji, by można było się nią pochwalić przed innymi. Miejsce ćwiczeń, czyli palestra, stanowiło rodzaj dodatku do rozległych łaźni, w których Rzymianie uwielbiali spędzać czas. Budowano tam boiska, gdzie grano w piłkę, rzucano dyskiem lub oszczepem.

Fot. Richard Whitaker / Flickr, CC BY 2.0

Panie z Villa Romana Del Casale zapewne więc umilały sobie dzień spędzony w łaźni rozgrywkami sportowymi. Pozostały w bieliźnie, którą Rzymianki przejęły od Greczynek, by nic nie krępowało ich ruchów. I ćwiczą tak do dziś. Patrząc na nie, chyba nie wypada wymyślać wymówek od treningów…

W Rzymie po zakończonych zajęciach sportowych nacierano ciało oliwą, ściąganą następnie razem z brudem i martwym naskórkiem tzw. strigilem. Oliwa stosowana była także do odprężającego masażu. My proponujemy, by w ramach relaksu nacierać skórę pielęgnującym eliksirem na bazie oliwy z oliwek, o pięknym zapachu kwiatu pomarańczy, dostępnym tutaj
Zdjęcie główne: MPaul Asman and Jill Lenoble /  Flickr, CC BY-SA 2.0

 

Posted on

Maciej Czerwiński, Chorwacja. Dzieje, kultura, idee

Książka Chorwacja, dzieje, kultura, idee to kolejna część serii “Biblioteka Europy Środka” wydawanej przez Międzynarodowe Centrum Kultury w Krakowie. Autorem opracowania jest slawista, teoretyk kultury i krytyk literacki Maciej Czerwiński. To ważna informacja dla potencjalnych czytelników, którzy oczekiwać będą tomu poświęconego historii władzy lub wręcz przeciwnie – odejścia od historii politycznej Chorwacji na rzecz tego, co znajduje się w tytule, czyli kultury i historii idei. Czerwiński sam zresztą zastanawia się we wstępie: Gdzie zacząć opowieść o historii i kulturze Chorwacji? (…) Czytelnicy syntez dziejów narodowych, w tym autor niniejszego opracowania, często narzekają, że pisarze monografii takowych ulegają dwóm pokusom. Pierwsza wypływa z dyktatury dat nad problemami, druga zaś z pragnienia podporządkowania całej rzeczywistości przeszłości politycznej. Następnie przyznaje, że przed dyktatem wielkich dat nie sposób uciec – to właśnie konflikty, wojny, zawierane pokoje i inne przełomowe sytuacje historyczne najmocniej dynamizują rzeczywistość i wpływają na pozostałe sfery życia. Jednocześnie zapewnia, że mimo wszystko postara się zapewnić czytelnikom objaśnienia ogólnych sensów i szerszych kontekstów omawianych chronologicznie epok.

Pobieżny przegląd spisu treści i zaproponowanych tytułów rozdziałów daje nadzieję, że tak się właśnie stanie. Morze, tu jest morze, Napadli na język chorwacki, Miasta Dalmacji nadmorskiej czy Oblicza regionalizmu sąsiadują z Unią z Koroną św. Stefana, Wyzwoleniem spod państwa osmańskiego czy Rozpadem Jugosławii. Tytuły te są jednocześnie zwiastunami najistotniejszych problemów związanych z tożsamością państwa chorwackiego.

Autor konsekwentnie buduje więc coś, co sam nazywa “opowieścią o dziejach”, przeplatając historię polityczną z historią idei i  szeroko pojętą kulturą.  Całe pasaże poświęca literaturze i sztuce Chorwacji; chętnie rozwija wątki związane ze skomplikowaną, ale fascynującą tożsamością Chorwatów. Książka staje się tym samym niezwykłym źródłem wiedzy o kraju, który Czerwiński porównuje do rzeki z wieloma dopływami – bytami politycznymi, które w przeszłości silnie Chorwację kształtowały. Należą do nich Węgry, a potem Austro-Węgry, Wenecja, Turkowie osmańscy, a także sąsiadujące kraje bałkańskie, z Bośnią i – przede wszystkim – Serbią na czele.

Najnowsza propozycja Międzynarodowego Centrum Kultury nie należy do książek łatwych. Dodajmy, że synteza ponad tysiącletnich dziejów polityki, kultury i idei Chorwacji liczy prawie 700 stron; warto jednak poświęcić im kilka długich jesiennych wieczorów. Do najbardziej interesujących zaliczają się fragmenty dotyczące kultury (w książce nie zabrakło miejsca na szczegółowe i wnikliwe portrety pisarzy, poetów, ludzi sztuki i polityki), ale nie tylko. Czerwiński, który zawodowo zajmuje się analizą dyskursu, w tym językiem polityki i propagandy, niezwykle ciekawie pisze o oddziaływaniu słowa na rzeczywistość. Pasjonujące są fragmenty dotyczące historii idei, szczególnie związane z dziewiętnastym wiekiem i tworzeniem się państw narodowych, a także, nieco później, z programem i językiem konfrontacji, które doprowadziły do ostatniego konfliktu zbrojnego na Bałkanach w wieku XX. Rozdziały te powinny stanowić lekturę obowiązkową w każdym programie szkolnym – autor nierzadko odwołuje się do doświadczeń międzynarodowych i stara umieścić wydarzenia w szerszym kontekście.

Uważny czytelnik książki powinien czuć się usatysfakcjonowany. Odejście od “dyktatury dat na rzecz problemów” okazało się zabiegiem udanym.

Maciej Czerwiński, Chorwacja, Dzieje, kultura, idee, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2020

 

Posted on

Frytki z polenty z cytrynowym aïoli

Ivette wsypuje drobną kukurydzianą kaszkę do dużego garnka. Podchodzi do zadania poważnie: przerywa rozmowę i powolutku, partiami dodaje żółciutką kaszę do gotującej się wody, prawą ręką energicznie machając trzepaczką. – To kluczowy moment. Trzeba cały czas mieszać, inaczej zrobią się grudki – wyjaśnia. Potem jest już z górki. Ivette co jakiś czas miesza gęstniejącą masę drewnianą łyżką i opowiada mi o polencie. Polenta, czyli mamałyga na bazie kaszki kukurydzianej, to danie wywodzące się z cucina povera — prostej kuchni ubogich mieszkańców Włoch. Polentę zjemy w prawie całym kraju, ale najbardziej popularna jest na północy: w Trydencie, Lombardii, Piemoncie i Dolinie Aosty, gdzie mieszka rodzina Ivette.

Podobne danie było znane już w starożytności, ale przyrządzano je wtedy z innych zbóż: żyta, prosa, płaskurki (farro) i gryki. W górach Toskanii i Emilii-Romanii wykorzystywano mąkę z kasztanów, o słodkawym smaku, który świetnie współgra z owczą ricottą. Wersja kukurydziana pojawiła się pod koniec XV wieku, kiedy kukurydza dotarła do Europy. Dziś jest tak powszechna, że kaszka kukurydziana również bywa nazywana polentą. W garnku Ivette bulgocze polenta taragana, przygotowywana z mieszanki kukurydzy i gryki.

 – Moi dziadkowie gotowali polentę w tradycyjnym garnku, il paiolo – Ivette pokazuje mi ciężki, miedziany garnek z grubym dnem i rączką, za którą wieszało się go nad paleniskiem. Ona sama przyrządza danie na zwykłej kuchence. Nie używa za to błyskawicznej kaszki kukurydzianej, dzisiaj powszechnie dostępnej w sklepach. – Moja babcia zawsze powtarzała, że długie gotowanie to podstawa dobrej polenty – tłumaczy z uśmiechem. Kiedy gęsta masa odchodzi od brzegów garnka, Ivette dodaje do niej odrobinę masła i startej fontiny — lokalnego sera podpuszczkowego o delikatnym smaku. Typowymi dodatkami są też parmezan lub toma, dobrze rozpuszczający się górski ser, wytwarzany w Dolinie Aosty i Piemoncie.

Gotową polentę podaje się na ciepło, z prostym sosem pomidorowym i jeszcze większą ilością sera, z ragù z włoskiej kiełbasy lub dziczyzny, z leśnymi grzybami duszonymi w winie. Polentę można też odstawić do stężenia w niskim naczyniu, pokroić na kawałki i odgrzać w piekarniku lub na grillu. Polenta grigliata jest podawana z sosem jako samodzielne danie lub jako dodatek do mięs.

Frytki z polenty to mało tradycyjny, ale przepyszny wynalazek: są przyjemnie chrupiące na zewnątrz i rozkosznie kremowe w środku. Możemy zaserwować je jako dodatek do dania głównego lub jako przekąskę z sosem do maczania.

 

Przepis: Frytki z polenty z cytrynowym sosem aïoli

 

Frytki z polenty

 150 g kaszki kukurydzianej
⅓ szklanki startego parmezanu
1 łyżeczka suszonej bazylii

 dodatkowo:
1 łyżka oliwy
2 łyżki kaszki kukurydzianej
sól i pieprz, do smaku

W dużym garnku zagotowujemy 750 ml wody.

Stopniowo wsypujemy polentę, cały czas mieszając trzepaczką, żeby zapobiec powstawaniu grudek. Gotujemy na małym ogniu, co jakiś czas mieszając drewnianą łyżką, aż kaszka zgęstnieje. Wsypujemy parmezan i suszoną bazylię, mieszamy.

Niskie, prostokątne naczynie wykładamy papierem do pieczenia.

Do naczynia wlewamy kukurydzianą masę, wygładzamy, studzimy.

Wstawiamy do lodówki na co najmniej godzinę, najlepiej na całą noc, żeby masa stężała.

 

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni.

Dużą blachę wykładamy papierem do pieczenia.

 

Gotową masę kroimy ostrym nożem w paski wielkości grubych frytek.

Frytki lekko smarujemy oliwą i obtaczamy w kaszce kukurydzianej.

Układamy na blasze i pieczemy przez około 30 minut: aż będą złociste i chrupiące.

W połowie pieczenia delikatnie obracamy frytki na drugą stronę.

 

Posypujemy solą i grubo zmielonym czarnym pieprzem.

Podajemy natychmiast z cytrynowym aïoli.

 

Cytrynowe aïoli

2 ząbki czosnku, drobno starte
sok z ½ cytryny
2 żółtka
1 szklanka oliwy
sól i pieprz, do smaku 

W wysokim naczyniu umieszczamy czosnek, sok z cytryny, żółtka, sól i pieprz.

Ubijamy blenderem przez około 2 minuty.

Powoli wlewamy oliwę, cały czas miksując, aż masa stanie się jasna i gęsta.

Przed podaniem przechowujemy w lodówce.

 

Posted on

Roma. Siła miłości

Marzyłam o Antonii, po Marku Antoniuszu. Albo o Zoe (gr. “życie”) – symbolu triumfu nad ciemnością, w której pogrążyłam się, straciwszy poprzednią ciążę. Szukałam imienia pełnego światła, jak grecka Theia – w mitologii była ona tytanidą, matką Heliosa (Słońca), Selene (Księżyca) i Eos (Jutrzenki). Mąż nie wydawał się przekonany; w efekcie przez długie tygodnie nasza trzecia córka pozostawała słodką Bezą – Bezimienną. I choć słodka jest nieustannie, to w jej dokumentach pojawiło się wreszcie imię, wybrane przez tatę Izraelczyka. Zapisane, zgodnie z wymogiem polskiego prawa, z końcówką –a, ale zdrabniające się do hebrajskiego Romi. I, oczywiście, brzmiące dokładnie jak najpiękniejszy śródziemnomorski toponim, obdarzony znaczeniem równie pięknym, jak miasto, które określa.

Romi hebrajska

Imię Romi – pojawiające się już w jednej z biblijnych ksiąg prorockich, a dokładnie w Księdze Habakuka – jest dość popularne w Izraelu. Warto podkreślić, że w kraju tym na znaczenie imion zwraca się szczególną uwagę: mają one stanowić rodzaj życiowego drogowskazu dla tych, którzy je noszą. Jak twierdzą rabini, Romi pochodzi od wyrażenia oznaczającego “mój najwyższy”, “mój wychwalany”  (rom’mu Hashem, aromimcha Hashem) i odnosi się oczywiście do Boga, łaskawego Stwórcy. Tego – choć to już moje dopowiedzenie – który matce, rozpaczliwie pragnącej dziecka po bolesnej stracie, dał po raz kolejny zaznać cudu rodzicielstwa.

W języku etruskim ruma znaczyło “pierś”. Romulusa i jego brata Remusa, zgodnie z legendą, wykarmiła zaś dzika wilczyca – do tego mitu nazwa włoskiej stolicy także zdaje się nawiązywać

 

Roma łacińska

Potęga najwspanialszego mocarstwa w historii sprawiła, że w Europie imię Roma kojarzy się przede wszystkim z Rzymem. Nazwę Wiecznego Miasta zwykło się wyprowadzać od postaci założyciela, Romulusa; etymolodzy zaś spierają się, skąd wzięło się imię pierwszego władcy przyszłego imperium. Możliwe, że odnosiło się ono do dawnej nazwy rzeki Tyber, określanej przed wiekami mianem Rumon lub Rumen – od łacińskiego czasownika ruo i greckiego rheo (ῥέω), czyli “płynąć”. Panta rhei, powiadał Heraklit, a jego słowa, stanowiące najważniejszą bodaj antyczną sentencję, zamknięto w imieniu, które nosi moja córka… Imieniu pełnym mocy, zgodnie z kolejną teorią o jego pochodzeniu – w języku starożytnych Greków rhòme (ῤώμη) znaczyło wszak tyle, co “siła”, której każdy władca pragnie dla swojej stolicy, a każda matka – dla swego maleństwa.

Jest więc Roma darem Najwyższego, symbolem przemiany, znakiem siły. Bizantyjski historyk Jan Lydos, żyjący w VI wieku naszej ery, zauważył, że czytana od tyłu staje się Miłością (Amor).

To ona, córeńko, niech wypełnia Twoje życie. To jej, kochana Romo, życzę Ci z całego serca.

Posted on

Willa z Misteriami w Pompejach. Nieznana zmysłowość antycznych Rzymian

W wyniku wielkiej tragedii do naszych czasów zachował się jeden z najcenniejszych skarbów starożytności. Jest nim sztuka pompejańska, której pozostałości widnieją na ścianach domów wygrzebanych z popiołów i pobudzają wyobraźnię w Muzeum Archeologicznym w Neapolu. Mowa oczywiście o freskach, które do historii sztuki przeszły pod nazwą malarstwa pompejańskiego. Część z nich w podręcznikach pomija się na ogół milczeniem, choć wzbudzają bez wątpienia największy zachwyt. Ukazują ludzkie ciało – razem z jego miłosnymi potrzebami.

Willa z Misteriami w Pompejach, fot. Momo / Flickr, CC BY 2.0


Willa z Misteriami (Villa dei Misteri)

Wiadomo o niej, że istniała już w II w. p.n.e., jednak nie w takim kształcie, jaki znamy obecnie. Jest to de facto willa podmiejska, położona nieco na uboczu, z dala od ulic, które dwa tysiące lat temu były z pewnością hałaśliwe i wypełnione ludzką ciżbą. Znajduje się 200 metrów od Bramy Herkulańskiej, a od centrum miasta oddziela ją zarówno starożytna nekropolia, jak i mury ówczesnego miasta. Bywała wielokrotnie przebudowywana i remontowana, co wpłynęło na jej wygląd, który zachował się pod powierzchnią popiołów. Nie wiadomo, w czyim posiadaniu znajdowała się w chwili wybuchu Wezuwiusza, jednak przez jakiś czas – zdaniem niektórych historyków – była w rękach Liwii, żony Oktawiana Augusta. Nie do końca wiadomo, czy to prawda. Jednak ówczesna rzymska „pierwsza dama” rzeczywiście kilka razy gościła w murach tej rezydencji.

Willa z Misteriami wydaje się stanowić odrębny świat wśród pompejańskich ruin. Panująca w niej cisza przyprawia o zawrót głowy. Każdy, kto wybiera się do tej willi, wie, czego się spodziewać… Nie zdaje sobie jednak sprawy, jak wielkie wrażenie wywrze na nim to, co ujrzy. Malowidło zdobiące salę sąsiadującą z atrium, stworzone przez nieznanego kampańskiego artystę w I w. p.n.e., jest wyjątkowe i niepowtarzalne.

Fresk zajmuje trzy ściany pomieszczenia. Postacie na czerwonym tle przygotowują się do obrzędu. Najdłuższy fragment tego ściennego arcydzieła znajduje się na lewej ścianie, środkowa część uległa zniszczeniu, natomiast prawa część jest rozdzielona szerokim oknem. W sali panuje półmrok, co sprawia, że jasne ciała jeszcze wyraźniej odcinają się od czerwonego tła. Jest ich 29, a każda postać niepowtarzalna, odgrywająca inną rolę w tym niemym spektaklu. Uważa się najczęściej, że scena ta przedstawia misteria dionizyjskie. Ponieważ jednak centralne miejsce fresku zajmuje Dionizos, który wspiera się prawdopodobnie o Ariadnę, panuje pogląd, że malowidło ukazuje przygotowania do ceremonii ich zaślubin.

 

Ariadna i Dionizos – historia niezwykłej miłości

Sama historia tych dwojga antycznych kochanków jest dość nietypowa i warta przypomnienia. Z postacią dziewczyny z kłębkiem nitki w ręku wiąże się mit o Minotaurze – potworze uwięzionym w kreteńskim labiryncie i, nota bene, jej bracie. Co dziewięć lat, w ramach trybutu płaconego przez Ateny królowi Minosowi, wysyłano owemu pół-człowiekowi, pół-bykowi siedmiu młodzieńców i siedem dziewic na pożarcie. Któregoś dnia ateński bohater Tezeusz stwierdził, że należy położyć kres temu okrutnemu procederowi. Postanowił udać się na Kretę i zgładzić potwora. Aby jednak tego dokonać, musiał najpierw pokonać labirynt wzniesiony przez Dedala. W tej niemożliwej do wykonania sprawie pomogła mu córka Minosa i Pazyfae, Ariadna. Księżniczka kreteńska zapałała do przystojnego herosa miłością i wobec myśli o rychłym zgonie młodzieńca postanowiła pomóc mu wbrew woli ojca, przyczyniając się tym samym do śmierci brata. Dała mu kłębek nici, który Tezeusz miał rozwijać, idąc przez labirynt w poszukiwaniu Minotaura. Dzięki Ariadnie, po zwycięskim pojedynku, bohater zdołał wydostać się z zakamarków labiryntu.

Wydawać by się mogło, że historia miłości Ariadny i Tezeusza zakończy się szczęśliwie… Tak się jednak nie stało. Tezeusz, co prawda, zabrał księżniczkę ze sobą na statek płynący do Aten, jednak narzeczona rychło mu się sprzykrzyła – toteż porzucił ją na wyspie Naksos. Wersje są dwie: według jednej bohater uczynił to na rozkaz Dionizosa, który przypadkiem przechodził tam ze swoim orszakiem, zakochał się w Ariadnie od pierwszego wejrzenia i zapragnął ją poślubić; według drugiej Tezeusz porzucił Ariadnę podczas snu, a Dionizos, ujrzawszy ją (przechodząc akurat przypadkowo właśnie tam), zapałał do niej uczuciem. Istnieje również wersja, według której Tezeusz zostawił Ariadnę, gdyż ta spodziewała się dziecka, jest to jednak mit mniej znany i niewykorzystywany na ogół w kulturze i sztuce. Tak czy inaczej, Ariadna została poślubiona Dionizosowi i zgodnie z mitologią był to związek szczęśliwy: Dionizos nie zdradzał swej małżonki ani jej nie odprawił. Ślubny diadem Ariadny wykonany przez Hefajstosa po dziś dzień lśni na północnym niebie pod nazwą Korony Północnej.


Misteria dionizyjskie – starożytne tabu

Nie sposób mówić o fresku bez nawiązania do tego jakże kontrowersyjnego elementu antycznej kultury. Narodziły się one między III a I w. p.n.e., czyli już w epoce hellenistycznej, jakkolwiek wzmianki o kulcie Bachusa są znacznie starsze. Jako że Pompeje znajdowały się na terenie Wielkiej Grecji, czyli obszaru Italii zamieszkiwanego w najdawniejszych czasach przez kolonizatorów z Hellady, niewykluczone, że kult boga wina i wszelakich uciech był w mieście znany i uprawiany. Według rzymskiego historyka Liwiusza tradycja ta przywędrowała z Grecji do Etrurii (dzisiejsza Toskania), a stamtąd rozprzestrzeniła się na całą Italię. Pod największym urokiem Dionizosa pozostała wszelako Kampania, gdzie kult ten przeszedł w swoim czasie radykalną reformę.

O samej tradycji niewiele wiemy, gdyż – jak wszystkie starożytne misteria – objęta była ścisłym tabu. Wiadomo jednak, że wtajemniczeni spotykali się trzy razy do roku na obrzędy inicjacji, które w sumie trwały 60 dni. Sami zainteresowani określani byli mianem mystai (mustai) lub bakchoi (bakcoi). Początkowo do tego elitarnego grona należały w Italii wyłącznie kobiety, jednak w miarę upływu czasu dołączyli do nich także mężczyźni. Zdaniem Liwiusza inicjatorem rozpowszechnienia kultu Dionizosa był pewien wędrowny wieszcz (vates), który przybył z Etrurii. Niestety, o ile wśród liberalnych i ceniących wolność Greków misteria dionizyjskie były powszechnie akceptowane, o tyle w surowych umysłach Rzymian nie znalazły aprobaty. Jak to zwykle bywa z religiami charakteryzującymi się elementami misterium i tabu – o czym boleśnie przekonali się kilka wieków później chrześcijanie – kult Bakchusa szybko zaczął kojarzyć się z czymś złym, perwersyjnym, zwyrodniałym i ohydnym, jakkolwiek do końca nie wiadomo, czy tak właśnie było. Pewne jest, że misteria nosiły również nazwę orgii, przy czym w rozumieniu mieszkańców Hellady pierwotne znaczenie tego słowa w najmniejszym stopniu nie odnosiło się do tego, co rozumiemy przez nie dzisiaj. Orgie i sympozjony były to w swym podstawowym znaczeniu spotkania towarzyskie lub przyjęcia, na których panowała nieco bardziej swobodna atmosfera, natomiast wszelkie erotyczne elementy w postaci tancerek, fletnistek czy wreszcie heter pojawiły się dopiero z czasem. Niewątpliwie jednak misteria dionizyjskie naznaczone były elementem erotycznym, a poczucie moralności rzymskich obywateli żyjących w II w. p.n.e. było jeszcze na tyle silne, by owe bakchiczne ekscesy ukrócić. Panowało powszechne przekonanie, że uczestnicy misteriów oddają się wszelkim dozwolonym i wynaturzonym praktykom, w tym (niemile wówczas widzianym w Rzymie) praktykom homoseksualnym, kazirodztwu, pedofilii, a nawet zoofilii. Co więcej, pojawiło się podejrzenie, że wyznawcy Dionizosa pragną dokonać przewrotu w państwie i wprowadzić swoją religię. Tym sposobem w roku 168 p.n.e. Senat zakazał odprawiania misteriów w całej Italii za wyjątkiem miejsc „uświęconych wiarą przodków”, takich, gdzie znajdował się ołtarz lub posąg bóstwa od dawna otaczany czcią. Ograniczono znacznie liczbę kapłanów Dionizosa i zastrzeżono, że w obrzędach nie może brać udziału więcej niż 5 osób. Były to pierwsze udokumentowane „prześladowania religijne” w starożytnym Rzymie.

Tańcząca menada


Zmysłowość na ścianie

Malowidło w Wilii z Misteriami powstało przypuszczalnie przed owym dekretem Senatu, a zatem przed rokiem 168 p.n.e. Bardzo możliwe, że postać kobiety po lewej stronie fresku – matrona nadzorująca chłopca czytającego zwój – to ówczesna właścicielka willi, którą twórca uwiecznił na ścianie. Świadczy to o tym, że w chwili narodzin dzieła misteria dionizyjskie nie były jeszcze potępiane i zakazywane.

Sam fresk jest o tyle interesujący, że ukazuje bez skrępowania przygotowanie do uroczystości o charakterze bez wątpienia erotycznym. Pozostaje to w sprzeczności z naszym wyobrażeniem o Rzymianach, przynajmniej tych z czasów Republiki, którzy o sprawach ciała mówili raczej niechętnie, a pożycie małżeńskie sprowadzali do roli prokreacyjnej. W domu przeciętnego rzymskiego obywatela raczej trudno było znaleźć obraz o podobnej wymowie – i nie chodzi tu bynajmniej o nagość postaci, bo ta była powszechnie akceptowana w określonych sytuacjach; widok nagiego ciała raczej nikogo specjalnie nie krępował. Jednak sam fakt posiadania pod własnym dachem dzieła nawiązującego do seksu wydawał się w tamtych czasach skandaliczny.

Głęboki erotyczny wymiar fresku podkreślony jest przede wszystkim symbolami. Nieopodal kobiet czyniących przygotowania do ceremonii odnaleźć można kilka charakterystycznych postaci, młodych chłopców i brodatych starców. To nikt inny jak sylenowie – istoty z mitologii greckiej, podobne do satyrów i faunów, jednak różniące się zwierzęcymi elementami (satyrowie mieli koźle kopyta, sylenowie zaś końskie). Sylenowie kojarzą się… jednoznacznie. Nie bez powodu pierwotna postać sylena uważana była za syna bożka Pana – jednego z największych uwodzicieli wśród greckiego panteonu, wielbiciela nimf, driad i pięknych chłopców. Ukazanie sylenów na obrazie świadczy o charakterze dzieła, a także zdradza naturę mającego się odbyć misterium. Na fresku, po prawej stronie, pojawiają się także bachantki. Według opinii ekspertów menady są dwie – jedna z nich oddaje się ekstatycznemu tańcowi, natomiast druga dzierży w ręku tyrs – symboliczną laskę Dionizosa, która miała zapewniać płodność. Jest to wyraźna aluzja do mającego się niewątpliwie dokonać aktu seksualnego. Niektóre elementy tegoż aktu rozgrywają się zresztą niejako na naszych oczach, gdyż malowidło przedstawia użycie tyrsu: jedna z menad biczuje klęczącą w poddańczej postawie kobietę, która kryje twarz na kolanach innej postaci. Można zgadywać, że chodzi tu o inicjację akolitki, niewykluczone jednak, że scena przedstawia „błogosławieństwo” panny młodej – uderzenie tyrsem, jak już zostało powiedziane, obdarzało płodnością. Nieco dalej widzimy postać kobiety rozczesującej włosy. Zdaniem uczonych interpretujących fresk jest to sama panna młoda, Ariadna, już po dokonaniu inicjacji. Na jej twarzy maluje się głęboki spokój, co może świadczyć o pomyślnym przebiegu misterium.

Erotyzm i zmysłowość uwidaczniają się jednak przede wszystkim w postaci samego Dionizosa. Zajmuje on centralne miejsce na środkowej ścianie, pomiędzy sylenami a kobietą zdejmującą szaty. Dionizos siedzi w pozie, którą można określić jako zrelaksowaną, wręcz niedbałą, z szatą leniwie przerzuconą przez kolana. Jego nagość jest ledwo zakryta, chyba bardziej dla zachowania tajemnicy niż z przyzwoitości. Opiera się o kobietę, którą najprawdopodobniej jest panna młoda, a mowa jego ciała świadczy o tym, że Ariadna jest mu bliska zarówno cieleśnie, jak i duchowo. Bóg zwraca w jej stronę twarz i obejmuje ją ramionami. Opiera się o nią z ufnością, jaką obdarzają się wyłącznie kochankowie. Ręka Ariadny spoczywa natomiast w swobodnym geście na piersi Dionizosa. Możemy się jedynie domyślać, czy panna młoda skłaniała głowę w stronę ukochanego, czy nachylała się nad nim, słuchając jego słów i podając mu puchar z winem. Tyrs, przerzucony równie niedbale przez nogi Dionizosa, wiele mówi o charakterze sceny. Bóg jest odprężony, zupełnie jakby już dopełnił należnego aktu lub jakby miał się do niego zabierać niebawem – z charakterystyczną leniwą gracją. Nie widać, co prawda, całej postaci Ariadny, jednak układ jej szat może wskazywać na to, iż jest ona do połowy obnażona, co wzmacnia erotyczny wydźwięk sceny. Narzeczeni znają swoje pragnienia, stanowią niezaprzeczalną jedność. Okazują sobie uczucie, zupełnie nie krępując się otaczającymi ich osobami. Stanowią odrębną wyspę w morzu różnorodnych postaci. Co ciekawe,  Dionizos i Ariadne są na wskroś greccy, przepojeni duchem hellenizmu – na przekór wyraźnej rzymskości reprezentowanej przez matronę otwierającą misteria. Ma to również niebagatelne znaczenie dla całej sceny, gdyż rzymskość pozbawiona była w powszechnej opinii elementu zmysłowości, którym odznaczała się kultura grecka.

 

Dionizos i jego tyrs


Wydźwięk fresku

Fresk z Willi z Misteriami to malowidło pełne symboli, niedomówień i tajemnicy. W przeciwieństwie do licznych erotycznych scen pochodzących z pompejańskich term (Termae suburbanae), które są w swej wymowie aż nazbyt wyraźne, nie ukazuje samego aktu miłosnego połączenia, a jedynie czyni pewne aluzje do niego. Wyrażają się one w pozach postaci, w układzie ich ciał, w symbolice rekwizytów, a nawet w mimice.

Nie bez znaczenia pozostaje tło – kolor czerwony odgrywa tu nieprzypadkową rolę. Czerwień kojarzona jest ze zmysłowością, krwią pulsującą w żyłach, z krwią dziewiczą przelaną podczas aktu inicjacji, z poranionymi do krwi plecami biczowanej akolitki. Czerwień to symbol pożądania, ekscytacji, podniecenia. Czerwień fresku stanowi silny kontrast z bielą ciał postaci, dzięki czemu nabierają one wyrazistości. Czerwień sprawia, że malowidło staje się bardziej ekspresyjne, a jednocześnie niepokojące i… pobudzające. Widz ma niemal ochotę samodzielnie się przekonać, czy owa czerwień nie jest rozpalona i gorąca.

Sposób ukazania nagości na pompejańskim malowidle jest specyficzny – jak na ówczesne standardy. Jakkolwiek bowiem wizerunek nagiego ciała często występował w sztuce starożytnych, służyło to najczęściej ukazywaniu jego piękna. Tutaj żadna z ukazanych postaci nie jest wyidealizowana – sylenowie są grubi i brzydcy, kobiety odznaczają się kształtami mniej lub bardziej obfitymi, ukazane są wszelkie niedoskonałości ciała. Nagość nie jest przesadna, ma raczej symboliczne znaczenie, jednak wskazuje na głęboko erotyczny charakter tajemniczego misterium. Całkowicie obnażona menada, oddająca się ekstatycznemu tańcowi, jest ukazana tyłem – jej wdzięków możemy się jedynie domyślać. To również pobudza ciekawość i wyobraźnię widza, który, patrząc na obraz, chciałby zapewne znać ciąg dalszy zapowiadanych wydarzeń. Kobieta klęcząca w oczekiwaniu na chłostę jest przysłonięta do połowy szatą. Oznacza to, że nie doświadczyła jeszcze inicjacji, pozostaje niewinna. Jej kobiecość zostanie rozbudzona w trakcie obrzędu. Natomiast połowiczna nagość Ariadny, o którą opiera się niemal całkowicie nagi Dionizos, świadczy o intymnym charakterze ich relacji. Ariadna nie wstydzi się tulić ukochanego do nagich piersi, ponieważ ona i Dionizos należą do siebie.

Kobieta klęcząca w oczekiwaniu na chłostę

Obok malowidła z Willi z Misteriami nie sposób przejść obojętnie. Widz mimowolnie zatrzymuje się przy kolejnych postaciach, a wrażenia pobudzające jego zmysły stają się coraz intensywniejsze. Trudno oderwać wzrok od spoczywających obok siebie kochanków (jaka szkoda, że postać Ariadny nie zachowała się w całości!), a postać tańczącej menady jest ukazana na czerwonej ścianie tak wyraziście i sugestywnie, że niełatwo się oprzeć potrzebie dotknięcia jej ciała. Niemal instynktownie nasuwa się pytanie, jakie było przeznaczenie owej sali i jakie praktyki miały tu miejsce…

Fresk odkrywa przed nami zupełnie inne oblicze starożytnych Rzymian. Czyżby ten pozornie bezuczuciowy naród był przepełniony zmysłowością?

Posted on

Dariusz Czaja, Gdzieś dalej, gdzie indziej

Gdzieś dalej, gdzie indziej to zbiór esejów o podróży do Apulii i poza jej granice, do krainy oddychającej kamienną przeszłością. To także próba skonfrontowania swojej wrażliwości ze spostrzeżeniami dawnych wędrowców i poszukiwanie miejsc utrwalonych w dziełach sztuki. Czaja na nowo odkrywa XIX-wiecznych podróżników i historyków oraz współczesnych filmowców (Andriej Tarkowski), porównując ich impresje z własnym spojrzeniem na te same miejsca, z pamięcią własnej podróży. Książka nie jest przy tym przewodnikiem po Apulii, ale zapisem osobistych poszukiwań, gdzie nazwiska dawnych mistrzów zestawiane są z refleksją nad ciepłą, leniwą prowincją. Obok słynnego Castel del Monte, któremu poświęca Czaja sporo miejsca, pojawiają się ciekawostki z rozmaitych dziedzin: o muzyce i muzykach, tak dawnych, jak i współczesnych; refleksje o geometrii, myśli o wielokulturowości. Widoczna jest w tym próba zrozumienia przez autora kondycji człowieka i próba wyjaśnienia, dlaczego niemal każdy władca w historii chciał być w centrum, na szczycie, roztaczać swoją władzę, swoje wpływy, jak kręgi, na cały świat.

Według autora podróż to nie tylko kartograficzny obrys i daty w kalendarzu, ale wędrówka od teraźniejszości w obie strony czasu. Kolejna podróż zaczyna się wtedy, gdy nabieramy dystansu, gdy nie jesteśmy już blisko rzeczy, ale pracujemy wspomnieniami, próbujemy zrozumieć, co nam się przydarzyło. Autor jest uczciwy w tym, co przekazuje, nie udaje, że opisuje podróż in situ. Nabiera do niej dystansu, poszukuje, znajduje, pisze powoli i z uważnością

Próba, która powiodła się wspaniale, bo Dariusz Czaja ustawia się w pozycji obserwatora bez pretensji – nie ocenia nikogo ani niczego, nie rości sobie praw do decydowania o czyimkolwiek spojrzeniu. Niczego nie narzuca; jeśli coś go interesuje, poświęca temu tyle czasu, ile uzna za stosowne, znakomicie operując słowem. Książkę czyta się jak niekończący się esej: współistnienie różnych wątków oznacza współistnienie pisarza dzisiaj, reżysera kilkadziesiąt lat temu, architekta lat temu kilkaset; koegzystencję kolejnych warstw historii i czasu.

Gdzieś dalej, gdzie indziej to rzecz o podróży, o uważnym obserwowaniu, o czasie i historii. Dariusz Czaja zauważa, że żadna z opisanych przez niego historii nie jest zamknięta, że czas biegnie i dopisuje kolejne rozdziały w życiu miast, kościołów, zamków, placów, pociągów. Książka urzeka pokorą wobec życia i historii. Jest opowieścią o tym, jak stać z boku, bez rezygnacji z bycia.

Dariusz Czaja, Gdzieś dalej, gdzie indziej, Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2010
Posted on

Małpia planeta. Makaki na Gibraltarze

Szeroka droga, po obu jej stronach ciągną się parkingi. Stoimy w korku. Nie ja jedna chciałabym się wydostać z La Línea de la Concepción. Upewniam się po raz piąty, czy mam przy sobie paszport. Zaraz wyjadę z Hiszpanii.

Na granicy hiszpańsko-brytyjskiej mózg musi dokonać epistemologicznego salta. Po szybkiej kontroli dokumentów znów stoimy na gorącym asfalcie; pozornie nic się nie zmieniło, nadal żar się leje z nieba, przewiewna sukienka lepi się do ciała, krajobraz śródziemnomorski, ale dalej będzie nas wiózł dwupiętrowy, czerwony autobus. Ciężko złączyć w spójny obraz wszystkie elementy rzeczywistości. Wrzask mew i zapach herbaty z mlekiem sugeruje, że wita mnie Kornwalia, lecz temperatura i architektura temu przeczą.

Oto właśnie Gibraltar. Niecałe 7 km2 półwyspu – przedmiot sporu terytorialnego pomiędzy Wielką Brytanią i Hiszpanią. Gibraltar stał się brytyjski się w 1713 roku, na mocy traktatu pokojowego w Utrechcie. Dwukrotnie mieszkańcy mieli możliwość przejścia pod hiszpańską jurysdykcję (referenda w 1967 i 2002 roku) i dwukrotnie potwierdzili, że wolą być poddanymi królowej Elżbiety II. Nie zmienia to jednak hiszpańskich nacisków, które nasiliły się tylko, gdy Wielka Brytania opowiedziała się za brexitem.

W centrum miasteczka nadal towarzyszy mi uczucie teleportacji, która zakończyła się połowicznym powodzeniem. Właśnie otwierają się kawiarnie i kelnerki wystawiają tablice zachwalające jajka sadzone z fasolką. Do śniadania obowiązkowo herbata z mlekiem. Może przydałaby się też prasa? Nie ma problemu! WH Smith zaopatrzony w Guardiana, The Times i Daily Mirror jest tuż za rogiem.

I właśnie gdy myślę, że bardziej surrealistycznie być już nie może – wita mnie małpa.

Fot. O. Więzowska

Największą atrakcją Gibraltaru jest Skała Gibraltarska – wapienna góra, na szczyt której można się mozolnie wdrapać albo wjechać kolejką linową. Mieszka tu populacja makaków berberyjskich – jedynych wolno żyjących małp w Europie. Legenda głosi, że Gibraltar pozostanie brytyjską enklawą, chyba że makaki znikną. Na to się jednak nie zanosi. Około trzystu osobników, które zamieszkują Skałę, ma się bardzo dobrze i nietrudno nawiązać z nimi znajomość, bo dla makaka największą atrakcją jesteśmy my – turyści.

Fot. O. Więzowska

Młoda samica makaka wita nie tylko mnie. Przygląda się bacznie wszystkim wysiadającym z kolejki linowej. Zainteresowanie jest obustronne. W ruch idą aparaty, niektórzy ustawiają się ryzykownie blisko barierki, żeby uchwycić selfie z koczkodanowatym. Ktoś otwiera plecak – przez chwilę myślę, że również szykuje się do zdjęć, ale mężczyzna wyciąga paczkę czipsów. Reakcja jest natychmiastowa. Małpa znika równie szybko, jak się pojawiła, prowiant turysty także.

Za błąd tego rodzaju trzeba słono zapłacić. Od przekroczenia granicy w La Línea de la Concepción nie sposób nie zauważyć tablic ostrzegawczych, które nie pozostawiają cienia wątpliwości: na Skale Gibraltarskiej surowo zabrania się konsumpcji jakichkolwiek przekąsek. Spragnieni i głodni znajdą wytchnienie w restauracji (oferującej być może nawet lepszy widok na półwysep, niż liczne tarasy). Jednak tam, gdzie są małpy, tam się nie piknikuje.

Wydawałoby się – zasada przejrzysta i trudna do podważenia. A jednak co roku dochodzi do kilkudziesięciu ekscesów, kończących się dla nierozważnych turystów pobytem w szpitalu (zaś dla zwierząt niepotrzebnym stresem). Grzywna za celowe karmienie makaka wynosi 4 000 funtów, jednak za przypadkowe, spowodowane nieuwagą wypadki też można się liczyć z mandatem, bądź co gorsza – utratą dobytku.

Niecałą godzinę po kradzieży czipsów byłam świadkiem zdarzenia, w którym małpa zwinnie przechwyciła cały plecak. Na szczęście po chwili zabawy nie upuściła go w odmęty Morza Śródziemnego, lecz porzuciła na ziemi, ku wdzięczności właścicieli.

Nie oznacza to, że kupując bilet kolejki linowej decydujemy się na przekroczenie granicy mrożącej krew w żyłach Planety Małp, gdzie będziemy walczyć o przetrwanie ze sprytniejszymi i zwinniejszymi kuzynami. Wystarczy zachowywać się rozsądnie i nie prowokować zwierząt, aby spacer po rezerwacie przyrody stał się cudownym i niezapomnianym przeżyciem – tylko z pozytywnych względów.

Fot. O. Więzowska

Małpy obcują z turystami od urodzenia, więc są przyzwyczajone do ludzi i przyjaźnie nastawione. Szczególnie młodym osobnikom zdarza się podbiec, szukać kontaktu – każdy, kto pojawi się na Skale Gibraltarskiej będzie poddany czujnej obserwacji. Historyczne zdjęcia dowodzą tego małpiego egalitaryzmu – gdy w maju 1954 roku królowa Elżbieta II odwiedziła Skałę Gibraltarską, na pierwszym tarasie spotkało ją powitanie podobne do tego, którego ja doświadczyłam ponad pół wieku później.

Natomiast spektakularne widoki roztaczające się ze Skały Gibraltarskiej (upajający bezkres błękitu, który na horyzoncie rozmywa granicę między niebem a ziemią) nie robią na makakach żadnego wrażenia.

Czas odpowiedzieć na palące pytanie: w jaki sposób makaki znalazły się w tej brytyjskiej enklawie? Na pewno pojawiły się tu wcześniej niż Brytyjczycy, gdyż wzmiankę o małpach znajdziemy już u pierwszego kronikarza Gibraltaru, w dziele Historia de la Muy Noble y Más Leal Ciudad de Gibraltar ukończonym w 1610 roku. Skoro już wtedy makaki określane są mianem „prawdziwych posiadaczy [Gibraltaru]”, cofnijmy się dalej. Niestety, średniowieczne źródła pisane nie pomogą w rozwiązaniu tej zagadki. Na podstawie badań DNA naukowcy wysnuli przypuszczenie, że przodkowie makaków żyli na tych terenach w Pliocenie (5.5 miliona lat temu). Czy naprawdę maleńka gibraltarska populacja przetrwała, pomimo tego, że na całym Półwyspie Iberyjskim gatunek wymarł 30 000 lat temu? Niestety, nie możemy mieć pewności, czy makak berberyjski jest bezpośrednim następcą magota, który zamieszkiwał Europę przed epoką lodowcową.

Fot. O. Więzowska

Choć ich pochodzenie być może zawsze będzie już owiane tajemnicą, wspierajmy berberyjskie makaki! Populacja znajduje się wprawdzie pod opieką wojska (istnieje nawet posada “małpiego kustosza” – Keeper of the Apes – który rejestruje wszystkie narodziny i dba o odpowiednią dietę podopiecznych), lecz na pewno nie zaszkodzi, jeśli udając się z wizytą na Skałę Gibraltarską będziemy pamiętali, żeby nie płoszyć zwierząt i nie dawać im okazji do kradzieży niezdrowych przekąsek.

Spacer po stromych, wąskich ścieżkach na szczycie górującej nad półwyspem Skały byłby niewątpliwie bajeczny nawet, jeśli miałabym podziwiać jedynie florę, bez fauny. Jednak, niezależnie od legendy o panowaniu Brytyjczyków tak długo, jak mieszkają tu makaki, kibicuję zadziornej populacji. Oby żyło im się na Gibraltarze jak najlepiej!

 

Zdjęcie główne: O. Więzowska